Manhunter (1986) vs „Red Dragon” (2002) – analiza porównawcza

Istotnym jest, do którego filmu najpierw sięgniecie, gdyż pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Mowa tu zarówno o kwestii fabularnej, jak i wyborach artystycznych reżyserów. „Red Dragon” to powieść Thomasa Harrisa, zaczynająca trylogię o Hannibalu Lecterze. Ponieważ odniosła sukces, to postanowiono ją zekranizować, a ponieważ jej nie czytałam, mogę się tylko odnosić do filmów i tak zrobię.

Pierwszym filmem, z którym się zapoznałam jest „Manhunter” z 1986 roku, reżyserowany przez Micheala Manna. Interesujące jest to, że w polskiej sieci istnieje opinia, jakoby ten film był totalną klapą finansową. Nie, nie był! Co prawda miejsce 76. na liście stu najbardziej dochodowych filmów roku nie jest jakieś wybitne, ale jednak zarobił – przy budżecie 15 milionów – $8,620,929 dolarów w samym USA. Więcej nawet, otrzymał nagrodę od francuskich krytyków w ramach festiwalu Cognac Festival du Film Policier w 1987 roku. I ja nie znam się na europejskim kinie, ale przypuszczam, że tak, ten film może bardziej podchodzić klimatem Europie, niż USA.

Dlaczego? Ano, film wizualnie jest chyba jedyny w swoim rodzaju. Reżyser Micheal Mann podobno uwielbia widoczki morza, oceanu, ale tutaj postanowił skorzystać z symboliki kolorów i to ewidentnie. Co ciekawe, krytycy z początku podeszli do „Manhuntera” w sposób negatywny, dopiero po latach zaczęli twierdzić, że to jest spoko wybór artystyczny. Otóż, Mann wykorzystuje trzy kolory: biały, zielony i niebieski oraz wszystkie jego odcienie. Zwłaszcza w tym ostatnim przypadku. Biały ewidentnie kojarzy się z grozą, z piekłem – ponieważ widzimy Hannibala Lectera w białej scenerii, tak samo jak gabinet naczelnika tego więzienia, a jest to więzienie pełne szaleńców, a sam szefuńcio również do takich należy. Zieleń i jej pochodne zostały użyte do scen z zabójcą Dollarhydem, co widzimy np. w poniższym kadrze:

Jest to scena, w której Dollarhyde spotyka się ze znajomym niewidomej – po czym go zabija. Wyraźnie twórcy zaznaczyli zieleń, tę przestrzeń, w której można się skryć, w której dzieje się coś niepokojącego.

Bo w „Czerwonym smoku” mamy scenę prostą jak budowa cepa – koleś stoi z kobietą przy drzwiach, ta wchodzi do mieszkania i wtedy Dollarhyde strzela mu w łeb:

Mann więc pobawił się nieco bardziej sugestywnością, co zresztą ma przełożenie na cały film. Zresztą, jak zauważyliście po obu kadrach, kolorystyka jest już zupełnie inna. W „Red Dragon” kolory są raczej z kategorii „mrok”, czyli ponura szarość, ciemność, natomiast w „Manhunterze” są to cieplejsze barwy. Ach, wracając do niego, to zostaje nam dopowiedzieć kilka kwestii. Steven Rybin* uważa, że zieleń to „poszukiwanie i odkrywanie”, zaś John Muir* (* – nie znam, ale i tak przytoczę) stwierdził, że Graham – nasz detektyw – jest przez ten odcień utożsamiany z dobrocią przyrody, np. w scenie, gdzie pomieszczenie komisariatu jest zielone, a sam bohater ma na sobie taką koszulkę:

No i pozostaje nam jeszcze kwestia błękitów użytych w filmie, które są obecne we wspólnych scenach z Grahamem i jego żoną Molly. Ale nie we wszystkich, o czym za chwilę. Błękit więc kojarzy się z czymś relatywnie przyjemnym – seksem i domem. Na przykład w takiej scenie:

Ale błękit został użyty w scenie, w której Molly mocno się zaniepokoiła, gdy syn zauważył, że ktoś się kręci wokół domu:

Tu jednak błękit jest nieco bardziej chłodny, przechodząc niemal w biel. Oglądając tę scenę czułam jakiś niepokój i teraz zastanawiam się, czy to przez nieoczywistość „kto tam jest”, czy kolory miały na to jakiś wpływ.

Ale a propos tej sceny – Mann każe nam czekać, buduje małe, bo jednak małe, napięcie, ale jednak odkrywanie, co się naprawdę dzieje trwa kilka minut. Myślę, że to dobry wybór, bo na przykład w „Red Dragon” nie było budowania napięcia. To znaczy, niby chciano to zrobić, ale to trwało ledwie kilka ujęć:

Scena, w której Graham informuje Molly, że pojedzie zbadać sprawę. Trwa to dosłownie chwilę – on nie może odmówić, bo ludzie giną, no i wróci za tydzień. I okej, dobry pomysł na początek relacji z widzem – w „Manhunterze” też mamy tę scenę, ciut inaczej zbudowaną, ale również mniej więcej na początku. Dalej jednak w „Red Dragon” mamy takie ujęcia:
To moment, w którym Graham przeprasza rodzinę, że są zagrożeni, bo on bada sprawę.
A to moment, który pojawia się dosłownie na chwilę i ona uczy się obrony.

Mamy tu więc dosłownie kilka krótkich ujęć, z których… no właśnie, wynika jakaś więź z bohaterami? Moim zdaniem nie bardzo, ponieważ nie znamy Molly, nie widzimy, jak bohater ją kocha, jak bardzo wspiera syna. Dosłownie, powiedziałabym, gówno nas to obchodzi. No dobra – widzimy początek, że jest jakaś babeczka z synem, no ale co z tego? Z kolei u Manna nie ma strzelania przez kobietę, za to twórcy nam pozwalają o wiele dłużej przebywać z bohaterami. Tu na przykład nie ma migawki, że oni zabezpieczają rodzinę, tylko jest cała dłuższa rozmowa w takim białym ujęciu:

Tutaj Graham poświęca całą chwilę na tym, by zająć się poważnie żoną. Ba, synem też, bo ta mu przekazuje, że syn potrzebuje z nim pogadać.
Tu widzimy rozmowę z synem – i ta też trwa dłuższy moment, ponieważ on mu wyjaśnia, dlaczego trafił do szpitala psychiatrycznego, że młody nie musi chronić matki i tak dalej, i tak dalej, a na końcu młody pyta: „jaką lubisz kawę?”. Wbrew pozorom takie szczegóły bardzo ożywają bohaterów i budują więź z widzem.

Ale Mann nie ograniczył się do tych trzech scen. Dał urywki, że Graham jest pomiędzy pracą, a rodziną – wtedy zajmuje się tym, czym lubi, czyli statkami:

Co prawda, w „Red Dragon” też widzimy, że Graham zajmuje się statkami – ale to głównie na początku i na końcu, twórcy postanowili nie tracić na to czasu. Ale, pozwolę sobie jeszcze wrócić do Manna, który wraz z autorem zdjęć zrobił scenę-perełkę:

Graham myśląc siedzi w jakiejś kawiarni i widzi szczęśliwą rodzinkę, obserwuje ją przez chwilę. Scena sprawia wrażenie, jakby bohater do niej tęsknił.

Jak widać, Micheal Mann zdecydował się na budowanie osi fabularnej wokół nie tylko szukania mordercy, ale również wokół rodziny. To jest dla niego najważniejsze, a nie to, że Lecter pomaga złapać zabójcę. Ten zresztą w filmie pojawia się dosłownie na kilka chwil, to są trzy sceny i nie wygląda jak Anthony Hopkins:

Hannibala Lectera gra tu Brian Cox. Od razu powiedzmy, że to była gra aktorska okej – w końcu Lecter to psychopata, który robił dania z ludzi, siłą rzeczy więc nie mógł być normalny. I w grze Coxa widać, że tak jest. Czy to źle? Absolutnie nie – w roli takiego zwyrodnialca ten obrazek bardziej może i pasuje, ale o Lecterze sobie porozmawiamy za chwilę.

