Mediterraneo

MEDITERRANEO (1991) – z polska „Śródziemnomorska sielanka” to obraz Gabriela Salvatoresa, który został nagrodzony Oskarem w kategorii najlepszy film obcojęzyczny. I co prawda miał mocnych konkurentów, którzy nie omieszkali poruszać trudnych tematów, ale… chyba rozumiem, dlaczego ten film został nagrodzony. Na tle innych smutów ten się wyróżnia i wcale nie jest jakiś taki… bez sensu? Ale od początku.

II wojna światowa. Ekipa włoskich żołnierzy przybywa na grecką wyspę. Z początku zdaje się im opuszczona, ale jednak nie. I tak se żyją w sielance. Ot, cały film. Autentycznie! Gdybym Wam opowiedziała coś więcej, to groziłoby spojlerami, a cała zabawa polega na odkrywaniu humoru i klimatu, który tu jest szczególnie zaznaczany przez muzykę, ale o tym na końcu.

Jest to film na poły sentymentalny, a na poły antywojenny. Jest to obraz, który płynie leniwie, ale nie nudzi – po prostu jego tempo jest sielankowe, idealnie oddany klimat wakacji. Raczej nie każdemu przypadnie do gustu, nie mniej mnie się „Mediterraneo” zaczęło podobać gdzieś w połowie. Ta końcówka to chyba bardziej jest najeżona humorem, i jednocześnie zakończenie już całkowicie płynie na nostalgii.

Nie powiem, by „Śródziemnomorska sielanka” była najlepszym filmem, jaki widziałam. Z pewnością jest to jednak produkcja przyjemna, a nawet ładna. Nie bez znaczenia jest muzyka – och, w tych dźwiękach to można się zakochać! Odpowiedzialnych za nią jest dwóch mężczyzn – Giancarlo Bigazzi i Marco Falagiani. Główny motyw muzyczny jest lekki, sentymentalny i taki „wspomnienie wakacji”, bardzo pamiętliwy. Soundtrack oczywiście zostanie podlinkowany ❤.

„Mediterraneo” udowadnia jeszcze jedną rzecz – da się robić dobre filmy, w których nie ma dramatów, bólów i tego całego cierpiętnictwa. Ja do filmu nie będę wracać, ale do muzyki – na pewno.

PS.: Wątek LGBT też się tu pojawia 😃.

Życie jest piękne

Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby włączyć włoskiego smuta z obozem koncentracyjnym w tle, ale nie żałuję.

(Wyciera łzy).

Od razu mówię – nie znam się na włoskim, ani europejskim kinie, ale film Roberta Benigniego jest piękny. W 1999 roku zdobył trzy Oskary: Benigni za najlepszą rolę, Nicola Piovani za najlepszą muzykę i za najlepszy obcojęzyczny film. I myślę, że w każdym przypadku zasłużenie.

Mamy tu do czynienia z prostą historią: Guido (Benigni) i Dora (Nicoletta Braschi) zakochują się i mają dziecko. Niestety, przychodzi wojna i piękne życie bierze w łeb… ale czy na pewno? Guido wymyśla zabawę dla synka, Giosuego (Giorgio Cantarini), w trakcie której trzeba zebrać 1000 punktów, a na końcu dostaje się czołg.

Mówienie o tym filmie grozi większymi spojlerami, więc postaram się trochę ograniczyć. W sensie – ten film nie jest dramatem typu [tu wstaw jakikolwiek obozowy dramat]. Przypomina raczej film „Jojo Rabbit” Taikiego Waititiego, chociaż też nie. Dlatego że klimat „Życie jest piękne” jest czymś… pięknym. Taika mógł się najwyżej inspirować tym filmem, ale jednak nie sięgnął mu do kolan.

Bo „Życie jest piękne” to komedia – miejscami czarna, a miejscami naprawdę zabawna, na swój stary, komediowy sposób. Do połowy jest lekko, a potem zaczyna się dramat – jednak widz jest bardziej zaskoczony tym, że sielanka tak długo trwa, bo narrator (pojawia się na początku i końcu) zapowiedział wcześniej mroczniejsze chwile. Ale i w nich da się dostrzec, że życie jest piękne.

Moim zdaniem ten film dotyka czegoś głębokiego w sercu. Wiecie, nie chodzi o samo przedstawienie miłości, bo opowieści o niej jest trylion i nie każda jest hitem, a wręcz przeciwnie.

Film dostał Oskara za muzykę (Nicola Piovani), ale mam wrażenie, że jakby jej nie było, to niewiele by stracił. Owszem, dźwięki znacznie dodają uroku temu filmowi, ale tu raczej chodzi o tytuł.

„Życie jest piękne” to najlepszy tytuł, jaki mógł mieć ten film. To jest właśnie sedno tego, o czym opowiada obraz. Esencja klimatu, bo rzeczywiście przez większą część czasu antenowego czujemy, że chwile, życie jest piękne. I naprawdę, doskonale to wszystko zostaje spuentowane.

Jeżeli lubicie włoskie kino – obraz obowiązkowy. Jeśli jesteście Wysoko Wrażliwi, to przygotujcie chusteczki, bo w którymś momencie na pewno będą przydatne.

Nie, nie jestem w stanie opisać tego pięknego klimatu „Życie jest piękne”. Żeby zrozumieć w pełni tę recenzję, to trza zobaczyć film. Polecam serdecznie i życzę PIĘKNEGO DNIA ❤

Full Guy to świetny film, ale…

Zgadza się. W latach 1981-1986 emitowany był serial „The Full Guy” o dwóch kaskaderach dorabiających jako łowcy nagród. Próbowałam to oglądać, ale na YT nie ma wszystkich odcinków (jest ich 116, pięć sezonów po 22-23 odcinki). Z tego wynikło, że nic nie wynikło, bo niewiele zrozumiałam. Poposiłkuję się więc wikipedią.

Otóż, mamy dwóch kaskaderów: Colta Seaversa (Lee Majors) i Howie Munsona (Douglas Barr). Ten drugi to jego kuzyn, który dopiero się uczy fachu. Wiadomo, że mają swoje przygody, a w ich trakcie spotykają się z piękną Jody Banks (Heather Thomas). Uściślijmy: w filmie głównym bohaterem jest Colt Seavers i nawet jeśli wygląd Goslinga nie do końca się z nim kojarzy, to wygląd Jody już ewidentnie, nie mówiąc o imieniu (w filmie Jody Moreno, gra Emily Blunt). I w zasadzie to tyle… a nie, jeszcze dwie kwestie.

Czy na sali mamy kogoś, kto lubi w samochody? Bo pierwszy sezon nie popisał się szczegółowością: panowie tak się naparzali autkami, że widać, iż w kilku odcinkach są różne modele aut. Za to Generals Motors postanowiło ułatwić pracę kaskaderce już w drugim sezonie. Dostarczyli jej trzech modeli aut, na których i w których panowie mogli nieźle się bawić.

Jeśli baliście się otworzyć odcinek z „The Full Guy”, to nic straconego, bowiem jeszcze raz zaprezentuję tu opening „Unknown Stuntman”, zrealizowany przez Lee Majorsa:

Full Guy – pl

No cóż, nie jestem typem, który zwierza się z całego życia
Ale widywano mnie z Farrah
Nigdy nie byłem z niczym gorszym niż dziewiątka
Tak wspaniałe
Byłem w ogniu z Sally Field, szybko z dziewczyną o imieniu
Bo Ale jakoś one nigdy nie kończą jako moje

To życie na krawędzi, które prowadzę Ryzykuję
Umarłem dla życia w filmach i telewizji Ale najtrudniejsze, co kiedykolwiek robię
To oglądanie moich głównych partnerek Całujących innego faceta, podczas gdy ja bandażuję kolano

(Refren 1)
Mogę spaść z wysokiego budynku Mogę rozwalić nowy samochód
Bo jestem nieznanym kaskaderem Który uczynił z Redforda taką gwiazdę

(Następna zwrotka)
Nigdy nie spędzałem dużo czasu w szkole
Ale nauczyłem panie wiele
To prawda, wynajmuję swoje ciało za pieniądze
Hej hej!
Zostałem opalony przez Cheryl Tiegs Wybuchłem nad Raquel Welch
Ale kiedy kończę w sianie, to tylko siano,
Hej hej!

(Refren 2)
Mogę przeskoczyć otwarty most zwodzony
Albo z Tarzanem z liany
Bo jestem nieznanym kaskaderem Który sprawia, że Eastwood wygląda tak wspaniale

(Następna zwrotka)
Nigdy nie zostanę prezydentem
Ale mam najlepsze pierwsze damy Czasami mam je tak daleko, jak okiem sięgnąć może

Oo-wee
Poranny przejazd z Jackie Smith Wypadek w nocy z Cheryl
Ale w końcu one nigdy nie zostają ze mną

(Refren 3)
Mogę spaść z wysokiego budynku
Żeby Burt Reynolds nie ucierpiał
Mogę skoczyć przez potężny kanion Żeby mógł się całować i flirtować Podczas gdy ten gaduła całuje moją dziewczynę
Ja tylko całuję ziemię
Tak, jestem samotnym kaskaderem Który uczynił z Burt’a kochanka

Full Guy – eng

Well, I’m not the kind to kiss and tell
But I’ve been seen with Farrah

I’ve never been with anything less than a nine
So fine
I’ve been on fire with Sally Field,gone fast with a girl named Bo
But somehow they just don’t end up as mine

It’s a death-defying life I lead
I’ll take my chances
I’ve died for a living in the movies and tv
But the hardest thing I ever do
Is watch my leading ladies
Kiss some other guy while I’m bandaging my knee

(Chorus 1)
I might fall from a tall building
I might roll a brand-new car
’Cause I’m the unknown stuntman
That made Redford such a star

(Verse 2)
I’ve never spent much time in school
But I taught ladies plenty
It’s true I hire my body out for pay
Hey hey!
I’ve gotten burned over Cheryl Tiegs
Blown up over Raquel Welch
But when I wind up in the hay, it’s only hay,
Hey hey!

You might also like

​euphoria

Kendrick Lamar​meet the grahamsKendrick Lamar6:16 in LAKendrick Lamar

(Chorus 2)
I might jump an open drawbridge
Or Tarzan from a vine
’Cause I’m the unknown stuntman
That makes Eastwood look so fine

(Verse 3)
They’ll never make me president
But I got the best first ladies
Some days I got ’em as far as the eye can see
Oo-wee
A morning drive with Jackie Smith
A crash in the night with Cheryl
But in the end they never stay with me

(Chorus 3)
I might fall from a tall building
So Burt Reynolds don’t get hurt
I might leap a mighty canyon
So he can kiss and flirt
While that smooth talker’s kissing my girl
I’m just kissing dirt
Yes, I’m the lonely stuntman
That made a lover out of Burt

A odnowiona wersja brzmi tak:

Nagrał ją Blake Shelton :).

Należy jeszcze wspomnieć o ostatnim (chyba) symbolicznym geście wobec serialu „The Full Guy”. Otóż – pierwszy odcinek został wyemitowany 4 grudnia 1981, a ostatni… 2 maja 1986. Co prawda światowa premiera filmu to 3 maja, ale… i tak te dwie daty się łączą ze sobą, prawda?

Niezależnie jednak od tego, czy kojarzycie serial, czy nie – idźcie do kina, bo naprawdę warto!

PS.: A sam film nawiązuje do takich hitów jak: „Thelma i Louis” (płakałam prawie ze śmiechu na tej scenie), Drive (2011), Edge of Tomorrow (2014), Bullet Train (2022), Blade (1998), John Wick (2014) i pewnie jeszcze paru innych :).

BACKDRAFT (1991)

„Backdraft” – z polska „Ognisty podmuch” to hit z 1991 roku, z trzema nominacjami do Oskara. Jedna jest za muzykę (Hans Zimmer oraz bardzo fajne utwory, w tym od LOS LOBOS), a dwie pozostałe za efekty specjalne i wizualne. I mimo upływu lat, nadal są zachwycające. I to od pierwszej sceny, kiedy to mały chłopak widzi w akcji swojego ojca. Jednakże trzeba wyjaśnić, dlaczego „Backdraft” nie wygrał. Sprawa jest prosta: BO NIE MÓGŁ WYGRAĆ Z TERMINATOREM 2. Ale mimo to Allen Hall, Ron Howard i ogólnie jego ekipa trzy miesiące przed zdjęciami testowali i badali różne opcje z ogniem, by ucieszyć oko widza. Tak – ten ogień, który widzimy na ekranie jest PRAWDZIWY. Bawiono się nim na specjalnej scenie do palenia, a za zabawki ogniotwórcze posłużyły specjalne zbiorniki ze stali, z czego największą z nich była „Wielka Bertha”, mieszcząca 100 galonów i potrafiąca wyrzucać z siebie ogromną ścianę ognia (60×20 stóp, jak rozumiem). Allen Hall, pirotechnik, tak się o tym wypowiedział: – Siła samego zaworu odpowietrzającego Berthy wystarczała, aby zdmuchnąć ściany z zestawów. Gdyby nie był przypięty, rakietowałaby przez pokój.

To wszystko jednak było za mało dla fascynatów efektów praktycznych. Musieli zbudować cacko, urządzenie zwane Ash-o-matic, które wywalało w kij dużo dymu i kawałki tektury, co jeszcze lepiej obrazowało wygląd ognia w przestrzeni.

Podsumujmy to stwierdzeniem Claya Pinneya: – Dziewięćdziesiąt pięć procent tego, co widzisz, zostało sfilmowane na żywo na miejscu.

