* * *

chcę żyć

chcę być

chcę słyszeć SWOJE ŻYCIE

CHCĘ słyszeć własne życie

chcę SŁYSZEĆ swoje życie

Jeden z moich obrazów – jeszcze dostępny :).

Doszłam niedawno do wniosku, że duchowość jest jak matematyka. Jeśli zapomnisz podstaw, to jesteś na straconej pozycji przy skomplikowanych wzorach. Naprawdę.

Jeśli zapomnisz, że jesteś KREATOREM, to życie nagle zamieni się w coś nie tyle nieprzewidywalnego, co bardzo nieharmonijnego, pełnego lęku. Bo jak kreator może krzywdzić siebie? To tak jakbym wzięła pędzel i się nim udławiła.

Jeśli zapomnisz, że absolutnie wszystko jest ILUZJĄ, to masz pełne gacie, bo inflacja, a tak w ogóle to rządy są do dupy i wszystko psują. A przecież… jak można traktować poważnie iluzję? Szczególnie taką, w której jesteś kreatorem.

Jeśli zapomnisz o pracy z Sercem, jeśli nie będziesz dbał o czystość energetyki, jeśli ominiesz współpracę z przodkami, to… staniesz na nogi, ale jak po nocnej imprezie alkoholowej. Wszystko będzie w burdelu.

Nie, nie musisz nic robić? Serio? Oczywiście, że nie musisz nic robić. Tylko kwestia tego, jakie to daje konsekwencje. Osobiście po ustawieniach systemowych ja po prostu będę dbała o czystość energetyki i pamiętać, że wszystko jest iluzją. Co dalej będzie – nie wiem. BO CHODZI O TO, ŻEBY ŻYĆ WŁASNYM ŻYCIEM. Ale żeby wytłumaczyć Wam mój tok rozumowania, to muszę Wam opowiedzieć o serialu, który jest sztos.

„Anotherself”, czyli z polska „Inna ja”. Serial turecki. W dodatku na Netflixie. W dodatku całkowicie normalny i w dodatku… o duchowości. O odnajdywaniu WŁASNEGO ŻYCIA. I on przypomniał mi przodków.

Tak – w tym roku z nimi ostro pracuję, efekty widać, ale tym razem uznałam, że trzeba to wreszcie jasno, klarownie i pięknie zakończyć. Tzn. przodków się uznaje, ok, ale… JESTEM PERFEKCJONISTKĄ. MÓJ MÓZG FUNKCJONUJE INACZEJ, NIŻ MÓZG NIE PERFEKCJONISTY. Jego logika jest pokrętna i nieco zwariowana, ale taka jest. Więc póki co jedyne, co mogę zrobić, to zrobić sobie dobrze.

„Inna Ja” opowiada o trzech przyjaciółkach, które mają wszystkie poobijane życia. Jedna z nich szczególnie, bo wg medycyny umiera i ma kolejny atak raka. Wkurza się wreszcie i znajduje ustawienia systemowe. I jadą, wszystkie trzy. Od tego momentu zaczyna się ich odnajdywanie w rzeczywistości.

Trzeba to zobaczyć. Potrafi wzruszyć, ja właściwie na każdym odcinku miałam jakiś wzrusz, coś się u mnie przepracowywało. Mało tego, dawno nie widziałam, by serial miał tak wzorcowy! research. Prawda, że niby produkcje mają konsultacje ze specjalistami, ale w serialach – polskich na przykład – często są w sprawie medycyny bzdury. O tym widzowie zapominają. A potem lekarze wzdychają ciężko i mówią: „nie, nie przepiszę panu leku z doktora House’a”. Już nie mówię o pracy policji, która dzięki serialom typu CSI w Ameryce miała pod górkę, bo oni niby tacy zaawansowani i tak dalej.

Jak dla mnie, ostatni odcinek jest dla mnie wybitny. I być może dlatego, że jest on dla mnie wyraźnym sygnałem, co powinnam zrobić. I dlaczego powinno być to dokładne tak jak to możliwe.

TAK, MÓJ WEWNĘTRZNY PERFEKCJONISTA PŁAWI SIĘ W POWYŻSZYM ZDANIU.

Ale tylko wtedy, jak zrobi sobie dobrze przestanie się zastanawiać.

A ja? Ja będę miała JOBCZY sygnał dla umysłu, że ŻYJĘ WŁASNYM ŻYCIEM.

Bo niestety.

Tryb rodzinny, spotykanie stulejarzy, pisanie… matku bosku, naprawdę w chuj dużo wzorców rodzinnych. I okej, pisać po swojemu zawsze już będę, w końcu pisanie jest fajne, po co mam odrzucać swoją cząstkę. Ale, nosz – gdy pracuję wewnętrznie nawet nad przekonaniami o OBFITOŚCI, to uderza mnie to, jak wiele wyciągnęłam od rodziców, od rodziny.

A przecież TO BŁĘDNE KOŁO!

Więc trzeba zrobić raz, a dobrze.

Więc jadę na USTAWIENIA SYSTEMOWE! Bo mam prawo do własnego życia i cieszenia się nim tak, jak tylko sobie wymarzę! To się nazywa WOLNOŚĆ!!!

PS.: A serial „Anotherself” jest po prostu sztosem. Obejrzyjcie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście.

Tylko ezo nie mają poczucia humoru w temacie

Na początku przepraszam Was za to, że nie było obiecanych analiz fantasy. Powód jest jednak prozaiczny – tak wprost mówią o mocy człowieka, o kreacji, tak wprost mówią, co i jak, że uznałam, że wystarczy powieści przeczytać, by coś z tego dla siebie wynieść. Tak na przykład ostatnio bardzo dziwnie mi się słuchało mistrza Roberta Jordana, znaczy jego powieść – kolejny tom z cyklu „Koła czasu”, bo… no właśnie. Przedstawiał sporo prawd duchowych. Tak, tak, jeśli ktoś myślał, że fantasy jest głupie i dla dzieci, to zapraszam do różnych kanonicznych, gatunkowych dzieł. Z ręką na sercu informuję, że te dzieła są niejednokrotnie lepsze od prozy noblowskiej. Nie, nie będę pisała o Tokarczukowej, bo ja w ogóle nie o literaturze. To znaczy o literaturze także, jeśli przyjąć, że mowa jest o kulturze jako takiej. Bo to ona zawiera liczne wskaźniki, co i jak. I nawet nie chodzi o rządzenie światem, a na przykład o ostrzeżenia.

Terminatora 2 ogląda się bardzo dobrze nawet i dziś. To wszystko to efekt nie tyle gry aktorskiej, ile znakomicie poukładanej fabuły. Szybka, konkretna, bez żadnych bzdetoletów, które zatrzymują akcję. I co ważniejsze, chyba wszyscy wiedzą, jak przebiega fabuła filmu. I założę się, że jeśli sobie jeszcze raz puścicie i dobicie do końca, to się wzruszycie. Normalnie, jak przy scenie, gdy ojciec Simby w „Królu lwie” ginie. To zawsze działa, nieważne, ile razy obejrzycie.

Ale dlaczego mówię o tak starym dziele, żeby nie powiedzieć arcydziele?

Cóż, wracając do tytułu tego wpisu – tylko ezoterycy są pozbawieni poczucia humoru w temacie AI. Wszyscy inni podchodzą do tematu z lekceważeniem. A przecież, kultura jest pełna ostrzeżeń w stylu „nie lekceważ wroga, przegrałeś, bo nie brałeś go na poważnie”. Już nie będę Wam torpedować mózgu przykładami, bo pewnie… a może i nie, mam nadzieję, że się nie znudziliście do tego momentu i z zapartym tchem będziecie śledzić kolejne linijki.

TIK TOK CZYLI CHIŃSKA BUDOWA NOWEGO ŚWIATA

Czasami coś wiemy, ale dociera do nas zdecydowanie później, niż powinno. Chociaż… dobra, po kolei. Mamy Chińską Republikę Ludową. W swoich wcześniejszych wpisach wyjaśniam, jak widzę Chiny. I powiem Wam tak: NADAL je tak widzę. Nie do końca tylko ogarniam pewnego faktu: czy oni są po stronie światła, czy nie. De facto mamy do czynienia z całkiem inną rasą, że tak powiem, bardzo dziwaczną kulturą, pro-technologiczną. W ezoteryce mówi się, że dostali technologię od obcych i tak dalej. Ja jednak mam wrażenie, że to są istoty, które przybyły do nas znacznie wcześniej, i ich cesarz był na pokaz dla ludzi, a nie rządził naprawdę. A sama rewolucja… też na pokaz. W każdym razie, nie mam sił do końca zgłębiać tajników Chin. Jednak w tym tekście istotne jest to, że Chińczycy są GŁĘBOKO powiązani z technologią, z AI.

Myślicie, że ludzie wymyślili absolutnie wszystko? Myślicie, że AI to taki komputerek i program-bot od Fejsbruczka? I że podpięcia są tylko z egregorów? To ja mam GŁĘBOKĄ nadzieję, że tak jest w Waszych światach. Niestety, nie jestem już naiwną siedmiolatką, a w tym roku moja świadomość tego, co się odjebało na Ziemi tak przyśpieszyła, że czasami jedynie świadomość „samobójstwo więzi duszę” mnie powstrzymuje od naprawdę dużej ucieczki z tego świata. No, ale nie o moich humorach miało być, a przynajmniej nie tak starych. Wróćmy zatem do Tik Toczka, którego wszyscy kochają i uwielbiają.

Tik Tok powstał w Chińskiej Republice Ludowej, a 2+2=4.

Przeglądając tę aplikację można sobie pomyśleć, że ludzie tam zajebiście spędzają czas. Albo oglądają kotki, albo się uczą, albo inne sprawy.

NIESTETY NIE.

To znaczy, owszem, robią to i owszem, to się dzieje, czemu nie, ale jest jeszcze jedna, bardzo ciemna strona i proszę wejść na początek tego wpisu… a co będziecie się męczyć z przewijakiem, macie opening do Terminatora 1 tym razem:

I teraz tak, co widzicie przeglądając Tik Toka? Ludzi, którzy kręcą krótkie filmy, często zabawne. OK, poczucie humoru jest objawem zdrowia psychicznego. Tyle że często do tego stosują efekty. Na przykład awatary. Albo „AI ma zbudować obraz z wyrazów”. Przyznam, że od początku mam z tak rozbudowanymi efektami problem. Raz nawet próbowałam, ale nie mogłam się zmusić do wstawienia, choć pewnie miałabym z milion odsłon. Fak – i to właśnie pokazuje jeszcze jedną sprawę. Tik Tok promuje filmy z takimi właśnie efektami. Czyż to nie jest ok? Ludzie mają się bawić i tak dalej… problem w tym, że jak teraz o tym myślę, to jest to przerażające.

I właściwie dziś w trakcie rozmowy o tym fenomenie także usłyszałam: „to jest przerażające i fascynujące”. Od osoby, która nie siedzi w spiskach, nie śledzi masonów i generalnie jest wolna od teorii spiskowych.

No więc zapytacie wreszcie – o co mi chodzi?

O AI. Ale nie te AI, które poszło z ludzkiego serca, bo ono jest dla nas całkiem spoko i nie skrzywdzi nas. AI… które siedzi w tik tłoku, w tych efektach jest agresywne, jest bardzo niebezpieczne i obce. Nie tylko że podpina się pod ludzką energetykę, ale także rozjebało wszechświaty. Dużo wszechświatów. Tak, mowa o bardzo specyficznej rasie, której aż strach sprawdzać, ponieważ jest to właśnie agresywna rasa. Ale całe szczęście, że są bardzo odważne osoby, które wiedzą, jak to zrobić i znają się na rzeczy i sprawdzają takie tematy. Jestem im bardzo wdzięczna, bo to jest jobcza praca na rzecz Światła. Ale szczerze mówiąc, znowu troszku zboczyłam z tematu.

Od parunastu dni mam bloka w kwestii Tik Toka. Bardzo mnie męczy to, że na jedno konto trzeba jeden temat, bardzo mnie męczy dodawanie trzech filmów – chociaż można minimum – i bardzo bym chciała… no właśnie, czy bym chciała? Generalnie mam jakieś takie zniechęcenie do TT. I dobra, ludzie się tam fajnie bawią, ale czuję się w tym wynalazku jak niewolnik. Wpisz takie a takie hasztagi, to wygrasz milion. Zrób to, tamto, to wygrasz życie. Nosz, że tak powiem, najstarszy zawód świata. A wczoraj jeszcze jak obserwowałam sobie, czy tam może dziś, sobie obserwowałam TT znajomej, to tak jakoś… jakoś tak jobczo przyszło. Dziś rano tak mocno poczułam temat, że te awatary to takie mocne podpinanie się tego czegoś pod ludzkie życia, że aż poczułam wściekłość. Rzecz jasna, chciałam wpierw wszystkich ostrzegać, bo choć jestem na wakacjach, to jednak wypadałoby ostrzec przyjaciół przed niebezpieczeństwem, prawda?