Twórcy pozwolili sobie na ładne, nastrojowe kadry:

Moment, w którym jedzie podpalony dziennikarz
Morderca rozmawia z niewidomą

I to chyba jest najmocniejsza strona filmu Manna – on buduje nastrój niekoniecznie przez muzykę, ale koniecznie przez barwy i budowanie relacji widz-Graham. Natomiast to, co tu nie wyszło, to końcówka. Jest krótka, prosta i nie ma zdziwienia, ale montażowo niedopracowana.

„Red Dragon” – 2002

Widzom ten obraz bardziej się spodobał, niż krytykom. Nic dziwnego – w końcu normalni Kowalscy nie siedzą i nie analizują, co i jak w filmie i dlaczego Brett Ratner zdecydował się skupić na złolach, niż dobrym policjancie.

Rotten Tomatoes

Właściwie, przy całym opisie „Manhuntera” zapomniałam zrobić opis fabuły. No więc tak: mamy tu do czynienia z dwoma mordercami, jeden z nich na wolności, a drugi został złapany. W przypadku „Red Dragon” widzimy, jak Graham łapie Lectera – i okej, podobno jest to nawet lepsze, niż opowiadanie, co i jak, jak w przypadku „Manhuntera”.

Krytycy, którzy doczepili się do obrazu Ratnera stwierdzili, że film technicznie rzecz biorąc jest dobrze zrealizowany, ale absolutnie wszystko wydaje się być znajome. Zbyt znajome.

„Milczenie owiec” dalej obcina kupony od swojego sukcesu, natomiast twórcy mieli tu wybór: albo zrobimy całkowicie nową interpretację, albo wykorzystamy to, co znajome. Wiadomo, że poszli tą drugą stroną. I być może za bardzo wyjścia nie mieli, bo pewną świeżość już zapewniał „Mahunter”, a z kolei Anthony Hopkins tak wrył się w zbiorową pamięć w roli Hannibala Lectera, że trudno było obsadzić w tej roli kogoś innego. Bo ten aktor zagrał w „Milczeniu owiec” fenomenalnie. Dał nowy wzorzec grania psychopatów, pokazując, że oni są zajebiście spokojni. Taka mieszanka – charyzmy Hopkinsa – i charakteru Lectera dała niezapomniane combo. Jak więc można było obsadzić kogoś innego w tej roli? Zwłaszcza, że mamy do czynienia z filmem, a nie serialem. Bo przypominam, że do pewnego momentu – co było widać w starszych produkcjach z lat 90′ – to, że byli inni aktorzy w serialach, a inni aktorzy w filmach z tego samego uniwersum nikomu nie przeszkadzało.

Tylko jednocześnie „Milczenie owiec” i „Red Dragon” dzieli około dziesięciu lat, co jest średnie, ponieważ WIEMY, że Lecter został złapany przed „Milczeniem”. Ba, w filmie pod koniec jest scena, gdy ten naczelnik więzienia mówi mu, że przyszła agentka FBI, która chce z nim porozmawiać.

I to by było OKEJ, gdyby nie widoczny upływ czasu zarówno na twarzy Hopkinsa, jak i na twarzy szefunia więzienia:

„Milczenie owiec”
„Red Dragon” (2002)

A teraz Hopkins:

„Milczenie owiec”
„Red Dragon” (2002)

Można by było przymknąć na to oko, tylko problem w tym, że Ratner postanowił skupić się na Lecterze i Dollarhardzie, zupełnie prawie ignorując więzi rodzinne. To znaczy: ja osobiście nie czułam tej relacji między Molly’m a Grahamem i jego synem. Prawdopodobnie przez to, że mało scen im poświęcono, co jest dla końcowego aktu walki bardzo niedobre. A dlaczego? Już mówię.

W „Milczeniu owiec” finał jest fenomenalny, ale chwilę, gdy agentka FBI otwiera drzwi buduje się przez ok. DWADZIEŚCIA MINUT, ewidentnie BAWIĄC SIĘ MONTAŻEM.

Finał „Manhuntera” i „Red Dragon” znacznie się różni. W tym pierwszym mamy prostą jak budowa cepa akcję – wchodzi Graham i zabija jegomościa, i tyle go widzieli. Natomiast w „Red Dragon” koleś zostaje uznany za trupa, więc Graham wraca do swoich i jest wielce przerażony, bo widzi, że jednak Dollarhyde żyje i właśnie przystawia sztylet do szyi jego syna. I ta scena powinna być zaskoczeniem dla widza – w końcu teoretycznie nie miał podstaw, by się tego spodziewać, zwłaszcza, że niewidoma dotknęła jakiegoś trupa, a dla widza nie jest do końca określone, kto to jest. Nie mniej, dla mnie to nie było żadne „wow”. Bardzo możliwe, że to przez moją znajomość gatunku, w końcu bardzo często takie „zaskakujące” zwroty akcji są w książkach. A, no i podbudowa do tej sceny była znacznie krótsza, niż w „Milczeniu owiec”.

Stephen Lang zagrał w „Manhunterze” szalonego reportera, który wyglądał tak:

To ten rudy po prawej :).

Zaś w „Red Dragon” postać odgrywa Philip Seymour Hoffman i moim zdaniem przegrywa w tym aktorskim pojedynku, ponieważ koncepcyjnie gra typowego dziennikarza z brukowca, wyglądając znacznie mniej interesująco (bo nie jest rudy):

Po lewej: Philip Seymour Hoffman, w środku Edward Norton grający Grahama.

I moim zdaniem – jest niezwykle trudno odpowiedzieć sobie na pytanie, czy kolejny pojedynek aktorów, czyli facetów odgrywających Grahama – może być w ogóle rozstrzygnięty. William Petersen miał do odegrania kilka wspaniałych scen w „Manhunterze”, w tym sceny, gdy jest mu bardzo ciężko na to wszystko patrzeć. Zaś Graham Nortona jest taki… pusty, bez emocji, jakby zobojętniały na wszystko. I chyba to, który Graham jest lepszy jest wyłącznie kwestią gustu. Natomiast chciałam zwrócić uwagę na zieloną koszulkę Nortona na zdjęciu ;). Być może, że takową nosił po prostu w książce, gdyż z tego, co widzę – Ratner bardziej się trzymał oryginału, niż Mann.

Jednak Ratner nie pozwala sobie na jakąś epicką grę w kadrach. Są ładne, mroczniejsze zdjęcia, takie jak te:

Jednak nie ma tu ciepłych barw czy zabawy kolorami, jak u Manna. Jest to typowa, mroczna historia, podbijana stylowymi fotosami. W zasadzie ładniejszych kadrów – takich naprawdę wyróżniających się – jest tu tyle, ile widzicie powyżej. Natomiast nie oznacza to, że Ratner nie podjął dobrych decyzji, bo są tu dwie sprawy jeszcze.

Otóż, miejsce, w którym znajduje się Dollarhyde – w „Manhunterze” to jakiś budynek, w którym układ jest nieco szalony, a w „Red Dragon” to po prostu dom spokojnej starości. To drugie, jako mroczniejsze i bardziej niepokojące w sumie nawet lepiej do mnie przemawia, bo jest takie brutalniejsze:

„Manhunter”
„Red Dragon”
„Red Dragon”

Ratner podjął jeszcze jedną bardzo dobrą decyzję artystyczną. Chodzi mianowicie o tok myślenia Grahama – w „Manhunterze” był wątek oczu, patrzenia, widowni… i w pewnym momencie postać kobiety-ofiary miała świecące oczy, co wyglądało bardzo komicznie. Natomiast Ratner stwierdził, że nie będzie obstawiać komedii, ale zrobi aluzję przez lustra:

Uważam, że takie właśnie symboliczne znaki w tego typu filmach są na właściwym miejscu we właściwych filmach. Cóż, na pewno nie wygląda to dziwacznie.

