Road House (2024)

Gdyby nie nostalgia, ten film prawdopodobnie nie zyskałby tak dobrych recenzji, na jakie nie zasługiwał. Ale po kolei.

Dalton (Jake Gyllenhaal) dostaje od Frankie (Jessica Williams) zadanie: wynieść z „Road House” bójki. Przez pierwszą połowę filmu obserwujemy trochę zabawę w kotka i myszkę z widzem. To znaczy – z widzem, który widział „Road House” z 1989 roku. Mamy tu do czynienia z sytuacjami, a nawet dialogami żywcem wyjętymi z poprzedniego filmu, przez co obeznanym z tematem film może się wydać nudnawy. A jednak dzieje się coś jeszcze: nowy „Wykidajło” absolutnie nie chce być ani paździerzem, ani starą wersją siebie. To plus, choć po prawdzie ciężko mi znaleźć jakieś jeszcze.

A nie, czekaj.

Choreografia walk jest niezła – przyjemnie się na to patrzy, tylko problem jest taki, że ich jest za mało. W ogóle Dalton jako postać nie ma wielkiej charyzmy i w jakiś taki sposób mamy odczucie, że to koleś, który po prostu się bije. Nie mam na myśli tu tego, że Jake Gyllenhal powinien odgrywać to samo, co Patrick Swyze; absolutnie nie. Ale Swayze miał charyzmę i to takie uduchowienie, było tam coś więcej, niż tylko chłopina do nawalanek. Nowy Dalton nie ma w sobie ani jednej cechy, która by była narkotyczna dla widza i jest to wada, jeśli zna się poprzednie dzieło. Widzom nieobeznanym z klasykiem lat osiemdziesiątych ten film może się bardziej podobać. W końcu odkrywają historię na nowo, c’nie? Dodatkowym argumentem, że Dalton jako postać nie do końca wyszła jest Knox – Conor McGregor tak zagrał, że ja chcę więcej jego w kolejnej części. Być może aktor jest patocelebrytą, ale borze – znakomicie tu pasował! Że tak niegrzecznie powiem: je.bał charyzmą od pierwszej ekranowej sekundy i w sumie dokończyłam film bardziej dlatego, że chciałam zobaczyć Knoxa w akcji. Znakomita zabawa postacią.

Na plus jest to, że film nie wyskakuje z multi-kulti i LGBT. Obawiałam się tego widząc Jessicę w akcji, zaraz w głowie było „oj, pewnie zechcą, by biały i czarna się spiknęli”. Może to nas czeka w drugiej części, ale oby nie. LGBT w ogóle tu nie występuje i chwała borowi. Hm, w oryginale Dalton i lekarka byli w sobie zakochani, więc spodziewałam się tu takiej samej historii, ale od drugiej godziny (metraż to 2h) film idzie własną drogą. Widzimy tu zdecydowanie inną historię i inne walki, niż w starym „Wykidajło”.

I dobrze, ale to i tak za mało.

To znaczy miałam wrażenie, że twórcy starali się utrzymać harmonię między nowym, a starym, tak, by wszyscy czuli się w porządku. Wyszło średnio, bo puszczając nowego „Road House” naprawdę miałam nadzieję na więcej akcji. Owszem – w starym filmie było trochę powolne tempo, ale charyzma Swyze’a robiła swoje. Owszem, w nowym „Road House” nie ma się odczucia, że „to paździerz”, ale też nie ma się uczucia, że to znakomity film.

Jeśli zaś chodzi o to, co w starym „Wykidajle” było clue – czyli o muzykę – to tu… nie, że jej nie ma, Ona jest i prezentuje współczesne rytmy, ale to znowu mamy po prostu dźwięki, które nie zostaną zapamiętane. Warsztatowo pewnie dobre dopasowanie melodii i rytmów, nie mniej – tylko tyle, i aż tyle. Takie trochę bez serca to wszystko wyszło. Choć oczywiście, całkiem możliwe, że soundtrack z nowego „Road House” komuś się spodoba, ale w dalszym ciągu, nie jest to A.P. Kaczmarek.

Średni film, który można obejrzeć w trakcie mycia talerzy.

Stardust

Dzień dobereł.

Do „Gwiezdnego Pyłu” podchodziłam jak pies do jeża – choć nie bardzo wiem, dlaczego. Myślę, że obawiałam się dennej ekranizacji, bo i takich nie brakuje. A wiedziałam, o czym jest historia, bo pierwsza była powieść Neila Gaimana i cóż – całkiem to była przyjemna przygoda. Z pewnością facet ma talent pisarski, ale wróćmy do projektu Matthewa Vaughna (tak, tego samego, co zrobił „Argylle” i „Kingsmana”). Otóż, okazuje się, że ten reżyser dobry jest w fantasy.

Czy też raczej specyfika kręcenia akcyjniaków wyjątkowo nadaje się i do gatunku fantasy, bo ten film jest DYNAMICZNY. Może na początku jest 20 minut na rozkręcenie akcji, żeby widz się nie zagubił i wiedział, co i jak. Ale potem akcja rozwija się szybko i niemal nie ma czasu na oddech. Książkowo to oczywiście płynęło wolniej, nie mniej tu praca kamery i muzyki zrobiła swoje. Jak ukazać, że kilku ludzi chce zdobyć pewną panią na swoje potrzeby? Vaughn to wie i nie cacka się z ruchem kamer.

Za muzykę odpowiedzialny jest Ilan Eshkeri (robił m.in. do gry „Ghost of Tsushima”) i nie ma tu epickich dźwięków a’la Enya, ale też nie róbmy z „Gwiezdnego Pyłu” drugiego LOTR’a. Bo to przygodowa historia, w której pasuje dynamizm, szybki, żwawy rytm. Soundtrack oczywiście w komentarzu, a teraz WRESZCIE zajmijmy się fabułą.