Źródło obrazka: https://www.hollywoodreporter.com/movies/movie-news/30-years-ago-backdraft-made-firefighters-cool-2-1235001980/

A teraz parę wdechów, oddechów… i o filmie czas opowiedzieć, bo to nie jest tylko i wyłącznie katastroficzny film. To jest dramat w najlepszym wydaniu. Co prawda ponad dwie godziny mogą trochę nużyć, ale „Backdraft” płynie! Nim się skapnęłam, miałam już ponad 40 minut na suwaku.

Oto historia dwóch braci: Stephena (Kurt Russell) i Briana (William Baldwin), którzy rywalizują ze sobą, ale oboje mają różne temperamenty. I oboje wydają się bardzo prawdziwi w tym, jak się prezentują. Stephen pracuje jako strażak i nagle dowiaduje się, że jego brat również chce nim zostać. Są w tej samej jednostce, więc widzimy, że jeden z nich uwielbia za bardzo ryzykować, a drugi – za bardzo boi się ognia. A jakby tego było mało, to w mieście grasuje podpalacz i sprawę zbadać ma Robert de Niro… znaczy, Donald Rimgale.

Film jednak nie skupia się tak do końca na sprawie kryminalnej, jakby to wynikało z opisu. Bardziej go interesuje psychologia bohaterów, co jest bardzo na plus. Nie wiem, ale twórcy – od aktorów, po sprzątaczy – musieli włożyć mnóstwo serca w tę produkcję. Inaczej nie umiem wyjaśnić, dlaczego – mimo że łatwo się domyślić „ktoś zginie” – jestem wzruszona, dlaczego wzrusza mnie Brian, gdy stara się być po prostu jakiś konkretny, z osiągami. W sumie tak, identyfikowałam się z nim, ale również rozumiałam Stephena. Kurczę, te wszystkie relacje są takie prawdziwe.

Ponieważ bardzo lubię Los Lobos, to przy utworze „I walk alone” to byli oni, a tekst napisali David Hidalgo i Louis Perez. Więcej o muzyce oskarowej tu.

„Backdraft” to film bez wątpienia piękny. Porusza tym, jak realistycznie został oddany ogień i porusza tym, jacy są bohaterowie. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to bardzo, bardzo polecam.

Niech żyją strażacy!

PS.: Lucas Films także maczał swoje łapki w efektach specjalnych.

[KWIECIEŃ 2024] – Recenzje filmów i seriali

Nie wiadomo, jak długo pożyje jeszcze Facebook. Ale… nie chcę zaczynać z pustą kieszenią, gdy padnie. Dlatego też zbiorczo będę wstawiała recenzje z miesięcy. Mam nadzieję, że to ułatwi Wam znajdowanie interesujących treści czy przeszukiwanie archiwum, bo tekstów jest coraz więcej… wszak fanpej ma już prawie półtora roku!

Ola

  1. Code 8
  2. Code 8: part two
  3. Nagi instynkt (1992)

Też się zdziwiłam, że nie ma recenzji. I nie będzie xD. Pytanie: czy to dobry film? Tak.

  1. Wykidajło (1989)

  • The Fisher King

Dzień dobereł, postaram się przedzielać akapity znacznikami, ale to nowy nawyk, więc… do rzeczy. „The Fisher” dostał 5 nominacji do Oskarów w 1992 roku: najlepsza muzyka (George Fenton), najlepsze dekoracje (Cindy Carr, Mel Bourne), najlepszy scenariusz (Richard LaGravenese), najlepsza aktorka (Mercedes Ruehl) i najlepszy aktor drugoplanowy (? – Robin Williams). Z tego zestawu zwyciężyła tylko Ruehl i to zasłużenie. Nie mniej, z powodu pozostałych przegranych można powiedzieć: to film wielki, ale przegrany. Tak, „Fisher King” Terry’ego Gilliama to niewątpliwie perełka, wręcz ARCYDZIEŁO w swoim gatunku. Niestety, wszystko wskazuje na to, że to film nie tylko zapomniany, ale także i krytykowany za to, że Gilliam odszedł tu znacznie od swojego znanego stylu. A przecież, to nie zmienia faktu, że jest to komediodramat wyjątkowy tak, jak żaden inny.

*

Jack Lucas (Jeff Bridges) jest niedoszłą gwiazdą małego ekranu, która pewnego feralnego wieczoru zapija się niemalże w trupa. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w takim menelskim stanie spotyka na swej drodze Parry’ego (Robin Williams), który dosłownie ratuje mu dupę i który jest szalonym bezdomnym.

*

Tych dwoje się spotyka, przez co ich życia się zmieniają. Poprzez masę dziwacznych perypetii widz obserwuje niezwykły spektakl – ma w sobie magię, romans, ma w sobie wiele głębi.

O, tak – ten film ma GŁĘBIĘ.

Z jednej strony wynika to z samego scenariusza: ponieważ są tu poruszane problemy społeczne (biedni niewidoczni w NY), traumy, tęsknota za miłością… A z drugiej strony zarówno aktorzy, jak i reżyser dają z siebie 110%.

*

Jeśli chodzi o aktorstwo, to tu słabi są jedynie ci, którzy lądują na ekranie przez jedną sekundę. Pozostali robią swoje i to w najwyższej klasie. No dobra, może trochę przesadzam, bo pokazanie „śmiesznej” miny w szpitalu psychiatrycznym przez randomowego statystę nie powinno być jakimś wyzwaniem dla aktora. Nie mniej, od pierwszej sceny miałam wrażenie, że Bridges, Williams i Ruehl ustawiają poprzeczkę bardzo wysoko, jest to aktorstwo ocierające się o wybitność. No dobra, może przesadzam, bo nie jestem obiektywna wobec tego filmu. Ale, na przykład, dziewczyna Jacka – Anne – którą zagrała Ruehl do dziś uchodzi za jedną z najlepszych romantycznych i kobiecych ról w kinie. Nie trzeba być geniuszem, żeby się skapnąć, że Anne kocha Jacka. On jest idiotą, ale widz nie ma wątpliwości, co do jej uczuć. Ba!, scenariusz sam w sobie niekoniecznie mówi o tym, jak bardzo ona jest mu oddana. Owszem, są pewne potem sceny, nie mniej gdyby nie rewelacyjna praca Ruehl, ten film straciłby wiele ze swej magii.

Ponadto wiele scen było ponoć improwizowanych, a na szczególną uwagę zasługuje Michael Jeter, który odwala taką scenę, że wszystkie współczesne filmy z tematyką LGBT mogą przed nim paść na kolana. Link w komentarzu.

*

Wreszcie Terry Gilliam. W jego filmografii jest to ponoć wyjątkowy obraz właśnie dlatego, że Gilliam nigdy wcześniej i nigdy później nie nakręcił czegoś tak… uroczego? W każdym razie, na planie wykonał niesamowitą pracę.

*

Po pierwsze – wkręcamy się w historię chaotyczną, nie, historię romantyczną, a nie przepraszam, to historia szalona. Tak, Gilliam doskonale odnajduje się w takich obrazach, gdzie rzeczywistość miesza się z fikcją literacką. Tu mamy zafiksowanego na punkcie Świętego Graala Parry’ego. I powiem tak: wyjątkowości obrazowi nadaje to, że wszelkie szaleństwo widoczne w nim jest tu… urocze? Coś w ten deseń.

*

Po drugie wreszcie – momenty… niektóre sceny mogą na zawsze zapaść w mózgu. Wyróżniają się pomysłem na siebie. Oto jest Czerwony Jeździec. Ale… oto jest hala w NY, gdzie ludzie idą w swoje strony, niepomni na to, co się dzieje. I nagle – tańczą walca! Jest to coś niesamowitego i zarazem prostego, a robi wrażenie. Oto jest wreszcie Jeter, ale to przecież nie jedyna scena, którą widz zapamięta. Właściwie, większość „Fisher King” nadaje się do spamiętania, gdyż to jest po prostu absolutnie szalony i ujmujący obraz, pełen absurdów.

Ponadto, wydaje się, że niemalże każda scena była niesamowicie przemyślana w swych szczegółach.

*

I właśnie trzecia rzecz: komediowość. Owszem, „Fisher King” zawiera mroczniejsze nuty – zwłaszcza pod koniec – ale… ogólnie, rzecz wspaniała: oglądam tego filma po 40 latach od jego powstania, a ten mnie dalej śmieszy! Tak, może nie każdemu przypadnie do gustu jako taki, ale rany… te sceny są lekko w czarnym humorze, są po prostu ponadczasowo komiczne. A że pod koniec widz może się wzruszyć, cóż – to tylko pokazuje siłę „Fisher King”.

*

Tak, jestem przekonana, że „Fisher King” było, jest i będzie arcydziełem z wielu powodów. Głębia scenariusza to jedno – tu można wciąż odnajdywać nowe walory smakowe. Ale druga rzecz to komediowość. Humor szybko się starzeje, a tu tak się nie dzieje, przynajmniej moim zdaniem. Szaleństwo widoczne w poszczególnych scenach tylko dodaje komediowości wyrazu, przez co film staje się jeszcze bardziej ikoniczny w swym gatunku.

Dlatego wielka szkoda, że to perełka praktycznie zapomniana. Polecam serdecznie!

  • The Prince of Tides

– Myślę, że to milczenie było gorsze od g.w.ał.tu – powiedział Tom Wingo (Nick Nolte – ta rola jest uznawana za jedną z jego najlepszych, jak nie najlepszą) w „Księciu przypływów”, ekranizacji słynnej powieści Pata Conroya z 1986 roku. Dlaczego słynnej? Bo historia ta weszła na stałe do amerykańskiej kultury, czego przykładem jest kilka nawiązań w znanych serialach. To „The Simpsons” z 1993 roku, to „Rodzina Soprano” z 2004, to „The Office”, to w drugim sezonie „Atlanty” mamy wyraźne do tego nawiązanie i wreszcie także w drugim sezonie „Ted Lasso” znajduje się wspominka o książce. Nic dziwnego – kiedy Pat Conroy wydawał swoją powieść, były lata 80′ XX wieku. A rzecz, którą opisywał mogła wtedy nieźle zaszokować. I być może przeanalizował całą sytuację od A do Z, ponieważ historia ma 568 stron. Niestety – nie czytałam jej, ale po obejrzeniu filmu wnioskuję, że to musi być bardzo zacna historia. Czego – niestety 2 także – możemy nie zauważyć w filmie.

Z opisu wynika, że mamy do czynienia z romansem i dramatem. Na pierwszy rzut oka kojarzy nam się „Nagi instynkt”, bo w końcu bohater, Tom, zaczyna się spotykać z psychiatrą, Susan Lowenstein (Barbra Streisand). Powód niezbyt miły – jego siostra, Sally (Blythe Danner) chciała popełnić samobójstwo. Dzielna lekarka chce odkryć przyczynę, więc przez cały film mamy do czynienia z opowieściami i retrospekcjami Toma.

Przez 1,5 h (film trwa 2h 11 minut włącznie z napisami) nie widziałam w tym obrazie NICZEGO, za co Akademia mogłaby przyznać w SIEDMIU kategoriach nominacje oskarowe. A tak się wydarzyło w 1992 roku. Nie wiem, być może w tamtych czasach pejzaże robiły wrażenie, ale najbardziej robił temat.

I teraz tak: jeśli uważacie, że warto obejrzeć ten film, to pomińcie kolejny akapit. Moim zdaniem NIE WARTO, ale głównie dlatego, że treść, jak i forma mocno się zestarzały do naszych czasów. Ba, nawet jasne, ckliwe kolory w kamerce nie pasują do mrocznej – mimo wszystko – opowieści. Ja rozumiem, że Streisand ma taki styl, nie mniej jednak gotyk byłby tu znacznie milej widziany. A tak?

Przez cały film śledzimy retrospekcje Toma. Widać, że jego rodzina jest lekko pojebana, ale dopiero pod koniec odkrywamy, dlaczego jego siostra chciała popełnić samobójstwo i dlaczego on jest bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Chodziło o zbiorowy gwałt. Na nich.

Barbra Streisand przez CZTERY LATA zabiegała o swoją wizję artystyczną. Mimo że jest Żydówką, mimo że wcześniej też miała uznane już filmy w Hollywoodzie, to akurat „Książę przypływów” spotykał się z realizacyjną ścianą.

Powodem były pieniądze. A może i płeć? Zdaniem Davida Harrisa ze Spectrum Culture, mężczyźni bezproblemowo dostawali duże hajsy na swoje podobne dzieła. Tymczasem Streisand musiała postawić się wyraźnie wobec tuz Hollywoodu. Ba, nawet o swoją wizję artystyczną musiała walczyć, bo ona chciała zrobić nie tyle romans, co film psychologiczny, prawdziwe studium przypadku.

I – ekhem – jej to nie wychodzi.

To znaczy, trochę wychodzi, ale o tym później. Dla współczesnego widza ważne jest to, że w całej historii widzi tanią psychologię, w dodatku naszpikowaną kulturą lat 80-90′. Na przykład, mężczyzna z trojgiem dzieci i żoną, która go zdradza. Jak myślicie, co dziś by zrobił, gdyby spotkał miłość swego życia? Właśnie – a on tymczasem wraca do swej żony, by oddać hołd swoim kobietom życia. Co? Ale jak to?

Wprawdzie widzimy, że na końcu jedzie drogą do Nowego Jorku, gdzie spotykał się z Barbrą, znaczy z panią psychiatrą, ale… nie wiem, jakoś całość mi się nie wbija w dobrą, smaczną i zdrową kupę.