No i teraz dochodzimy do puenty. Który film oglądać najpierw? „Manhunter” może dać jakiś powiew świeżości, ponieważ stylistyka thrillera jest całkowicie inna od tego, co obecnie znamy. Natomiast, jeśli ktoś oczekuje Hopkinsa, to wiadomym jest, że „Red Dragon” będzie jedynym wyborem.

To nie są filmy sensacyjne, powiedziałabym raczej, że to klasyczne filmy detektywistyczne, w których najważniejszy jest tok rozumowania „a jak połączymy to i to to wtedy dostaniemy to i go złapiemy”. Rozumiecie, w pełni klasyczna historia. Tutaj akurat obie interpretacje powieści Harrisa są ze sobą zgodne. I dlatego też nie mogę powiedzieć, by którykolwiek z nich robił za film psychologiczny. Dlatego, jeśli szukasz takiej rozrywki, to nie tutaj.

„Red Dragon”, kadr wyraźnie nawiązujący do „Milczenia owiec”.

Dziękuję Joannie Czyż – bez jej cierpliwości co do mojego gadania o tych filmach nie byłoby takiego wpisu :).

[FilmS] Her, reż. Spike Jonze, USA 2013

Ten film jest taki cichy.
Wchodzisz w historię o nerdzie, a bardziej – bardzo samotnym człowieku, który pewnego dnia instaluje sobie system operacyjny IOS. To, co potem następuje niby jest dziwne, przerażające: Theodor Twombly zakochuje się w Samancie, owym systemie operacyjnym…

Nie można powiedzieć wiele więcej o fabule tego filmu, bo to jest film z kategorii „jest, ale nie ma”. Czyli coś się dzieje, ale wszystko tak powoli płynie. Poza tym jeden akt więcej opowiedziany przeze mnie to spojler, który niekoniecznie może psuć zabawę.

Ponieważ w tym filmie nic nie ma – oprócz emocji.

Historia jest prosta jak budowa cepa, ale mimo wszystko wszystko wydaje się takie minimalistyczne. To opowieść, która porusza wiele naraz problemów, spraw i co więcej – udaje jej się to skutecznie rozwinąć. A jeśli nie, to przynajmniej zada pytanie. Ważne pytanie.

Czy miłość do AI jest normalna?
Czym w ogóle jest miłość?
I tak dalej.

Właściwie to na scenie nie ma zbyt dużo bohaterów – jest głos (Scarlett Johanson), jest Theodore (Joaqin Phoenix) i jeszcze paru, mniej lub bardziej istotnych w tej wyprawie.

Ale… to jest taka historia, którą zrozumie każda samotna istota.

I na końcu następuje coś ciekawego, zważywszy na fakt, że trochę się zmuszałam do seansu. To znaczy, nie zrozumcie mnie źle: film jest bardzo dobry, żeby nie powiedzieć fenomenalny. Czy widać jego wiekowość? Wątpię, sprawy o których opowiada są uniwersalne, a technologia jest w miarę nowocześnie zobrazowana, trochę robi wrażenie „innej”, ale ja się nie znam. Dobra, w każdym razie do tego filmu trzeba mieć nastrój. Taki może nie na dramat, ale na trudniejsze tematy. A pod koniec seansu następuje wzruszenie. I nie wiadomo dlaczego ono jest. A może wiadomo – bo widz jest człowiekiem i może odczuwać emocje.

To, co ważne, to muzyka. Może jest jej mało; praktycznie widz oswaja się z rozmowami i tym, co Samantha tworzy. I to tworzy muzykę. Instrumentalną. Piękną.

Jest to film o miłości, samotności, o emocjach, o człowieczeństwie i nic dziwnego, że scenariusz dostał Oskara. Więcej powiem: same słowa na papierze to jedno, ale wyreżyserowanie tego w taki sposób, by było ciekawe mogło stanowić wyzwanie. Bo film nie może być nudny. I tak, najlepiej – a może i najłatwiej – przekazać emocje przez pisanie czy obraz sam w sobie, ale jeśli jest to film, to od filmu wymaga się emocji. Ale… cóż może je lepiej wywołać, niż film o emocjach?

Nie myślę w tej chwili o AI, chociaż – Samantha była nią. W ogóle w trakcie seansu następuje coś w rodzaju immersji: odbiorca jest zmuszony grać w tej grze, w tym widowisku.

Być może jeszcze wiele słów ciśnie mi się pod adresem „Her”, ale… po co? Wystarczy obejrzeć, bo jest dostępny na HBO MAX.

Nie kupczę sztuką, ja czuję, że zwrot energetyczny jest OK

Tak, wiem jak to brzmi – wstawiła zapytanie „czy ktoś to chce kupić”, wystawiła na sprzedaż w marketplace i teraz pisze wpis na blogaska, że ona nie kupczy sztuką.

Powiem tak – nie kupczę.

Zacznijmy od tego, że w tej chwili biodra mnie bolą i zgodzić się mogę, że ma to związek zarówno z pracą w kwestii obfitości, jak i ze sferą seksualności. Bowiem okazuje się, że obie te kwestie są ze sobą znacząco powiązane. O tym zresztą było w kursie „Relacje z pieniędzmi”, który wykupiłam w wakacje i uważam, że to był strzał w dziesiątkę. Ale, wracając do sprawy.

No więc przez tydzień pracowałam nad poradnikiem „Jak napisać powieść w 22 dni”. Teoretycznie mogłabym uczynić z tego darmowego ebooka, jak miałam zamiar na początku. Jednak przez miesiąc-dwa projekt stał i nic się w nim nie działo, ponieważ brakowało ilustracji.

Nie lubię na kompie robić rysunków, więc robię ręcznie.

Wleciał mangowy styl, wleciało mega odprężenie i generalnie – medytacja, trans czy jak to tam nazwać. Świetna zabawa, z którą miałam do czynienia w ciągu tygodnia się jednak skończyła. Co prawda nie wiem, jak werniksować na tak cienkim papierze, ale powiedzmy, że ewentualne barwy kredek na palcach są gratis.

I teraz tak: wstawiam info na fejsbruniu. I strzela we mnie, w środku pytanie: DLACZEGO? CZY JA MOGĘ TAK WPROST?

Ano, okazuje się, że mogę. Po pierwsze dlatego, że czuję, że taki zwrot energetyczny za wykonaną pracę będzie w porządku. Po drugie dlatego, że czemu nie? To mój profil, więc dlaczego ktoś miałby się o to obrażać?

Aha – że ostatnio dużo tego typu wstawiam ogłoszeń na swój profil. No ale… czemu nie? Informuję, co robię. Po prostu. A jak jest ładne, to czemu przeszkadzać innym osobom w cieszeniu się tą rzeczą?

Więc nie, ja nie kupczę sztuką. Przede wszystkim dlatego, że w trakcie tworzenia wchodzę w trans i myślę o tym, ile odbiorca może na tym zyskać. Jak on/a się będzie cieszyć z kartki, jaką będzie mieć frajdę z obrazu czy z takiego poradnika.

Trans. Medytacja. Dawanie.

To jest to.

A reszta? Reszta jest już poza tym, ale jeśli coś robię, to daję sobie prawo do tego, by to się zwracało energetycznie. Bo… bo tak.