Pewnego dnia wszystko się komplikuje. Tristian (Charlie Cox) zakochał się w Victorii (Sienna Miller), ale ta nie bardzo odwzajemnia mu uczucia. Żeby swojej wybrance udowodnić miłość, Tristian wybiera się do fantastycznej krainy, gdzie ma znaleźć gwiazdę, która akurat spadła z nieba. Na miejscu okazuje się, że gwiazda ma na imię Yvaine (Claire Danes) i jest w wielkim niebezpieczeństwie, bo czyhają na nią czarownice i książęta bijące się o tron. Czy i jak sobie z tym wszystkim poradzą?

Napisałam już, że mi się podoba praca kamery i muzyka. I właściwie nie wiem, czy mam się przyczepić do metrażu – wszak to dwie godziny – bo film ogarnęłam za jednym zamachem. Płynął, jednak w połowie poczułam lekkie znużenie, ale może to było spowodowane przerwą na oddech. Tak czy siak, akcja prawie cały czas się dzieje, a z ekranu czuć słodycz, bo myślę, że twórcy włożyli serce w tę produkcję. I może nie bez znaczenia jest, że Neil Gaiman był jednym z producentów filmu.

Jeśli macie ochotę na dobre, przyzwoite fantasy, to to jest właśnie ten adres. „Stardust” wciąga i praktycznie nie nudzi, a elementy komediowe tylko uprzyjemniają seans. Polecam 🙂.

PODSUMOWANIE 2024

Jest 04.01.2025, a ja już uznałam, że podsumowania nie mają sensu. No, ale skoro taka tradycja, to podsumowanie muzyczne znajduje się tutaj, a po resztę zapraszam poniżej. Zaczynamy od najobrzydliwszych filmów, a skończymy na najlepszych filmach czy serialach.

Kategoria „Najobrzydliwszy film 2024” nie jest ciężkiej wagi, ponieważ z oglądania filmów gore – m.in. „Canibal Holocaust” czy „Terrifiera” – zrezygnowałam i w rezultacie do walki stanęły tylko dwa filmy, w tym jeden, o którym powiedziałam „to ostatni post”. A ponieważ jest Was znacznie więcej, a to są podsumowania, pozwolę sobie na parę słów o „Biednych istotach”.

2. LUDZKA STONOGA

Pan robiący eksperymenty na ludziach, które mają łączyć ich ciała… brzmi dziwnie, ale ten film nadaje się tylko na całkowitym kwasie/pijaku, albo do kosza. Jest on naturalnie obrzydliwy, z tego też właśnie powodu wywołuje kontrowersje. Sama zaś akcja jest poprowadzona niezbyt odkrywczo i poza eksperymentami, to „Ludzka stonoga” nie zapada w pamięć. Aha, i pozostawia wrażenie „szkoda policjanta”.

1. BIEDNE ISTOTY

Doszłam ostatnio do wniosku, że warto czytać nie tyle same książki, ile ich streszczenia. Bo „Biedne istoty” to adaptacja powieści Alasdaira Graya i o ile mnie pamięć nie myli, tenże Grek bodajże odpowiadał również za scenariusz tego „dzieła”. I gdybym to zrobiła, to bym może nie wyszła z filmu tak wk… choć, to raczej płonne nadzieje.

W przeciwieństwie do „Ludzkiej stonogi”, „Biedne istoty” są obrzydliwe inaczej. Otóż: tu mamy piękne stroje, nawet piękne dekoracje. To nic, że od czasu do czasu widzimy to wszystko tylko w wersji czarno-białej, co średnio daje posmak tego piękna. A fabularnie jest to bajka o tym, że prostytucja jest OK. Że jeśli kobieta ma być wyzwolona, to w porządku, jeśli ma problem z zarabianiem pieniędzy, niech idzie z kimś do łóżka.

I dlatego jest to dla mnie obrzydliwy film. Gdyby nie to, że seans był sponsorowany, to bym wyszła z tego filmu. Totalna jazda po wkurwie, bo on propaguje niszczenie żeńskiej energetyki jako czegoś dobrego. Tak, tak, najstarszy zawód świata niezbyt dobrze wpływa na energię, jak i na samego człowieka. I zanim zaczniecie się z tymi kwestiami kłócić, przypomnę pytanie, jakie zadał pewien jutuber: „czy chcesz, by twoja córka tak pracowała”.

No – to jeśli macie ochotę obejrzeć najobrzydliwsze filmy, to przynajmniej jeden z powyższych tytułów powinien dać radę. Miłego seansu.

W tym przypadku jest to topka najgorszych filmów 2024, czyli tych, które zdarzyło mi się obejrzeć. O dziwo, wybór był prostszy, niż do roku 2023. Zacznę od końca.

10. BOYZ’ N THE HOOD (1991)

Tak, wiem – kultowy film dla społeczności czarnych, wybitny na jakimśtam poziomie, którego nie ogarniam, ale… ja nie wiem, w czym leży zajebistość tego dzieua. Serio, strasznie się z tym filmidłem męczyłam i dla mnie był to jeden z najgorszych seansów minionego roku.

9. Dama (2024)

Ale że co to niby miało być? Znaczy, no – obejrzałam, chociaż na Netflixie, jednakże ten seans trochę bolał mózg. No i to, co zrobiono z make upem głównej bohaterki zasługuje na jakąś antynagrodę.

8. Mrugnij dwa razy

To był film, na którym wybornie się nudziłam i czułam się zażenowana pomysłem, bo odniosłam wrażenie, że jeśli już się coś dzieje, to tak nie za bardzo z sensem.

