Kategorie
świadomość

[ŚWIADOMOŚĆ] Trzy sposoby na choroby

Jeśli tytuł wydaje się clickbaitem, to muszę Cię wyprowadzić z błędu. W tym tekście przedstawię trzy sposoby na choroby, które stosuję. I które – o dziwo – są znane od zamierzchłych czasów. Zapraszam!

https://unsplash.com/photos/6SNbWyFwuhk

Było kiedyś takie piękne powiedzenie: lecz przyczynę, a nie skutek. Co z tego zrobiła medycyna konwencjonalna i farmakologia, każdy widzi. Na szczęście z pomocą przychodzi medycyna alternatywna, w której to jest dużo bałaganu, bo wszystko się ze sobą miesza, jest bardzo dużo różnych teorii i punktów widzenia. Jednak jedną z najskuteczniejszych alternatyw jest biologika, siostra totalnej biologii. Ja co prawda zaczęłam od tej ostatniej, lecz w pewnym momencie poczułam, że to manowce. Przyczyna prozaiczna: nieustający maraton mówienia ciała i poszukiwanie przyczyn w głębi siebie. Wydawało się to niekończącą historią, szczególnie, że fora od TB są trochę… nie, nie specyficzne. „Uderzyłam się w lewy palec, co to oznacza?” – a no, nic nie oznacza, bo zarówno TB, jak i biologika leczą choroby, a nie wypadki. O tym się w tym środowisku niestety zapomina, a ja Wam zapominam napisać, z czym to się je.

Otóż, każda przypadłość to skutek tego, co dzieje się wewnątrz nas. Przykładowo – problemy z bólem gardła to „czego nie możesz powiedzieć”. Albo haluksy – problemy ja-rodzic, relacja. I tak dalej. Gdy już sobie uświadomisz przyczynę choroby, to ona mija. Dlatego znamy przypadki, kiedy osoba, która uświadomiła sobie gniew na mężczyzn i go przerobiła nagle wyzdrowiała z raka. Bo świadomość uzdrawia. Oczywiście, są i znacznie bardziej skomplikowane przykłady. Na przykład: otyłość i dziąsła. W obu przypadkach podejście powinno być bardzo indywidualne, bo powody takie są. I gdy już wiesz, co się do tego przyczyniło… no właśnie, trzeba wyjść z danej sytuacji, by to całkowicie uleczyć :). Czasem niestety – jak w przypadku dziąseł – sprawa jest tak skomplikowana jak sznur gordyjski i wtedy posłużyć mogą inne metody…

https://images.unsplash.com/photo-1528715471579-d1bcf0ba5e83?ixid=MnwxMjA3fDB8MHxwaG90by1wYWdlfHx8fGVufDB8fHx8&ixlib=rb-1.2.1&auto=format&fit=crop&w=770&q=80

No i właśnie, przykład dziąseł jest doskonały, by przedstawić inny sposób na bóle. Jak wiemy z nauki, ciało gromadzi stresy i różne takie emocje, w związku z tym się spina i często gęsto prowadzi to do różnych przypadłości i bólów. Dlatego starożytna chińska metoda masażu miejsca związanego z bólem działa. Co prawda tymczasowo, ale jednak wprawa i wiedza o punktach wrażliwych, łączących wszystkie nerwy to szansa na przynajmniej spokojny wieczór. Ale, ja nie o tym. Ja o medytacji. Haha, zdziwieni? Nie? To dobrze. Osobiście praktykuję pranajamę. Nie jestem wybitnie w tym zaawansowana, ale z grubsza chodzi o świadomy oddech. Przy regularnej praktyce, prawidłowym oddychaniu jest spora szansa, że te bóle, które nagromadziliśmy w ciele zaczną się wreszcie uwalniać i odchodzić. Tak więc, w przypadku dziąseł można powiedzieć: bye, bye! Jest to fajna praktyka, bo pozwala pozbyć się problemu bez wchodzenia w wiedzę, co skłoniło nasze ciało do takiej a siakiej reakcji. Może to trochę potrwać, jednak samo w sobie świadome oddychanie daje mnóstwo różnych korzyści.