Jednakże, w 1994 roku Roger Eder – jeden z twórców Criterion Collection – zaryzykował stwierdzenie, że to właśnie Streisand zrobiła krok naprzód dla narracji w Hollywoodzie. Jak napisał: – „Prince of Tides” potwierdził Streisand jako potrójnie niebezpieczną producentkę filmową [reżyseria, aktorstwo, scenariusz], ale – co być może jeszcze istotniejsze – otworzył nowe, ważne obszary dla amerykańskiego mainstreamowego kina, ukazując nowy teren, bardziej wymagający emocjonalnie i moralny krajobraz, niż Hollywood dotychczas eksplorował. Widzowie filmowi, którzy nigdy nie przekroczyliby progu domu kinowego, nagle tłumnie zaczęli przychodzić do kina, by obejrzeć rodzaj filmowego mistrzostwa, zwykle kojarzonego z Wellesem czy Marcelem Carné.

Jak wspomniałam, Streisand walczyła o ten film. Dwie wytwórnie filmowe: CBS i MGM widziały w tym utworze średniobudżetowy, mało inspirujący film, typowy dramat. Ostatecznie „Książę przypływu” dostał 30 milionów, a zarobił – bagatela – 135 milionów dolarów. Prawdopodobnie było to spowodowane tym, że Streisand naprawdę chciała zbudować psychologiczną dramę, co zresztą Conroy, współtwórca filmu, uszanował i nie tylko skrócił historię, ale też bardziej unaocznił psychologiczne wątki. Cóż, dziś one trochę śmiesznie wybrzmiewają, ale w dalszym ciągu moment, gdy Tom wypłakuje się w ramionach Susan, robi wrażenie.

Well…

Powinnam już skończyć pisać o tym filmie. No więc: nie polecam. Spędziłam co prawda miłe dwie godziny, ale dupy nie urwało. Ani zabawne scenki* nie spowodowały, że się uśmiechałam, ani ładne dekoracje nie robiły na mnie wrażenia, ani nic. Oglądając ten film czułam się trochę, jakbym oglądała rozrywkę w TV. Wiem, wiem – może to trochę niesprawiedliwe dla „Księcia przypływów”, ale szczerze? Nie, nie oglądajcie. Poczekajcie na współcześniejszą wersję, bo być może będzie lepsza.

* (moment, kiedy niby nabijają się z bycia Żydówką przez Streisand to tak naprawdę element większej całości, bo tu temat Żydów tak czy inaczej się przewija)

  • Rebel Moon 2

„Rebel Moon: zadająca rany” to niewątpliwie zły film i chciałabym napisać: tak zły, że aż dobry. Niestety, ale nie – ledwo można go wybronić… czekaj, daj mi skończyć. Na styk. Jeśli film byłby dłuższy o jakieś kilka minut, to bankowo głowa od głupot by mnie zaczęła boleć. Ale nie zaczęła, dlatego jest to paździerz, który idzie obejrzeć. Niestety, pomimo pracy trzech scenarzystów: Zacka Snydera, Shaya Hattena i Kurta Johnstana, ten film po prostu nie trzyma się kupy i jest o wiele gorszy, niż jedynka.

Akcja sprowadza się do tego, że mamy pewną planetkę i z pięciu bohaterów-wojowników, którzy postanowili ją obronić. I tak, to naprawdę wszystko, choć „Rebel Moon: zadająca rany” trwa około dwóch godzin.

Jeśli chcieliście tę część obejrzeć i przy okazji odświeżyć sobie jedynkę, to BROŃ BOŻE TEGO NIE RÓBCIE. Dlaczego? Bo się wynudzicie na śmierć. Ja się nudziłam – a nie przypominałam sobie jedyneczki – a co dopiero osoba, która ma na świeżo w mózgu tę część.

Bo zaczyna się od narratora, który streszcza nam pi razy oko to, co się wydarzyło wcześniej, dzięki czemu do filmu można zajrzeć nawet wtedy, gdy się nie widziało pierwszego. Potem mamy złola, który przeżył – ale to wiedzieliśmy już wcześniej – a potem mamy genialnych wojowników, którzy wpadli na to, by bronić wioski, mając tylko drewniane widły i parę broni. I stając naprzeciwko super ultra wielkiej-potężnej armii. Genialny plan, milordzie.

Po ustaleniu planu widzimy, że ludzie mają zapierdalać w polu. Tak, bo plan zakłada, że:

a) ludzie będą zapierdalać w polu, bo złole mają przyjechać po zboże; zboże, które zamiast zrywać z rana jest zrywane w południe, ale przynajmniej uprawa była ekologiczna. Ej, naprawdę – filmowcy posadzili zboże, mieli to wszystko w harmonogramie i naprawdę je zrywali. A wszystko po to, by słupki zboża wyglądały realistycznie. Snyder bowiem uwielbia praktyczne efekty.

*

Małż Asi [mojej przyjaciółki]: mają latającą platformę [na której jest składane zboże], a nie mogą sobie zrobić kombajnu? Mieliby więcej czasu na rebelię.

*

Wy, którzy będziecie oglądali „Rebel Moon: zadająca rany”, niech Was ręka boska broni od szukania logiki w tym czymś. Lepiej się pośmiejcie, bo trochu jest z czego.

Wracając do planu, to tenże genialny plan wymyślony przez milorda Titusa (Djimon Hounsou) zakłada, że po napierdzieleniu się w polu:

b) napierdzielimy się w bitwie.

A w międzyczasie spróbujmy potrenować… co? No niby w filmie widać trening, ale mieli na zboże trzy dni, a praca w polu to nie jest takie hop-siup, zwłaszcza ręczna praca. To kiedy oni mają siły i czas, żeby się przygotować do rebelii?

Dobra, w końcu nie mieliśmy szukać logiki w tym uniwersum…

*

Asia: Będziemy zbierać zboże i rozdawać sobie wyszywanki, zmęczymy się jak sam chuj, a potem do bitwy.

*

Sama bitwa trwa godzinę. Jednak problem w tym, że nie jest ciekawa. To znaczy: są momenty, na które warto popatrzeć, ale to bliżej końca, niż początku. Większość tej walki nie trzyma się kupy, ale za to występują miecze świetlne! I jest drama!

Albowiem chłopaczek-blondynek biegnie na pomoc swej… no właśnie, swej co? Widzimy dwie sceny, że blondynek chce się z Nemezis (Bae Doona) zaprzyjaźnić, że daje jej wyszywankę. Ale że widz ma uwierzyć w to, że łączy ich jakaś nieziemsko intymna, mocna, rodzicielska relacja? No, nie. Nie pykł dramat, chociaż muzyka wyraźnie chciała go tworzyć i nawet by jej się to udało, gdybym miała jakąkolwiek więź z bohaterami.

A niestety, null, zero, kompletnie nic nie czułam, nawet patrząc na Korę (Sofia Boutella). Ich losy obchodziły mnie tak, jak zeszłoroczny śnieg, a nawet gorzej.

Dlaczego?

Przecież zaraz po zbieraniu plonów mieli imprezkę, na której sobie opowiadali swoje historie i… no właśnie chyba dlatego. Po pierwsze, nie dowiadujemy się z nich praktycznie niczego nowego – większość z tego znana była już nam z pierwszej części. A nawet jeśli nie, to te historyjki były tak nudne (i to druga rzecz), że ja z większym zapałem czekałam na komentarze Asi odnośnie filmu. Serio.

* * *

Z jednej strony dostaliśmy wydmuszkę – która nie proponuje nam niczego ciekawego, oprócz nabijania się ze slow motion… a nie, czekaj. Dam sobie paznokcia uciąć, że slow motion było mniej, niż w jedynce. Cóż, przy zbieraniu zboża to-to jest na pewno, ale to są ładne kadry i tu bym ekipie wybaczyła, bo w końcu jakoś ciężką pracę w polu trzeba było czymś uhonorować. I mówię całkiem serio, oni naprawdę uprawiali ekologiczną uprawę zboża!

I właśnie – zarówno twórca muzyki (Tom Holkenborg), jak i spece od efektów wszelkiej maści spisali się na medal. No, może poza charakteryzatorem złola.

*

Asia: Fryzjer, który czesał złola powinien zostać zwolniony.

Ja: czemu?

Asia: No ta grzywka i reszta głowy wygolona, Jezus Maria

już mogli mu dredy zrobić na czubku głowy, czy coś

Nie wiem kurna, ale nie ta grzywka, litości

*

Serio, grzywka złola jest zua tak, jak ten film. Albo i nie – bo film marnuje potencjał, energię i zapał wielu uzdolnionych ludzi. Rozumiem, że ze Snyderem się bardzo miło pracuje, ale…

Dla Sofii Boutelli to pierwsza poważna, wielka rola. Czy ktoś ją zauważy? Moim zdaniem – robiła, co mogła, żeby dać coś od siebie Korze, ale problem w tym, że… z pustostanem nie wygra. Niewiele mogła zrobić jako aktorka, bo postacie w tym filmie są bardzo źle napisane, bardzo papierowo i nie przedstawiają sobą niczego ciekawego. A szkoda, bo myślę, że w sensowniejszych charakterach Sofia mogłaby zwrócić na siebie uwagę zacniejszych reżyserów.

Już nie mówiąc o gigantycznej pracy ludzi od charakteryzacji, bo zminimalizowano rolę zielonych strojów, większość elementów była praktyczna, a na niektórych aktorów ozdoby zakładało się ponad trzy godziny. Albo speców od wybuchów – tego używali na planie sporo. Ba, zbudowali nawet rzekę, którą w kilku minutach wykorzystano!

*

Asia: czemu oni tacy brudni

rozumiem, że mają widły z drewna, ale widziałam tam rzekę.

Mogą dupę umyć

ja: pewnie Snyder się bał, że będą krytykować za „jest zbyt czysto, sterylnie”

Asia: w Gwiezdnych Wojnach są czyści, nawet jak mieszkają w lesie

ja: haha, i nikt na to nie narzeka

Asia: Tak jakby standardy higieniczne nagle musiały umrzeć, bo są na innej planecie

*

Reasumując… mamy bardzo dobrze zrobiony film, który jest bezwartościowy. I to jest bardzo smutne. Smutne, że nad złą historią tyle siedziano (finałowa bitwa była realizowana przez blisko miesiąc), że włożono w nią tyle niesamowitego wysiłku. Bo ten wysiłek ni w ząb nie zostanie doceniony przez to, że produkcja jest paździerzowa.

A, w bonusie: w „Rebel Moon: zadającej rany” pojawia się masońska symbolika, ale to mnie właściwie nie zasmuciło. Przyzwyczaiłam się do tego, a sam film nieźle wygląda. A zresztą, imperium obfitujące w masońskie symbole tu przedstawiono w totalnie złym świetle. Tak złym, jak sama produkcja…

  • Galaxy Quest

Dzień bez recenzji to dzień stracony, dlatego zachęcam Was do codziennego zaglądania na fanpeja 😉. Ale – ja chciałam tylko powiedzieć, że jestem zachwycona „Galaxy Quest” z 1999 roku. A wydawałoby się, że będzie wręcz przeciwnie, bo przecież seriale się zmieniły, prawda? PRAWDA?

*

Pierwsza scena: widzimy opening serialu „Galaxy Quest”. I powiem szczerze, że tu właśnie czas uczynił z niej czyste złoto. Przyjrzyjcie się EFEKTOM SPECJALNYM – one są na dziś tak kiczowate i tak tanie, jakby były robione w kinie klasy G. To powoduje czysty śmiech na sali, czy też raczej w pokoju. Dalej jest tylko lepiej.

*

To znaczy: efekty specjalne są już lepsze, ale ten humor parodiujący Star Treka XD. Albo jakąkolwiek space operę, bo szczerze mówiąc nie trzeba znać ST, by się śmiać. Przyznaję, że często byłam rozbawiona, a między tymi scenami znajdą się urocze momenty. Takie… wręcz można się porzygać tęczą, choć tu akurat LGBT nie ma (? – ale w sumie są kosmici, więc może?).

*

Co ciekawsze, nie mam bladego pojęcia, czy aktorzy w 1999 byli znani… no dobrze, Sigourney Weaver była znana tak w 1993, jak i w 1999 roku. Przecież „Obcy” to dziś wręcz kultowa seria, ale – to tym bardziej dodaje uroku filmowi, jakim jest „Galaxy Quest”. Pomyślcie: muza filmów space operowych, filmów o kosmosie, obcych gra w ich parodii! Genialne posunięcie.

*

Kojarzę jeszcze jednego kolesia – tego od roli Monka. Pozostali wydają się znajomi, ale już nie aż tak. Nie mniej, to akurat nie ma większego znaczenia, gdyż muza była główną atrakcją castingu. No, wszak opowiadała o cyckach – bo ją o to pytali – gdy brała udział w castingu do serialowego „Galaxy Quest”.

*

„Galaxy Quest” to nie tylko parodia ST. To także duży komentarz o branży filmowej. Mało tego, akurat pewne aspekty tejże nigdy nie przestaną być aktualne. Jak chociażby BARDZO GŁUPIE rzeczy. Dajmy na to – durne przeszkody w samym środku statku, które tak naprawdę nic nie dają. No dobra, teoretycznie są obroną przed nieproszonymi gośćmi, którzy by chcieli coś wyłączyć xD. Ale nawet jeśli tak, to tu nadaje się tylko jeden komentarz Sigourney:

– Ten, kto napisał ten odcinek powinien zginąć!