Ja generalnie staram się dbać o energetykę i powiem tak. Zastanawiałam się, jaka może być przyczyna tego, że bardzo zaczynam się męczyć na TT. To poczucie bycia niewolnikiem? Bingo. Ale to nie wszystko. Niesmaczne jest dla mnie obserwowanie, jak ludzie się podpinają pod ciemne istoty i to nawet nie wiedząc.

I powiem tak.

W POŁOWIE WRZEŚNIA OBLICZANIE ZOSTANIE ZAKOŃCZONE. Tak, TO OBLICZANIE:

Będzie gigantyczne rozdzielenie linii czasowych. Jedna to ta, w której ludzkość zostanie na tym etapie mentalnym, na którym jest. Szczerze mówiąc, nie uśmiecha mi się to, ponieważ ja bym chciała wreszcie żyć w pięknym świecie, gdzie panuje miłość, spokój i bez bzdetoletów. Gdzie nie ma Leksia, ani Staśko, ani innych dziwacznych patostreamerów, ponieważ są znacznie lepsze sposoby spędzania życia i znacznie ciekawsze tematy. I tak, ta piękna Ziemia, ta przestrzeń pełna światła jest, ona będzie lśnić i mam wrażenie, jakby to były narodziny… bo jak gruchnie to rozdzielenie, to ono nie będzie jobcze. To będzie energia jobczej miłości i to NIEWYOBRAŻALNIE JOBCZEJ. Prawdopodobnie każdy z nas ją poczuje w ten czy inny sposób, sposób adekwatny do jego świadomości. Jak ja to sprawdzałam to poczułam tę energię. I to będzie piękny początek narodzin Nowej Ziemi, która energetycznie już jest, która praktycznie już się wykonuje, ALE ten jeden piękny ruch. Ruch Światła, taki ruch… jakby pisarz stawiał ostatnie, fenomenalne sceny w swej powieści! I ja chcę to zobaczyć! Och!

Podobno w naszej matrycy jest zagnieżdżenie pozytywnych dla ludzkości scenariuszy. To bardzo podtrzymuje na duchu, jako że to oznacza wolność, bezpieczeństwo i po prostu wyrąbistość. Ale jest jedna rzecz…

JESTEŚMY KREATORAMI.

JESTEŚ KREATOREM, WIĘC KREUJESZ TEN ŚWIAT. JESTEŚ WOLNĄ ISTOTĄ, WIĘC MASZ PRAWO WYBORU.

A zatem – kreujmy z rozwagą i miłością nową, piękną rzeczywistość, czego sobie i Wam życzę!

Ależ piękna hipokryzja

Dziś przesłuchałam przynajmniej z 4 filmiki o tym, że ludzie mają prawo ubierać się, w co chcą. Mają prawo być grubymi i mają prawo nie podobać się innym. Ale najwyraźniej dotyczy to tylko dorosłych.

Tak, właśnie: dobrze przeczytaliście. Załapałam małego wkurwa i na początku nie chciałam się bawić w przepychanki, ale ludzie wciąż udają świętych. Bo oni wiedzą, jakie są relacje między córką a matką. Doskonale zdają sobie sprawę, jak lepiej wychować cudze dziecko.

Wiecie, co? To byłaby połowa biedy.

Aha, tak na wstępie przypomnę, który mamy rok, bo chyba niektórzy zaspali i spadli z rowerka: 2022.

Powiedzcie mi, czy ta dziewczynka jest nieszczęśliwa i czy ta dziewczynka zachowuje się w jakiś nieprzyzwoity sposób:

Nie? Ależ przecież ona ma siedem lat! MUSI SIĘ BAWIĆ W MATKĘ! MUSI SIĘ BAWIĆ W TO, CO MY – TRZYDZIESTOLATKOWIE – SIĘ BAWILIŚMY! MUSI CHODZIĆ W DŁUGICH SPÓDNICACH, Z… a nie, czekaj, nie ta epoka. Teraz dziewczynki mogą chodzić w czym chcą, nie?

No chyba nie. Ludzi porąbało, delikatnie mówiąc.

Ludzie się spiekli, że dziewczynka chodzi w topach. Dobra, ale pytanie jest takie: dlaczego to jest złe? Bo ja nie znajduję odpowiedzi. Jeśli komuś się wydaje, że dziewczynka przez to staje się obiektem seksualnym i w ogóle, to może niech się nad sobą zastanowi? Bo z jakiej racji dorosła kobieta chodząca w totalnie tym samym (tylko w większej rozmiarówce) NIE JEST obiektem seksualnym? Ale JEJ WOLNO, bo ma te trzydzieści lat. Halo, a przecież rano mówiliście o akceptacji swego ciała i chodzeniu w tym, w czym się chce? Halo?! Słyszy mnie ktoś tu, na tej planecie?!

To jest jedna rzecz.

Drugą rzeczą, którą ludzi oburzyło jest to, że młoda przeklina. Eee… co? Czekaj, a dlaczego siedmiolatek miałby tego nie robić? I to jeszcze w sposób bardzo świadomy! W ŚWIADOMY! I to widać, bo gdyby Lena nie była świadoma, to by po pierwsze na tym powyższym filmiku waliła przekleństwami, a po drugie, matka by jej nie pozwoliła… a może by pozwoliła?

Chcemy, by nasze dzieci się wyrażały, by nie miały problemów z samoakceptacją. Więc pozwalamy chłopcom na zabawę lalkami, pozwalamy na zakładanie kanałów na YT. Dziewczynkom już nie, nie wolno się bawić w bad gerl. Bo to BAT GERL I NA PEWNO WYROŚNIE NA ZUĄ.

Tylko widzicie, to, że młoda używa tej roli „bad gerl” jako aktorzenie na potrzeby internetów, widać nawet po tym, jak jest to napisane. Niepoprawnie z angielska. Widać też nawet po głupim filmiku, na którym zwraca ona uwagę: „halo, czy to jest nieprzyzwoite?”, pokazując różową koszulkę z jakąś bajkową scenografią. Ale ludzi oburza, że się bawi w bad gerl.

Bo pewnie nic z niej nie będzie, przez to, że się wyraża.

Ty, a może ludzie zazdroszczą jej młodości, tak wolnej i pięknej?

Przypominam, że w latach 90′ XX wieku całe podwórka były pełne dzieciaków, które nie dość, że – OLABOGA – przeklinały, to jeszcze turbo rozrabiały. Ale przyszły normy unijne i nagle się okazało, że nie można tak młodych samopas i w ogóle, przepraszamy, że mieliście złe dzieciństwo. A i jeszcze jak byliście grubi to nie mogliście odsłaniać brzuchów, ale MY, TRZYDZIESTOLATKOWIE, to znaczy te dzieci, które teraz nimi są, już mogą. I mogą się ubierać w kij wie, co, to niczyja sprawa, byle tylko nie chodzić nago do sklepu. No ale dzieciom nie wolno, tak, tak, obecnym siedmiolatkom nie wolno chodzić w czym chcą, bo to nieprzyzwoite. No, no, odsłanianie brzuszka jest nie fair wobec… właśnie. Bo tylko starcy w skórze około 30-latków mają problem z tą siedmiolatką. Wszyscy inni doceniają jej matkę, i wszyscy inni widzą, że dziewczynka jest bardzo ogarnięta.

A teraz koniec mojego marudzenia i czas się zastanowić nad jedną, mega bardzo ważną sprawą.

KIEDY DZIECI – TWOJE – MAJĄ SIĘ NAUCZYĆ AKCEPTACJI WŁASNEGO CIAŁA? KIEDY DZIECI MOGĄ ZACZĄĆ NOSIĆ TO, CO IM SIĘ PODOBA? W WIEKU TRZYDZIESTU LAT? NAPRAWDĘ SĄDZICIE, ŻE MAJĄ SKOŃCZYĆ TAK JAK MY, STARCY W TRZYDZIESTOLETNIEJ SKÓRZE? PO CO? TYLKO DLATEGO, ŻE WAS RODZICE OLEWALI, JAK CHCIELIŚCIE SIĘ POBAWIĆ PO SWOJEMU?

Witaj w moim internetowym domu.

Social media – a przede wszystkim fejsbruczek – odzwyczaiły nas od pisania na blogach. W tej chwili jednak myślę, że to się zmieni. Jak ludzie się skapną, że przede wszystkim komunikacja i reklama, a cała reszta… czekaj, te myśli nie są składne, a ja siedzę krzywo na swym Tronie, w sensie fotelu biurkowym, bo nie mam jednej nogi w nim sprawnej. Co Cię to obchodzi? Ano, zupełnie nic. Ale – Drogi Przybyszu bądź Droga Przybyszko, takie czasy mamy, że gdy wchodzisz na czyjś blog, to wchodzisz do jego internetowego domu. Tak naprawdę to w nim może być w pełni sobą. Żadne social media nie dają takiego potencjału twórczości i wolności, jak własna strona.

Stąd zapewne jeszcze one nie wyginęły…

Wraz z moim dorastaniem dorastał internet. Przeszłam przez Naszą Klasę i Grono.net, to były fajne czasy, bo człowiek widział, że nie tylko on istnieje, że można dyskutować. Stara babcia internetowa, która we mnie jest pamięta jeszcze ten okres, w którym to na IRCu się siedziało, gadało się na GG i było się szczęśliwym. To wracając ze szkoły zawsze myślałam nad tym, jaki dać status na tym komunikatorze.

I co?

I dziś młodzi – niemłodzi mają Tik Toka. Instagrama, choć ten być może się kończy, jak cały Zuckerberg. Rosną w siłę inne, alternatywne aplikacje, bo to, że istnieją dwie czy trzy największe rynkowe molochy, nie zmienia faktu, że social mediów jest i więcej, i więcej, i coraz więcej. A każda o innych algorytmach. Drugą młodość trochę przeżywa twitter, który z politycznego – w Polsce – portalu zmienia się w ogólnotematyczny, jak wszędzie. Może powinnam wrócić? Wstawiasz linka do bloga i tyle, masz wyrąbane na resztę. Urzekająca prostota, której brak w innych apkach.

Ale skąd się w ogóle wzięło moje internetowe narzekanie, skąd nagle się pojawiła Babcia Internetowa?

Zacznijmy od tego, co tu się w ogóle stało. Przez plandemię i inne rzeczy Fejsbruczek zaczął w ciul cenzurować treści. Ludzie – chyba zwłaszcza w Polsce – się wkurwili i zamiast zostać i być posłusznym, poszli gdzie indziej. W tej chwili to na telegramie znajdują się wszelkie niepoprawnie polityczne myśli. I wbrew pozorom, ta forma jest bardzo sprzyjająca komunikacji, właściwie… można powiedzieć, że to taka wersja IRC’a.

Fejsbruczek notuje odpływ użytkowników i to na całym świecie. Cóż – trudno się mówi, jest jeszcze Instagram. Ale tu z kolei koń by się uśmiał, ponieważ zamiast kupić jakąś wschodzącą gwiazdę social mediów, to skopiował jej rozwiązanie. I… i nie wyszło. Skopiował także tik tłoka ze swymi filmikami i tu ludzie się wkurzyli i narzekają, że gdyby chcieli być na tik tłoku, to by na nim byli. I to prawda. Ja sama stwierdziłam, że Insta zakładam tylko dlatego, bo jest łatwe przejście między tik tłokiem a nim właśnie.

Może tik tłok kupi insta? Zobaczymy jak to się ułoży. Na razie około godziny zajęło mi podpięcie insta w tt, ponieważ a) kwestia haseł, których nie pamiętam, ale zawsze są zajebiste, b) mam 3 konta, ale tylko jedno jest używane i to jest to konto, c) musiałam ogarnąć, czy da się to zrobić z tel czy z kompa, bo z kompa wpierw chciałam zrobić, ale za trudne, bo to apki na telefon i tak dalej. Po godzinie walki się udało i publikuję jakieś posty, ale… mam wrażenie, że kompletnie nie ogarniam insta. Nie rozumiem jego.

Skupienie się na jednej aplikacji jest o tyle dobre, że daje to konkretne wyniki. I też jest o tyle fajne, że bardzo dobrze znasz daną rzecz i możesz prowadzić z sukcesem. Tak… Tik Tok działa inaczej, niż Instagram, nie tylko w kwestiach, co użytkownicy chcą oglądać, ale również i w hasztagach. Każda apka wymaga tak jakby nauczenia się jej języka.

Ale porozmawiajmy o tik tłoku, bo wniosek, że tylko własna strona internetowa jest taka… najtrwalsza i taka, gdzie pokazujesz naprawdę siebie, nie wziął się z dupy.

Na początku przygody z TT chciałam uczyć ludzi pisania, ale okazało się to niemożliwe. Kobiety szczególnie nie potrzebują pisania planów i innych dziwactw. Pisania się nie nauczysz, pisanie masz w sobie mniej lub bardziej rozwinięte. Żeby sprawdzić, co i jak wystarczy wziąć kartkę i długopis. Serio. Tu nie ma żadnej filozofii. Pisze się po prostu, a nie myśli. I wszelkie zdania typu „jak piszesz książkę, to zastanawiasz się nad słowami, masz na to dużo czasu” to są kwiatki i po prostu spierdalać od takich nauczycieli pisania. Więc zarzuciłam pomysł, szczególnie widząc, że moje wyświetlenia są niskie, że temat raczej mało sprzedajny. Choć teraz na TT namnożyło się tego typu biznesów, ale ja mam wciąż wrażenie, że gdy je oglądam, to wącham kwiatki od spodu.