https://images.unsplash.com/photo-1499810631641-541e76d678a2?ixid=MnwxMjA3fDB8MHxwaG90by1wYWdlfHx8fGVufDB8fHx8&ixlib=rb-1.2.1&auto=format&fit=crop&w=750&q=80

No, a teraz przechodzimy do najprostszego i zarazem najszybszego sposobu, który… jest najtrudniejszy. Wszystko przez umysł, co to nie chce uwierzyć w wyrąbistą prawdę: żyjemy w hologramie. Książki, na które patrzysz nie istnieją. Słońce na które patrzysz nie istnieje. Ba, nawet ciało nie istnieje, bo też należy do hologramu. A skoro tak, to i ból nie istnieje. Uświadom to sobie, że ból i choroba to czysta fikcja filmowa. Tego nie ma. I nie, nie zasypię Cię formułkami w stylu „bo jesteś boską istotą i bla bla”. Po prostu – świadomość życia w hologramie zmienia bardzo wiele. I podam przykład. Ostatnio coś w nodze zaczęło mi się robić. Medycyna konwencjonalna: AAAA!!!!1 BADANIA TO NA PEWNO JAKIŚ ZATOR BLA BLA BLAAA!!111111, ja: to iluzja. Efekt? Efekt taki, że tego nie ma. Wszystko wróciło do stanu zdrowia. Zatem nie muszę się przejmować głosem medycyny konwencjonalnej, bo i po co, skoro żyję w hologramie, a ból nie istnieje… hehe, jak Ci się czyta ten tekst? Średnio? A widzisz, wystarczy 1 zdanie: „to fikcja” i – co też bardzo często robię – podziękowania (dotyczące danej iluzji) idące do świadomości, podświadomości i nadświadomości. To naprawdę wystarcza. I mogę o tym zaświadczyć swoim samopoczuciem, bo dziś odczuwam, że moje dziąsła są w całkowitym porządku, a ja bez stresu i spięcia mogę się skupić na tworzeniu tego tekstu :).

Jeśli tekst Ci się spodobał i chciałbyś/łabyś się odwdzięczyć – możesz to zrobić tu. Dziękuję 🙂

Kategorie
film recenzje

[RECENZJA] Sailor Moon Eternal

Prawdopodobnie nie jest to najbardziej obiektywna recenzja tego filmu. Prawdopodobnie też nie będzie to najbardziej polska recenzja. Wszystko dlatego, że w tym przypadku trudno o brak refleksji o czasie i mentalności człowieka.

Zacznijmy od dość prozaicznej rzeczy, jaką jest logika Netflixa. Potrafią wrzucić piąty sezon serialu, ale usunąć z niego dwa pierwsze. W przypadku „Sailor Moon Eternal” mamy do czynienia właśnie z podobną sytuacją. Mamy tu fabularnie przedfinałowego bossa, a ich było z kilka. I dlatego osoba, która nie zna serii może poczuć się z lekka zagubiona, chcąc ogarnąć Sailorkę. No bo co do licha stało się na księżycu i kim u diabła jest ten różowy pot… znaczy, Chibiusa?! Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie Polak ma dwie opcje. Pierwsza: sięgnąć po nielegalne źródła, bo innych nie ma. Druga: kupić (ewentualnie pożyczyć) mangę od JPF. I jedna i druga opcja będzie ok, bo „Eternal” to ekranizacja mangi. Podobnie jak cała seria wydawana od 2014 roku.

Zaraz, zaraz, a co z latami 90′?!