Więc zapraszam do zakupu niezwykłej kartki „Dasz radę”! xD Za jedyne 15 złotych + koszt wysyłki :D. Motylki się zmieniają, bo kartka jest ręcznie robiona :).

Ziemia Światła – dzień dobry! Artyści niosą przekazy

W maju napisałam o „My Universe”. Co ciekawe, i wtedy za utwór brali się ludzie z BTS, i teraz mamy do czynienia z utworem, w którym występuje pan z BTS, Jung Kook. W obu przypadkach jest to współpraca międzynarodowa – w „My Universe” to Coldplay, a w „Dreamers” to Al Kubaisi o którym nigdy nie słyszałam.

„Dreamers” został stworzony na potrzeby Mistrzostw Świata w Katarze i jest piosenką otwarcia.

No cóż – musicie obejrzeć w YT. Absolutnie warto!

Gdy słucham „Dreamers” czuję się tak, jakbym wnikała do nowego wymiaru ducha. Wciąga mnie to niesamowicie. To jest takie pieszczenie mojej duszy. I… coś niesamowitego. Myślę, że pan Jung ma duszę i błyszczy, jest dojrzałym mężczyzną. Ale tak czy siak – kurde, co za piękny przekaz, a leci on z grubsza tak:

„Spójrzcie, kim jesteśmy,
jesteśmy marzycielami,
Sprawiamy, że TO SIĘ DZIEJE,
ponieważ W TO WIERZYMY”.

I to jest właśnie przekaz typowy dla Nowej Ziemi. Bo Nowa Ziemia to świadomość, gdzie my jesteśmy – może w symulacji, może we śnie, a może w ego. A może po prostu w świetle, w którym wszystko jest wszystkim. To nieważne, znaczy – ważne. Jednak istoty zamieszkujące Nową Ziemię, one to wiedzą, że wszystko jest fikcją. Mają tego świadomość i to jest dla nich wyzwalające, ponieważ mogą być jeszcze lepszymi i piękniejszymi kreatorami. Lepszymi w tym sensie, że znają doskonale swoją moc, poznają ją i kreują w zgodzie z własnym Sercem. Dzieci i wnuki obecnego dorosłego pokolenia, w tym w dużej mierze pokolenia urodzonego w latach 80′ i 90′ XX wieku będą tymi istotami, które nie tylko będą uczyć rodziców nowych rzeczy (co jest normalne i naturalne), ale również i tymi, które NAPRAWDĘ ZMIENIĄ ŚWIAT NIE DO POZNANIA.

Ach, Dreamers… kocham <3

NIE, czyli ratuj kto może od „Rings of Pała” (czyt. Pierścienie Władzy)

Postanowiłam sprawdzić, kto reżyseruje ostatni – ósmy – odcinek „Pierścieni Władzy”, bo praca kamery, ujęcia i zdjęcia całkiem ładnie pracowały. Muzyka również. Tylko że to wciąż nie rozwiązuje problemu z moją biedną głową, gdy oglądam serial – of course, ból.

Nieeee, nie dlatego, że panowie z Amazonu kompletnie zaorali całe lore Tolkiena. I to nie jest z mojej strony ironia, ponieważ ostatni odcinek obejrzałam jako zupełnie randomową historię fantasy kompletnie niezwiązaną z mistrzem fantasy.

Wayne Che Yp był odpowiedzialny za reżyserię ósmego odcinka, można się rozejść.

Chociaż nie, pewnie chcecie pośmieszkować z serialu, bo choć jakaś połowa internetu to robi, to jednak śmiechu nigdy za wiele, bo jest zdrowy.

No więc… to trzeba zobaczyć. Nie żartuję – trzeba zobaczyć na własne oczy, jaki to jest szwindel i jak bardzo jest komiczne. Choć Amazon zaznaczył, że serial ma „13+ nastolatki”, to sądzę, że w dobrym serialu dla tego targetu dialogi są inteligentniejsze, a w jednym odcinku serial nie robi sobie fakapów.

Pierwszym fakapem była siostra tego marynarza, który chciał być marynarzem, ale zginął czy tam zaginął, no i ta siostra maluje portret króla – umierającego – no i wzięło ich na pogawędkę. Po niej ta odkrywa kulkę do przewidywania przyszłości i koniec. Także moi drodzy, nie musicie się przejmować nieznajomością imienia kobiety, ani nawet „co to za marynarz był”, ponieważ te wątki nie będą kontynuowane.

Drugim fakapem – któremu przyznaję Laur Zwycięstwa Elendila, bo król elfów cały czas nosi tę koronę a’la igrzyska olimpijskie – jest sprawa pierścieni.

I nie, nie chodzi mi o to, że wykuto tylko trzy i to w dziwnej kolejności. Ani nawet nie o to, że Halbrand jest Sauronem, no i tenże Sauron pracuje z nimi, by je wykuć. Nie, nie.

Jak się zapewne domyślacie, chodzi o Galadrielę. I Elronda trochę też, ale ten miał po prostu spowolniony refleks mózgu, więc można mu wybaczyć.

Galadriela bowiem zaczyna się kapować, że facet, z którym przebywała w kij dużo czasu jest jakiś dziwny. Nieee, wcale nie przez to, że sobie ciężko ranny truchtał na koniku do krainy elfów. Ona się skapnęła, bo Celebrinbor (czy jak mu tam) mówi dziwnymi słowy do króla. No i wtedy każe poszukać w bibliotece danych o królach Śródziemia. Okazuje się, że potomek kraju, który miał być Halbrandem nie istnieje. Ale przy okazji – bo scenkę twórcy rozwijają do spotkania z Halbrandem – dowiaduje się, kim on naprawdę jest. I tak, w końcu zajarzyła, że to Sauron!

A w kuźni są robione pierścienie.

Jak myślicie, co robi elfka, która ma na karku ponad 1000 lat, doświadczenia podróżniczego trochę i wie, że pierścienie są złe? Oczywiście, że pozwala im powstać, w końcu te pierścienie pozwolą w jakiś sposób uratować elfy! I nie będą musieli opuszczać tej ziemi na której Celebrinbor buduje (budował?) doskonałą kuźnię. Aha – widz nawet się nie skapnie, że to już nowa kuźnia 🙂. Taki tam mało ważny szczególik, ale co tam, idziemy dalej.

I o ile można powiedzieć, że „Galadriela dobrze zrobiła, bo pierścienie ocaliły krainę elfów”, o tyle to nie trzyma się kupy. Nie trzyma się kupy nie dlatego, że nasłuchałam się randomów komentujących ten odcinek, ale dlatego, że jest to tak pokazane. Pokazane jest w sposób… jakby Galadriela nie mogła się zdecydować, no… nie, to nie to. Kurde, to jest takie zachowanie może trzynastolatki. Tylko to chyba prawidłowo opisuje sytuację, w jakiej elfy się znalazły.

Innymi słowy mamy Saurona, który chciał zostać w Numenorze, ale Galadriela namieszała tak, że Numenor wyruszył wątpliwą ilością statków na walkę. Mamy Saurona, który poradził Celebrinorowi jak mieszać stopy i tu się zatrzymamy na chwilę, ponieważ DIALOGI mocno kuleją.

Otóż – ich autor jest niezdecydowany, czy chce, by elfy mówiły normalnie, czy tak bardziej poetycko. Może się czepiam, ale mam wrażenie, że w jednej scenie potrafią mówić do siebie w szybki, prosty sposób, a w następnej jest to rozwlekłe i bezsensowne. I można powiedzieć, że całość cechuje się jednym stylem, ale zdecydowanie coś tu mocno zgrzyta i aż zęby miejscami bolą.