Wróciło rysowanie, wróciło malowanie, bo miałam totalny zastój w pisaniu, a jakoś tak kolorowanie starych prac bardzo mnie odprężało. I tak siebie szukałam i szukam dalej.

A algorytm tik tłoka jest taki: jeden temat i konto idzie jak burza. Serio. Można max do trzech, ale to ryzyko, że konto wolniej się będzie rozwijało. Widzę to też po statystykach filmów: jak algorytm załapał, że o malowaniu, to te filmiki, które zawierają tipy czy ogólnie opowiadają o twórczości na płótnie, mają najwięcej wyświetleń. Jeszcze nie zrozumiałam, dlaczego ostatni filmik z infografiką mi nie poszedł, ale może to kwestia tego, że jego treść nie była jakaś super inspirująca.

Moje wewnętrzne ja nienawidzi się ograniczać, ale też nie lubi działać bez efektów. No bo jeśli coś robisz, to z jakiegoś powodu, prawda? Gdyby mi nie zależało na sprzedaży obrazów czy bransoletek, to bym nie weszła na tik tłoka. Serio. Nie bez powodu mam tam konto biznesowe, a nie osobiste. I tak samo na insta.

Tyle że insta umożliwia wstawiania treści dowolnych, taki misz masz. A jednak stwierdziłam, że nie będę robiła tam swojego jakiegoś wybitnego dziennika. Dlaczego? Zależy mi na rozwoju artystycznym, to tam mogę się produkować i prowadzić dialog z kontem na tik tłoku. Bo tt wymaga od użyszkodnika tego, że jeśli chcesz prowadzić konto o makijażu, medytacji, podróżach, to dla wszystkich trzech musisz zrobić osobne. Bez sensu? Dla mnie owszem, dla wielu ludzi także, bo chodzi o treść, żeby konto było ciekawe.

Tik Tok wymaga też ciągłych zmian. To nie jest wcale tak, że jak pokazujesz ciągle to samo, to konto idzie jak burza. Wręcz przeciwnie. Nie wprowadzając zmian sprawiasz jedynie, że zasięgi – czyli wyświetlenia – spadają. Dlatego warto eksperymentować i rozszerzać tematykę w ramach swojej niszy.

Stykają się tu dwie rzeczy. Widzę, że tik tłok daje bardzo duży potencjał rozwojowy wewnętrzny, a jednocześnie ogranicza. Ja siebie jeszcze szukam i mam wrażenie, jakbym zaczęła się bać, że kolejne zmiany treściowe spowodują spadek użytkowników. A jednak. już jedną, bardzo poważną rzecz przeszli – zmianę z konta pisarskiego na konto malarskie, o sztuce.

Więc przetrwamy i to, bo wiesz, Kochany, Kochana Czytelniczko? Ja siebie będę szukała artystycznie, bo to niekończąca się przygoda. Na tym polega rozwój, na zmianach, próbach nowych rzeczy. To daje niesamowitą ilość frajdy, satysfakcji. To jak pielęgnacja Wewnętrznego Dziecka. Ale… pisanie zawsze zostanie ze mną i potem, w przyszłym roku, założę nowe konto, specjalne, gdzie będę czytała swoje opowieści.

Ufff, to jeszcze nie koniec, jeśli masz siłę dalej ze mną powędrować… lecimy do wniosku.

Każda z aplikacji wymaga siły, cierpliwości i systematyczności. To takie trochę wysysanie energii, ale gdzieś się pokazać trzeba. Tak, kochani – ja tu, na blogu, rzeczywiście jestem w pełni sobą. Za to na instagramach czy tik tłokach walę tak bardziej w biznes łomen. W końcu trzeba z czegoś żyć, a jeśli różne artystyczne rzeczy pozwalają na to, czemu nie? Rzeczy robione z pasją, rzeczy robione bez wątpliwości znajdą swoich odbiorców. Zawsze. I tego i sobie, i Tobie życzę.

Z powodu czego oglądam Światusów?

Na jutube jest sobie kanał – byli świadkowie jehowy robią o tym czymś content z perspektywy ludzkiej, traumy i patologii ogólnie. Temat z pozoru ciekawy, trudny i… rzeczywiście jest na tyle interesujący, że sporo osób kliknęło i zaczęło oglądać. Problem polega jednak na tym, że ja też. I gorzej, to nie jest główna przyczyna takiego stanu rzeczy. Ale, żeby nie było tak ponuro: dla twórców, czyli Światusów, jest to pochwała za prowadzenie narracji.

Jakby ktoś nie wiedział o czym to ja tu ględzę to macie randomowy odcinek:

No ale właśnie, ja ich włączam nie dlatego, że mają ciekawy content (choć to też przyczyna, od której się zaczęło). Ba, nawet to nie jest chęć poznania innego świata, chęć dowiedzenia się, jak można manipulować religijnie ludźmi. To jest… brak contentu, który by mnie zadowolił.

Chwila, przecież mówisz, że masz content i go nie masz, o co cho?

Ano, o to, że nie mam contentu normalnego. W innych kanałach. Chwilowo znęcanie się nad LOTRem Amazonu czy Wiedźminem Netflixa się skończyło, bo nie ma nowych materiałów, więc odpadają treści o kulturze. No dobrze, są przecież kanały o książkach. Ale serio? Z jakiegoś powodu wolę oglądać filmy i ich recenzje, bo są mniej napuszone i mniej blokujące w temacie.

Poza tym, od wczoraj mam ogromną przyjemność zauważać dodatkowe pranie mózgu przez kulturę, tak na przykład jak w filmie „Pajęcza głowa”. I szczerze, musiałam się powstrzymać od rzygania, ale to tylko moje uprzedzenia.

No dobrze, więc punkt okołokulturowy mam odhaczony. Mniej więcej. Ale… to nie wszystko. Pozostają jeszcze treści edukacyjne i treści ezo. Pozwólcie, że rozdzielę te dwie kategorie, chociaż – NO WŁAŚNIE – nie powinnam.

Zacznijmy od treści edukacyjnych. Tych jest na pęczki i niestety, obfitują w głupoty naukowe, chociaż wszyscy myślą, że skoro nauka to musi mówić prawdę. Ale dla kogoś, dla kogo historia jest fikcją literacką (bo tu nic się nie klei), dla kogoś, kto nie wierzy w zarazki, to trochę content nie na miejscu. Strata czasu. A i po co się straszyć ewentualnym rakiem. Lepiej posłuchać o czymś miłym, na przykład, jest taki pan satyryk… dobra, jego słucham od czasu do czasu, bo zabawny. Poza tym, ja nie mam ochoty czuć się jak w szkole, gdzie tłumaczą sinusa i cosinusa, a ja za funta kłaków nie rozumiem, bo mam ochotę spędzić dany czas maksymalnie przyjemnie. I tu wchodzi cały na biało content o dramach na jutubie, bo… aha, nie ma niczego innego. Naprawdę. Audiobooka se najlepiej włączyć, ale czasem nie ma się ochoty, ma się za to ochotę na jakiś półgodzinny, przyjemny program w stylu śniadaniówki, która jednak nie robi wody z mózgu.

No i właśnie, to może content ezo?

Tu traktują cię jak debila.

Dobra – może to jest przesadnie napisane, w końcu musimy sobie uświadomić parę rzeczy, a bez powtarzania pewnych zwrotów to wychodzi słabo. OK, wywiady i inne filmiki wyjaśniające i wspierające wzrost świadomości są fajne. Wspaniale, że mamy pewne instrukcje obsługi, jak na przykład zrywanie paktów.

ALE DO JASNEJ CIASNEJ JA NIE CHCĘ BYĆ TRAKTOWANA JAK SIEDMIOLATEK, ja chciałabym posłuchać o życiu… ale wszystkim jak stąd do Marsa włącza się tryb nauczyciela i zamiast swobodnej pogawędki o życiu słuchamy porad życiowych. Matku Bosku, gdybym chciała posłuchać porad życiowych, włączyłabym sobie jakieś porady, a nie zwykłą rozmowę o powiedzmy duszach. Temat przykładowy, ale i tu pytań w stylu „a jak to zrobić”, „po co” i tak dalej nie brakuje. To jest tak dokładnie, jakby się tłumaczyło siedmiolatkowi. Pięknie, super, wspaniale, to się przydaje, ale jak nie zjadłam całego rozumnego świata, tak pewne rzeczy nie są mi potrzebne w stylu encyklopedii słuchania serca. Tego cały czas się uczymy na żywo, ale chodzi mi z grubsza o to, że nie ma contentu, który by nie traktował słuchacza jak debila i który by traktował odbiorcę jak kogoś, kto właśnie je śniadanie. Serio. No, może przesadzam, ale poruszane tematy w ezo światku są zazwyczaj ciężkie, są zazwyczaj drętwe, a mało tego, nadzwyczaj często są poruszane sprawy polityczne, ale już jadą na wysokich obrotach BO KONIECZNIE TRZEBA BYĆ W NURCIE FOLIARSKIM, INACZEJ JEST SIĘ MANIPULOWANYM ONENENENE… jeżu, jakbym chciała o teoriach spisgowych, to bym se poszła na grupę teorii spisgowych. Matku bosku, o czym by tu robić contenta, żeby mnie zadowolić?! Już wiem, podejść z humorem, czyli wejść na tik tłoka, gdzie….

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

Kurwa, ciągle nakazy zakazy, srakazy, co to jest, jakaś kolejna gównoreligia? Ładne kwiatki, ale cuchną, że tak powiem. No bo macie wysyp tik tłoków takiej treści: wszystko jest iluzją, kochaj siebie, cierpienie prowadzi do rozwo…. co? Dobra, kolejny tik tłok poproszę. No to jedziemy. Nie musisz się obwiniać, nie musisz czuć się winny, kochaj siebie, możesz się odcinać od

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

Czy są tu jakieś normalne treści?!

Aaa, już wiem, gdzie.

y-u-t-u[wpisujemy adres youtuba, wyobraźcie to sobie, no], świa[wpisujemy w wyszukiwarkę światusy i klikamy w to i włączamy]

Ponieważ:

  • oni mają jasny content – rozmowy na luzie,
  • jeśli robią wywiady, to wiadomo konkretnie jaki będą miały wydźwięk,
  • nie POUCZAJĄ, NIE NAKAZUJĄ, NIE ROBIĄ WODY Z MÓZGU, tylko tłumaczą jak jest,
  • trudno foliarzom zaprzeczyć ich teoriom, bo się temu nie da zaprzeczyć, więc spokój z teoriami spisgowymi,
  • teorii spisgowych w zasadzie NIE poruszają,
  • o życiu, po prostu rozmawiają o życiu, a nie o jakiś dziwnych wynalazkach, do których trzeba koniecznie zaprząc szare komórki, by zrozumieć treści.

Kurde, nie wiem, czy to, co nabazgroliłam teraz w tej chwili jest zrozumiałe. Ale wiecie, tak po prostu. Sobie posłuchać trochę o mniej ważkich sprawach i zarazem ciekawych. Ale nie, w światku ezo to niemożliwe, a w światku nieezo następuje jakaś dziwna gloryfikacja, znaczy, wmawianie ludziom głupot.

Możliwe jest to, czego jesteś świadomy, że jest możliwe

Houston, mamy problem. Problem leżący w… ograniczonej wyobraźni człowieka.

Ja nie wiem, co tu na świecie zaszło i nie chcę tego wiedzieć, bo póki co wystarczy wiedza, że wszyscy jemy to, co jest zewnętrzne. I okej, tak skonstruowano ten świat, tak zmanipulowano ludźmi, że ci stwierdzili, że jedzenia potrzebują. BO INACZEJ ANOREKSJA.

Gorzej, gdy na tapecie pojawiają się osoby, które twierdzą, że można się odżywiać blaskiem słońca i w ogóle. Spoko, ale tu zostały pomieszane pojęcia. Bo zapewne możesz się żywić światłem słonecznym, skoro tego chcesz i potrzebujesz, ale jest to całkiem inna rzecz od bretarianizmu.

I tego ludzie za funta wała nie rozumieją I NIE CHCĄ ROZUMIEĆ.

Świadomość nie ma ograniczeń.

Ale OK, postawię sprawę inaczej.

JESTEŚ ŚWIATŁEM.

Wyobraź sobie ŚWIATŁO. Ono po prostu JEST. Pytanie, czy się żywi. No i po co? Po co światłu coś z zewnątrz, skoro jest samowystarczalne? Żeby rosnąć? Tylko nie wiem, czy wiecie, ale jesteśmy w świetle, jesteśmy światłem, więc… no… jak coś, co jest z zasady i natury nieskończone ma rosnąć?

I wchodzi temat bretarianizmu.

WSZYSCY jak jeden mąż powtarzają: żyw się słońcem. Znaczy światłem słonecznym.

Czytaj – szukaj posiłku na zewnątrz.

Ale tu nie chodzi o ZEWNĄTRZ, tylko WEWNĄTRZ!