*

Cóż…. „Galaxy Quest” wprawdzie nie dostało Oskara, ale fani science fiction docenili, przyznając mu Hugo w 2000 za najlepszą prezentację dramatyczną. Ba, casting też został doceniony, chociaż tu tylko nominacja od Society of America (USA), nie mniej – dobra robota, Debra Zane!

*

Myślę, że tak jak i w 1999, tak i dziś należy uznać pewną genialność, może ponadczasowość filmu „Galaxy Quest”. Gdyby nie był tak znakomity, to bym dzisiaj nie pisała tej słodko-pierdzącej recenzji 🙂.

  • „X” (druga część o Pearl)

Wiedziałam już wcześniej, że „X” nie jest filmem, który zryje mi banię czy coś w ten deseń. To przez oceny na IMDB i niestety – ale miały one rację. „X” to slasher… może nie tyle przeciętny, co bardzo prosty w swej konstrukcji, niezbyt przyjemny, budzący pewne podejrzenia i w dodatku… w sam raz na odmóżdżanko. Innymi słowy, jeśli mózg chce wypocząć i nie szuka ambitnych obrazów, to „X” jest spoko.

*

Pearl… no właśnie nie Pearl – Maxine, która wygląda jak znana nam Pearl – wraz z ekipą zajeżdża do wynajętego domku, by kręcić pornola. I tak, widzimy ich próby stworzenia widowiska w tym gatunku. I wiecie, co? To ma więcej aktorstwa – i to dobrego – i ma więcej smaku od jednego z najdłuższych pornoli, znaczy od „Biednych istot”. Tak, wiem. Ale nie da się uniknąć na tym polu porównań, ponieważ bohaterowie „X” KRĘCILI DO JASNEJ ANIELKI PORNOLA! Pornol z natury jest obrzydliwy, niedobry i takie po prostu energetyczne gówno. Tu po prostu widzimy r.u.c.h.a.j.ą.c.y.c.h. się ludzi i jest to całkiem przyjemnie dla oka, co więcej – mamy tu ciekawy aspekt grania scen erotycznych przez aktorów. No tak, ci ludzie po prostu szczerze o tym temacie dyskutują. Tymczasem Lant… znaczy, w „Biednych istotach” nie czułam, że seks jest ładny, czy że coś daje, dzieje się ciekawego. Tam było po prostu r.u.c.h.a.n.k.o. bez żadnych większych aspektów.

*

To, co może rzeczywiście łączyć te dwa obrazy, to masoński wydźwięk. Każdy film, w którym jest o.r.g.i.a. czy inne podobne rzeczy jest masoński. I to głównie za sprawą rytuału, w którym biorą udział aktorzy, a przede wszystkim aktorki. O ile nie mam wątpliwości, że to spotkało Emmę Stone (Bella Baxter w „Biednych istotach”), o tyle mogę się jedynie zastanawiać, czy to samo miało miejsce w przypadku Mii Goth (Maxine) i Jenny Ortegi (Lorraine) w „X”, ponieważ… no właśnie – wracamy do tego, w jaki sposób film ukazuje nam seks.

*

I teraz tak – film nie ukrywa, że wydarzyła się masakra, bo właściwie policjant wpada do domu, gdzie zastaje flaki. I chwilę potem przenosi nas do krwawych wydarzeń. Fani slasherów nie dostaną nic nadzwyczajnego, ale kilka rzeczy „X” trzeba przyznać. Przede wszystkim bardzo miło dopasowali muzykę, więc seans był tym przyjemniejszy. Jeśli chcecie, bym napisała tekst o piosenkach z filmu, to napiszcie w komentarzu „Ortega”.

*

Ale to, co przede wszystkim sprawia, że widz ma ochotę obejrzeć „X” do końca to niewątpliwie reżyseria, praca kamery. To są ciekawe ujęcia, kadry może niekoniecznie, ale widać, że to jest film, który chce się bawić formą. Przez to wszystko obudowywuje prostą jak budowa cepa historię w coś znacznie ciekawszego, niemal artystycznego.

*

Czy polecam „X”? Jeśli potrzebujecie dobrego slashera – to niekoniecznie jest to to miejsce. Ten film sprawdzi się głównie jako miła przerwa, odmóżdżacz, zupełnie coś, o czym za chwilę, za pięć minut po końcu seansu się zapomni. Ale… mimo wszystko czekam na trzecią część, ponieważ wątek starości, który tu wykorzystano nie będzie niczym nowym, nie będzie też zaskakującym. Dlatego jestem ciekawa, jak przedstawią Mię Goth 🙂.

  • Obiecująca. Młoda. Kobieta

Albo się starzeję, albo plakat wprowadza w błąd widzów. „Obiecująca. Młoda. Kobieta” to raczej historia obyczajowa, która mówi wprost: halo, to nie do końca tak. Mamy coś ukrytego.

*

Cassandra (Carey Mulligan) spotyka się z mężczyznami i robi ich w balona. A potem wychodzi na jaw wątek zemsty. A końcówka jest bardzo ciekawa – a najbardziej dopasowanie piosenki do końcowych scen.

*

Problem polega na tym, że jeśli cokolwiek Wam powiem, to zepsuję Wam zabawę. Ten film jest bardzo dobry i być może Oscar (oryginalny scenariusz) słusznie do niego trafił. Szczególnie, że on wytrąca pewne rytmy gatunkowe z obiegu. Myślisz, że thriller, slasher, film obyczajowy, dramat, happy end? No to, Drogi Widzu, ja Ci pokażę, jak można się tymi koncepcjami zabawić. Powoduje to, że odbiorca ma chwile zaskoczenia, a jednocześnie macha ręką na trop typu „eh, nic ze slashera nie będzie”, aż tu nagle dostaje po głowie.

*

Ale dzikim filmem bym tego nie nazwała. „Obiecująca.Młoda.Kobieta” to raczej spokojna historia z pewnymi, mroczniejszymi akcentami. I tyle. A teraz sobie jeszcze raz obejrzę końcówkę…

*

Film warto obejrzeć z jednego jeszcze powodu – stawia on niewygodne pytania tak dla jednej (męskiej), jak i drugiej (żeńskiej) strony.

  • Barton Fink

Bracia Coen chyba nie reprezentują filmów w moim guście, co jest o tyle interesujące, że niektóre z nich to czarny humor i kryminał, więc teoretycznie powinnam się dobrze bawić. Cóż – na „Bartonie Finku” nie bawiłam się za dobrze, a wręcz czasami leciało nudą. Zwycięzca Cannes 1991, nominowany do Oskarów 1992 w trzech kategoriach: rola drugoplanowa (Michael Lerner), dekoracje (Deniss Gassner, Nancy Haigh) i najlepsze kostiumy (Richard Hornung).

I powiem tak – kostiumy w żadnym przypadku nie zrobiły na mnie wrażenia, dekoracje też, aktorstwo… no, dobre aktorstwo jest i tyle. Aha, znowu widzimy Monka w akcji, tym razem młodego i zgrabnego. Zresztą, tu chyba dużo Żydów jest, ale nie o tym opowiada „Barton Fink”.

Jest 1941 rok. Barton Fink (John Turturro) odnosi spektakularny sukces na Broadwayu, więc Hollywood go zamawia. Facet więc jedzie spełnić swój największy sen o sławie… co się zamienia w jego największy koszmar, ale o tym widz dowiaduje się w połowie filmu.

Nie wiem teraz, czy mogę mówić spojlerowo – ale szczerze mówiąc, chyba by wypadało w tym przypadku.

Otóż – widać od samego początku, że wszystko jest w krzywym zwierciadle. Od hotelu, w którym zamieszkał Fink, po policjantów, którzy kompletnie sobie nie radzą ze złoczyńcą. Już nie mówiąc o parodiowaniu – do pewnego stopnia – relacji scenarzysta-producent, bo to, co tu się dzieje, to można to uznać za czyste złoto.

No, ale ja przez pierwszą połowę filmu się wynudziłam. Choć tak, produkcja płynie, ale to nie było tak dobre i świeże jak chociażby „Obiecująca.Młoda.Kobieta”. Dla obrony braci Coen mogę powiedzieć tylko tyle: „Barton Fink” to stary film, który prawdopodobnie w swych czasach był świeży i zrobił sporo zamieszania. Aha, i bez którego nie było niesamowitego zakończenia thrillera „Siedem”. Serio – tak oglądałam zakończenie Finka i miałam wrażenie, że „Siedem” niemalże kopiuje pewien pomysł, myśl, mroczną podstawę.

I cóż mogę powiedzieć? Jeśli lubicie braci Coenów – obejrzyjcie. Jeśli lubicie czarny humor – spróbujcie. W każdym innym przypadku stanięcie twarzą w twarz z tym dziełem może skończyć się marnie.

A może po prostu trzeba mieć odpowiedni nastrój na „Bartona Finka”?

  • Cape Fear (1962)

Chyba nie jestem fanką Martina Scorsesego. Moim zdaniem jego filmy otrzymują znacznie lepsze trailery, niż na to zasługują – tak było na przykład z „Czasem krwawego księżyca”, tak jest i w przypadku „Cape Fear”. I o ile ten pierwszy da się oglądać – choć jest bardzo powolnym filmem – o tyle ten drugi… eee… jest po prostu dziwny i wymiękłam po 18 minutach. Też przez pierwsze minuty wieje nudą. Ale tu się dzieje coś dziwnego, bo gdy zerkniemy na „Cape Fear” z 1962 roku, to jesteśmy zdziwieni, że dotrwaliśmy do 40 minuty migiem.

Na początku była powieść

Jeśli omawia się oba filmy, to często zapomina się, że to są ekranizacje powieści „The Executioners” Johna D. Macdonalda i uchodzi on za jednego z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy kryminałów. W Polsce jest wydanych kilka jego książek, jednakże nie miałam okazji ich przeczytać. Natomiast w każdej z wersji szczegóły są nieco inne (paczaj: angielska tabelka z Wikipedii). „Przylądek strachu” został wydany w latach 50′ i już wtedy Gregory Peck chciał ją zekranizować, dość szybko wykupując do niej prawa.

Przełomowy moment dla Hollywood, a Brytole 100 lat za murzynami

Już nie pamiętam szczegółów cenzury w Hollywood, ale była przez kilkadziesiąt lat i dopiero w latach 60′ zaprzestano traktować poważnie instrukcji obsługi z tejże. Ale 1962 rok to był ledwie początek nowego spojrzenia na kino, dlatego Peck i tak musiał uważać.

I teraz tak: w powieści mamy do czynienia z żołnierzem, który poszedł siedzieć za kratki za… no za g. na 14-letniej dziewczynie. W filmie nie jest to powiedziane wprost, po prostu jakiś oprych, który został skazany na osiem lat kicia. Mimo to dzięki niesamowitej – bo bardzo charyzmatycznej roli – Roberta Mitchuma wiemy, że to bydlak do entej potęgi. Max Cady nie tylko wydaje się być sprytny, ale też mimiką twarzy, czynami, czy – w sumie trudno to dokładniej określić – samym sobą pokazuje, że jego należy się bać, bo może skrzywdzić wiele osób. A głównie to kobiety. I choć w „Cape Fear” ani razu nie pada słowo „gw.ałt”, nie ma rozbieranych scenek w kadrach, to widz wie, wyczuwa, że coś za plecami się dzieje, że to właśnie O TO CHODZI. I jest to cudowne, bo sprawia, że tego bohatera chce się traktować bardzo poważnie.

Nadal poważnie chce się traktować innego bohatera – Sama Bowdena (Gregory Peck). Jest on poważnym mężczyzną na poważnym stanowisku adwokata. I choć postać wydaje się być nieskalana, wręcz jest to idealny ojciec, mąż, obywatel, to jednak widz nie ma nic przeciw temu. Taki chyba powinien być mężczyzna, prawda? Chroniący swoją rodzinę, zarabiający kupę kasy, a jednocześnie przystojny. No, z tym ostatnim wersja z 1991 ma poważne problemy.

W ogóle wersja z 1991 ma problemy, bo gdy ją włączyłam, to odniosłam wrażenie, że Martin Scorsese jest masonem i musiał mieć niesamowity ubaw kręcąc sceny o masonach w swoim „Księżycu”. I wiecie, może pod tym względem jestem zboczona, ale na litość boską, po ciula jakieś dziwne z dupy kolorki na twarzach bohaterów w „Cape Fear”, a w ogóle De Niro nie wydaje się być charyzmatyczny. To znaczy, jest to bardzo dobry aktor, ale krytycy porównujący jego Maxa do jakiegoś Kruegera mają niewątpliwą rację! To nie jest złol z charyzmą, to jest szalony złol, któremu nie można wierzyć. A pan rodu, Bowden? Tu zdradza żonę, tu w ogóle nie wydaje się być tak męski i twardy, a w ogóle to nie jest on idealny.

A wracając do cenzury… amerykańska cenzura nie chciała, by Max był żołnierzem, ponieważ to nieładnie tak przedstawiać żołnierzy swojego kraju. To dotyczyło powieści, więc film siłą rzeczy musiał się dostosować do oryginału. Dlatego drugi raz już cenzura nie weszła… a nie, czekaj. Weszła, ale w Wielkiej Brytanii. Ci chcieli usuwać konkretne sceny, przez co „Cape Fear” zostało odchudzone o jakieś 6 minut (ogółem wykonano 161 cięć, bo cenzor bał się, że ktoś napadnie dziecko).