7. UGLIES

Powiem krótko: NIE OGLĄDAJCIE.

6. NIEZAPOMNIANY ROMANS

To miała być legendarna, dobra historia romantyczna, którą zachwycały się bohaterki „Bezsenności w Seattle”. Niestety, wyszła trochę kupa, bo ja nieziemsko się nudziłam na seansie, a w międzyczasie zorientowałam się, że „Niezapomniany romans” to jakiś smut. Owszem, ten film to taka stara ramotka, ale niektóre klasyki rozwalają system.

5. Historia Rose

I znowu czułam się znudzona i jeszcze zniesmaczona, bo to jest normalizacja prostytucji.

4. Ghostbusters v. inkluzywna

Zamiast facetów mamy kobiety. I niestety, ten pomysł nie jest oglądalny i to nie przez płeć, a po prostu przez gówniany scenariusz.

3. Rebel Moon 2

Snyder, zlituj się nad nami…

2. Biedne istoty

Zgadza się, „Biedne istoty” są na drugim miejscu, ale z dwóch powodów. Po pierwsze – już zajęły miejsce w topce najobrzydliwszych historii, a po drugie, to nie jest typowy paździerz. Stroje ma oskarowe, ale tu problemem jest sam stricte scenariusz, który normalizuje prostytucję po prostu. Są znacznie, znacznie gorsze filmidła,…

1. KRUK (2024)

I niestety, jednym z nich jest remake – „Kruk”. To było… okropnie paździerzowate. Nic tu nie grało poza muzyką i o ile rozumiem, że twórcy chcieli iść własną drogą, tak ktoś kompletnie spartolił scenariusz. Tak na przykład wątek miłosny – co to niby ma być, miłość na podstawie w sumie nie wiadomo czego, bo nawet jeśli w komiksie chemia między bohaterami była na starcie, tak tego kompletnie nie widać na ekranie. Eeeh, a zresztą, szkoda gadać.

214 filmów – spośród tyla aż 40 nadawało się do kategorii „najlepsze”. Udało mi się dobić do dwudziestki i dalej nie mam serca wywalać. Te filmy są i tak znakomite, a ja wyrzuciłam takie tuzy jak „Diabeł ubiera się u Prady” czy „Dziki ból”. Ostatecznie się udało, więc zapraszam na zestawik! Kolejność jest przypadkowa.

20. Brokeback Mountain

Mogłam wywalić, ale uznałam, że mam do czynienia z arcydziełem LGBT. Nie będę świnią, szanuję i przyznaję, film był świetny.

19. Eddie zwany Orłem

Choć trochę się z początku ciągnie, to był jeden moment, który był dla mnie katharsis.

18. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem

Widząc ten tytuł ciągle chce mi się śmiać. I chyba jest to komedia wszechczasów.

17. Jabłka Adama

Kolejna znakomita komedia, tym razem od Skandynawów. Ostrzegam tylko, że jest czarna.

16. Zawieście czerwone latarnie

Szukacie czegoś, co Wam na koniec zryje beret? To ten adres.

15. Europa Europa

Bardzo ważny i niepoprawny politycznie film o wojnie w ogóle.

14. JFK

Nie wiem, dlaczego się ostał, ale widocznie moje emocje były na tyle dobre, żeby stwierdzić: zostaje.

13. Dark Waters

Cóż – trudno nie pozbywać się filmu, który jest ważny społecznie, a w dodatku jest dobrze wykonany.

12. Deszczowa piosenka

Musicalowe arcydzieło – jakieś pytania?

11. Deadpool i Wolverine

Niewiele brakowało, a bym wywaliła. Serio. Mówiłam, że musiałam wykopać znakomite filmy. A ten… wygrał głównie dlatego, że większość tuz była z 1991. Czas postawić na coś nowego. A, żeby nie było – przy drugim seansie, przy ścieżce oryginalnej bawiłam się znakomicie.

10. Kontakt

Bo to jest po prostu piękny film.

9. Szpieg

Znakomite kino akcji.

8. Climax

Seans z jakiegoś powodu był przeżyciem, więc ma tu swoje miejsce.

7. Backdraft

Nie lubię filmów katastroficznych, ale ten obejrzałam w ramach Dnia Strażaka. I co? I warto było. Chyba arcydzieło, któremu nie dorówna remake.

6. Ford vs Ferrari (W Europie Le Mans 66′)

Zajebisty film, ale włączcie sobie go po „Ferrari” Manna :D.

5. Śnieżne bractwo

Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Oraz chusteczki.

4. Nieznośny ciężar wielkiego talentu

Serio? Mam wyjaśniać, dlaczego ta zajebista komedia jest zajebistą komedią?

3. Godzilla Minus One

Na końcu się popłakałam, więc czego chcieć więcej?

2. Obiecująca. Młoda. Kobieta

Ten film był świetny, miał w sobie coś energetycznego, takiego vibe w stylu „PŁYYYYNĘ!”.

  1. Jutro będzie nasze

Niestety – wszyscy do tego czasu zdążyli pięknie zespojlerować końcówkę. Ale na szczęście, nadal jest to znakomity film.

Wybór najpiękniekszych filmów sprawił mi trudność, bo było niewiele filmów, które łatwo by było określić „piękne”. Co najwyżej ładne. A i trudność sobie podniosłam, mówiąc, że to ma być ŁADNE, a nie smutne. No, ale „Allied” i tak jest na liście. Kolejność przypadkowa.

10. Allied (Sprzymierzeni)

To w zasadzie bardzo ładna historia o miłości w trakcie II WŚ. Nie zapomnijcie chusteczek. A dlaczego to jest ładne? Nie wiem – poczułam, że ta historia zasługuje na to miano.