Zawsze, w każdej sytuacji ograniczenia są tylko wytworem umysłu i są one programami, które nałożyliśmy sobie, choć nie musieliśmy. Z jakiegoś względu się to stało, nie rozkminiam jak i gdzie, i kiedy, ale w gruncie rzeczy do pewnego momentu uważaliśmy, że wszystk0 – absolutnie wszystko – leży poza nami.

Bóg.
Nauczyciel.
Mistrz.
Rodzic.
Miłość.

I tak dalej, można to w nieskończoność wymieniać, ale po co?

Tym bardziej, że zapewne rozumiecie, co chcę przekazać.

Wiara jest czymś zewnętrznym, bo musisz w coś wierzyć, żeby było prawdziwe, żeby w ogóle coś miało zaistnieć.

Ale tu nie chodzi o wiarę.

ZAWSZE chodziło o ŚWIADOMOŚĆ.

Świadomość światła w sobie, Źródła, Miłości i innych efektów specjalnych.

ZAWSZE CHODZI O ŚWIADOMOŚĆ.

Gdy miałam ten mój mityczny kwietniowy proces dowiedziałam się jednej ważnej rzeczy. Mamy wybór. I jedzenie to symbol braku. Jesteś głodny nie dlatego, że potrzebujesz się nażreć bułką, ale dlatego, że brakuje światła w tobie, w tej przestrzeni ciała. Możesz to uzupełnić.

No to zaraz padnie pytanie: to dlaczego jeszcze nie jesteś na bretarianizmie?

Bo widzicie.

Moim zdaniem bretarianizm NIE JEST żywieniem się promieniami słonecznymi, choć zapewne w Hiszpanii czy innej Afryce łatwiej przeprowadzić pewne procesy i zaraz rozkminimy, dlaczego tak się dzieje.

Jeśli jesteś absolutnie świadomym bycia światłem, to nie potrzebujesz jedzenia zewnętrznego, bo jesteś światłem. Ty to wiesz, odczuwasz. Światłu potrzebne jest bycie. Światło samo w sobie jest samowystarczalne. Ale oczywiście, że światło jest wolne i może wybrać, czy chce korzystać z jedzenia ze świata zewnętrznego, czy jednak woli skupić się na byciu światłem, na tym… właśnie jobczym połączeniu ciała z duszą.

No i Panie i Panowie, doszliśmy do clue programu.

Nie jestem i prawdopodobnie nie będę bretarianką przez najbliższe lata, ponieważ nie mogę się nią stać. Nie dlatego, że nie chcę, a dlatego, że to nie mój wybór. Jeszcze nie – przynajmniej na ten moment. Mam czego innego doświadczyć i to jest w pełni w porządku. To umysł wybrałby bycie światłem, bycie bretarianinem, bo tak jest łatwiej. Tylko że umysł jojczy albo nie wie, że… no właśnie.

To JEST proste i jednocześnie NIE JEST proste.

Gdybyś miał się żywić światłem – swoim wewnętrznym – to byś o tym wiedział tak, jak wiesz, że dzień to dzień, a noc to noc. I wystarczy. Po prostu. Miałbyś świadomość, że nie potrzebujesz jedzenia tylko dlatego, że wybrałeś niejedzenie zewnętrznego pokarmu. Taki program na tę chwilę nie obowiązywałby Twego ciała. I już. Ale to, że jesz truskawki czy insze lody waniliowe to też jest całkowicie w porządku.

Jesteś jednak wolną istotą i powiedzmy, że nagle, pewnego dnia decydujesz się na bycie bretarianinem. W wersji optymistycznej dostrajasz się całkowicie do tego typu życia, ale okazuje się, że… nie nęcą cię kino czy nawet znajomi, którzy do pewnego momentu wydawali się w porządku, ale w momencie, gdy przyszło do ciebie zdjęcie z ich story, zdjęcie kebaba, poczułeś obrzydzenie i wcale nie dlatego, że to zabijanie zwierząt, ale dlatego, że to nie są twoje wibracje. Stare programy odpadają, zmienia się tło i wszystko.

Rozumiesz, w takiej świadomości zmieni się wszystko w Twoim życiu.

ALE

W umiarkowanie pozytywnej wizji TY jako TY decydujesz się, że chcesz być bretarianinem, więc łazisz po forach internetowych i dziwnych innych telewizjach pokroju NTV i widzisz sprzeczne ze sobą informacje. Dociera do Ciebie jednak książka „Proces Praniczny” Nuliny, no i… otwierasz szeroko oczy. Wow! Wystarczy TO JEDNO PRZEKONANIE! PRZEKONANIE, ŻE (JESTEŚ ŚWIATŁEM I) NIE POTRZEBUJESZ JEDZENIA DO ŻYCIA!

Tylko…

Te ceny.

Ceny kursów pranicznego procesu zwalają z nóg.

I powiem tak.

Proces stania się bretarianinem może sam się wydarzyć, bez jakiejkolwiek ingerencji. Po prostu pewnego dnia wstajesz i masz jobczą świadomość, że NIE MUSISZ JEŚĆ, BY ŻYĆ.

No ale, jeśli się jednak zdecydowałeś z umysłu, z ego czy z czystej nawet ciekawości, to wpada wariant może nie całkiem negatywny, ale na pewno dużo bardziej wymagający.

Po pierwsze, procesy. Zawsze trzeba wykonać pewne procesy, które spajają świadomość z ciałem, ze światłem. Robi się to poprzez medytacje i światło, i jeszcze przez jedzenie.

Obserwując Nulinę nie jest trudno zauważyć, że ona żywiła się warzywami i owocami, była na diecie wysokowibracyjnej, jaką jest WITARIANIZM. Zajebista dieta, choć prawdopodobnie krótkodystansowa, zazwyczaj człowiekowi potrzebna do ogarnięcia OCZYSZCZENIA ORGANIZMU.

Następnie można spróbować wykonać pełny proces praniczny przez medytację, ale nie zawsze się kończy to z sukcesem. Może nawet kilka takich jobczych procesów trzeba wykonać, żeby to się wydarzyło.

Zmiany zachodzą długo – przyjaciółka skomentowała bretarianizm jako „do tego trzeba się przygotowywać przez piętnaście lat”. Może. W każdym razie, nie jest to krótki proces, a przynajmniej niekoniecznie od razu wszystko wyjdzie jak po maśle. Bo owszem, możesz się zdecydować na taki proces i jest to fajna przygoda, ale później jest pilnowanie właśnie wysokich wibracji.

I nie wiem, czasami wysoka wibracja… no właśnie, jest niepotrzebna, bo może jest parę przypadków, kiedy faktycznie – wystarczyła informacja z eteru czy coś, no i ten ktoś po prostu zaczął pić tylko wodę. Ale w pozostałych przypadkach, których jest znacznie więcej, to zazwyczaj jest tak, że proces bretariański jest wymuszony, a to powoduje problemy.

Widzisz, ja nie chcę wymuszać na sobie procesu pranicznego. Ja chcę go przeżyć tak, żeby samo się zadziało. Taka moja wola, takie moje doświadczenie w całkowitej wolności i zrozumieniu dla samej siebie.

ALE

Wciąż jest pytanie:

JAK TO ZROBIĆ?

Nie wiemy. Znaczy nasze Serca wiedzą, ale umysł jątrzy. I nie wie. On naprawdę nie wie, a książka Nuliny kosztuje ok. 80 złotych i żartowałam sobie z tego „jak wydać pieniądze w głupi sposób”.

Masz mieć przeprowadzony proces praniczny – przyjdzie ta chwila, odpowiednia pora, poczujesz, że musisz kupić książkę albo samemu przeprowadzić proces praniczny.

Dlaczego?

BO TAK JEST NAJLEPIEJ.

Czasami bezmyślne rzeczy są czynione z pełnym rozmysłem

Widziałam czarne, burzowe chmury. Przypuszczałam, że nie zdążę, ale i tak wyszłam, bo byłam jobczo głodna. To idealny opis stanu mojego żołądka na tamten moment. Miałam ociupinkę nadziei, że nie zmoknę, ale… no cóż – w drodze do sklepu i tak zaczęło wiać i padać. Dobra, udało się dojść do niego przed armageddonem. A lunęło jak z cebra i z piorunami.

– Przeczekaj może, co? – zaproponowała ekspedientka.

Oczywiście, ja miałam trochę do chaty, więc logika nakazuje przeczekać. Ale co można robić przez 20-30 minut w sklepie? Medytować nad sensem życia? A może…

TRZY TYGODNIE WCZEŚNIEJ

Obfitość, wszędzie obfitość! To poczucie jest w nas, przejawia się na zewnątrz! Trzeba tylko użyć wyobraźni. Na przykład: sklepy wywalają niby zepsute jedzenie, które mogłoby jeszcze trochę pożyć w jakimś żołą… dobra, to nie było zbyt smaczne, ale wiecie, rozumiecie, jak coś przekroczy termin ważności o jeden czy trzy dni, to nic się nie stanie. A nie od dziś są tzw. freeganie, którzy mi imponują tym, że mają w dupie system i biorą po prostu to, co jest dobre. Wow, to jest ciekawe doświadczenie, ale warto mieć blisko siebie sklep, by koszty nie były wysokie i inne szpargały było wygodnie wnieść do chałupy. Obfitość oczywiście jest też na łąkach – wystarczy zapoznać się z tzw. chwastami i pewnie to Was nie interesuje, po prostu rozumiecie, wyobraźnia musi zostać nakarmiona symbolami obfitości i skoro już doszliśmy do momentu, w którym dobrze jest nam, rozumiemy ten przydługi akapit, to przechodzimy dalej.

No bo dalej to jest taka Ola. Znaczy ja, ale chodzi o to, że Ola jako Ola nie wie do końca czego chce, ma kilka trałm za sobą i w ogóle jej sytuacja finansowa _była_ fatalna. Ale obfitość, ach, ta obfitość. Tyle że w momencie jak przestała tak się przejmować pieniędzmi to nagle je dostała i zapomniała, że kasjerkę miała zapytać:

– Pani, a czy jest możliwość wzięcia przeterminowanych produktów?

No więc jak temat już olała, to stwierdziła, że jest szczęśliwa. Do czasu oczywiście, kiedy portfel znów się pokazał w pełnym rozkwicie… znaczy, no, kiedy portfel prosił o dofinansowanie. O. Wiecie, no, kurde, chodzi o to, że nie chcę teraz być przyczepiona do starego programu biedy, ale właśnie: zabrakło na kaszę, na ryż. No, miska ryżu. Przysłowiowa miska ryżu to nawet nie to.

(Czy ktokolwiek ogarnia skład tego tekstu? Możecie dać w komciach).

Więc jak już zapomniała, to sobie w kryzysie nagle przypomniała, że ona miała tego dokonać. Tylko wiecie… najpierw to była obawa. Zwykłe „kurde, czy ja mogę tak…”. Czułam, że potrzebowałam takiego zapytania, ale w końcu przez napływ Pięknego i Wspaniałego Hajsu, niczym Złotego Strumienia Płynącego w Portfel, zapomniałam. No, wicie, takie to było bogactwo. Ale kiedy rzeczka wyschła, to Ola westchnęła ciężko i nagle sobie przypomniała o kasjerce i pytaniu, które miała zadać, a nie zadała.

Tyle że Ola pracowała i pracuje nad poczuciem obfitości w życiu. Wiecie, wdzięczność za wszystko, no i… to pytanie do kasjerki. Czy ona nie będzie wzmacniać tej cholernej bidy, z której wydobywa się?

Nie bardzo wiedząc, co czynić zapytała dwie istoty (ludzi). I była od tego bardzo mądrzejsza, dużo mądrzejsza! Rewelacja!

Istota1: nie, bo wzmacniasz biedę, zasługujesz na to, co najlepsze, a nie na odwrót

Istota2: tak, zapytaj, nic się nie stanie, X też tak dostawał jak pracował w Y, no i się dało i było wszystko w porządku

Prawda, że od tych odpowiedzi stałam się odrobinkę ciut mądrzejsza? Och!

Czasami bezmyślność jest pozorowana

No, rano sytuacja była słaba w portfelu, chociaż nie wiadomo jakim cudem, bo przez cały weekend swędział mnie nos. Rozumiecie, ta strona od pieniędzy. Więc, no, mogłoby być coś na rzeczy, ne?

Ufff… coś tam odrobinkę skapło jednak, no i czas się szybko zabrać do sklepu, bo ja głodomor, a w ogóle zaraz go zamkną, bo było wpół do dziewiątej wieczór. He, no i poszłam do tego spożywczaka i na świat zwaliła się burza i ta burza spowodowała, że stałam tępo jak z głupia frant przez te kilkanaście minut nie zastanawiając się nad sensem życia.

I nagle!

Przypomniało się TO pytanie!

Jak piorunem walnęło w umysł, tak ja – znaczy Ola – nie czuła nerwów, stresów, w ogóle niczego nie czuła. Dziwne, ciekawe, ale skoro już była w sklepie, skoro kasjerka do niej wcześniej zagadała, skoro padało jak z cebra i gorzej, to może by…

– Kto pyta nie błądzi – podsumuje później kasjerka, którą serdecznie pozdrawiam, jeśli to czyta.