W przeciwieństwie do swego pierwszego pierwowzoru, „Cape Fear” z 1991 roku aż ocieka brutalnością. Tzn. – przejechałam się po sekwencjach i tam była krew, była też krew i krew, i ponoć jeszcze jakaś brutalna scenka z g. Ale nie mam ochoty tego dociekać, bo po prostu wiem, że ten film jest cienki jak brzytwa. Co więcej, już w roku jego premiery niektórzy krytycy niezbyt pochlebnie się o nim wypowiadali. Na przykład taki Terrence Rafferty z New Yorker: – Film jest hańbą: brzydki, niespójny, nieuczciwy kawałek pracy. Oryginalny film, wyreżyserowany przez zręcznego czeladnika, J. Lee Thompsona jest pamiętny, nie będąc szczególnie zręcznym – pisał. I zaznacza, że oryginał ma prostą jak budowa cepa konstrukcję horroru. I tak, Peck jak najbardziej chciał tym filmem nawiązać do Hitchocka – a choćby i tym, że film jest CZARNO-BIAŁY. Chodziło o budowanie klimatu poprzez zbliżenia, kąty nachylenia i kolorystykę, a wszystko to miało wybrzmiewać jeszcze bardziej przez muzykę. Muzykę bowiem stworzył ten sam facet, co robił ją do „Psycho” – Bernard Herrmann. Dziś co prawda momentami może brzmieć kiczowato, ale złapałam się na tym, że w pewnych mroczniejszych chwilach filmu muzyka pasuje jak ulał.

Który oglądać?

Jak dla mnie – oryginalny „Cape Fear”, chociaż nie każdemu może on przypaść do gustu. Raz, że jest powolny, statyczny i czarno-biały. Dwa, że stare filmy mają pewną specyfikę, styl i trzeba się przyzwyczaić do tego. Dlatego niektórzy mogą go uznać za zbyt prosty (czym wygrywa wg mnie), naiwny (bo nie ma gw.ał.tów) czy nawet kiczowaty, jak to pokazuje trailer (sic!). Jednak Mitchum tak odegrał swoją rolę, że polecam przynajmniej spróbować. To naprawdę jest coś.

Więc, jeśli nie macie ochoty na obraz z 1962, to może ten z 1991? Cóż, na IMDB zbiera bardzo wysokie oceny, ale nie sądzę, by film na to zasługiwał. Gdyby Scorsese nie nazywał się Scorsese, to zapewne jego „Cape Fear” byłby biczowany na wszelkie sposoby. Choć, faktem jest że przyciągnął uwagę Akademii – ta dała dwie nominacje do Oskarów 1992: dla Roberta De Niro (Max) i Juliette Lewis (córka Bowdenów).

PS.: Co za ironia, że we wpisie o cenzurowanej opowieści muszę cenzurować niektóre wyrazy, bo zasięgi xD.

  • The Lost City

Pamiętacie może film „Miłość, szmaragd i krokodyl”? Spokojnie, nie chcę Wam wmówić, że „Zaginione miasto” jest tak samo rewelacyjny, ale z pewnością podobny vibe ma. Istnieją w nim zabawne scenki i bardzo odprężająca, lekka atmosfera. Wydaje się więc to idealną propozycją na majówkę 🙂.

Loretta Sage (Sandra Bullock) jest światowej klasy pisarką wątpliwej jakości romansów. Wiecie, coś w stylu „50 twarzy Greja”, tyle że w wersji przygodowej i film otwarcie robi sobie z tego jaja. Zresztą, mam wrażenie, że film mało z czego nie chce robić jaj i chwała mu za to! Gdyby tylko scenarzyści popisaliby się bardziej, mielibyśmy tu złoto. A tak.. mamy kawałek złota.

Bo niestety, ale Loretta zostaje porwana przez jakiegoś turbo-bogacza (Daniell Radcliffe), któremu chce się odkryć wielki skarb. Oczywiście jej przyjaciele są nie w ciemię bici i postanawiają ją odszukać i uratować. W ten sposób trafiamy na Jacka Trainera, którego zagrał Brad Pitt i to jest czyste złoto! I to nawet nie o to chodzi, jak zagrał go aktor, ale w jaki sposób ta postać została napisana! I choćby tylko dla niej warto włączyć ten film XD. Potem możecie robić, co chcecie, ale zaufajcie mi – warto dla Pitta!

Wszyscy pozostali aktorzy byli znośni – w tym Da’Vine Joy Randolph, którą znamy już z tego, że dostała Oskara i z tego, że zagrała w „Przesileniu zimowym”. No i co można jeszcze o tej sympatycznej komedii napisać, to to, że ma równie sympatyczny soundtrack 🙂.

Tak z ciekawostki – to jest kolejny film, w którym na napisach końcowych zostaje zaznaczone, ilu ludzi pracowało przy nim, byśmy w ogóle mogli go obejrzeć. W sumie podoba mi się taka taktyka, bo to tak jakoś bardziej… no nie wiem, zwiększa szacunek do sztuki, jaką jest kinematografia.

„Zaginione miasto” to propozycja w sam raz na majówkę i jeśli tylko macie Netflixa, to jak najbardziej polecam obejrzeć. Choćby tylko dla Pitta XD.

  • Matka Joanna od Aniołów (1961)

Od Jerzego Kawalerowicza i jego „Matki Joanny od aniołów” powinni się uczyć ludzie, co to chcą robić horrory. Nie żartuję – podobnie jak komisja w Cannes w 1961, która przyznała nagrodę specjalną.

Mamy tu księdza Suryna (Mieczysław Voit), który przybywa do żeńskiego zakonu, by zrobić egzorcyzmy. Mamy tu też czerń i biel, i niesamowite światłocienie, które robią do dziś wrażenie – zwłaszcza, jeśli się ogląda wersję zremasterowaną na 35mm.online . Mamy tu też kadry, które są bardzo ciekawe. Ogólnie – wszystko jest tak ze sobą dopasowane, że nie chce się odrywać wzroku od filmu. On płynie! I podobno jest wybitniejszy od opowiadania Iwaszkiewicza, którego jest adaptacją.

Mamy księdza. I zakonnice. I egzorcyzmy. A teraz potrzebujemy o tym film. Szczerze powiem, że klimat „Matki Joanny od aniołów” jest znakomity. I osadzony tak w kadrach, jak i muzyce. Czy w grze aktorskiej? Cóż – kwestia względna, choć trochę widać teatralność. A trochę nie, bo szaleństwo na ekranie w gruncie rzeczy powinno być widowiskowe, wręcz teatralne. Z tym Lucyna Winnicka grająca tytułową Joannę poradziła sobie bardzo dobrze.

Hmmm… problem polega na tym, że nie mam wiele więcej do opowiedzenia o „Matce Joannie od aniołów”. To dlatego, że film trzeba po prostu zobaczyć, żeby zrozumieć, z jakim diamentem ma się do czynienia. I powiem więcej: nabrałam chęci na kolejne filmy Kawalerowicza…

Seriale

  • Antracyt

Prawie znakomity serial „Antracyt” znajduje się na Netflixie. I być może byłby znakomitym, gdyby nie trzy rzeczy:

✔️ wątek LGBT – oczywiście musi być. Tu mamy dwóch młodych ogierów, a jeden ma na imię Romeo. Z początku myślałam, że to jest prześmiewczy nick, ale później się okazało, że on faktycznie ma tak na imię…

✔️ Bezczelne namawianie ludzi na chemioterapię i wmawianie widzom, że innej drogi nie ma, że rak to śmiertelna choroba i tak dalej z tymi smutami.

✔️ Miało być poważnie, mhrocznie, wręcz horrorowo i niestety, momentami serial ociera się o groteskę. OK – dobra, od początku widać, że z kategorią wiekową 16+ nie mieli wyboru. Tam są sceny, które niekoniecznie są miłe, a całość porusza dość mroczne meandry ludzkiego ego, że się tak zawile wyrażę. Jednakże jedna ze scen porodowych naprawdę dziwnie wygląda na ekranie, w dodatku nie spina się to z realizmem prawdziwego porodu, i ogólnie pomyślałam sobie „takie rzeczy to tylko facet mógł zapodać”. Ano – i wygląda na to, że serial przedstawia rodzenie jako coś strasznego i bolesnego.

To na czym to ja? A, że serial byłby znakomitym serialem, gdyby nie LGBT, chemioterapia i porody. Ale może po kolei.

Więc nasza główna bohaterka – Ida (Noemie Schmidt) jest sieciowym detektywem, a jej ojciec zniknął, więc zajeżdża na zadupie, gdzie ma nadzieję go odnaleźć. W międzyczasie widz dowiaduje się, że babka jest chora na białaczkę, a mieszkańcy Lovanne (czy jakoś tak) są wkurwieni, bo naukowcy grzebiący w kopalniach bardziej szkodzą zdrowiu dzieciom, niż pomagają. A i na dodatek okazuje się, że sekta z 1994 roku wcale nie umarła, ona żyje! I jest pioruńsko pojebana.

Cóż mogę powiedzieć?

Może znajdą się lepsze seriale – ale z jakiegoś powodu całkiem przyjemnie mi się oglądało „Antracyt”. Być może to dlatego, że czułam, iż poszczególne logiczne elementy się lepią i to dość sensownie, nie było wałków logicznych, a więc serial chce traktować dość poważnie odbiorcę. No i fakt, że 16+ również ma znaczenie. Generalnie, z chęcią bym obejrzała drugi sezon, bo to było w miarę lekkie, ale i też przyzwoite, jeśli chodzi o wątek kryminalny.

Cud na Netflixie to-to nie jest, ale i tak wyszło mu to lepiej od „Schnee” Canal+ 🙄. Podobny górski klimat, podobna tajemnica, ale jednak… w „Antracycie” dało się pogodzić pewnego rodzaju duchowość z wątkami kryminalnymi bez tworzenia niepotrzebnego, paranormalnego klimatu. Tu nie ma duchów czy przeznaczenia – tu są jedynie góry.

  • Fallout

Jestem na drugim odcinku „Fallouta” i na jednym z ostatnich pierwszej serii „Boysów”. I powiem szczerze – z jednej strony rozumiem, dlaczego obie serie są porównywane między sobą. Flaków tu niemało, a „styl” Rodrigueza&Tarantino ewidentnie łączy obie produkcje. Ale…

…one są inne.

Weźcie teraz pod uwagę, że ja lubię słuchać o influencerach z polskiego światka. A to jest bardzo pojebany świat. I o tym jest właśnie „Boys” – o szaleństwie świata influencerów przez pryzmat fantastyki. Najgorzej, że oglądając „Boysów” nie odczuwałam tego jako mało realnej rzeczywistości. Wiedziałam, że influ są zdolni DO TAK POJEBANYCH AKCJI, A NAWET GORZEJ. Dlatego ciężko skończyć mi ten serial.

Natomiast „Fallout”?

Może trudno oceniać przez pryzmat ledwie dwóch odcinków, ale tu od razu czuje się fikcję komputerową. I jasne, nie grałam w tę grę, czego żałuję, bo wiele smaczków mnie omija. Kojarzę oczywiście, że ta figurka białego blondyna była w grze, prawdopodobnie jeszcze końcowy ending z pierwszego epka baaaardzo nawiązuje do gry, ale to wszystko. Mimo wszystko seans jest dość przyjemny.

*

Na początku rzecz zaiste dziwna, a dotycząca „Fallouta” – nie grałam, ale serialu potrzebowałam z osobistych powodów. No dobra, to dobra produkcja z kilkoma wstawkami inkluzywności. Od razu z ekranu wyskakuje para biała-czarny, przez serial przewija się tenże wątek, a na końcu objawia się ktoś, kto identyfikuje się jako „ono”, choć – gdyby nie lektor mówiący „poszedłom” i komentarze do tego w innych tekstach to ni w ząb bym nie odkryła, że to jest oznaka LGBT.

I co?

I no – pstro.

Stało się to, co wielu krytyków poprawności politycznej mówiło.

ZRÓBCIE KURWA DOBRY SERIAL, A NIE BĘDZIEMY NARZEKAĆ.

Rzeczywiście – jak się skapnęłam w pierwszej chwili z tą inkluzywnością, tak zaraz cały temat przestał mnie obchodzić. Serio. Nie grałam w gry, a mimo wszystko pierwszy sezon smakował jak pączki w maśle. No, prawie, ale to nie jest historia, gdzie się pierdzi serduszkami.

Lucy MacLean (Ella Purnell) żyje sobie wygodnie i bardzo bezpiecznie w krypcie 33, jakieś dwieście lat po katastrofie nuklearnej USA. Jest na etapie wychodzenia za mąż, ale nie wie, za kogo – dowie się, jak ktoś z sąsiedniej krypty 32 przyjdzie i się okaże jej małżonkiem. Cóż, taka tradycja. Jednakże impreza zamienia się w kino typu „Od zmierzchu do świtu”, a my, widzowie dzięki naiwności Lucy poznajemy znacznie lepiej świat. Ten na zewnątrz, bo bidna dziewczyna zostaje zmuszona do wyjścia na zewnątrz… a właściwie to nie zostaje, ucieka z krypty, by odnaleźć ojca. Brzmi nieźle?

I tak jest – im dalej w głąb serii, tym fabuła lepsza. Bo mamy tu grupkę bohaterów, którzy są bardzo charakterystyczni i właściwie niekoniecznie im kibicujemy, ale jesteśmy ciekawi, co tu się odwali zaraz.

A no bo, że się odwala, to widać od samego początku.