Więc, wracając do Galadrieli to wygląda na to, że swoją głupotą – czytaj skokiem za burtę xD w pierwszym odcinku – narobiła dużo, dużo problemów Śródziemiu. No, typowa fantasy nastolatka. A nie, czekaj…

Nie mam sił się naigrywać dłużej z tego czegoś, co chyba w polskiej popkulturze przyjmie pseudonim „Rings of Pała”. Ten serial nie jest ohydny, ten serial potrafi sam sobie zaprzeczać. W dodatku robi to w taki sposób, że odbiorca nie wie do końca, czy coś zostało zaznaczone, czy o co chodzi. Ja szczerze mówiąc na tym odcinku kilka razy się zaśmiałam, bo sceny WYGLĄDAŁY tak głupio (w sensie dialogowym+), że to naprawdę trzeba było zobaczyć. Także, jeśli odpoczęliście z jakiś przynajmniej miesiąc po poprzednim odcinku, nie będziecie podchodzić za poważnie do lore Tolkiena, weźmiecie sobie popcorn, to MOOOOŻE ten odcinek… będziecie w stanie obejrzeć i nawet parę razy wybuchniecie śmiechem. A, ale scena, w której Sauron kusi Galadrielę jest ładna, lecz nie sądzę, by było warto się dla niej poświęcać.

Wielka woda [recenzja]

Wzdrygałam się przed obejrzeniem „Wielkiej Wody” od Netflixa, ponieważ nie przepadam za filmami katastroficznymi. Jednak ten sześcioodcinkowy serial zbiera bardzo dobre recenzje i opisywany jest jako „praca wykonana na światowym poziomie”, czytaj najwyższym. Jak więc mogłam nie sprawdzić, czy tak rzeczywiście jest?

Wrocław w 1997 roku wydaje się być dosyć wesołym miasteczkiem, ponieważ szykuje się na niesamowicie ważne wydarzenie. Zgadliście: wizyta papieża Jana Pawła II. No dobrze, ale nas interesuje bardziej to, że pani sekretarka dostaje faks pewnej naukowczyni, która twierdzi, że we Wrocławiu pierdolnie. Wodą.

Twórcy serialu postanowili skupić się na indywidualnych historiach, historiach bohaterów. Mamy więc Jaśkę – tę naukowczynię – mamy też pewnego faceta z podwrocławskich Kętów, oraz mamy młodego polityka, który konfrontuje się z tą cholernie trudną sytuacją, jaką jest zagrożenie powodziowe.

Bo nie czarujmy się: widz doskonale wie, z jakim typem historii ma do czynienia. Nie dość, że Wrocław (+Kłodzko, Racibórz, Opole, Nysę, pobliskie rejony) zalało, to jeszcze gatunek – film katastroficzny – mówi sam za siebie, z czym bohaterowie się zmierzą. Dlatego twórcy postanowili nie traktować odbiorcy jak debila, a skupić się na dramatach ludzkich, a potop potraktować jako tło.

Przyznam, że im się udało.

Od pierwszych minut „Wielka woda” stara się budować nie tylko relację z bohaterami, ale także i napięcie. Głównym sprawcą tego jest muzyka – instrumentalna nadaje się do tego idealnie, no i smaczki pokroju „śpiewają disco polo” też nadają uroku serialowi. Czy w montażu postarano się jakoś zobrazować to napięcie… hmm, powiedziałabym, że zdjęcia / kamery miały na celu pokazać przede wszystkim OGROM, SIŁĘ żywiołu, niż zbudować dynamizm. Widać to przede wszystkim przez kadry na dachy – one są ważne – przez kadry na drzwi ze szczurami i na wnętrza. Mało tego, twórcy wykorzystali chyba wszystkie możliwe sposoby na pokazanie wody, bo CGI/greenscreen mógłby być nie wystarczający, gdyż byłoby widoczne, że ta woda jednak nie jest autentyczna. Podobno dla efektów specjalnych jest to najtrudniejszy żywioł do przedstawienia. Tak czy inaczej, przejdźmy może bardziej do fabuły.

A to dlatego, że w trailerze mamy nastolatkę, która sobie idzie z psem i nagle pies znika, a przejście podziemne jest zalewane wodą. Spojler? I tak i nie. Nie, ponieważ trailer robi wrażenie i buduje pytanie: „co z nią?!”, i tak, ponieważ twórcy zbudowali wokół tego wydarzenia bardzo duże napięcie. Ale spokojnie, nie jest to jedyna drama w ciągu tych sześciu godzin.

Jaśka zmierza się nie tylko z tym, że dostała denne materiały do zrobienia raportu, ale także ze swoją przeszłością, czyli matką i partnerem, który – tak, okazuje się być tym młodym politykiem. Z kolei polityk wydaje się być jako jedyny chętny do podejmowania trudnych decyzji, w przeciwieństwie do starszych i na wyższych szczeblach kolegów.

Jeszcze mamy do czynienia z kolesiem z Kętów – ten z kolei stwierdza, że nie pozwoli, by zalano ich wioskę, więc nie pozwoli także na wysadzenie tamtejszych wałów. I powiem szczerze, tu odbiorca może wybrać: czy chce być po stronie tego kolesia, czy chce być po stronie Wrocławia, bo… twórcy stawiają cholernie trudne pytanie: dlaczego jedna osoba ma poświęcić swój dorobek życia, by druga miała dobrze? I czy zresztą to się uda? I tak dalej.

Napięcie w serialu opada dopiero w ostatnim odcinku tak naprawdę, już jest spokojnie, wszystkie wątki zostają domknięte, nie ma niczego, co można by dodać.

Czy jest coś, do czego można by się przyczepić? „Słyszalność dialogów”? xD Raczej są słyszalne – napisy, które zostawiłam sobie na wszelki wypadek nie były praktycznie potrzebne, więc raczej bardzo na plus.

To może… gra aktorska? A skądże znowu – głośno się zrobiło o stanie Anny Dymny, która zagrała grubą mamuśkę Jaśki. I powiem szczerze, ta rola jest zagrana bardzo autentycznie! I chyba najbardziej autentycznie, ale dobra, przejdźmy do tego, jak bardzo serial jest prawdziwy.

W sensie – logiczne jest, że ze względu na czas antenowy twórcy musieli się skupić na konkretnym miejscu, wytworzyć konkretny konflikt. Wykorzystali do tego klasyczne „naukowiec stwierdza, że” i to właściwie widzowi wystarcza do dobrej zabawy, bo dalsza otoczka wynagradza taką prostotę. Co jednak warto wiedzieć, Wrocław to był ostatni przystanek fali powodziowej z 1997 roku. No, ale że to Wrocław, największe miasto w tych okolicach i w ogóle, to to ono zostanie zapamiętane. O Nysie to raczej mało kto wspomina przy tej okazji.

Dlaczego warto sobie zadać pytanie, co jest prawdą, a co fikcją w przypadku „Wielkiej wody”? Z bardzo ciekawego powodu: jest na jutubie pewien dokumentalista prowadzący kanał Ciekawe historie. I niezależnie od produkcji Netflixa zrobił on dokument o tej powodzi. Oglądając go po „Wielkiej wodzie” ma się wrażenie, że twórcy i jednego, i drugiego dzieła byli ze sobą w zmowie, ponieważ… dokument wyraźnie pokazuje, co serial zaznaczył. W sensie: chciano w Kętach wysadzić wały? No – to jest o tym w dokumencie, tyle że miejscowość będzie inna. NIK prowadziło dochodzenie – a jakże, o taki szczegół także zadbano w serialu. I tak dalej. Tyle że na szczęście dokument o tej tragedii nie ogranicza się do Wrocławia, no ale to już historia na kiedy indziej.

Ogólnie, myślę, że wrocławianie, rodzice i ci, którzy zwyczajnie mają wysoką wrażliwość będą dość przeżywali „Wielką wodę”. Tak, dramatyzm jest odczuwalny na tyle, że robiłam kilka przerw. A sceny ze szczurami na drzwiach są nie tylko bardzo symboliczne (i tak było naprawdę), ale zapadają w pamięć. Generalnie polecam.