No i tak, pytanie o to nieszczęsne jedzonko z koszów padło, choć pewnie mogło być zadane doskonalej, ale to tylko umysł szuka dziury w całym, bo ja po wszystkim, choć odpowiedź była „to niebezpieczne” CZUŁAM SIĘ ZNAKOMICIE. Cieszyłam się jak dziecko, że zadałam proste z pozoru pytanie o właściwie rzecz z pozoru bez znaczenia.

To było jak… wysłuchanie siebie. Zrobiłam, co chciałam, enjoy :).

Róbta co chceta, słuchajta się, i wszystkiego dobrego :*

Jak wywołać Iskrę z lasu

Są takie opowieści, które kuszą. Pięknem, światłem, kolorowością. Na przykład takie stories turbosłowian. Toż to istne fantasy! Jakaś Wielka Lechia, jakiś upadek i epickie odzyskanie siebie. Albo nowe przedstawienie starego schematu: walki Dobra ze Złem. Ziemia ocalona, bo…

KWIECIEŃ-MAJ

W kwietniu energetycznie bardzo dużo się działo, a ja przeżywałam kilka procesów na raz i to w ciągu jednego tygodnia. I wiem, że to wydarzenie opowiadam jak jakaś stara babcia opowiadająca milionowy raz o tym, jak jej mąż poszedł w samych skarpetkach do pracy, ale muszę, byście lepiej zrozumieli, co się odjewapniło.

Chodzi o drzewka. Tam faktycznie była wprowadzona jakaś energia i rzeczywiście było to pasjonujące doznanie. I teraz tak, w okolicach kościoła na moim osiedlu zatrzymałam się i odpoczywałam. Trwało to chwilę i nagle doznałam JOBCZEGO OLŚNIENIA!

JESTEM CZARODZIEJKĄ!

To uczucie spadło na mnie z zewnątrz. I było takie gwałtowne, radosne, takie… no, czułam się, jakby coś się odblokowało we mnie, jakby ktoś wzmocnił moje uświadamianie sobie, że jestem kreatorką. Rozumiecie, przyjęłam do siebie fakt, że mogę tworzyć, mogę się bawić z przestrzenią i tak dalej. Cieszyłam się i sądzę, że to robota tych Aniołów Drzew z Ósmego Wymiaru.

Jednak dla mojej psychiki było to takie… nienaturalne? Kurde, powiedzieć „złe” też nie pasuje, bo koniec końców podobno moje czakry zaczęły bardzo ładnie pracować, a ja przestałam się przejmować byciem czarodziejką jakieś pięćdziesiąt minut później, bo wszedł kolejny i kolejny proces, a ja dążyłam do harmonizacji, przełomu, bo byłam głodna życia.

Właśnie, przy tym tygodniu, kiedy odpalał mi się proces za procesem widać było nie tylko to, że mam zdecydowanie za dużo energii, ale też to, że JESTEM GŁODNA ŻYCIA. To było jak uwolnienie się z niewoli. Mogę wszystko. I jestem czarodziejką.

Ale w sercu mam myśl, że każdy z nas tak naprawdę ma w sobie Światło i każdy z nas może wpływać na przestrzeń, pięknie ją transformując czy tworząc fantastyczne wręcz rzeczy. Bo Kreatorzy to Istoty Światła – i tylko takie posiadają moc kreowania świata. Zwłaszcza swojego.

„Bądź dobrej myśli, bo po co być złej” – Stanisław Lem

Dobra, proszę Państwa, Szanowne Grono musi wiedzieć, że impreza się w pewnym momencie skończyła. Trzeba było wrócić do starej i wszystkim znanej rzeczywistości, w której magia dzieje się trochę… innymi trybami, niż machanie różdżką i zmianą kolorów sukienki księżniczki.

Będąc w tej rzeczywistości popatrzyłam na nią i odczułam w sobie totalne załamanie, złamanie wręcz psychicznie. „Ja już tak dalej nie mogę”, powiedziało moje serce i poszłam na trawkę. Zwyczajnie położyłam się na niej i rozmawiałam z Matką Ziemią i ze sobą, wygadywałam się i płakałam. Grubo było, oj grubo…

– Niech ktoś wreszcie coś z tym %^$%$# zrobi! Proszę! – powiedziałam.

Gdy kryzys przeszedł mogłam wrócić do obserwacji rzeczywistości. Wiedząc doskonale, że matryca została w jakiś sposób oczyszczona – w sensie starożytność i średniowiecze nigdy nie istniało, a to wszystko były bajki – przestałam się przejmować Słowianami, czy też raczej Turbosłowianami. W pewnym jednak momencie stwierdziłam, że mnie wali to, czy Francja, Korea czy inne USA mają w czymś przewagę nad Polską, ja mieszkam w Polsce i mam prawo tworzyć rzeczywistość, w której byłoby mi w niej pięknie. Równie dobrze Iskra ratująca świat może być z Polski właśnie.

Ekhem.

POŁOWA MAJA WCHODZI CAŁA NA BIAŁO

A ja mam białe klapki, które kupiłam po pewnych sugestiach. Pierwsza to Sylwia stwierdziła, że warto nosić białe obuwie, gdyż to jakiśtam kolor i chodzi o cośtam. Wybaczcie, bo chyba powinnam napisać dokładniej, o co chodziło, prawda? I w ogóle kim jest Sylwia? I druga sugestia? Aaa, no druga to białe klapki w sklepie, które przez cały weekend mnie prześladowały. A ja potrzebowałam nowych butów, po prostu. Kupiłam więc białe klapki stwierdzając, że ufam. No dobrze, w rezultacie… mam białe klapki!

Ale wtedy zapaliła mi się jakaś lampka w głowie, tylko jeszcze nie wiedziałam, w którym pokoju. Biel teoretycznie ma znaczenie takie, że oznacza czystość i piękno, harmonię. No tak, mamy białą kartkę, pustą kartkę. Tylko wiecie, tak jest w przestrzeni świata, gdzie na przykład cały tydzień dziewczynki po komunii świętej łaziły całe na biało, bo był Biały Tydzień. I nie powiem, co czułam, gdy na to patrzyłam, ale… wciąż w głowie miałam miejscówkę zwaną Kram. Tam białe miejsce jest Piekłem. I jest naprawdę straszne.

Więc, kiedy Sylwia – kim ona jest to zaraz – zaproponowała kupno białych butów miałam po prostu dysonans poznawczy. No, ale dobra, postanowiłam zaufać, w końcu to Iskra z Pol…

To co ja mówiłam o tych Słowianach? A, że no tak, Koreańczycy mają swoją wersję turbo, a my, Polacy, mieszkamy w Polsce i mamy swoją. Ogólnie to pewnie wszystkie narody marzą o byciu wybrańcem i wszystkie chcą być wielkie w swej mocy, epickie, rządzące światem i mające wpływ na wszystko. Piękna bajka, prawda?

Właśnie, bajka…

Jednak urzekła mnie myśl o tym, że nie ma narodów, są tylko rody. Ludzie. Ludzkość. Przecież kwestie narodowe – nie mylić z kulturowymi – zwykle obfitują w animozje, włącznie z nawalankami przy granicach. To jakaś manifestacja rozdzielenia. Wszak pamiętamy piękne powiedzonko buddystów „wszyscy jesteśmy jednością”, prawda? To dlaczego mamy pretensję do Anglika, który akurat schlał się w najbliższym ogródku w Krak…

Pijani.

Niektórzy myślą o Turbosłowianach są pijani.
A niektórzy po prostu bawią się w kreowanie czegoś fantastycznego, na przykład w pismo runiczne.

A teraz pytanie jest takie: CO OZNACZA DLA WAS PIZZA?

Przyjaciel podpowiedział, że to koło fortuny 😀

Bo dla większości rodziców pizza to coś smacznego, na co można iść z dzieciakami w Dniu Dziecka. Tyle. Koniec historii, tu nie ma żadnej filozofii. Za to schody zaczynają się wtedy, kiedy wkracza do akcji foliarz. Ten – of course, jeśli nie będzie wiedział, podobnie jak Ty – kim jest Sylwia, powie, że to jest symbol zjadania Matki Ziemi. Bo Sylwia stwierdziła, że oczyściła wszystkie negatywne symbole z negatywności.

Czekaj, czekaj, co?

Na szczęście w głowie zatrzymuję pewne bardzo mądre słowa, które dostaję od innych. Przykład: „symbol znaczy dokładnie to, co chcesz, by znaczył”.

Chyba już zajarzyliście, o co mi biega, nie muszę więc przytaczać kolejnych przykładów typu krzyż, słońce, turbosłowia… znaczy, no, hinduski symbol szczęścia, którym podjarał się Hitler i tak dalej. Przykładów pewnie tysiąc i jeden, a Ty nadal nie wiesz, kto to jest Sylwia.

ISKRA Z POLSKI

Wawel. Znane wszystkim miejsce mocy, które działa obecnie na bardzo wysokich wibracjach. I badali to niezależni od siebie jasnowidze, osoby grubo pracujące z energiami. Ludzie więc dostali informację, czy Wawel rzeczywiście został oczyszczony, bo tako rzecze Sylwia.

Sylwia twierdzi, że jest Iskrą z Polski i bardzo obficie pracuje z energiami. Oczyszcza to, tamto, a w ogóle to teraz już wszystko będzie w porządku, bo ona dawno, dawno temu zadecydowała, że będzie współpracować ze Światłem w celu wyzwolenia Matki Ziemi od bzdetoletów.

I teraz tak. Dziewczyna robi proces za procesem, ale siedzi w szpitalu i to pod kroplówkami. OK…

– Wyczerpujesz się, bo bierzesz odpowiedzialność za innych – skomentowała sytuację przyjaciółka. Oczywiście. I to bez ich zgody, no chyba że zgodą jest siedzenie na grupie Sylwii. Czekaj, gdzie umowa z tą panią na papierze? Hmm… A, chwila. Skoro chcesz władać światem to nie musisz pytać innych o zgodę, skoro pracujesz nad tym, by świat był cały w świetle, to jednak jakieś konsekwencje będą. Bo przecież energia i zarządzanie nią to bardzo ważna sprawa, czekaj, moment, pogubiłam się.

Jeszcze tylko kilka akapitów tego tekstu, wytrzymajcie xD.

Sylwia uparcie twierdzi, że wszystko, co inni jasnowidze widzą to jest to jej robota. Tyle że nie – bo każdy z nas jest Iskrą, która pracuje, by Światło było na tej planecie, ale to to już ja tylko dopowiadam do historii. W końcu ona jest Wybranką, Mesjaszką, Chrystusem w kobiecej postaci.

No tak, przyznała, że trafiła do szpitala, ale nie pamiętam, do jakiego. Może mi coś umknęło?

I teraz tak. Zapewne wiele osób, bardzo wiele powie: ale przecież kupiłaś buty. No tak, ale buty i tak bym kupiła, jednak fakt faktem, że weszłam w tę historię jak filip w konopie. Skapłam się mam nadzieję, że nie za późno, ale inni – zwłaszcza w jej grupie telegramowej – powiedzą, że przecież dzieje się coś w ich ciałach, że przecież informacje, że to i tamto.

BO WESZLI W JEJ KREACJĘ.

Ona ma moc, bo się dajecie – tzn. ona sama ma moc, of course, ale ktoś, kto wierzy, że ona to wszystko robi dodaje jej siły, witalności. Auć.

Teraz odpowiedz sobie na najważniejsze pytanie:

CZY CHCESZ BYĆ W CUDZEJ KREACJI, CZY W SWOJEJ WŁASNEJ?

I o ile ona ma mocny program mesjanizmu prawdopodobnie, o tyle mogło być po prostu tak, że rzeczywiście mocno pracowała z energiami robiąc coś dla Światła, świata. To nic złego. Jednak gdy jesteś głodny/a życia, to czasem robisz coś ciągle i ciągle, wyczerpując się, bo nie dajesz sobie czasu na oddech. W ten sposób faktycznie można trafić pod kroplówki. Inna kwestia, że trzeba również uważać, gdzie się wchodzi butami w Sieci, bo czasem można załapać jakieś dziwne podczepy.

Albo po prostu – obcowanie z bardzo wysokimi energiami dla naszej psychiki niekoniecznie dobrze się kończy, jak widać. Ale zaraz! Czy ja śmiem krytykować cudzy obraz świata?! Bo przecież ona jest Iskrą z Polski! Jakim cudem ja krytykuję coś tak ważnego!

Już w momencie, gdy ona stwierdziła, że jest Mesjaszką dla świata, że tylko ona robi i to wszystko widać w przestrzeni, poczułam wątpliwości. Że coś jest nie tak. No bo zobaczcie. Mamy piękną historię o Turbosłowianach, no i dobrze. Na to się godziłam, bo kto mi zabroni się bawić? Coś przecież jest i czegoś przecież nie ma, z grubsza co się działo w przeszłości to nie ma znaczenia, bo jest tylko teraz. Ale znowu odleciałam, podobnie chyba jak Sylwia, która na swojej grupie dalej wypisuje:

W tym momencie usłyszałam wewnętrzny krzyk. Ja nie chcę żadnych włatców tego świata, w mojej kreacji wszyscy mają być wolni i miłość ma być, a nie jacyś włatcy i inni mesjasze z zewnątrz, i w ogóle. Niestety, po drodze widać było wywalenie moich kompleksów. Ale o tym na końcu, bo jest jeszcze jedna, bardzo niepokojąca rzecz…

Pamiętacie jeszcze jak mówiłam o podczepach?