Także w retrospekcjach, które budowane są w klimacie lat 50-60′ XX wieku, kiedy to rzeczywiście panował strach przed atomówkami. Zacne wykonanie, milordzie.

W serialu występuje od groma czarnego humoru, ale porównywanie tego do szalonych „Boysów” jest lekko na wyrost. Jednakże o tym mówiłam już w poprzednim wpisie, więc nie będę się powtarzać, tylko zapraszam do niego.

W ostateczności, „Fallout” to bardzo gorzka historia – i czasem musiałam od niej odsapnąć. Możliwe, że nie jest tak ciężka, jak „The Expanse”, nie mniej… czuć ten świat. Już w pierwszym momencie czujesz, że to nie nasza rzeczywistość, ale to jest wszystko takie realistyczne. A najgorsze ma nastąpić w ostatnim odcinku – kiedy w zasadzie gorzkość zaczyna się wylewać uszami. Ale nie będę spojlerowała tak dobrej rzeczy.

Moim zdaniem jednymi z najmocniejszych punktów są jeszcze nawiązania do gry – choć ich nie skojarzyłam, to z opowieści innych wynika, że są praktycznie bez przerwy. A to jest of course, bardzo na plus. Druga rzecz to muzyka – niewątpliwie tworzy tu klimat, ładnie kompilując lata 50′ z trochę Dzikim Zachodem. I wreszcie, trzecia rzecz – ending. Tak, to ma ending i to bardzo klimatyczny, aż nie chce się omijać napisów końcowych.

I co?

Można?

Ano, można.

  • Somewhere Between

Zacznijmy od tego, że „Somewhere Between” (Gdzieś pomiędzy) tak długo oglądałam, że ledwo jestem w stanie sobie przypomnieć, od czego się zaczęło 🤣. Ale tak w wielkim skrócie: pewnego dnia super-dziennikarka Laura Price (Paula Patton) dowiaduje się, że ktoś porwał jej córkę i brutalnie zamordował. Zostaje to wykorzystane przeciwko gościowi, który jest oskarżony o zamordowanie jakiejś fajnej babeczki, ale – władze zastanawiają się, czy przywrócić karę śmierci, czy nie. W momencie, gdy córeczka Laury ginie, zostaje ogłoszony dzień stracenia biedaka. Brat biedaka – Nico – (Devon Sawa) w momencie, w którym ma być wykonana egzekucja sam wpada w łapy jakiś zwyroli i zabity przez nich.

Tymczasem zrozpaczona matka próbuje samobójstwa…

A że ona i on znaleźli się w tym samym czasie, w tym samym miejscu, to magicznie zostali przeniesieni tydzień przed tą zawieruchą. Spotkawszy się, próbują udaremnić morderstwa.

W połowie serialu mózg mnie zaczął boleć, ale to zapewne dlatego, że paździerzy nie ogląda się w znakomitym humorze i przy znakomitej pracy mózgu. Bo widzicie, Moi Kochani – jeśli weźmiecie się za „Somewhere Between” w momencie pauzy pracy mózgu, to możecie się nieźle bawić, gdyż TU ABSOLUTNIE NIE WARTO MYŚLEĆ.

To jest taki seans, gdzie mózg ma odpocząć od wszelkich filozofii.

Nie znaczy to, że jest wartościowy.

Otóż – nie jest. Moje życie się nie zmieniło od tego serialu, a po drodze nie łapałam logiki pewnych wydarzeń, a już kompletnie chciało mi się płakać ze śmiechu, gdy Laura uciekała z psychiatryka XD. Mało tego, nie wiem jakim cudem, ale za każdą wpadką miałam wrażenie, że TERMINATOR 2 zrobił wszystko o wiele lepiej, że tam jest jakaś logika. A i no – przeniesienie się w czasie jest wyjaśnione. Tu ni kija.

No i dodać należy, że potencjał był. Na początku wydawało się, że mąż Laury, Tom (JR Bourne) jest niezłym zwyrolem ukrywającym się pod płaszczykiem prokuratora. Prawie jak w Dexterze. I niestety… ale nie. 🤷‍♀️ Sorry memory, ma tu być sztampowo do entej potęgi, a więc widz z łatwością przewidzi co niektóre kroki.

Gra aktorska też nie poraża – na szczęście nie idzie w którąkolwiek stronę, chociaż z początku wydawało mi się, że Patton zagrała niesamowicie realistycznie rolę zrozpaczonej matki. Nie mniej potem się okazało, że charakteryzacja zrobiła bardzo wiele (takie jakby mokre włosy), a ona gra jedną miną w zasadzie, bez większego wysiłku.

No więc nie, nie oglądajcie. Chyba że chcecie oglądać średnio-słaby serial, ale robicie to na własną odpowiedzialność.

Dobranoc.

  • Reniferek

RENIFEREK

Wciągnął mnie serial o patologii. I aż do szóstego (z siedmiu) odcinka myślałam, że zrobię śmiesznawego mema, w końcu jest to komediodramat, gdzie jest sporo czarnego humoru. Zresztą, nie od kogo innego, a od Richarda Gadda – komika, który przeżył to, co widać na ekranie.

Ale TO NIE JEST ŚMIESZNE.

A szósty epizod to jest czysty sztos.

Zacznijmy od początku, czyli od fabuły serialu. Pewien barman spotyka na swojej drodze dziwną kobietę – grubą, w średnim wieku i ubierającą się w bardzo podstarzający sposób. To Martha (Jessica Gunning), która początkowo wydaje się dość sympatyczną osobą. Z czasem jednak okazuje się być stalkerką.

Mężczyznę prześladuje kobieta. W dodatku gruba i niby brzydka, a aktorka zdaje się w pełni zrozumiała swoją postać, więc tak ją zagrała, że widz nie do końca nie znosi Marthy. Casting do tej roli był wyczerpujący, a opis bohaterki był na tyle inspirujący, że wiele „znanych’ aktorek chciało wziąć tę rolę. Jednakże, chyba niemal od początku Gadd był zdecydowany na Gunning, bo jak powiedział: – Walczyłem o Jess wbrew prądowi, ale pewnego dnia przyszła i wszystkich zmiotła. Jedną rzeczą, którą Jess od razu zrozumiała, było to, że Martha była trochę urocza, trochę dziwna, trochę empatyczna i trochę dziwna. Miałem wrażenie, że Jess uwierzyła w rzeczywistość Marthy w pewien sposób, zamiast grać postać.

*

Dobrze, więc mamy serial o stalkingu. I nie tylko, bo o wykorzystywaniu seksualnym także. I o…

Ilość ważnych wątków poruszona w tym serialu sprawia, że z komedii robi się naprawdę poważne studium życia artysty. Tak to odbieram i myślę, że to przez artystyczną brać popłakałam się na szóstym odcinku. Wytrzymaliście? Czy też jakieś łzy poleciały? Dajcie znać w komentarzu, płacz ludzka rzecz, to nie wstyd nawet wśród mężczyzn.

A przecież „Reniferek” – bo to o tym serialu jest mowa – to rzecz męska, o mężczyznach z problemami. Czy też raczej o tym, w jaki sposób ich społeczeństwo traktuje.

Zacznijmy jednak od tego, że nie bardzo czuję, by policja była przydatna obu płciom. Tak, może poważniej podejdą do sprawy, gdy kobieta stwierdza, że jest stalkowana; nie mniej, z moich doświadczeń wynika, że policja to przede wszystkim mniej człowieka, a więcej brutalnej biurokracji, która jest BEZ SENSU, bo nie pomaga i wzmaga tylko desperację ofiary. I „Reniferek” w doskonały sposób to przedstawia.

Druga sprawa to to, że mężczyzna jest zwykle niezrozumiany, jeśli chodzi o sprawy stalkingu, seksualności, czy czegokolwiek tam, w czym właśnie mężczyzna potrzebuje WSPARCIA.

I, hmm, nie jestem w stanie tej sprawy wprost opisać. Może dlatego, że nie jestem mężczyzną?

I trzecia wreszcie sprawa, mamy tu do czynienia z typowym przykładem nieszczęśliwego artysty. Jest to tak znajome… że aż trudno, bym się nie identyfikowała z bohaterem. Naprawdę rozumiem jego nieszczęśliwość, którą dodatkowo objaśnia nam serial. I mimo, że tu mamy wszystkie jakby… eee, dobra, nie wypada transów nazywać patologią w momencie, kiedy serial bardzo starannie podchodzi do tematu. Serio, przez „Reniferka” przewijają się wszystkie formy odchyleń: gwałty, narkomania, transy, homo… ale tu to pasuje, czuje się realność. Co więcej, nie ma się poczucia, że związek z transseksualną kobietą jest niepotrzebny; więcej nawet, KIBICOWAŁAM TEJ PARZE! Parze mężczyzny z transseksualną kobietą (bo przypominam, że są jeszcze trans mężczyźni). W przypadku pozostałych spraw odczuwa się, że coś jest nie tak, i serial mocno to zaznacza, bo nawet sam główny bohater wpada na ten trop.

A w bonusie, już na samym końcu dostajemy temat, o którym łatwo zapomnieć narodom spoza Wielkiej Brytanii. Szkocka i irlandzka trauma w postaci molestowania seksualn.ego dzieci w katolickim środowisku.

Ale to tylko bonus.

No dobra, kto się zaśmiał?

Nikt?

Do dupy ta komedia, schodzę ze sceny, miłego dnia.

  • Ted

Przed oglądaniem miałam spore obawy, czy serialowy „Ted” podoła wyzwaniu, bo poprzeczka stała naprawdę wysoko. Tymczasem otrzymaliśmy produkt z jednym czy dwoma słabszymi odcinkami (choć to kwestia dyskusyjna).

Ted to ożywiony misio – niepoprawny politycznie rasista czy zbok. No dobra, rolę naczelnego rasisty przejął tata (Scott Grimes) głównego bohatera Johna (Max Burkholder), nastolatka poznającego życie i prawie wchodzącego w dorosłość. Ogólnie jego rodzice to typy konserwatywne, w starym dobrym stylu. Tzn. nie do końca dobrym, bo mam wrażenie, jakby twórcy chcieli pokazywać wady takiego stylu życia. Matka Johna (Alanna Ubach) to typowa kura domowa i z jednej strony widać, że jest popychadłem, a z drugiej widz ma okazję obejrzeć coś naprawdę sympatycznego, jeśli chodzi o tę bohaterkę.

Z kolei John wydaje się tu być znacznie inteligentniejszy od filmowego Johna, ale wciąż mamy tu idealny casting i nastolatkowe vibe. Innymi słowy widać, że gościu ma te 16 lat. I chyba też dlatego treści są tak dopasowane, by młodzi ludzie odnaleźli w „Tedzie” bardzo dużo życiowych porad. To się chwali, oczywiście. I na szczęście też humor stoi na bardzo przyzwoitym poziomie, więc jest śmiesznawo.

Wspomniałam o słabszych odcinkach i to jest już naprawdę kwestia gustu. Czwarty mi się nie spodobał, bo chyba trochę striggerował, natomiast siódmy… cóż – jest jakościowo okej, nie odstaje poziomem od reszty. Jednakże wymęczeni lesbami czy LGBT mogą go pominąć, bo cały jest tęczowy.

Ogólnie b polecam serialowego „Teda”, bo to się po prostu przyjemnie ogląda 🙂

Najpiękniejsza muzyka 1991

Of course – nie będzie tu o całej muzycznej branży. Będzie tylko o wynikach muzycznych na Oskarach w 1992 roku. A jest o czym opowiadać!

Z dzisiejszej perspektywy jakby jest jasne, że główny bój toczył się między „Piękną i Bestią”, a „Terminatorem 2”. Zapewne jednak dla ówczesnych ludzi nie było to do końca pewne, a zwłaszcza pewne, kto zwycięży. W boju znalazło się wiele znakomitych filmów, w tym „Hook” czy „Milczenie owiec”. Postanowiłam się przyjrzeć bliżej kreacjom, jakie kino nam zaserwowało.

Źródło

Jak widać, nominowanych było aż pięciu: Terminator, Piękna i Bestia, Backdraft, Milczenie owiec i JFK. Chyba nie muszę opowiadać, dlaczego muzyka z filmu Camerona zwyciężyła? A jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, to lecimy… od końca, ha!

Jest to dramat, który opowiada o prawniku Jimie Garrisonie, co się próbował dowiedzieć, kto do jasnej cholery zabił JFK?

Za muzykę odpowiedzialny jest John Williams i zdaje się, że maczał nie tylko w tym jednym obrazie z 1991 roku. Generalnie, ten pan jest dość stary, bo urodził się w 1932 roku i do dziś dnia odnosi sukcesy w branży. Ma na koncie 5 Oskarów, kilkanaście innych nagród i jest najstarszym muzykiem, który jeszcze ma czelność nie tylko tworzyć piękne utwory, ale i również wygrywać nagrody w Oskarach. Myślę, że nie ma sensu przedstawiać całej jego kariery, gdyż ta jest… jaka jest, każdy słyszy. A jak już naprawdę ktoś chce poznać biografię, to tu.