9. Atlas chmur

Ten obraz jest po prostu wybitny.

8. Dziki robot

Bardzo typowy przedstawiciel kategorii „bardzo ładny film” i wielu ludzi – nawet dorosłych – przyznaje, że się wzruszało. Ja może nie zapłakałam fotela, ale i tak widowisko było ładne, a nawet bardzo ładne.

7. Horizon: Part I

Gdyby pozwolono dokończyć Costnerowi to dzieło, to to byłaby wybitna saga. A tak? Tak mogę powiedzieć, że ten film był przepełniony pięknymi obrazami i tak nasączony USA, że wylewało się to z ekranu. Ale nie tego współczesnego USA. Raczej pierwotnego, ale to trzeba zobaczyć, żeby docenić.

6. Szkoła podstawowa

Bardzo ładny czeski film. Z cyckami.

5. Brokeback Mountain

Arcydzieło LGBT, ale ja mam po prostu wrażenie, że to piękny film i tyle.

4. Eddie zwany Orłem

Normalnie by wyleciał z listy, ale Eddie zaserwował mi przeżycie, więc jest. A zresztą, tak czy siak to bardzo ładny film.

3. Kokon

Kto nie widział pięknego, klasycznego filmu zwanego „Kokonem”, ten do odmaszerowania się, na seans!

2. Kontakt

Czy trzeba wyjaśniać, dlaczego ten film jest piękny?

  1. Jutro będzie nasze

To jest po prostu coś pięknego i szczególnego. Nie dziwię się, że w swojej ojczyźnie – Włoszech – przebiło widownię kinową z „Życie jest piękne”.

———————————-

O wszystkich tych filmach w recenzjach. Linki w tytułach.

Mortal Kombat

Tak w sumie, to z chęcią przejdę się na drugą część „Mortal Kombat” w 2025 roku. W pierwszej bowiem nie mamy jeszcze turnieju o Ziemię, ale sytuacja jest na tyle niedobra, że akcja musi się zacząć.

Cole Young (Lewis Tan) ma pewien problem, w którym policja mu nie może pomóc. A to z tej prostej przyczyny, że poluje na niego Sub Zero, czyli człowiek, co wszystko zamraża. W trakcie ratowania tyłka dowiaduje się, że jest turniej Mortal Kombat, a on jest reprezentantem Ziemi. Niestety istoty z Zaświatów grają nie fair i próbują zniszczyć wszystkich przedstawicieli Ziemi, bo oczywiście Cole nie jest jedynym wybrańcem. Czy Colowi i ekipie uda się wybrnąć cało z opresji?

Jeśli chodzi o długość metrażu, to zarówno film z 1995, jak i z 2021 trwają podobnie – nowszy jest o 9 minut dłuższy. Jednakże przyznam, że ten stary oglądało mi się jakoś tak przyjemniej, mniej mi się chciało odrywać od ekranu. Ale może to sentyment, bo na IMDB nówka ma lepszą ocenę. Eh, nie wiedzą, co dobre.

Nowy film MK to po prostu miłe dla oka widowisko. Walki mają dość przyzwoitą choreografię, a muzyka także cieszy uszy. Jeden z utworów to odświeżona wersja „Techno Syndrome” i całkiem nieźle wypada. W ogóle, soundtrack to solidna rzecz, jednak nie wybitna.

Jedyne co, to trochę nie podobał mi się casting głównego bohatera, Cola. W pierwszych minutach mamy do czynienia z Japonią, gdzie rodzinka zostaje napadnięta przez Sub Zero. I ja rozumiem, że aktorzy mają grać, udawać i taki biały nie musi pochodzić konkretnie z danego kraju bohatera, a Chińczyk może zagrać Koreańczyka, ale tu ewidentnie coś nie pykło. Tak, przodkini Cola była sierotą i na skutek różnych zawirowań ród Cola trafił do USA (czy tam Australii, bo jednak film w niej produkowano). Ale to, że przodek Cola był Japończykiem, a jego twarz jest mało japońska, mi się gryzło. A sam aktor, Lewis Tan jest pół-Anglikiem, pół-Chińczykiem, czyli jeszcze lepiej xD.

Tak czy inaczej, „Mortal Kombat” z 2021 to dość przyjemna nawalanka, a jeśli historia dobije do trzech części to będzie to przyzwoita ekranizacja gry 🙂.

Deadpool&Wolverine

Byłam, widziałam i… dobrze się bawiłam. Tak, to był dubbing. I szczerze? Nie żałuję. Polscy aktorzy (w roli Deadpoola maciej Stuhr) dość się postarali, by widz odczuwał emocje postaci. I może nie usłyszałam charakterystycznych gadek z oryginału, ale teksty same w sobie były zabawne, a film bardzo przyjemny.

Deadpool usiłuje uratować swój świat. Problem w tym, że potrzebuje do tego Wolverina, a dobrze wiemy, jak oryginał skończył. No, ale nasz bohater znajduje następcę, który w swoim świecie jest zupełną porażką. Więc czas na akcję…

Bardzo dobrym ruchem było to, by nie spojlerować filmu aż do premiery. Po premierze niestety wszystko pękło i w sieci rozlały się info. Nieważne, że pójdziesz na film za dwa tygodnie – internet, czy tego chcesz, czy nie, zespojleruje Ci deadpoola. Z jednej strony psuje to trochę efekt np. Cameo albo Cavilla- a z drugiej, jest to film na tyle udany, że nawet bez dobrej znajomości mcu film będzie bawił. Ba, fani samochodów też coś dostali xd.