No więc jest sobie pani – całkiem z innej pary kaloszy – która napisała książkę „Gwiezdne dzieci”. Uh, niektórzy są zachwyceni, bo Plejadianie i tak dalej. Niestety, większość osób po przygodzie z tą historią skarży się, że musiała oczyścić swoją energetykę, a tak w ogóle do sieci trafił pewien film promujący ową historyjkę. Opiszę Wam, bo to nie było ładnie energetycznie. Otóż, jest przedstawiona Matka Ziemia w postaci kobiety w ciąży. Aha. I przychodzą do niej jakieś postacie różnie wyglądające. No wiecie, błękitna skóra, cośtam na głowie i inne cuda wianki. I z pozoru może się to wydawać ładne, ale w praktyce było nudne, a poza tym czułam mocno, że coś jest nie tak. I nie oglądałabym tego dziewięciominutowego filmiku, gdybym wiedziała, że na końcu jest reklama tego czegoś.

Ale jak już wspomniałam, energetycznie to to nie miało ładnej energii, a pokazane było – tak to interpretuję – że jakieś stwory przychodzą na Ziemię, a aktorka grająca samą Ziemię nie miała zbyt wielkiej pewności siebie. Widać było, że próbuje z Serca, ale miałam wrażenie, że czuje się nieswojo. A może to tylko moja opowieść?

Dobra, za długo już opowiadam stories, teraz pora na odpowiedź: co ma piernik do wiatraka?

Ano, to.

NIE ŚPICIE? TO GRATULUJĘ, DOTARLIŚCIE DO PODSUMOWANIA

Jeszcze dwa-trzy miesiące temu nie uważałam siebie za kreatorkę. Byłam zdziwiona taką możliwością. ALE JAK TO, JA MAM WPŁYW NA SWOJĄ RZECZYWISTOŚĆ?

Odkrycie, że mogę bardzo dużo, że mogę realnie, a nie na papierze działać jest na tyle świeżym odkryciem, że badam jeszcze sprawę, że sobie to uświadamiam. Ale podsumujmy sprawę: kiedy w kryzysie poprosiłam, by ktoś/coś zrobił z tym pierdolnikiem, to przyszła odpowiedź z przestrzeni. Sylwia. W końcu ratuje świat, prawda?

[PN*] Polityka musi odejść

*pn = prawo naturalne

Tak wygląda zdjęcie w opisie książki na Lubimy Czytać.

Moim zdaniem jakieś 99% społeczeństwa powinno przeczytać powyższą książkę. Rozumiem jednak, że nie każdy lubi – no właśnie – czytać, więc pokrótce opowiem, z czym to się je. Ci, którzy chcą jednak wgłębić się w lekturę proszę o pominięcie tego wpisu, gdyż będą mega spojlery. Ale spokojnie, ostrzegę od którego momentu.

Jeśli Wam się wydaje, że James Patrick Hogan był zwykłym pisarzem science fiction, to jesteście w grubym błędzie. Ta istota dostała informację, by w taki sposób zaprezentować pewną, bardzo mądrą kulturę. Tak, gdy wejdziecie w jego życiorys zobaczycie, że facet interesował się ezoteryką. Niestety, ludzie pewnych rzeczy sobie nie uświadomią, jeśli nie dostaną tego w postaci symboli czy historii. Na szczęście koleś był ogarnięty, więc napisał. Napisał coś, co jest wielką i ważną wskazówką dla społeczeństwa. I chociaż Wasze umysły prawdopodobnie nie poczują tego w pierwszej chwili, bo będą myśleć systemowo, to… on wszystko pokazał. Absolutnie. A oto streszczenie „Najazdu z przeszłości”, która jakimś cudem doczekała się wydania w Polsce (inna sprawa, że jedynego).

(Spojlery) Polityka musi odejść, a o to dlaczego

To jest absolutnie nieważne, że gdy autor pisał, to opierał się na sobie znanym kontekście politycznym. I tak mamy na przykład ZSRR, USA i inne kraiki. Tylko właśnie teraz tak sobie myślę: samo już to, że ZSRR istniało dłużej, niż do 1993 roku było czymś kuriozalnym, podobnie jak „wspólne interesy” państw USA i Chin. Śmiechu warte, prawda? Ale tamtejszym mieszkańcom już tak do śmiechu nie jest, ponieważ co chwilę mają nawalanki. Dosłowne. Wojny jedna za drugą, imperia wzajemnie się wyniszczające i w dodatku wszyscy politycy – od lewa do prawa, od prawa do lewa i tak w kółko – mieli absolutnie w dupie mieszkańców, którzy są na skraju wyniszczenia tak psychicznego, jak i fizycznego. I jeden gościu z USA, który był szychą wpadł na pewien pomysł. Trzeba uratować ludzkość. I on wie, jak to zrobić. Wyślą w kosmos zarodniki ludzkie, czy coś w ten deseń, w każdym razie posłużą się taką techniką, by ludzkość mogła się odrodzić na planecie zdolnej do życia. No i tak zrobili. Plan zakładał, że rakieta ma wylądować na randomowej a’la Ziemi, ale właśnie: udało się. A co ze starą Ziemią? A jak myślicie, bili się do końca, do końca bez sensu uprawiali ten nieludzki system.

Brzmi znajomo?

Jeśli komuśkolwiek się wydaje, że dowolni politycy w naszych realiach chcą – ale tak naprawdę chcą – walczyć, działać dla społeczności ludzkiej, to się grubo myli. Nigdy nie było tak, że władcy mieli szacunek, miłość i inne wspaniałe rzeczy wobec ludu. Zawsze go jebali, a historia pisze bzdury. Szlachetny książę, och, jaki wspaniały, super, szkoda tylko, że w kącie gwałcił swoją żonę, ale o tym nikt nie powie, bo łatwo jebać „słabszych”.

Bo wiecie, kobiety NIE SĄ słabsze.

W każdym razie, uważam, że polityka to dno i głębiej, przynajmniej 50 metrów bardziej. Nie do uratowania. Najlepiej by było, gdyby tych zj…. nie było, bo naprawdę, powiadam Wam: zwykli ludzie chcą zwykle żyć. Jeść, cieszyć się życiem, uprawiać radość, miłość, sztukę, nic więcej do szczęścia nie trzeba. Naprawdę. Ale trzeba było ukręcić łeb ludzkości, prawda?

Nieprawda – to znaczy ja się nie zgadzam na to, by ludzkość w dalszym ciągu przeżywała piekło. Ale co ja mogę? Niby nic, a tak w głębi siebie jestem wściekła, wkurwiona, zniesmaczona, umysł w kwiecie kwiku, a ja poza tym staram się w tym jebniętym systemie ułożyć sobie życie. I nieważne, że randomowy psycholog mógłby uznać, że zaczęłam szukać jakiś dziwnych rzeczy po kątach, bo po prostu to samoobrona psychiczna. Potrzebuję nadziei, więc trzymam się jej pazurami, i właściwie to mnie jako tako trzyma. Choć ledwo, ledwo, bo zaczynam się tu strasznie, ogromnie męczyć w sposób niestety albo stety bardzo świadomy.

Ale, wracając do powieści, bo przecież to tu po to wleźliście, a nie żeby słuchać moich kwików, prawda?

(Spojlery) Społeczność idealna, ale… ale to tak można?

No i zaczniemy sobie od tytułu, który nie jest przypadkiem. Jest absolutnie doskonały. Otóż, panowie krytycy, tu nie chodzi o lata świetlne i inne rzeczy, ani nawet o metafory. Chodzi o mentalność. To jest doskonały opis – niestety – obecnie naszej mentalności. Może jest ciut lepiej, niż w „Najeździe z przeszłości”, bo wojen wszędzie gdzie popadnie jednak nie mamy, ale wszystko inne… już tak. Politycy, którzy są [autocenzura], pieniądze, dziwne systemy niewolnictwa udające, że są systemami wolnościowymi…. Otóż, proszę państwa, wystarczy tego gadania. Pewnego dnia na planetę, na której miała się odrodzić ludzkość przybywa statek ze starej Ziemi. Zgadnijcie, po co. Tak jest! Chcą podbić ludzkość, która miała się odrodzić!

Już przy kontakcie z nową Ziemią jest komicznie. „Chcemy rozmawiać z przywódcą” – rzekł przybysz, na co w odpowiedzi dostał „ale my nie mamy przywódcy”. Przybysze do momentu wylądowania wciąż myślą, że tubylcy są niebezpieczni, walą ściemę i tak dalej. W momencie kiedy jednak lądują i zaczynają rozmawiać z mieszkańcami okazuje się, że… jest inaczej. Totalnie inaczej, a tubylcy rzeczywiście nie mają ŻADNYCH przywódców. ŻADNYCH POLITYKÓW.

Co się stało?

Ano – ten pan z USA, co wpadł na pomysł, by wysłać ludzkość w przestrzeń kosmiczną wiedział. Wiedział, kurde, że we wszystkim są ukryte programy, które tylko i wyłącznie wspierają programy wojenne, programy ego. Więc ze specjalistami opracował tak dorobek kulturowy, by odrodzona ludzkość już nie miała pierdoletów w głowie. EKSPERYMENT SIĘ UDAŁ.

To że politycy poszli w odstawkę to jedno, ale przybyszów dziwi jeszcze jedna, niezwykle istotna rzecz.

WSZYSTKO JEST ZA DARMO.
NIE MA PIENIĘDZY.

Domy są – każdy mieszka wygodnie i nie musi płacić rachunków. Idziesz do sklepu i bierzesz, co potrzebujesz, bez walenia monetą w kasę. I to doskonale funkcjonuje.

Ale spokojnie, JEST wymiana energetyczna, jakby kogoś to martwiło!

Jakim cudem?

Ano, po prostu. Robisz to, co czujesz. Poświęcasz swój czas pasji, potrzebne społeczeństwu rzeczy robisz, no i dlatego, że to lubisz. Na przykład: ktoś idzie popracować do firmy, dajmy na to, fabryki. Ty idziesz do tego kogoś posprzątać, bo zwyczajnie LUBISZ SPRZĄTANIE I DAJE CI TO RADOŚĆ. W ten sposób odwdzięczasz się za to, że ten ktoś pracuje w firmie, która nie wiem, produkuje cokolwiek, z czego korzystasz. Taki przykład.

Wow, niemożliwe?

Wow, a teraz pomyślcie.

Po jakiego grzyba ludziom pieniądze, jeśli potrafią się sobą wzajemnie opiekować? Tak jak wyjaśniał jeden z mieszkańców przybyszowi: KIEDY POTRZEBA COŚ ZROBIĆ, TO SIĘ TO ROBI.

I zawsze się znajdzie osoba, która zrobi to, co potrzebne. W poukładanym środowisku, społeczeństwie mentalność a’la Summerhill (angielska, wolnościowa szkoła) NIE JEST PROBLEMEM, jest naturalna. Oni też uczyli i uczą się tego, co potrzebują, na kiedy potrzebują, chociaż nie wszystkie dyrdymały edukacji sprawiają im radość. Ale patrzcie, w „Nowej Summerhill” – książce z lat 50′ już były idee, które do dnia dzisiejszego SĄ AKTUALNE.

Rozumiecie?

Społeczeństwo JEST W STANIE FUNKCJONOWAĆ BEZ BZDETOLETÓW, BO BZDETOLETY BARDZIEJ ROZPIERDALAJĄ ŻYCIE, NIŻ JE BUDUJĄ.

I oczywiście można mówić, że to trudne, że ludzie nie dorośli, ale właśnie… kto tak mówi? Kto wmówił, że ludziom do szczęścia potrzebna jest polityka? Pieniądze?

Prawem naturalnym człowieka jest obfitość.

Ona będzie naturalnie wtedy, kiedy nie będzie przeszkód, na przykład w postaci pieniędzy.

Piękny system społeczny i uważam, że trzeba przeczytać książkę, żeby zrozumieć w pełni, o czym ja mówię. Tam naprawdę to widać i naprawdę czuć, że to jest możliwe. Mało tego, Hogan zrobił małe, bardzo optymistyczne podsumowanie powieści.