The Gift [recenzja]

„The Gift” to 24-odcinkowy serial rodem z Turcji. Czy będzie ckliwość i miłość? Tak. Czy to jest kolejna głupia telenowela dla gospodyń domowych? Nie.

Po pierwsze dlatego, że to jest ekranizacja powieści, która pewnie się u nas nie ukaże, bo wolimy energetykę typu „pozabijali się i było fajnie” (tak, piję do „Rodu Smoka”)*.

Przejdźmy do konkretów.

Atiye jest malarką i właśnie ma pierwszą wystawę oraz ślub. Wydaje się, że życie jak ta lala, ale sprawa zaczyna się komplikować, gdy dziewczyna odkrywa, że archeolog odkrył w Gobekli Tepe znak, który ona od dzieciństwa rysuje. Postanawia sprawę zbadać, ale nikt nie chce jej wierzyć, a w dodatku pańcia z psychiatrii wlepia jej plakietkę „schizofrenia paranoidalna”. I nawet bym się nie zdziwiła, gdyby w realu od razu, trochę z dupy też tak robili.

Dobrze myślicie – ten serial to nie tylko opowieść o wielkiej miłości, ale również opowieść o rozwoju duchowym. Mamy tu więc tzw. przemianę bohatera, ale przemiana ta jest ściśle powiązania z odkrywaniem swojej mocy.

Na przykład – odkrywaniem więzi rodowych. To mi się podoba, że to jest ważne. Ale twórcy nie ograniczają się tylko do tego, więc wlepiają do historii przeskoki kwantowe. I to dość ostre.

Jest też tu historia typu fantasy „zbawiciel”, ale nie jest to wątek jednoznaczny, bo jednoznacznie widać, że chodzi o rozwój wewnętrzny.

Nie wiem, czy wszystkie seriale tureckie mają narratora – no, chyba „Wspaniałe stulecie” go nie miało – ale tu on jest. I można krytykować, bo w filmie raczej narrator to dość słaby zabieg. Z drugiej strony widać wyraźnie, że to wszystko dzieje się z perspektywy jednej bohaterki, a w dodatku narrator nie pojawia się jakoś przesadnie za często, więc widz i tak się dobrze bawi. Cóż, może jest to system opracowany na potrzeby gospodyń domowych „a tu pierze, a tam gotuje, a tu wiesza pranie, nie dajmy się za bardzo pogubić, to trochę dopowiedzmy najważniejszych rzeczy”.

Inna rzecz, że ten serial jest nierówny. Na szczęście trochę to wrażenie zależy od gustu, o czym za chwilę. Serial składa się z trzech sezonów, pierwszy ma trzy początkowe odcinki dość takie „no dobra, może być, odpocznę od poprawności politycznej i tak”. Za to od czwartego zaczyna się jazda bez trzymanki i poziom jest utrzymany aż do końca drugiego sezonu.

Ba – według mnie drugi sezon jest najlepszy. Głównie przez opowiadaną historię. Z kolei trzeci… no, jeśli jesteś rodzicem to może Ci się spodobać. Bezdzietnemu boomerowi niekoniecznie, ale to już kwestia gustu.

Mimo to końcówka mi się trochę dłużyła, ale może to dlatego, że cały dzień zarwałam na rzecz serialu, a może dlatego, że rozwój duchowy tu jest ewidentny, więc gadanie o rozwoju, świetle i czasie może brzmieć trochę tandentnie.

Zacznijmy od rozwoju samych bohaterów – z początku zwykłe randomy, tacy Kowalscy z Turcji. Potem jednak ma się wrażenie, że każdy bohater ma swoją indywidualną drogę, przechodzi przez nią i się zmienia. Miałam takie wrażenie, że autor chciałby wykreować takie sucze postacie, i z początku wydaje się, że mu to wychodzi, ale nagle się okazuje, że ten właśnie ma swój świetny motyw, tego się uczy, no i torpeda. Jest jedna może bohaterka, która jest taka sama ciągle, ale ona i tak wpada na koniec, no i może za mało czasu antenowego na nią było, by się rozwinęła. Albo wyjątek potwierdza regułę.

Dobra – gra aktorska jest okej, muzyka też, taka typowa turecka. Ale fajnych kawałków nie brakuje.

W całości widać elementy kojarzące się ze Słowianami, ale to akurat miłe akcenty, zresztą wynikające z historii Imperium Osmańskiego.

Podsumowując: bawiłam się

świetnie i trochę żałuję, że nie będzie czwartego sezonu. A trochę nie, bo w tym akurat przypadku trzeci skończył się tak, jak wypadałoby zakończyć historię.

Polecam serial i idę szukać innych tureckich produkcji, choć wydaje mi się, że w każdej coś wpadnie z rozwoju duchowego.

PS.: Tak, był cytat z Rumiego 😛.

Karakalem, czyli Protector [recenzja]

No to na fali flow tureckich seriali pytam się fandomu, która produkcja jest uduchowiona.

Ekhem.

Mam wrażenie, że podali mi każdy jeden serial, który im się spodobał, bo pojawiło bardzo dużo różnych tytułów i to nierzadko z gatunku „romans”. Z drugiej strony – miłość to chyba najbardziej uduchowiony stan, no nie?

Jednak „The Protector” – choć zawiera wątki romantyczne w dużej dawce – to z grubsza jest opowieścią o czymś innym. O Hakanie (w powieści Yavuz), którego ojciec prowadzi sklep z antykami. Pewnego dnia zachodzi do nich kobieta, która szuka tajemniczej koszuli z konkretnym wzorem. Właściciel sklepu twierdzi, że jej nie widział, ale Hakan wie swoje, a w dodatku cztery litery mu się palą pod względem finansowym, więc jeśli koszulę mają i ta jest warta kupę kasy, to czemu by nie sprzedać?

No i właśnie – jeśli Hakanowi wydawało się, że jego życie wali się w gruzach, bo ojciec nie chce mu sfinansować kolejnego biznesu, to teraz będzie musiał spiąć poślady, bo będzie jeszcze gorzej.

Otóż, okazuje się, że Stambuł jest w niebezpieczeństwie, on sam jest superbohaterem, który ma go uratować, a ludzie, którzy go otaczają to Lojalni – chroniący go.

Bitwa dopiero się zaczyna, a nasz bohater jest niedojrzały pod wieloma względami…

„No dobra, duchowości w tym nie ma, ale świetny akcyjniak” – pomyślałam sobie ja, oglądająca pierwsze 1,5 sezonu. No właśnie, akcja zapindala jak torpeda, chwilami miałam wrażenie, że nie nadążam za bohaterami, bo tu kombinują, tam się spikają ze sobą i ogólnie niezła intryga na intrydze. A chłopina przez swą niedojrzałość jest narwany, ale… no właśnie, docieramy do środka drugiego sezonu i tu wybucha wszystko.

I serial zaczyna zwalniać akcyjnie, choć tak: nadal dużo się dzieje, ale więcej zaczyna się w kwestiach filozoficznych. Na przykład, czy nieśmiertelny może kochać śmiertelną, tu jest mocno rozbudowany wątek tęsknoty. Kwestia wpływu przeszłości na przyszłość również i tak dalej. Generalnie jest się nad czym zatrzymać, ale najlepszego Wam nie zdradzę 😛.