Krytykowana jest opcja „uratować świętą chronologię”, ale to jest pomysł tak głupi, że aż śmieszny. Większość tego, co zobaczymy w Deadpoolu to po prostu czysto relaksacyjna albo naparzanka, albo zabawne dialogi. I tak, fabuła to w zasadzie gagi. Czy to źle? Nie – film dokładnie wie, czym chce być. Nie sili się na filozofię czy skomplikowaną intrygę, on chce Ci dać czystą rozrywkę. I takich filmów potrzebujemy.

Ten film to taki trochę hołd dla Foxa, co widać szczególnie w napisach końcowych. I serio, PO nich jest scenka, i to bardzo zabawna, więc zostańcie do końca.

Deadpool trochę sobie robi jaja z Marvela i mnie to bardzo bawiło. Uważam też, że pierwsza, rozpoczynająca sekwencja filmu to czyste złoto. Ogólnie, walki tu są całkiem przyzwoite, choć John Wick to to nie jest. Ale szczerze, trudno przebić wstęp – to tak, jakby ktoś narzekał na walkę przy logotypie Foxa.

– Możesz przestać, ludzie chcą iść do domu! ’- ucina gadkę Deadpool. Spodobało mi się to, ale niestety, trochę ten film się dłuży. Film ma wartką akcję, ale gdy zwalnia, by niby poznać bohaterów to… chciałabym kolejną scenę walki. Nie znaczy to, że te sceny są złe. Po prostu czegoś zabrakło. Takiego… płynięcia. Choć widać, że ekipa doskonale się bawiła, w tym przypadku okazało się to za mało. Po prostu, 2h metrażu to chyba troszkę za długo jak na film tylko z gagami.

Ale – to dobry film, który bawić będzie szczególnie znawców Marvela. Inni też wyjdą z bananem na twarzy, bo zwyczajnie miło się to ogląda. I ta część spodobała mi się o wiele bardziej, niż dwójeczka. Była odważniejsza i nie miała skrupułów przed krwawymi scenkami czy przekleństwami. Bardzo dobrze.

Twisters

Dawno, dawno temu w latach 90’… pojawił się „Twister”, który i dzisiaj ogląda się bardzo przyjemnie. Rzecz polegała na opowieści o łowcach tornad, którzy przy okazji chcą je zbadać. Film zawierał dużo humoru – i właściwie był lekkim kinem katastroficznym. Tam w zasadzie mało co ginęło, a jeśli już, to nie powodowało dużych łez u widza, jeśli w ogóle. Obraz był nominowany do Oskara w dwóch kategoriach: najlepszy dźwięk i efekty wizualne. W tej pierwszej kategorii przegrał z „Angielskim pacjentem”, a w tej drugiej z „Dniem niepodległości”.

Po co o tym mówię?

Bo nowy „Twisters” raczej nie ma szans nawet do nominacji w kwestii udźwiękowienia czy efektów specjalnych. Wprawdzie jest – wg IMDB – lepiej oceniany od pierwowzoru (?), ale w zasadzie jest praktycznie innym filmem, jeśli chodzi o klimat. Choć nie znaczy to, że nic nie łączy obu produkcji.

Otóż, jeśli oglądaliście „Twistera”, to pierwsza scena będzie bardzo nostalgiczna. Widzimy maszynerię do zbadania tornada, która jest niemal kropka w kropkę identyczna (i nazywa się Dorotką!), jak ta zaprezentowana w „Twisterze”. Mało tego, późniejsze wątki fabularne – jak na przykład rywalizacja między grupkami – także przypominają film z 1996 roku.

Ale na szczegółach podobieństwa się kończą, bo „Twisters” jest o wiele, wiele poważniejszy od klasyka. Główna bohaterka zmaga się z traumą, ale mimo wszystko próbuje zbadać te nieszczęsne tornada. W sumie to mi się spodobał nagły zwrot akcji, jeśli chodzi o towarzystwo.

Niestety, z dzisiejszych filmów na „Twistersie” bawiłam się najsłabiej. Być może nie bez znaczenia ma to, że unikam filmów katastroficznych i nie jest to mój ulubiony gatunek. A być może chciałam, by ten film był lżejszy, niż był. I trwa jakieś 8 minut więcej od „Twistera”. W sumie to nie wiem, czy to jest dobra reklama, bo widzicie: jeśli mnie się za pierwszym razem, za dzieciaka „Twister” podobał, a za dorosłego ten sam film wzbudzał sympatię, to… no… bo przyznaję, „Twisters” zwyczajnie mi się dłużył. Mało tu było do śmiechu, a jedynie drużyna wariatów-łowców tornad rozluźniała atmosferę, ale i tak do pewnego momentu. Tak, zdecydowanie chciałam lżejszej opowieści.

Zastanawiałam się też, dlaczego w USA „Twisters” sprzedaje się jak grzyby po deszczu, a w Europie wręcz przeciwnie. Być może chodzi o nostalgię. A być może nie – tak wyszło.

Jeśli ktoś lubi filmy katastroficzne, to myślę, że będzie się tu nieźle bawił. Technologia może nie jest jakoś bardzo realistyczna, ale przynajmniej nie wydziwiają, że chodzi o rozbicie komety.

PS.: Jeśli chodzi o propagandę w kwestii ocieplenia klimatu, to nie ten adres. Owszem, jest wspomniane, że jest większa susza i więcej tornad, ale to było jedno zdanie, którego wątek nie został rozwinięty.

PS.2: Tutaj bardzo klimatyczne były napisy końcowe, przynajmniej w pierwszej części, gdzie dawano skrawki gazet czy filmów. Ogólnie, skapnęłam się, że ta historia ma jakąś bazę charakterów – podano dwa nazwiska, których w tej chwili nie wymienię. Jak film wjedzie na neta, to może się przyjrzę temu nieco bardziej, jeśli będzie czemu.