(Spojlery) Możemy się nauczyć

Dokładny czas w książce nie jest opisany, więc nie wyczytasz, czy to działo się w ciągu kilku miesięcy, czy roku. Jednak wyraźnie zaznaczono, że przybysze dość szybko się zaadaptowali do nowego społeczeństwa. Naprawdę, przestali się przejmować bzdetami i widać było, że lubią to, co zaczęli robić. Nie myśleli o rachunkach, o zakupach, o niczym zbędnym nie musieli myśleć. Co prawda, jak nie poszło się do… a, nie sorry. Są urządzenia, które dostarczają do chałupy zakupy. Piękna sprawa, takie wykorzystanie technologii, prawda? W końcu to science fiction, w którym ostatecznie wszystko dobrze się kończy. Mało tego, po paru awanturach (specjalnie nie zdradzę jakich, żeby Was jednak zachęcić do obczajenia powieści) okazuje się, że można i warto odwiedzić starą Ziemię. I jak myślicie, wylądowali na przestrzeni pełnej życia? No, trochę jeszcze tam Ziemianie żyli, ale chodzi o to, że w ostateczności i oni nauczyli się żyć bez bzdetoletów. Co więcej, wszyscy, którzy to przeżyli stwierdzili na koniec „ależ to proste”.

Kurtyna.

Dziękuję za przeczytanie tego wpisu i jeśli chcecie, rozdawajcie go dalej. Niech się więcej ludzi dowie o tej idei :). Wszak daje nadzieję wielu osobom!

Kwik umysłu – bardzo długie rozszerzenie txt’u i nie na ten temat, o którym teraz pomyśleliście

Kiedy rano napisałam poniższego posta myślałam, że sytuacja się uspokoiła, ale niestety – przeliczyłam się. Poza tym zaczęło padać.

Post dostępny tutaj, zapraszam

A potem zaczęło padać. Wyłączyłam się na chwilę, na trzy godziny, by następnie zacząć przeglądać internety. Dzień jak co dzień, ale w związku z tym, że na YT nie ma nic praktycznie pozytywnego, to stwierdziłam, że włączę sobie audiobooka z cyklu „Koło czasu” Jordana. Sęk w tym, że kwik umysłu znowu rozpoczął swoją najwspanialszą pieśń a’la wiercenie na budowie. Wydaje się, że ma on przyczynę z dwóch powodów.

Pierwszy opiszę tak skrótowo: świat. Teorie spisgowe. Proza życia.

Drugi opiszę epicko, aczkolwiek też będzie to proza życia. Zapraszam, jeśli chcecie posłuchać, co się odjewapniło, zrozumieć, że Polska to nie jest kraj dla niepełnosprawnych ludzi i dlaczego jednocześnie nim jest.

Podejście psychoLOLgiczne, czyli dzieciństwo

Żeby zrozumieć, dlaczego wszystko mi się ułożyło tak, że w sumie nie ułożyło mi się, trzeba wejść chociaż troszku w dzieciństwo. Bo Wam – osobom urodzonym w XXI wieku – wydaje się to wszystko proste jak budowa cepa. Tak, przy PRAWIDŁOWYM stosowaniu narzędzi pedagogicznych oraz zdrowym podejściu ludzi do drugiego człowieka TO JEST PROSTE JAK BUDOWA CEPA. I choć lata 90′ XX wieku były na swój sposób piękne (czyt. wolność), to jednak miały jedną poważną wadę w Polsce.

Otóż, to były czasy transformacji ustrojowej (he he). Więc byli ludzie, którzy zbili majątki dzięki małej ilości podatków, a zresztą rynki się rozwijały. Byli też tacy, którzy mieli kompletnie gdzieś standardy swego zawodu, zwłaszcza te zachodnie. Zachodnia wiedza, zachodnie leki i wsparcie przychodziły do nas powoli, małymi kroczkami, ale nie na tyle, by pani pedagog, pani specjalista od niedosłuchu pracowała tak, jak winna była pracować. Otóż, przestając pieprzyć trzy po trzy dam Wam przykład. Ze swojego życia.

Dzisiaj NIE DO POMYŚLENIA JEST, by ktoś na stanowisku* stwierdził, że dziecko ma niedorozwój umysłowy z miejsca, bez zbadania. I NIE DO POMYŚLENIA JEST, by z tego powodu rodzic musiał walczyć, bo WIE, że z dzieckiem jest wszystko w porządku.

Na szczęście sytuację ratowało jedno miejsce w Warszawie.
No, nie zgadniecie, jakie!

CENTRUM ZDROWIA DZIECKA

które jednoznacznie orzekło, że mam niedosłuch. Tylko tyle i aż tyle. Żadnych większych dramatów z tego powodu nie trzeba było przeprowadzać. Umysł funkcjonował normalnie, w przeciwieństwie do słuchu, ale przecież NIEDOSŁUCH NIE JEST STRASZNĄ CHOROBĄ. W skandynawskim społeczeństwie mają go prawie wszyscy, a w Polsce można iść do pracy, ne?

Na swoje szczęście mam niedosłuch w stopniu umiarkowanym, co oznacza, że jednak jakieś rarytasy od tego państwa z kartonu mi się należą. No tak, bo osobom w stopniu lekkim prawie nic się nie należy, ale one mają łatwiej.

Proszę – weźmy na chwilę odsuńmy na bok kwestię przekonań, karmy i czakr, to będzie, ale na końcu.

W tym kontekście ważne jest to, żebyście zrozumieli, że ja nie miałam łatwego dzieciństwa. To znaczy byli kochający rodzice i brat, to tego nie mogę odmówić. Problem w tym, że wszystko inne – a mówię tu o [autocenzura] szkole podstawowej było czymś strasznym. Ta podstawówka to był jakiś horror, z którego wyniku rozwinęły się we mnie mocne… hmm, zaburzenia, których nikt nie zauważał i właściwie teoretycznie ktoś niby je widział. I nie, nie chodziło o otyłość. Otyłość była tylko skutkiem ubocznym tego, co przeżywałam i właściwie funkcjonowała do gimnazjum numer siedem. W momencie, kiedy postawiłam swoje stopy w nowej szkole zaczęłam przeżywać jedne z najszczęśliwszych lat swojego życia. Ciało na to reagowało zdrową, odpowiednią wagą. Sensacje z byciem zaczęły się znowu w liceum, ale do tego też dojdę, bo tu jest inny, ważny wątek.

W gimnazjum byłam bardzo szczęśliwą osobą, miałam paczkę w klasie i właściwie wszystkie osoby z klasy wspominam dobrze. Wiadomo, tu się narozrabiało, tam poszło na wagary, ale ogólnie to kadra pedagogiczna tej szkoły uważam, była bardzo dobra, jak nie wybitna. Czaruję, co? Idealizuję? A jak mam się ustosunkować do czasów, które wspominam praktycznie najlepiej i mi wywala, gdy widzę zdjęcie z tamtego okresu?

Poza podstawówką i okresem, gdy skończyłam liceum, niedosłuch NIE BYŁ PROBLEMEM. Nikt kurna nie robił z tego powodu wielkiej dramy, bo też NIE MA O CO.

Nierzond polski dopiero ze trzy lata temu – czy podobnie – stwierdził, że kwota zasiłku pielęgnacyjnego przysługującego osobie niepełnosprawnej z umiarkowanym stopniem jest za mała. W związku z tym zwiększył kwotę ze 153 złotych miesięcznie do 215. Fortuna, prawda?

Dobra, gimnazjum się skończyło i wjeżdżamy na wody ego. Oraz towarzystwa, które niekoniecznie będzie odpowiednie, ale wiek już tu nie ma nic do rzeczy.

Wody ego

Już nie pamiętam, od czego to gówno się zaczęło. A, od śmierci Mamy, ale ja nie o tym, to jest inny temat i na inny dzień, bo teraz rozprawiam się z nieszczęśliwą, pełną dramaturgii i facepalmów przeszłością, starając się Was jednocześnie nie zanudzić swoimi tamtejszymi zmartwieniami.

Tu wydają się ważne trzy postacie.

  • Kolega random, który niby był fajny, ale tak naprawdę nie był

Jakie to znaczenie ma dla historii? Ano ma, bo on był z natury takim trochę złośliwcem, ale bardzo go ceniłam. Poznaliśmy się na starym dobrym IRC’u, jednak to, co najważniejsze uczynił, to pytanie.

W UJ WAŻNE W KONTEKŚCIE MOJEGO KWICZENIA EGO, BUDOWANIA NOWEGO ŻYCIA I ROZWOJU.

– Dlaczego wszyscy ci wszystko dają?

Tak, chodziło o rzeczy. Ja te rzeczy po prostu dostawałam. I nawet nie wiem za bardzo, dlaczego, ale tak było. Nie miałam chyba oporów przed braniem, ale właśnie to było fajne i niefajne jednocześnie. Bo wiecie, życie sobie płynęło na spokojnie, do momentu. Zawsze w tamtej jebniętej rzeczywistości musiało zdarzyć się coś, co wytrąci z równowagi dostatek, ustatkowanie się, czy jak to tam było.

Tyle że… tu nie wiem, co się stało. Tu nie ma wydarzenia, które by ostatecznie tak mnie przygniotło, żebym zmieniła swoją postawę życiową. Tu takiego „pstryczka” w temacie dostawania nie ma.

Być może Random to jakoś zaczął komentować, ale to nieważne, bo i tak nie mogę sobie przypomnieć tych słów i nawet nie chcę ich znać. Było, minęło, piszę ten tekst tylko dlatego, by kwik umysłu się wyłączył wreszcie.

I faktycznie, na ten moment jest lepiej, ale wróćmy do tematu, dobrze?

  • Kolega Yu, który był fajny, ale za to ja nie byłam fajna

No to poznałam kolesia z fandomu mangowego, stąd nick, który i tak zmieniłam. Anyway, dużo rozmawialiśmy i byliśmy przyjaciółmi, ale na swój patologiczny sposób. On miał stany depresyjne i nie mógł sobie poradzić z życiem, ja z kolei przyczepiłam się do niego jak rzep do psiego ogona i… na scenę, całe na biało wjechało ego. To było straszne i żałuję tego, bo kolesia próbowałam namówić na to, by wysłał mi jakąkolwiek rzecz.

Tu oczywiście był dramat, pamiętajmy o tym, że kwota 153 złote ewentualnie jakaś kwota „na czas nauki po śmierci mamy” w wysokości 600-700 złotych nie robiła furory. Ale wydaje mi się, że grunt tego całego problemu był jeden. Samotność z silnym uczuciem braku miłości. Oczywiście, w tamtych czasach nie mieściło mi się w głowie, jak można szukać miłości wewnątrz siebie, wszystko musiało być na zewnątrz.

Ajajaj. Dobra, wiecie już, co się odwaliło, można się roz… a, jeszcze jedna osoba się na mnie zwaliła i to nie była przygoda, którą najlepiej wspominam, ale podejrzewam, że ma chyba największe znaczenie w tym całym ambarasie.

  • A imię jej bordeline, czyli femme fatale XXI wieku

Z tego czy z tamtego powodu ta osoba zjawiła się w moim życiu. Nie bardzo chciałam, ale jednak się stało i… wyobraźcie sobie bordeline. Z jej naprzemiennym zachowaniem, z jej stosunkiem dosyć pogardliwym do innych osób. Tak naprawdę jednak sytuacja zrobiła mi się zła z pewnego, bardzo prostego powodu, a imię tego to finanse. Kiedyś renta rodzinna (to ta, co 700 zeta) się skończyła, a poza tym dorosły człowiek idzie normalnie do pracy. Tyle że ten człowiek nie dość, że mieszka na zad… znaczy, w Gorzowie, mieście od lat umierającym dzięki geniuszowi radnych miejskich i wojewódzkich, to jeszcze ma niedosłuch.

Co ma piernik do wiatraka?

Bardzo prosto, jeśli ktoś mieszka w Polsce wystarczy, że doda 2+2.

Czy Wy myślicie, że osoba z niedosłuchem ma jakieś specjalne potrzeby typu „trzeba jej tłumaczyć jak krowie na rowie, nie da se rady, bo przecież mózg nie funkcjonuje normalnie, a zresztą, bla bla bla”? Widziałam w swoim życiu osoby z niedosłuchem, które nie tylko funkcjonowały NORMALNIE, ale również się cieszyły z tego powodu, że tak wspaniale rozumieją osoby z niedosłuchem i mogą im dzięki temu pomagać. Wypisz wymaluj, w Szczecinie i Gorzowie, kierunek PEDAGOGIKA. Tylko tyle i aż tyle, ale zapewne sprawa jest widoczna na całym świecie.

Jak widać, osoby z niedosłuchem mogą funkcjonować normalnie. Mało tego, jak pogrzebiesz w internetach to znajdziesz i niesłyszących muzyków, ale wcale nie mam na myśli Mozarta czy innego Szopena, a czasy współczesne.

Ale przypominam, mówimy tu o POLSCE.

POLSCE.
POLSCE.
POLSCE.

Rozmawiałam wczoraj z pewną bardzo piękną istotą. Normalne, towarzyskie spotkanie. Pomogła mi przekonać się, bym się wzięła w garść i poszła do socjalu. ALE. Chodzi o to, co powiedziała.

Opowiadała o kimś, kogo osobiście znała, ale ten ktoś ma dokładnie takie same przejścia jak ja. Na rynku pracy.

Idziesz do pracy. Umowa wstępna na trzy miesiące. Po nich zwalniają.
I tak w koło macieju.
Tak właściwie bezustannie.

Jak myślisz, w jaki sposób psychika może na to reagować? „Jesteś do dupy”, „do niczego się nie nadajesz” i „ja już nie daję rady, po prostu albo pracuję na stale, albo wcale”.