W 2021 roku ukazała się płyta z jego największymi przebojami, ale warto tu wspomnieć o jeszcze malutkim szczególiku. W 2005 roku Amerykański Instytut Filmowy w swojej liście „Sto lat ścieżek filmowych” umieścił na pierwszym miejscu ścieżkę do „Star Wars”. W dalszej kolejności znalazły się takie filmy jak Jaws i E.T.
OK – wróćmy może do płyty…

Ale tej z JFK, ponieważ niewątpliwie jest to poruszająca muzyka. Nie wiem, co się działo w filmie (bo go nie widziałam), jednak czuć w utworach to napięcie, to niepokój, to ogromny smutek. I jak na dramat, moim zdaniem jest to dość świeża nuta; Williams nie stworzył czegoś prostego, co by się mieściło w znanych nutach. Gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki trochę się zdziwiłam, bo „Prologue” jest żwawy i niemal akcyjny. No, oglądanie tego filmu może być przeżyciem, ale to jeszcze przede mną.


„Backdraft” – u nas znany jako „Ognisty podmuch” jako film zapowiada się dobrze. Dwóch niezbyt ze sobą zaprzyjaźnionych braci musi rozwikłać zagadkę masowych podpaleń. Czy im się uda? W każdym razie – muzyka jakby wpisuje się w klimat opisu. Jest żywa, taka chyba country. Ja się nie znam na gatunkach, ale to takie lekkie skojarzenie.

Za muzyczne hity w tej story odpowiada czterech panów: Glenn Williams, Gary Rydstrom, Randy Thom i Gary Summers.

Jeśli chodzi o Williamsa, to chyba wygląda to tak, że ogólnie jest muzykiem, miał kilka epizodów-przygód z filmem i tyle go widzieli. Skupił się po prostu na jazzie czy innych swoich ulubionych gatunkach, sporo działał w latach 90′, później mniej już go było. Ale – co można na pewno powiedzieć – maczał swoje zdolności w „Backdraft” właśnie, „Blues Brothers”, „Nietykalnych” i „Kolorze pieniędzy”. Jest tego ogólnie jakieś 23 filmy, a większość z nich oscyluje wokół bycia paździerzami. No, cóż…

Gary Rydstrom to takie trochę jego przeciwieństwo; nie tylko działa do dziś, ale ma na koncie siedem Oskarów do naprawdę zacnych hitów, żeby tylko wymienić „Szeregowca Ryana”. Zaczął od miksowania dźwięku w Lucas Film, potem przeszedł do bycia dyrektorem do spraw muzycznych, kreatywnych.

Źródło: https://soundlister.com

Z kolei Randy Thom zaczynał od „Czasu Apokalipsy” (1979) i wygrał dwa Oskary. Jeden jest za 'Iniemamocnych” (2005), a drugi to „Pierwszy krok w kosmos” (1984). Miksował też dźwięk dla „Powrót Jedi” z 1983 roku.

Gary Summers zaś wygrał cztery Oskary – uwaga, spojlery! „Szeregowiec Ryan”, „Titanic”, „Park Jurajski” i – tak – „Terminator 2”. Ogólnie nominowano go 12 razy, więc wynik ma niezły, jeśli chodzi o wygrywanie. Jego główne zajęcie to miksowanie dźwięku, a od 2003 roku prowadzi własną firmę, która się tym zajmuje i odnosi na rynku sukcesy.

Soundtrack „Backdraftu” ma pewną energię, aczkolwiek pod koniec zaczął mnie męczyć z jakiegoś dziwnego powodu. Może za dużo się dzieje w dźwiękach? Nie wiem, bo równie dobrze to może akurat humoru na tego typu muzykę nie mam.


W „Milczeniu owiec” mamy za to tylko dwóch ludzi – Toma Fleischmana i Christophera Newmana. Co wyszło spod ich rąk? Ano, to:

Złoto, ponieważ – powiedzmy sobie szczerze – od pierwszej nutki chce mi się przypominać film. Odpuszczę sobie jednak ponowny seans „Milczenia owiec” i pokrótce zaprezentuję Wam twórców tej znakomitej muzyki.

„Hugo i jego wynalazek” z 2012 roku oznaczał Oskara dla Toma Fleischmana, którego głównym zajęciem jest miksowanie dźwięków. Ogólnie, Akademia przyznała mu 5 nominacji, w tym: „Aviator”, „Gangi Nowego Jorku”, „Milczenie owiec” i „Czerwoni”.

Drugi z kolei pan – Christopher Newman – pełni funkcję producenta muzycznego, a na swoim koncie ma trzy Oskary. Będą to: „Angielski pacjent”, „Amadeusz” i „Egzorcysta”.


Ponieważ „Piękna i Bestia” jeszcze trochę będzie nam towarzyszyć, to przejdźmy od razu do „Terminatora 2”.

I tu się zrobiło z lekka ciekawie, ponieważ w IMDB są podane nazwiska od muzyki, ale bez kompozyta Brada Fiedela xD. To samo było w przypadku JFK, no więc… twórcy IMDB, może warto docenić kompozytorów, bo bez nich nie byłoby muzyki? Och, ależ boska jest ta muzyka z tego filmu.

To tak w wielkim skrócie: Fiedel działał na rynku od 1975 do 2003 roku i gustował w muzyce elektronicznej, a że pasuje ona do filmów akcji czy thrillerów, to ma na koncie kompozycje do takich właśnie filmów.

Ok – nie wszystkie utwory w soundtracku należą do Fiedela, ale słynny „Main Theme” należy. Aż dziwne, że nie dostał za niego Oskara.. no dobra, może nie dziwne, bo zbliżamy się do „Pięknej i Bestii”.


Źródło: https://www.imdb.com/event/ev0000003/1992/1?ref_=ttawd_ev_1

Patrząc na powyższy zestaw, aż chce się obejrzeć „Piękną i Bestię”, bo muzyka musiała być wybitna. Odpowiadają za nią Alan Menken i Howard Ashman. I pozwolę sobie jeno dać do nich linki, żeby już Was nie męczyć biografami niezliczonych muzyków. No dobra, zmęczyłam się przez „Backdrafta”.

W „Hooku” muzyka była taka… no… dobra, ale typowa dla gatunku „filmu dla dzieci made by Disney”.

Przyznam teraz, że „When You’re Alone” robi wrażenie. Jest strasznie przejmująca – choć ja prawdopodobnie tego nie przeżyłam w trakcie seansu, bo jak dobrze pamiętam, streaming ma dubbing. Tak czy siak, w tamtym momencie, taki śpiew… coś pięknego.

Ale i tak przegrało z „Piękną i Bestią” xD. Nie mniej John Williams (kompozycja) i Leslie Bricuse odwalili kawał niezłej roboty.

Ale ten koniec w „Robin Hoodzie: księciu złodziei” był kiczowaty xD. Ale jakoś obejrzę, zwłaszcza że – to stary, dobry film. W każdym razie, nad piosenką pracowało aż trzech ludzi: Michael Kamen (muzyka), Bryan Adams (śpiew) i Mutt Lange (słowa).

A tak w ogóle – zauważyliście coś ciekawego na napisach? 😀

No dobrze… a teraz czas na „Piękną i Bestię”. Zaczynamy od utworu „Belle”.

O nie, właśnie sobie przypomniałam, że nie znoszę musicali. Nie mniej, piosenka całkiem przyjemna dla ucha.

„Be Our Guest” ma w sobie to coś, przez co piosenka staje się czymś przeżywalnym. Ale najwyraźniej – to za mało na wygraną. Zwycięska piosenka – „Beauty and Beast” prezentuje się tak:

Specjalnie wcześniej dałam stare nagrania – bo w ten sposób doskonale widać, że Disney na bieżąco remastuje swoje filmy. Z jednej strony może trochę szkoda, ale z drugiej na pewno czyni to przystępniejszy dla współczesnego malca.

Szczerze mówiąc, zaczęłam się zastanawiać, czemu „Hook” w tym pojedynku przegrał. Być może dlatego, że nie było to aż tak masońskie? Bo powyższa piosenka jak dla mnie jest taka sobie, ale może po prostu dziś jest za dużo muzyki.

Abstrahując od masonerii, zadałam sobie pytanie: czy wygrana utworu „Beauty and Beast” (swoją drogą – piękna zabawa słowami) jest spowodowana słowami? Od razu wstawię wersje polskie, a Wy mi napiszcie (najlepiej tu) swoje zdanie. Dziękuję! :*

Hook – When you’re alone

When you're all alone
Far away from home
There's a gift the angel sent
When you're alone

Everyday must end
But the night's our friend
Angels always send a star
When you're alone

At night when I'm alone
I lie awake and wonder
Which of them belongs to me
Which one I wonder?

And any star I choose
Watches over me
So I know I'm not alone
When I'm here on my own

Isn't that a wonder?
When you're alone
You're not alone
Not really alone

The stars are all my friends
Till the night time ends
So I know I'm not alone
When I'm here on my own

Isn't that a wonder?
When you're alone
You're not alone
Not really alone

Kiedy jesteś sam

Kiedy jesteś całkiem sam Daleko od domu Jest dar, który anioł posłał Kiedy jesteś sam

Każdy dzień musi się kończyć Ale noc jest naszym przyjacielem Anioły zawsze wysyłają gwiazdę Kiedy jesteś sam

W nocy, gdy jestem sam Leżę i zastanawiam się Która z nich należy do mnie Którą wybiorę?

I każda gwiazda, którą wybiorę Czuwa nade mną Więc wiem, że nie jestem sam Kiedy jestem tu sam

Czy to nie jest cudowne? Kiedy jesteś sam Nie jesteś sam Naprawdę nie sam

Gwiazdy są wszystkimi moimi przyjaciółmi Aż do końca nocy Więc wiem, że nie jestem sam Kiedy jestem tu sam

Czy to nie jest cudowne? Kiedy jesteś sam Nie jesteś sam Naprawdę nie sam

Ależ piękny tekst… no dobra, to co z tym od „Pięknej i Bestii”?

Piękna i Bestia – Piękna i Bestia

Opowieść stara jak świat Prawdziwa, jak to tylko możliwe Ledwo przyjaciele Potem ktoś się zgina Niespodziewanie

Tylko mała zmiana Niewiele, aby powiedzieć co najmniej Obydwoje trochę przerażeni Żaden z nich nie był przygotowany Piękna i Bestia

Zawsze takie same Zawsze niespodzianka Zawsze jak wcześniej Zawsze równie pewne Jak wschód słońca

Opowieść stara jak świat Melodia stara jak piosenka Gorzko-słodkie i dziwne Zrozumienie, że można się zmienić Uczenie się, że byłeś w błędzie

Pewne, jak wschód słońca Wschodzące na wschodzie Opowieść stara jak świat Piosenka stara jak rym Piękna i Bestia

Opowieść stara jak świat Piosenka stara jak rym Piękna i Bestia

Beauty and Beast – Beauty and Beast

Tale as old as time
True as it can be
Barely even friends
Then somebody bends
Unexpectedly

Just a little change
Small to say the least
Both a little scared
Neither one prepared
Beauty and the Beast

Ever just the same
Ever a surprise
Ever as before
Ever just as sure
As the sun will rise

Tale as old as time
Tune as old as song
Bittersweet and strange
Finding you can change
Learning you were wrong

Certain as the sun
Rising in the east
Tale as old as time
Song as old as rhyme
Beauty and the Beast

Tale as old as time
Song as old as rhyme
Beauty and the Beast

OKEJ. Piosenka „Beauty and Beast” po przetłumaczeniu – jako, że wszystko staje się jasne – zaczyna być oczywistym zwycięzcą. Jasne, ta ballada jako piosenka mi nie przypadła do gustu, bo po prostu wolę inne gatunki. Ale jeżu, te słowa! Są niesamowicie piękne i czuć od nich TO COŚ.

Innymi słowy – Akademia nie musiała rzucać monetą, by wybrać zwycięzcę.

OSKARY

Przegląd oskarowych hitów na przestrzeni lat. Zapraszam serdecznie! Z jedną może malutką uwagą… nie mam w planach omawiania filmów po 2015 roku, no chyba że będzie to dotyczyć aktualnego sezonu. Powód? Nie, nie polityczny. Zblokowanie twórczości.