I DZIĘKUJĘ, ŻE BYLIŚCIE ZE MNĄ W TRAKCIE MARATONU 😉. 😊 Za wszystkie lajki, komentarze i udostępnienia jestem wdzięczna i mam nadzieję, że moje teksty miło Wam się czytało 😅

Do jutra i dobranoc 🙂

Zabierz mnie na księżyc

Czy chciałam się odprężyć? Tak. Czy poczułam, że film ma zbyt dużo metrażu? Owszem. Czy ktoś może być z „Zabierz mnie na księżyc” usatysfakcjonowany? Oczywiście. Problem w tym, że to nie mój przypadek i nawet nie chodzi o wciskanie kitu „sfingowanie lądowania na księżycu to teoria spiskowa”.

Kelly Jones (Scarlett Johansson) przybywa do NASA, by uratować misję Apollo 11, bo szykuje się porażka stulecia. Raz, że przez pieniądze – kongresmeni nie są przekonani do projektu – a dwa, że ekipie od kosmosu kompletnie nie idzie, więc trzeba sfingować pobyt na księżycu.

Cole Davis (Channing Tatum) się z tym nie zgadza, ale kiedy widzi Kelly, to nie może się jej oprzeć. Szykuje się więc romans…

No, tyle że nie.

To znaczy: o ile pierwsza scena jest dość obiecująca, tak dalsze minuty filmu są rozczarowujące. Owszem, nie zabrakło potencjalnie zabawnych sytuacji, ale gdzieś od połowy seans zaczął mnie nudzić. Zastanawiałam się, czy to mój gust tak nagle wywindował w górę, czy o co chodzi? Wszak są ludzie, którym „Zabierz mnie na księżyc” się spodobało.

Doszłam jednak do wniosku, że „Zabierz mnie na księżyc” nie wie, czym chce być. Czy dramatem – a mamy tu sporo wątków, które mogą zbudować znakomite opakowanie wokół tej historii – czy komedią romantyczną. Ich potencjał nie zostaje wykorzystany, bo mamy tu tak jakby dwa filmy, które w dodatku nie do końca się ze sobą lepią.

Jeśli chodzi o dramat – wystarczyłoby dać poznać bohaterów, wejść bardziej w psyche Cola, a nawet… Kelly. Kelly, która w pewnym momencie czuje obrzydzenie do tego, że oszukuje Amerykę. Niestety, nie jest dane nam poczuć przemiany bohaterki, miałam trochę wrażenie, że to takie „z dupy”, że się wyrażę. A w przypadku Cola – cóż, niewiele zabrakło, by coś się poruszyło w widzu, ale niestety, dbanie o kwiatki ku pamięci astronautów Apollo 1 to nie wszystko.

Jeśli zaś chodzi o romans, to tu tak samo: widzimy, że bohaterowie chcą iść ku sobie, ale… nie ma chemii. Tyle że niekoniecznie jest to wina aktorów. Raczej masz tu za mało scenek, które pokazywałyby, iż oni lgną do siebie, że myślą o sobie. Wszystko wydaje się dziać na gruncie zawodowym, a to za mało, by romans zaiskrzył.

No i wreszcie ta nieszczęsna zabawa z teorią spiskową. Niby jest, ale… nie widzimy tu wahań Kelly, która nagle się budzi i pyta „co ja robię?”. I powiem tak: niech każdy wierzy w to, co chce, ale w pewnym momencie poczułam nerwa. Ten wątek jest taki… oczywisty, sztampowy, zwyczajny. I kompletnie nie wiem, co to miało za zadanie. Wmówić ludziom, że Kubrick jednak kłamał o tym, że nakręcił sfingowany lot? Przypomnieć, że jednak foliarze, teoretycy spiskowi to głupcy?

Ogólnie: spodziewałam się czegoś lepszego. A dostałam bardzo przeciętny filmik, który nie wie, czym chce być. Ma kilka zabawnych momentów, ale to go nie ratuje. I najprzyjemniej będzie go obczaić z ziomkami przy piwku i popcornie. Innymi słowy, nic nadzwyczajnego…

Deszczowa piosenka

Wiem tylko jedno: „Deszczowa piosenka” to zajebisty film. I jeśli macie kino domowe, to szykujcie się na przeżycie.

Jeszcze wczoraj się zastanawiałam, czy się wypaliłam, czy może pasja do kina poszła w kąt, czy o co chodzi… otóż, okazało się, że trafiałam na złe filmy. Potrzebowałam po prostu obrazu, który ma w sobie energię, PASJĘ, który płynie i oferuje przeżycie. Tak, „Deszczowa piosenka” sprawiła, że znowu z radością podchodzę do recenzowania!

Chyba dość trudno wyrazić konkrety wobec „Deszczowej piosenki”. Nie dlatego, że jest to skomplikowana historia – wręcz przeciwnie. Widzimy kilku aktorów, którzy mieli (nie)szczęście uczestniczyć w wielkiej, historycznej zmianie. Ten film zdaje się być głosem pokolenia, które przeszło od kina niemego do dźwiękowego. Ale też jak najbardziej jest opowieścią o miłości. I szczerze mówiąc, ta miłość ubrana w proste rozwiązania jest cudowna; aż wzrusza.

Ja się nie znam na musicalach, ale miałam wrażenie, że w całość włożono mnóstwo pracy. Od świetnych strojów, przez choreografię – uważam, że wybitną, zwłaszcza w przypadku „Good morning” (!), przez śpiew… Ten film jest genialny. I jest sztuką. Tak, bo sztuka rządzi się emocjami; a tu widz zostaje w emocjach. I nieważne, czy to radość, czy wzruszenie, czy satysfakcja – po prostu to jest coś, co czujesz i słowa niekoniecznie są w stanie to wyrazić.