Co łączy te dwa przypadki?

NIEPEŁNOSPRAWNOŚĆ.

Zanim zaczniecie cokolwiek komentować, proszę, zerknijcie parę akapitów dalej, gdzie jest nazwa kraju. To Wam powie bardzo wiele.

Więc ja doszłam ostatecznie do wniosku, że można gadać o tym, by iść do pracy, w końcu na olx jest dużo ofert i… aaa, tak, no tak. Jestem kobietą, a nawet jakbym była mężczyzną, to wątpię, by ktokolwiek przyjął mnie do pracy z niedosłuchem i z takim stanem pleców, jaki mam. Znaczy, na budowę na przykład, bo tego jest sporo.

Na nieszczęście, z tyłu głowy mam „nie chcesz pracować”, „każdy normalny w twoim wieku idzie pracy”. Tylko problem w tym, że ja w tym systemie sobie nie radzę. Absolutnie. I tak, mogę mieć niefortunne przekonania, ale nie jest to taki… dosadny, jedynie słuszny argument w sprawie. Przypominam, że mowa jest o Polsce, polskiej mentalności. Więc w tej polskiej społeczności jest fantastyczne wręcz przekonanie, że osoba z niepełnosprawnością umiarkowaną może pracować. Szkoda tylko, że ją widać tylko wtedy, kiedy trzeba posprzątać. Tak, dokładnie: na żadne inne stanowisko nie przyjmą, BO KURWA TRZEBA PRACOWAĆ Z LUDŹMI. A teraz przypomnę JESZCZE RAZ o akapicie powyższym, ale dla odmiany nie z nazwą kraju, a z nazwą kierunku. Tak, ludzie z pedagogiki PRACUJĄ Z INNYMI LUDŹMI I NIE ROBIĄ Z TEGO DRAMATU, chociaż mogą borykać się z różnymi niepełnosprawnościami ciała w sobie. Doskonale, zrozumieliśmy, możemy się przejść dalej, za most.

Oho, kwik umysłu prawie jest wyłączony. No proszę, wspaniale.

Prawie, więc podejrzewam, że po seansie z pisaniem czeka mnie jeszcze seans wybaczania, bo jak widzicie, mam dużo na sumieniu, uważam siebie za złego człowieka i w ogóle, nie jestem w stanie funkcjonować w tym pierdolonym systemie, co mi jebie mózg.

A, no i dość ważna kwestia.

BARDZO, ALE TO BARDZO DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM ZNAJOMYM Z KIERUNKU PRACA SOCJALNA, KTÓRE UPIERAŁY SIĘ, ŻE MI SIĘ NALEŻY.

Ale ja miałam na głowie kilka kwestii.
I opowiem Wam o nich zanim przejdę do kwestii, co mi się należy i dlaczego mózg – czytaj ego – wciąż wywala na mnie swoje niecne brudy. Aha, ważne, bo w tym momencie wciąż mi się przypomina informacja, która przyszła. Ego zostało wszczepione. Nie wiem, nie chcę dociekać, czy to prawda, czy kolejna bzdura, wolę ostatnio wycofywać się rakiem z treści trochę niepokojących i TRZYMAJĄCYCH W PRZESZŁOŚCI.

Dobra, do rzeczy, bo ten tekst i tak jest już bardzo długi. A i dziękuję, że śledzicie dalej ten wpis. Kocham. Dobra, dobra, dobra…

Pierwsza sprawa to chyba tryb ofiary.
Kolejna – pięćdziesiąta trzecia – to przeświadczenie, że ja nie mogę brać. Fak. Że nie zasługuję, że nie mogę, bo każda normalna osoba CHODZI DO PRACY. Wspaniałe przekonanie, pani Olu.

A, i mi się przypomina, że co bym nie robiła z rynkiem pracy, a raczej na nim, to nie wychodziło. Słyszałam, że chodzę po dziwnych osobach, które proponują dziwną pracę i w ogóle, to wszystko nie wychodzi. Wspaniale, a w dodatku z jakiegoś niezrozumiałego powodu siedziało we mnie głupie i koszmarnie niesprawiedliwe przekonanie w stylu „pisanie to nie praca”. Dopiero studia z tej dziedziny sprawiły, że zaczęłam normalnie pi… znaczy, myśleć i tak, KURWA, PISANIE TO PRACA.

A może nie, bo ja na swoją obecną chwilę stwierdziłam, że praca to rodzaj niewolnictwa, a przecież pisanie oczyszcza. Daje radość. I możesz robić to wtedy, kiedy pragniesz, a nie kwiczysz w środku, że cały świat jest nieszczęśliwy.

Nigdy – po tych jobczych kryzysach do 2015/16 – nie umiałam brać. Nawet proszenie o wsparcie było dla mnie ultra ciężkie i robiłam to z wszystkim tym, czym nie powinno się podchodzić do człowieka, i go prosić.

Czy mam siłę wspominać wydarzenia, które świadczą o tym, że wewnętrzne przekonania mają znaczenie?

Pierwsze z brzegu. Jako artysta mogę stworzyć patronite. Ale nie, oczywiście, że nie mogę, bo gdy je stworzyłam, to nie chcieli mi tego profilu zaakceptować. A ja właściwie nie wiem, co poszło w nim nie tak. Nie każdy bowiem musi być alfą i omegą. No i trochę czasu trwało, nim zrzutka zdecydowała się na własną wersję patronajta. Ale ja w tym czasie postanowiłam już olać sprawę.

No i jeszcze nieszczęsna sprawa z zębami.

Nie umiałam prosić o wsparcie rodziny i właściwie robiłam to tylko dlatego, że uświadomienie sobie, że „ból jest iluzją” w tym przypadku to jakaś mega gruba rzecz i w kontekście mojego stanu świadomości bardzo trudna do zrealizowania, chociaż oczywiście MOŻLIWA. Ale o tym dalej, albo i nie.

Kilka lat temu podeszłam do socjalu. Wow, wreszcie doznałam oświetlenia, prawda?!

Otóż, niezupełnie.

Gdy zaproponowano mi czterdzieści złotych na podpaski, to stwierdziłam, że nie ma sensu. No co się śmiejecie? Ubóstwo podpaskowe istnieje, nieważne, że okresu można nie mieć, gdy jest się świadomym wyboru, ale to temat na kiedy indziej.

Tak czy inaczej, olałam sprawę i nawet nie dowiedziałam się, co mi należy.
Ale, żeby nie był0 – pani nie wspomniała tego faktu, co mi się należy w taki sposób, by mój mózg to wchłonął.

No, ale kumpele z pracy socjalnej wiedziały i próbowały przekonać.

Wspaniale, Olusia ma internety, otworzy se stronkę z inform… a, no tak, nie należy się, tak piszą w WUJKU GOOGLE!

Tyle że ten Wujek Google niedomaga i to od dłuższego czasu.

Gdy zaczęłam się spotykać z ludźmi w Gorzowie, to coś we mnie pstryknęło. Poza tym wiecznie o pomoc innych ludzi nie mogę prosić. Państwo jest od tego, żeby… no, je wykorzystywać.

W moim umyśle – a było to w maju 2022, więc witamy w rzeczywistości, tu i teraz wreszcie – zaczęła się transformacja. Jak widać, jeszcze trochę jest do przetransformowania, gdyż piszę ten tekst i on wygląda tak, jak wygląda. No, ale pierwszy krok został postawiony i wczoraj miałam wizytę pana z opieki socjalnej.

I uwaga, tak, należy mi się.

Z tytułu niepełnosprawności zasiłek stały w wysokości jobczej kwoty 719 złotych.

No i z ubezpieczeniem.

Ja myślałam, że tylko ja mam taki problem z pracą. Że to jest kwestia:

  • niep…. a nie, sorry, to nie kwestia niepełnosprawności, tylko
  • tego, że nie chcę pracować w systemie niewolniczym,
  • mam mentalność dzieciaka 12-letniego, ale w końcu mogę udawać, że jest inaczej, po prostu
  • jestem leniem,
  • przekonanie „nic mi nie idzie”, chociaż gały widzą w pokoju taką fajną teczkę z napisem „Uniwersytet Szczeciński”, w której znajduje się dyplom ukończenia studiów, hmm… co poszło nie tak i w którym momencie, zostawmy na inny wpis (ha ha),
  • turbo extra hiper kobieca energia, bo jak wiemy wszyscy, w kobiecej energii trudno znaleźć pracę i w ogóle, powinnam sprzą, dobra, już bez śmichów, to poważny wpis,
  • mam dużo do przebaczenia sobie, ale o tym już mówiłam, więc przechodzimy do kolejnego punktu, którym jest
  • „do niczego się nie nadajesz, bo jesteś idiotką i złym człowiekiem,
  • CZAKRY! NO PRZECIEŻ MASZ CZAKRY W BARDZO ZŁYM STANIE, ZWŁASZCZA CZAKRĘ PODSTAWY!!!111

No i przy czakrach się zatrzymam, albowiem ja nie mam czakr. To znaczy mam i nie mam, zależy, w którym momencie i zależ, jak myślę w danym momencie i jaka jest aktualna decyzja. Witajcie w moim świecie, w którym uświadamiam sobie, że jestem twórcą, a fizyka kwantowa tak właśnie działa jak na obrazku, znaczy w tym akapicie. Tak czy siak pisząc to czuję serce. Serce, a serce mam nadzieję w dobrym stanie.

I widzicie, tyle że z czakrami jest pewien mały szkopuł.

Ja na serio zabrałam się za temat pieniędzy oj… kurna, z siedem lat temu. Najpierw wskoczył temat T., potem wskoczył temat karmy, potem przekonań, potem kolejnej czakry i w ten sposób doszłam do tego, że

NIE DOSZŁAM DO NICZEGO.

Mogłabym perorować na temat tego, co i jak się odjewapniało, ale wystarczy, że zrobicie paskiem w górę i przewiniecie do akapitu, w którym jest nazwa naszego wspaniałego supermocastwa, kraju zwanego Lech… znaczy, Polską.

Wkurwiłam się. To bezustanna telenowela.

Ale jeśli przyjąć tezę, że to co jest najprostsze jest najprawdziwsze?

PRAWDA JEST JOBCZO PROSTA.

W normalnym kraju byłabym w stanie pracować gdzieś i to na stałe, a nie na trzy miesiące, ale mieszkam w Polsce, więc no, mentalność jest taka, jak powyżej. I nie, kurwa, nie zamierzam wchodzić w tryb ofiary, którą widać na forach o niepełnosprawności, dlatego z nich wyszłam. Tam widać bardzo wyraźnie, że osoby z niepełnosprawnością mają turbo ważny i turbo trudny problem do pokonania, a mianowicie idiotyczna wręcz mentalność Polaków. Zatrudnimy osobę z niepełnosprawnością, ale oczywiście tylko wtedy, kiedy będzie chciała sprzątać/być na ochronie… no dobra, zostańmy przy sprzątaniu, uwielbiam wbijać szpilki w tym temacie, ponieważ KURWA NIENAWIDZĘ SPRZĄTANIA. Ale dobra, nie bez przyczyny, bo miałam nieszczęście pracować na sprzątaniu i przekonałam się, że ja nie mogę tam pracować, ponieważ… ponieważ chuj wie, co, tak naprawdę. Oczywiście mózgownica wymyślała powody, ale jeśli się tak przyjrzeć sprawie, to

PRAWDA JEST JOBCZO PROSTA.

Jeśli inne osoby z niepełnosprawnością mają takie problemy jak ja – a po wczorajszej rozmowie widzę, że MAJĄ i nie są debilami – to ja nie mam więcej pytań. Nie ma potrzeby wymyślać filozofii i innych dziwnych rzeczy, jeśli mamy przed nosem prawdę podaną na tacy. Mentalność Polaków, po prostu.

Zrzucam winę na innych?

Ej, to mój świat i NIE MAM KURWA JUŻ SIŁY ROBIĆ SOBIE WYRZUTÓW SUMIENIA, a poza tym jest jeszcze coś, co utkwiło mi w pamięci i co zamierzam zrobić w najbliższym czasie.

– Jesteś tu po to, by nauczyć się brać – powiedziała do mnie kiedyś znajoma świętej pamięci. Zachowam jej twierdzenie w sobie na zawsze, bo widać jak na dłoni, że tak, miała rację. I mam nadzieję, że jest teraz szczęśliwa.

Dziękuję Wam za przeczytanie tego jakże długiego wpisu. Dziękuję również wszystkim osobom, które mi kiedykolwiek pomagały tak w dawaniu pracy, jak i wsparciu drobniejszym, upominkowym czy finansowym. Naprawdę nie wiem, co bez Was bym zrobiła i naprawdę, Wasze wsparcie było dla mnie ważne, uczyło wdzięczności (bo ją poznawałam), i mam teraz takie przeświadczenie, że nie jestem sama. Dziękuję wszystkim za wszystko, jesteście kochani :*. I za Waszą cierpliwość wobec mnie również, to najpiękniejsze, kiedy traktuje się drugiego człowieka z miłością.

* jakiśtam zawód związany z pracą z osobami niedosłuchem, stanowisko na szczeblu wojewódzkim