LATA 1990-1999

1992 (filmy z roku 1991)

Nagrodzeni

  • najlepszy scenariusz napisany bezpośrednio na ekran – Thelma i Louise
  • najlepszy aktor pierwszoplanowy – Milczenie owiec, Anthony Hopkins
  • najlepszy aktor drugoplanowy – City Slickers, Jack Palance
  • najlepsza aktorka pierwszoplanowa – Milczenie owiec, Jodie Foster
  • najlepsza aktorka drugoplanowa – Fisher King, Mercedes Ruehl
  • najlepsza scenografia – Bugsy, Deniss Gasner i Nancy Haigh
  • najlepsze zdjęcia – JFK, Robert Richardson
  • najlepsze kostiumy – Bugsy, Albert Wolsky
  • najlepszy dyrektor – Milczenie owiec, Johnathan Demme
  • najlepszy dokument – In the Shadow of the Stars
  • najlepszy dokument krótkometrażowy – Deadly Deception: General Electric, Nuclear Weapons and Our Environment
  • najlepsze efekty muzyczne – Terminator 2, Gary Rydstrom, Gloria S. Borders
  • najlepsze efekty wizualne – Terminator 2, Dennis Muren, Stan Winston, Gene Warren Jr., Robert Skotak
  • najlepsza edycja – JFK, Joe Hutshing, Pietro Scalia
  • najlepszy film obcojęzyczny – Mediterraneo (Włochy)
  • najlepszy make up – Terminator 2, Stan Winston, Jeff Dawn
  • najlepsza muzyka – Piękna i Bestia, Alan Menken
  • najlepsza piosenka – Piękna i Bestia, Alan Menken (muzyka) i Howard Ashman (słowa)
  • najlepszy obraz – Milczenie owiec, Edward Saxon, Kenneth Utt, Ron Bozman
  • najlepszy film krótkometrażowy animowany – Zmanipulowany, Daniel Greaves
  • najlepszy film krótkometrażowy – Session man, Seth Winston, Robert R. Fried
  • najlepsza muzyka – Terminator 2, Tom Johnson, Gary Rydstrom, Gary Summers, Lee Orloff
  • najlepszy scenariusz adaptowany – Milczenie owiec, Ted Tally
  • nagroda honorowa – Satyajit Ray

Nominowani:

  • Backdraft – najlepsza muzyka, najlepsze efekty specjalne, najlepsze efekty wizualne

Dodatkowe materiały:


(zwycięzca) Biedne istoty (2023)
(nominowany – najlepszy film zagraniczny) Śnieżne bractwo (2023)

The Fisher King

Dzień dobereł, postaram się przedzielać akapity znacznikami, ale to nowy nawyk, więc… do rzeczy. „The Fisher” dostał 5 nominacji do Oskarów w 1992 roku: najlepsza muzyka (George Fenton), najlepsze dekoracje (Cindy Carr, Mel Bourne), najlepszy scenariusz (Richard LaGravenese), najlepsza aktorka (Mercedes Ruehl) i najlepszy aktor drugoplanowy (? – Robin Williams). Z tego zestawu zwyciężyła tylko Ruehl i to zasłużenie. Nie mniej, z powodu pozostałych przegranych można powiedzieć: to film wielki, ale przegrany. Tak, „Fisher King” Terry’ego Gilliama to niewątpliwie perełka, wręcz ARCYDZIEŁO w swoim gatunku. Niestety, wszystko wskazuje na to, że to film nie tylko zapomniany, ale także i krytykowany za to, że Gilliam odszedł tu znacznie od swojego znanego stylu. A przecież, to nie zmienia faktu, że jest to komediodramat wyjątkowy tak, jak żaden inny.

*

Jack Lucas (Jeff Bridges) jest niedoszłą gwiazdą małego ekranu, która pewnego feralnego wieczoru zapija się niemalże w trupa. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w takim menelskim stanie spotyka na swej drodze Parry’ego (Robin Williams), który dosłownie ratuje mu dupę i który jest szalonym bezdomnym.

*

Tych dwoje się spotyka, przez co ich życia się zmieniają. Poprzez masę dziwacznych perypetii widz obserwuje niezwykły spektakl – ma w sobie magię, romans, ma w sobie wiele głębi.

O, tak – ten film ma GŁĘBIĘ.

Z jednej strony wynika to z samego scenariusza: ponieważ są tu poruszane problemy społeczne (biedni niewidoczni w NY), traumy, tęsknota za miłością… A z drugiej strony zarówno aktorzy, jak i reżyser dają z siebie 110%.

*

Jeśli chodzi o aktorstwo, to tu słabi są jedynie ci, którzy lądują na ekranie przez jedną sekundę. Pozostali robią swoje i to w najwyższej klasie. No dobra, może trochę przesadzam, bo pokazanie „śmiesznej” miny w szpitalu psychiatrycznym przez randomowego statystę nie powinno być jakimś wyzwaniem dla aktora. Nie mniej, od pierwszej sceny miałam wrażenie, że Bridges, Williams i Ruehl ustawiają poprzeczkę bardzo wysoko, jest to aktorstwo ocierające się o wybitność. No dobra, może przesadzam, bo nie jestem obiektywna wobec tego filmu. Ale, na przykład, dziewczyna Jacka – Anne – którą zagrała Ruehl do dziś uchodzi za jedną z najlepszych romantycznych i kobiecych ról w kinie. Nie trzeba być geniuszem, żeby się skapnąć, że Anne kocha Jacka. On jest idiotą, ale widz nie ma wątpliwości, co do jej uczuć. Ba!, scenariusz sam w sobie niekoniecznie mówi o tym, jak bardzo ona jest mu oddana. Owszem, są pewne potem sceny, nie mniej gdyby nie rewelacyjna praca Ruehl, ten film straciłby wiele ze swej magii.

Ponadto wiele scen było ponoć improwizowanych, a na szczególną uwagę zasługuje Michael Jeter, który odwala taką scenę, że wszystkie współczesne filmy z tematyką LGBT mogą przed nim paść na kolana.

*

Wreszcie Terry Gilliam. W jego filmografii jest to ponoć wyjątkowy obraz właśnie dlatego, że Gilliam nigdy wcześniej i nigdy później nie nakręcił czegoś tak… uroczego? W każdym razie, na planie wykonał niesamowitą pracę.

*

Po pierwsze – wkręcamy się w historię chaotyczną, nie, historię romantyczną, a nie przepraszam, to historia szalona. Tak, Gilliam doskonale odnajduje się w takich obrazach, gdzie rzeczywistość miesza się z fikcją literacką. Tu mamy zafiksowanego na punkcie Świętego Graala Parry’ego. I powiem tak: wyjątkowości obrazowi nadaje to, że wszelkie szaleństwo widoczne w nim jest tu… urocze? Coś w ten deseń.

*

Po drugie wreszcie – momenty… niektóre sceny mogą na zawsze zapaść w mózgu. Wyróżniają się pomysłem na siebie. Oto jest Czerwony Jeździec. Ale… oto jest hala w NY, gdzie ludzie idą w swoje strony, niepomni na to, co się dzieje. I nagle – tańczą walca! Jest to coś niesamowitego i zarazem prostego, a robi wrażenie. Oto jest wreszcie Jeter, ale to przecież nie jedyna scena, którą widz zapamięta. Właściwie, większość „Fisher King” nadaje się do spamiętania, gdyż to jest po prostu absolutnie szalony i ujmujący obraz, pełen absurdów.

Ponadto, wydaje się, że niemalże każda scena była niesamowicie przemyślana w swych szczegółach.

*

I właśnie trzecia rzecz: komediowość. Owszem, „Fisher King” zawiera mroczniejsze nuty – zwłaszcza pod koniec – ale… ogólnie, rzecz wspaniała: oglądam tego filma po 40 latach od jego powstania, a ten mnie dalej śmieszy! Tak, może nie każdemu przypadnie do gustu jako taki, ale rany… te sceny są lekko w czarnym humorze, są po prostu ponadczasowo komiczne. A że pod koniec widz może się wzruszyć, cóż – to tylko pokazuje siłę „Fisher King”.

*

Tak, jestem przekonana, że „Fisher King” było, jest i będzie arcydziełem z wielu powodów. Głębia scenariusza to jedno – tu można wciąż odnajdywać nowe walory smakowe. Ale druga rzecz to komediowość. Humor szybko się starzeje, a tu tak się nie dzieje, przynajmniej moim zdaniem. Szaleństwo widoczne w poszczególnych scenach tylko dodaje komediowości wyrazu, przez co film staje się jeszcze bardziej ikoniczny w swym gatunku.

Dlatego wielka szkoda, że to perełka praktycznie zapomniana. Polecam serdecznie!

Ps.: Tropiąc masońską symbolikę w „Fisher King” stwierdziłam, że to jest bez sensu, bo film sam w sobie jest szalony.

Programowanie miesiąca

Jakiś czas temu zaczęłam programować miesiące w roku. Efekty są różne, ale to wszystko zależy od mojego zaangażowania w sprawę. Jak widać na załączonym powyżej obrazku, mam dwie wersje tej samej afirmacji. Powód prozaiczny – w wersji, która jest po lewej spisane frazy są zazwyczaj „na chybił trafił”. Kiedy projektowałam, co ma być w poszczególnych miesiącach nie myślałam, czego potrzebuję i co jest dla mnie ważne. Dziś zdałam sobie sprawę, że to błąd! Może i fajny – ale na teraz zależy mi na poukładaniu sobie w życiu. Żeby do tego dojść, trzeba działać, a bez odwagi nie dojdę tam. Więc zrobiłam nową wersję, w której występuje słowo ODWAGA.

Afirmacje są umieszczone w ramce, tuż przed nosem. Ponieważ mamy kwiecień, jest tylko już osiem miesięcy do końca roku, a więc – osiem karteczek, które są odsłaniane co miesiąc. Teraz programuję maj (i już dałam sobie prawo do dokończenia tej projekcji), ale potem przyjdzie czas na CZERWIEC, w którym ma być WIELE ODWAŻNYCH CZYNÓW. I tak – wraz z miesiącem zmienia się również afirmacja (no chyba, że nie chcę). W pierwszej wersji szło to tak:

maj – (pełen) obfitości
czerwiec – kobiecości
lipiec – radości
sierpień – kreatywności
wrzesień – pozytywnych przygód
październik – miłości
listopad – zdrowia
grudzień – przyjaźni
optymizmu

To są tylko propozycje. Czy się zmienią w nowej kartce? Nie wiem, bo postanowiłam, że będę patrzyła na swoje potrzeby i projektowała kolejny miesiąc z tym, czego akurat potrzebuję. I tak chyba będzie lepiej, bo to będzie robione na bieżąco.

Wyzwania

OK – mam już w ramce afirmację na nowy miesiąc. Czy to koniec pracy? Ewidentnie nie, to dopiero początek! Mało tego: pracujemy cały czas, na bieżąco z danym miesiącem, nawet wtedy, kiedy ON JUŻ SIĘ STAJE.

Któryś z poprzednich miesięcy był zaprogramowany na obfitość. I co? I trochę pstro, bo nie stało się nic więcej ponad to, co miało się stać. Niestety, ale to trochę wyglądało tak, jakbym nie tyle zaprogramowała, a poszła po najmniejszej linii oporu… pozwoliłam sobie napisać – „miesiąc x pełen obfitości” i na tym moje działanie się skończyło. Myślałam, że Wszechświat da mi jakiś bonus do bycia w obfitości, że „samo się wydarzy” i że będzie więcej pieniędzy, niż w ramach socjalu. Tak się jednak nie stało i teraz chcę wiedzieć, dlaczego.

Ano – bo zabrakło energii i słoika.

Wszystko się dzieje zgodnie z naszymi wibracjami. I to jest fakt. W związku z tym, nie robiąc nic ponad odbieraniem socjalu, by być w obfitości… tak naprawdę nie znajdowałam się w trybie obfitości. Gdybym była przynajmniej na nią nastawiona, to bym znalazła turbo dużo rzeczy, które świadczyłyby o tym, że żyję w obfitości. Ale zabrakło słoiczka.

Słoiczka, dzienniczka – czegokolwiek, w czym mogłabym zapisywać dowody, że obfitość jest we mnie i że mnie otacza.

Kwiecień to miesiąc pełen radości i tak jakoś… może nie w połowie miesiąca, ale niedługo przed nią doszło do mnie, że przecież ja się nie skupiam na radości! Dlatego też wzięłam pierwszy lepszy słoiczek i zaczęłam tam wrzucać wszystko, co świadczy o tym, że jest radośnie. No, może nie wszystko. Wszystko, co sprawia mi radość. No, może nie wszystko. Bo widzisz – problemem jest tu ODCZUCIE.

I jak pierwszy raz zapisywałam faktyczną radość, tak później było mi coraz trudniej wydobyć tę właśnie radość z serca. Bo z czego tu się cieszyć? Ale właśnie zaczęłam dostrzegać kilkanaście miłych akcentów dnia. Akcentów, z których mogę się cieszyć! I kiedy je sobie tak zapisuję, to czasami radość się we mnie uruchamia, a czasem nie.

Te dwa zeszyty miały mi służyć. Wiecie, miały się w nim znaleźć zapiski ze szkoleń rozwojowych czy wszelkie uwagi na temat „co poprawić, jak się czuję, itd., itp.”. I nawet to robię, ale jest jeden, OGROMNY PROBLEM. Praktycznie NIGDY nie zaglądam do tego, co napisałam. Śmieszne? Nie – normalne. Po prostu rzeczy traktuję jako „wypisane” i już. Trochę takie na zasadzie… Zakuć, Zdać, Zapomnieć, czyli znana wszystkim studentom zasada ZZZ. I faktycznie, to jest ZZZ, skoro nic z tym fantem nie robię. Tylko wiecie… ja chyba znalazłam styl.

SŁOIKI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!11111111111111111111

Jedyną możliwością, by sprawdzić użyteczność słoików jest… sprawdzenie tychże. Zobaczymy, co z tego wyniknie, ale jestem pewna, że prędzej zajrzę do przepełnionego słoika „bo miejsca już nie ma”, niż do zeszytu, który zawsze mogę zastąpić kolejnym. Tak czy siak, warto spróbować.

Co mogłabym jeszcze wprowadzić?

Programowanie miesiąca to też wdrażanie pozytywnych nawyków. I co by było, gdybym miała pozytywne nawyki? Na przykład:

  • słuchałabym codziennie subla tematycznego – w maju byłby to subel na obfitość;
  • wieczorami robiłabym poprawki do dnia dzisiejszego, czyli przeżywałabym pewne wybrane chwile na nowo, tym razem z lepszymi emocjami, a nawet wydarzeniami;
  • już w trakcie zapisywania obfitości (ciągle przykładem jest maj) wywoływałabym w sobie poczucie obfitości;
  • robiłabym tematyczne ćwiczenia z tego zakresu :),
  • wprowadzałabym w czyn nowe nawyki, które byłyby wnioskami z wcześniej zapisanych uwag.

Jak widzisz, jest tego trochę, ale… to wszystko jest warte pracy. W końcu – czymże by była samomiłość bez ulepszania rzeczywistości? Czym w końcu by było życie bez ciągłego odkrywania siebie?