Rozwój postaci – dzieje się. Oczywiście, że nie wszyscy dostali superrozbudowane charaktery, no ale mierzmy siły na czas antenowy. Hakan oczywiście najbardziej się rozwija i szczerze mówiąc… w jakiś sposób zabrakło mi szczegółów tego rozwoju. I jasne, zapewne w książce masz podane jego myśli, masz podany tok rozumowania jasno, a w filmie musisz się skupiać… czekaj, czy my w tym serialu nie mamy narratora ogólnego?! Otóż to! Dobra, wracając do Hakana – owszem, rozwija się. I bardzo ładnie proces ten przebiega. Również jego przeciwnik, Faysel, dostał

świetnie rozbudowany charakter, widzimy tu jego rozterki i to nie jest bohater, który jest czysto zły, to jest nawet taki tragiczny bohater, który jakby nie do końca stoi po tej najczystszej, złej stronie. Ufff, dużo tu przemian, choć mówię, czasami miałam wrażenie, jakby to było bardziej streszczenie przygód Hakana, niż taka bardzo głęboka historia. No, ale Turcy mogą się posilić książką, myślę, że to jest fajne uzupełnienie.

Z kolei w temacie podprogowych treści pojawia się kilka ciekawych elementów. Sądzę, że książkami, które widzimy zarówno NA POCZĄTKU, jak i NA KOŃCU, twórcy chcieli zrobić taką klamrę, puścić oczko oczywiście do tureckich widzów, i dać znać, że pani Gokdel jest autorką interesującą się duchowością. Żeby było ciekawiej, spojrzałam na jej zdjęcie i tak, faktycznie jest to pani o bardzo ładnej energii. Zresztą w ogóle, twórcy serialu lubią bawić się widzem, bo od początku podkreślają „ale to nie jest bajka”. I parę innych scen.

Oprócz tego, że to jest niezły akcyjniak z elementami fantastycznymi, duchowymi, to mamy jeszcze ścieżkę dźwiękową. Ta jest moim zdaniem na bardzo wysokim poziomie, można sobie jej posłuchać choćby i tu: https://www.youtube.com/watch?v=JNJj4r3ytbQ (tam myślałam, że mi się wyświetli playlista xD).

Ogólnie serial miał sporo szczęścia – bo ostatni sezon zjawił się tuż przed plandemią. Planowano cztery sezony i moim zdaniem tak powinno pozostać, bo zakończenie jest zakończeniowe. Tak czy inaczej, opowieść bardzo mnie wciągnęła i czuję się rozgoryczona faktem, że nie mogę przeczytać książki. Jeśli chcecie zobaczyć fantastykę z widoczną duchowością, to „The Protector” to idealny pomysł. Jest na Netflixie.

Źródła:

1) https://www.dailysabah.com/…/the-novel-that-inspired… – zdjęcie autorki,

2) https://www.amazon.com/Kara-Kalem-N-Ipek-G…/dp/6050951357 – zdjęcie okładki powieści,

3) https://northamericaten.com/the-protector-author-interview/ – wywiad z autorką,

Matrix: Zmartwychstania [recenzja]

Dlaczego Keanu Reeves wziął udział w filmie, który według większości jest szajsem? Wszak wybiera starannie role, a odmówił dawno temu udziału w „Speed 2”, bo mu się scenariusz nie spodobał.

Pewnie miał wiele powodów, ale jednym z nich jest to, że „Matrix: Zmartwychwstania” (będę mówiła na to M4 xD) to przyzwoity film science fiction. Naprawdę, twórcy tego obrazu nie mają się czego wstydzić. Jest tu wszystko: i akcja, i filozofia, i technika, i efekty specjalne, i muzyka. I szczerze mówiąc sądzę, że dwie grupy odbiorców będą/miały największą uciechę z tej części serii. Są to osoby, które nie widziały trylogii (podobno takie rodzynki istnieją) i osoby, które siedzą w światku duchowym.

Zacznijmy jednak od początku. Pierwsze trzydzieści minut tego Matrixa to autokomentarz. Jest to świetny zabieg narratorski, ponieważ: a) film jest samoświadomy, b) i przez to wie doskonale, czym chce być. W trakcie oglądania okazuje się, że filozoficzne pytanie, czy Anderson zwariował, czy nie, schodzi ze sceny. I to bardzo dobry ruch, ponieważ M4 nie chce być dramatem psychologicznym. To znaczy, może psychologicznym nie chce, ale opowieścią filozoficzną jednak chce. Padają różne bardzo ciekawe stwierdzenia i patrząc po komentarzach wiele osób odniosło wrażenie, że to dyrdymały, ale… ja się z tym nie zgadzam. Co prawda można by wyciąć kilka minut pogaduch, JEDNAK patrząc na dzisiejsze tempo większości filmów i seriali, jest to tempo typowe dla naszych czasów XD. Ponadto doszłam do wniosku, że film jest niezrozumiany. Kompletnie!

Minęło jakieś 21 lat od jedynki, a ludziom wydaje się, że go zrozumieli. Cały ten matrix to świetny komentarz do mediów społecznościowych i w ogóle alegoria, i tak dalej. Jednak osoby siedzące w ezo – a przynajmniej jakaś ich grupa – zdają sobie sprawę, że jest to pewnego rodzaju dokument. I ten dokument wychodzi z mroczniejszych tonów w bardziej optymistyczne, w tony, które dają nadzieję i w tony, które pokazują czarno na białym pewne elementy. Podpowiedź: przyjrzyjcie się tzw. botom w filmie.

Akcja – czyli pojedynki – jest naprawdę nieźle rozgrywana, trzyma w napięciu i w zasadzie muzyka doskonale ją uzupełnia. W ogóle muzyka w tym filmie jest bardzo dobra, zdecydowanie buduje atmosferę i jest jednym z jaśniejszych punktów.

Niektórzy jeszcze narzekają na to, że jest to jakaś tam historyjka o miłości. Tylko że… to nie przeszkadza. Przecież miłość to naturalny element życia, więc o co chodzi? Nie, Neo nie chodzi otumaniony przez miłość i nie ględzi przez 34 minuty jak w telenoweli o tym, że Trynity jest gdzieś tam i on tęskni. Neo zachowuje się jak mężczyzna, postanowił ocalić swoją ukochaną. Czekaj, czy to spojler? Ale przecież w dwójce i trójce motyw miłości tej dwójki jest i chyba nikomu to nie przeszkadzało, więc o co chodzi? Co? Ach, tak – zapomniałam: gdy oglądałam M2 i M3, to spałam. Dosłownie zasnęłam i do dziś nie pamiętam, o czym były te części, ale chyba je obejrzę. Czwórka zdecydowanie zrobiła im reklamę.

I teraz tak.

Film jako film bardzo się broni. Jednak rozumiem rozczarowanie fanów serii, bo M4 ma zupełnie inny klimat, na szczęście nie tęczowy. Tak, transwetytka (?) popełniła film, który w żaden sposób nie promuje LGBT. To jest dopiero zhakowanie systemu!

Podsumowując, jeśli liczysz na przyjemny – bo to nie jest wybitne kino – seans, to jak najbardziej. Nawet myślę, że to dobra fantastyka na randce.

Emancypacja kobiet z Żydami, czyli dlaczego tak późno sięgnęłam po „Wspaniałą panią Maisel”

Kto mnie zna, ten po samym tytule tego wpisu już wie, dlaczego „Wspaniała pani Maisel” mnie nie pociągała. To historia o amerykańskich Żydach, a co w tym fajnego? Nie mniej, serial od samego początku zbierał bardzo dobre recenzje, a ja potrzebowałam na jesienną chandrę czegoś lekkiego i inteligentnego. Dostałam to.

Do brzegu. Miriam/Midge Maisel (Rachel Brosnahan) jest typową kurą domową – wszystko by robiła dla swojego męża, dlatego jeździ z nim na jego zabawne stand-upy do jakiegoś klubu, gdzie daje występy. I robi notatki, które mają wspomóc Joela (Michael Zegen). Tyle tylko, że coś idzie nie tak. Midge nagle się dowiaduje, że mąż ją zdradzał i nieoczekiwanie sama zaczyna występować jako komiczka. Trochę trwa, nim się do tego całkiem przekonuje, ale jednak wszystko wskazuje na to, że to dobra droga. I w ten sposób zaczynamy śledzić rozwój jej kariery.