Myślę, że ta produkcja ma różne warstwy i one będą się zmieniać z każdym kolejnym seansem. Już w połowie stwierdziłam, że to jest film wszechczasów. Przynajmniej dla mnie, bo zamierzam sobie go przypominać za każdym razem, kiedy zdechnie mi pasja do kina. Bo się okazuje, że – niestety – dzisiejsze filmy to w większości gówno, które nie chce płynąć.

„Deszczowa piosenka” to komedia, która była nominowana do dwóch kategorii Oskarów 1953. Pierwsza – najlepsza aktorka: Jean Hagen (grała Linę) i druga, najlepsza muzyka. Hagen przegrała z Glorią Grahame, która wystąpiła w „The Bad and the Beautiful”. A muzyka przegrała z filmem, o którym dziś nikt już raczej nie pamięta – „With a Song in My Heart”. Nie wiem, czy on jest dobry, ale na IMDB ma 6.7, więc podejrzewam, że raczej średniak.

Co do aktorów, to choć w głównej roli wystąpił Gene Kelly (jako Don Lockwood), to bardziej świeci jego przyjaciel – Donald O’Connor (jako Cosmo Brown), który genialnie tańczył, przez co Kelly ledwo za nim nadążał.

Nie mniej, to właśnie „Singin’ in the Rain” przeszło do historii. I dlatego jeszcze raz zachęcam Was, byście przygotowali kino domowe i wjechali w to przeżycie. Niesamowite.

Przesilenie zimowe

Dzień dobereł!

Na początku dziękuję wszystkim krytycznym komentarzom, jak i tym pełnych serduszek – obie rzeczy sprawiają, że mogę się rozwijać i mam motywację, a ponieważ nastał nowy dzień, to i nowa recenzja!

❤

„Przesilenie zimowe” to film, na który czekałam kilka miesięcy, bo nie mogłam zobaczyć tego w kinie. Trochę żałuję, gdyż to tytuł ewidentnie zimowy. Bardzo wpisuje się w klimat pro-świąteczny, a nawet i post-świąteczny, przy czym nie bez znaczenia jest muzyka oraz zastosowanie kamer, kolorystyki. W tym drugim przypadku widać to przez wielkość obrazu na ekranie oraz ubarwienie. Ewidentnie „The Holdovers” chce naśladować stare taśmy**. Tak więc, mamy tu do czynienia z vibem starego, dobrego kina i… tak, można określić, że jest to kino klimatyczne, na które trzeba mieć nastrój. I na pewno nie oglądać tego, będąc sennym. To ostatnie zresztą spowodowało, że „The Holdovers” obejrzałam na raty i cóż…

Nadal nie jest to film, który spodziewałam się obejrzeć. Bo jest to prosta historia: w Barton, renomowanym liceum dla chłopaków, przychodzi pora ferii zimowych. Większość z nich wyjeżdża do domu, ale paru młodziaków zostaje, a przy tym pewien bardzo trudny charakterem nauczyciel. Różnice w temperamentach powodują, że będzie się działo.

Chociaż nie.

Bo to w istocie jest historia, która chce robić trochę za „Zapach kobiety” (1992). Otóż, śledzimy relację między młodym Angusem (Dominic Sessa), a nauczycielem Paulem (Paul Giamatti). Za tło uchodzi Boston i szkółka. I cóż… miło się to oglądało.

Musimy porozmawiać o aktorstwie, zanim przejdę do muzyki (tak, będzie jednak muzyczka).

Nazwijcie mnie rasistką, ale naprawdę nie wiem, za co Da’Vine Joy Randolph grająca szefową kuchni Mary Lamb dostała Oskara. Ona jakościowo dobrze wbiła się w swoją postać, bo nie odstawała od reszty – którzy również przyzwoicie odgrywali swoje zadania. Ale żaden z bohaterów nie błyszczał, nie było tego czegoś. A zatem, jedyne, co mi przychodzi na myśl – to to, że Randolph otrzymała statuetkę za to, że jest czarna. Sorry. Ale może Wy mnie naprostujecie i wyjaśnicie, w czym jej rola jest lepsza od reszty kandydatek?*

A teraz czas na muzyczkę, ponieważ nie ma żadnej wątpliwości: ten film bez niej byłby ledwie połową. To ona robi klimat i sprawia, że ma to taki przyjemny posmak.

Jest ona klasyczna, jazzowa, taka… przywodząca na myśl może właśnie lata 60. Akcja filmu toczy się w 1970 roku, więc to są naturalne tropy. Oczywiście, są typowo świąteczne nutki. Przepięknie to podpasowało do zimowego krajobrazu.

W komentarzu linkuję do listy utworów. I tak, w przyszłości będę się opierała głównie na whatsong i na avclub, a resztę zleję. Nie będzie utworów? Trudno – widocznie film jest na tyle fatalny, że nikomu się nie chce robić spisu.

Wróćmy do „The Holdovers”. Na początku myślałam, że śmiechu będzie więcej, bo ten obraz był kreowany jako komedia. Ale… no, nie. To raczej powolne kino, które chce dać nam coś do refleksji. O przeszłości, przyszłości… no, to już zależy od wieku widza. Owszem, są zabawne momenty, zwłaszcza w drugiej połowie; nie mniej… czegoś mi chyba zabrakło.

„Zapach kobiety” miał w sobie tę wibrację naprawdę ładnego, ślicznego wręcz kina. Chciałam to dokończyć, czy się stało i leżało, i generalnie – po seansie czułam takie ciepełko na serduszku. Po „The Holdovers” teoretycznie też tak widz ma się poczuć, ale… serio, zostałam tylko z historią, którą mogę nazwać „ładna” i to wszystko.

Nie wiem, może nie miałam nastroju, może ten film jest tylko na święta, a w połowie lipca to kompletny niewypał? Nie wiem (znowu), ale wiem jedno – raczej ponownego seansu nie będzie.

#theholdovers#przesileniezimowe#filmoskarowy#oskary2024#jestęrasistką#recenzja

* pozostałe to: America Ferrera (w „Barbie”), Danielle Brooks („Kolor Purpury”), Emily Blunt („Oppenheimer”) i Jodie Foster („Nyad”).

** nie, nie chce mi się sprawdzać, jakich kamer używali, bo to nie jest jakiś super film, przynajmniej dla mnie.

The Crow (2024)

Obejrzałam The Gówno Masońskie (The Crow 2024), żebyście Wy nie musieli, dlatego spodziewajcie się spojlerów 👇.

Poszłam na ten film, ponieważ miałam darmowy seans, ale o tym na końcu. Natomiast… po trailerze wiedziałam, że szykuje się masoneria najczystszej wody (ha ha) oraz coś słabego. I aż mnie dziwi, że na IMDB to coś ma 5. PIĘĆ!!! To o 4 za dużo. Jeden punkt zyskuje za muzykę, chociaż to oddzielny temat.

Ale po kolei. Na początku poznajemy bohaterów, czyli jakąś randomową laskę, Shelly (FKA twigs… że co? XD), w której zakochuje się nasz bohater, Eric (Bill Skarskard). Między nimi jest taka chemia, że narody zamiast klękać postanowiły się zdrzemnąć. Zresztą, podobnie jest z grą aktorską innych osób.

Mam wrażenie, że na tym filmie NIKOMU nie zależało – może poza muzykiem, ale o tym w którymś z niższych akapitów. Po prostu… ja nie wierzę w ten wykreowany świat. Jest sztuczny, nudny, sztampowy, etc. Taki pusty. Nie ma w tym żadnej emocji. Fabuła? To coś, co widzieliśmy pierdyliard razy i w tym wydaniu – The Crow a.d. 2024 – nie jest w stanie pobudzić nawet najmniejszej iskierki emocji w widzu.

No bo tu się nic nie dzieje; znaczy dzieją się walki, które fatalnie wyglądają, bo mało ciekawie; sucharowe, papierowe dialogi, które słyszeliśmy pierdylion razy…. Seks uprawiany, który ma nas przekonać do tego, że Eric i Shelly są w sobie zakochani, i że on normalnie nie wytrzymie, jeśli jej nie uratuje i… i eee, proszę pana, kiedy napisy końcowe?

Daję słowo – po jakiejś półgodzinie seansu pomyślałam: „o, nareszcie walka!”. A po pięciu kolejnych minutach zaczęłam patrzeć na zegar w telefonie i pisać notatki. Na sali były jeszcze trzy osoby, jedna przede mną, dwie na samej górze, więc wątpliwe, by moje nudzenie-marudzenie im przeszkadzało, no ale oni po wyjściu z seansu też nie mieli najmilszych, uśmiechniętych twarzy i zdecydowanie nikt nie chciał się dowiedzieć, czy na napisach końcowych coś było. WSZYSCY wyszliśmy razem. Jestem z nas dumna!

Jestem w stu procentach przekonana, że nikt nie miał serca do tej historii. Ale, ja wymagam serca od MASONÓW? WTF, pogięło mnie?!

No, ejże – ale nawet „Biedne istoty” mają piękne stroje, które zachwycają, nawet jeśli to obrzydliwy film, to przynajmniej wzbudza emocje.

Tu tego nie ma, więc jakbyście nagle stracili rozum i postanowili wydać te 20-30 złotych na seans „The Crow” to polecam iść do jakiegokolwiek kina studyjnego, które akurat puszcza filmy klasy C albo Z, bo przynajmniej będzie śmiesznie.

A tu czerstwo. No, cholera – a nawet gorzej, bo czerstwy chleb przynajmniej do czegoś wykorzystasz. A tego filmu… no nie wiem, nawet nie chce mi się analizować masońskiej symboliki, bo ona jest prosta, tandetna i widoczna nawet na trailerze. Nasz koffany bohaterzyna ma na sobie turbo-masońskie szlaczki. Klask, klask, klask. Geniusze ukrywania symboliki, normalnie. W którejś scenie pokazuje się lustro w kształcie dwóch trójkącików, a na końcu mamy turbo masoński taniec w niebieskiej kolorystyce w kompozycji yyy, jakiejś muzyczki.

Aaa, no tak, miało być o muzyce.

Więc kiedy nasi bohaterowie uciekają pierwszy raz złolom, to… zjawia się muzyka cała na przyzwoicie, która jest cholernie niedopasowana do tego, co się dzieje na ekranie. OK – chcieli wzbudzić emocje, dajmy żywą muzę do ucieczki, tylko że… yyy… problem w tym, że te przeciętne, może nawet nudne i nawiązujące do innych hitów (Terminatora 2?) muzyczki mają WIĘCEJ ENERGII, NIŻ CAŁY FILM! Słowo k daję! Normalnie 🙄. Ot, dlatego to do siebie nie pasuje.

Ten film jest tak nudny, że postanowiłam dać 1 na IMDB. Nie mam serca dawać wyższej oceny, nawet dwójeczki, bo twórcy nie mieli litości, ni serca dla widza.

A teraz najlepsze: śpieszcie się kochać Adimoovi: cooltura na moich zasadach, gdyż twórca ten rozdaje DARMOWE BILETY DO KIN W CAŁEJ POLSCE (na różne filmy, of course)! Polecam serdecznie, to jest takie koffane 💖🥰