To tyle, jeśli chodzi o wiedzę bezspojlerową. Postaram się ich nie dawać za bardzo, bo serial mimo akcentów żydowskich jest wart obejrzenia. A może właśnie przez te akcenty taki jest.

Bo widzicie – tu społeczność żydowska została przedstawiona jako najzwyklejsza, normalna społeczność religijna. Tyle że zamiast Bożego Narodzenia mamy Bar Micwę, czy jak jej tam, a zamiast chrzcin mamy obrzezanie. Twórcom jednak udało się zrobić coś, co sprawia, że wszyscy goje nie uciekają od serialu z krzykiem „ale buraki”. To się nazywa humor. Tak, „Wspaniała pani Maisel” zdaje się nie mieć żadnych świętości i wbija drobne szpileczki wszystkim, co się napatoczy – i widać tę ironię wobec społeczeństwa żydowskiego. To jest fajne o tyle, że ten humor jest bezpieczny i pasuje do komediodramatu, jakim jest serial. Niektóre teksty – a mówię ogólnie, a nie w kontekście społeczności – są takie, że wbijają w fotel i musisz zatrzymać odcinek, bo prześmiejesz parę dodatkowych jego minut. Dla mnie czystym złotem jest komentarz na temat wyzwolonej kobiety, która nagle musi zacząć pracować, bo nie udźwignie.

Nie jest to serial jakiś bardzo odważny w swej wymowie – bo akcja dotyczy przełomu lat 50/60 i opowiada o zmieniającej się mentalności społeczeństwa. Nie trzeba odwagi do komentowania historycznego, jednak nawet te drobne szpilki, uwagi dotyczące wyzwolenia kobiecości dają do myślenia. Bo wiecie, tu mamy historię bardzo feministyczną i serial nie udaje, że chce być czymś innym, niż jest. Właściwie, to o to w nim chodzi: by widz zobaczył, jak kobiety zaczęły osiągać to, co przez lata było tylko dla nich marzeniem. Oczywiście, że to nie jest łatwe, zwłaszcza, że – my tak naprawdę wciąż nie osiągnęliśmy prawdziwego wyzwolenia kobiet w show-biznesie, ale może o tym dalej.

Midge najpierw jest kurą domową i ma rodziców według tradycyjnego modelu: ojciec pracuje, matka nie. I w momencie, kiedy bohaterka stwierdza, że musi zarabiać, nagle atmosfera się zmienia… a jej matka rozmawia o tym z Joelem: „ona musiała iść do pracy!”. Taki wyrzut. I wtedy do mnie dotarło, że serial nie chce tłamsić mężczyzn – po prostu serial pokazuje, jak to wszystko się zmieniało. Bo właściwie Joel wydaje się nieco bardziej zagubiony od swego rodzica – prowadzącego firmę typowo po żydowsku – nie mniej stara się osiągnąć ideał, by samostanowić o sobie. I to jest miłe, że mamy w tym feministycznym obrazie… czysto feministyczny obraz, bo ci mężczyźni nie są słabi – gubią się trochę, ale człowiek nie jest z metalu, ma prawo się pogubić.

W życiu Midge Joel to jednak nie jedyny mężczyzna. Lenny Bruce (Luke Kirby) od samego początku towarzyszy naszej pannie Maisel i… to chyba trzeba zobaczyć, a jak nie chcecie, to kolejny akapit jest spojlerem czwartego sezonu, bo to złoto.

Lenny jako komik pozwala sobie na za wiele – i w kontekście amerykańskiej „wolności słowa” brzmi to dziwnie, ale przez swoje występy wielokrotnie zostaje aresztowany. A ponieważ Midge również potrafi rzucić paroma niepoprawnymi politycznie tekstami, to siłą rzeczy ta para ma wspólne przejścia i zostaje między nimi wytworzona chemia. Jednak właśnie: im dalej w odcinki, tym obraz Lenny’ego jest mniej idealistyczny. Właściwie widzowi ten obraz rozsypuje się w momencie, kiedy zostaje on odnaleziony na ulicy przez Midge i nie jest on w zbyt świeżej formie. A po tym zachowuje się jak kretyn – dosłownie. To był dobry zabieg, który prowadzi nas do ostatniego odcinka czwartego sezonu.
W sezonie czwartym widzimy Maisel, która właśnie dostała ostro po dupie, bo ją zwolniono z bardzo znaczącej dla kariery trasy. Midge stwierdza, że będzie mówić, co chce i gdzie chce, ale właśnie: jest kobietą. A to początek lat 60′, dzieci kwiaty w USA się jeszcze nie rozmnożyły, więc Miriam musi sobie radzić inaczej.
I teraz czas na mega spojler. Bo gdy zaczęłam czwarty sezon myślałam, że twórcy nam pokażą typowe dążenie do celu, ciężką pracę Midge nad niepoprawnymi politycznie stand-upami. Tymczasem otrzymaliśmy nadal zabawną historię, jednak taką… gdzie Miriam nic nie robi, tylko czeka na zbawienie. I do ostatniego odcinka myślałam, że to jest wada tego sezonu, ale to właśnie była jego zaleta. dlatego po pierwsze, że pokazali nam typowe artystyczne „kurwa, poparzyłem się, boję się ruszyć dalej”, a po drugie dlatego, że to, jak się ostatecznie zachował Lenny w ostatnich scenach, to czyste złoto. I to w kontekście męskości, jak i morału dla artysty. I wydawało się, że na tym twórcy mogliby zakończyć odcinek, ale pozostało kilka minut i postanowili zrobić bardzo symboliczną scenę. Scenę, który każdy rozwojowiec zrozumie.

No, teraz pytanie, czy nie wciśnięto nam na za dużo znaczących scen, jednej po drugiej. Doszłam do wniosku, że nie – lepiej za dużo, niż żeby odbiorca czuł gruby niedosyt. Tak czy inaczej, czekam na 5 sezon „Wspaniałej pani Maisel”, ale w kontekście serialu chciałabym na koniec powiedzieć parę słów o castingu i reżyserii.

Tak, ten pan po prawej to Monk, znaczy Tony Shalboub, który zdecydował się zagrać ojca Maisel. Ale mnie chodzi o charakteryzację tej pani pośrodku, czyli matki bohaterki. Otóż, Marin Hinkle (gra Rose) została ucharakteryzowana jako typowa Żydówka. Taka stereotypowa paniusia z dobrego domu. Wszystko ma, na innych patrzy z góry i nawet tak wygląda. No nie dało się nie oglądać scen z nią bez myśli „wygląda jak Żydówka”. I właśnie tak sobie pogrywa serial z tematem żydowskości: z jednej strony mamy to, co wszyscy lubimy, czyli archetypy, a z drugiej, no już nie do końca, musimy dać coś, dzięki czemu widz zacznie zadawać pytania. Pytania o świat.

No i na koniec wisienka na torcie, czyli reżyseria. W tej historii kamera bardzo często jest w ruchu wtedy, kiedy bohaterowie gdzieś idą, albo stoją w kawiarni. Podoba mi się ten trik, jednak jest jeszcze jeden ciekawy. Tym razem kamera stoi w miejscu, za to pokazuje nam dom – czy inne miejsce – które się rusza. To plan jest w ruchu, to postacie są w ruchu i wbrew pozorom daje to bardzo dużo dynamizmu do scen.

A, byłabym zapomniała – muzyka to jeden z ważniejszych atutów „Wspaniałej pani Maisel”, więc po prostu daję linka do soundtracku.