Ano, nic – to były złote czasy anime. Znaczy się… jakościowo. Choć teraz mamy efekty komputerowe i różne dobra rozwiniętej cywilizacji, stare pierniki mojego pokroju nie mogą się oprzeć, że „kiedyś było lepiej”. Tęsknimy do ręcznie rysowanej animacji. Tęskni się też do rzeczy znanych z dzieciństwa. Nie mówiąc już o tym, że tzw. seria Sailor Moon Classic, czyli to, co powstało w latach 90′, była tworzona z serca i nie bez powodu podbiła świat. Te openingi, dramaty, rozbudowane charaktery, muzyka, przy wielu scenach nic, tylko się wzruszać. I tak, wtedy była widoczna krew i przemoc bardziej, niż w obecnych produkcjach. Oraz wydawało mi się, że postacie NIE MAJĄ downa. Teraz mi pioruńsko ciężko oglądać anime właśnie przez to, że mi się wydaje, że z tymi wielkimi oczami jest coś nie tak.

Tyle że seria z lat 90′ to prawie jeden wielki filler. ALE ZA TO JAKI! „Bleach” do pięt pod tym względem nie dorównuje Sailorce. I może fabularnie „Sailor Moon” to nie „Gra o Tron”, a jednak, z przyjemnością oglądało się parodiowanie wszystkiego przez tzw. demony wysyłane przez bossów. Te wątki psychologiczne były ciekawe i prawdziwe.

Problem polega na tym, że takie potraktowanie serii nie spodobało się Naoko Takeuchi. Może to być zrozumiałe, bo pewnie dużo pracy i serca włożyła w Sailorkę. Dlatego, gdy buchnęła wieść, że Toei z okazji 25-lecia serii zrobi nową wersję, tym razem opartą tylko i wyłącznie na mandze, wszyscy najpierw się podniecili, a potem… po polsku zaczęło się narzekanie.

Sailor Moon Crystal

Miałam mieszane uczucie co do Crystala, ale najbardziej się wkurzyłam, kiedy okazało się, że każdy nowy boss to nowa koncepcja postaci. OK – w serii „Classic” też bohaterom się zmieniał design, jednak nie był on chaotyczny, raczej zmiany były kosmetyczne, po to, by animacja wyglądała dobrze w nowych technologiach. W „Crystalu” mamy jednak coś dziwnego – ma się wrażenie, że Toei kompletnie nie ma pomysłu na serię. „Kurde, fanom nie podoba się ten mrok, to może trochę pójdziemy w dziecięce twarze?”, „Ej, chyba dodaliśmy za dużo CGI”, a w ogóle to „ojej, ale błędy w sylwetkach, weźcie to poprawcie, by fani na DVD mieli coś dobrego, a nie chałturę”. I mogłabym tak dalej, ale myślę, że już wiecie, o co chodzi.

Sytuacji nie poprawiła wieść, że zamiast serialu będą filmy.

Bo skończyli na trzecim bossie, więc kontynuacja serii w postaci filmów… trochę ni z gruchy, ni z pietruchy, prawda? Okazało się jednak, że w kinie animacja musi wyglądać dobrze, przyzwoicie. To czego oczekiwali po Toei fani w końcu się ziściło.

A, nie, czekaj.

W Polsce: „ale po co odmłodzili bohaterki”, „przecież to czysta seksualizacja”, „wyglądają jak dzieci i teraz zboki będą fapać”.

Oczywiście, dla niektórych przemiany są zbyt powolne – choć niewiele poza jakością grafiki w stosunku do serii Classic z lat 90′ zostało zmienione – a poza tym jeszcze parę rzeczy do poprawy.

Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy to ja nie potrafię prawidłowo ocenić „Sailor Moon Eternal”, czy to po prostu naczelna cecha Polaka – narzekanie – objawiła się nagle w narodzie?

Sailor Moon Eternal

„Sailor Moon Eternal” jest na podstawie mangi. W związku z tym dla mnie kompletnie niezrozumiałe jest narzekanie na fabułę. Bo, moi drodzy,

TAKA JEST MANGA.

Film (podzielony na 2 części po 81 minut) zawiera oczywiście drobne zmiany kosmetyczne, jednak w 99% to jest kadr w kadr z mangi. Może przesadziłam, ale zadbano np. o to, by Rei miała fryzurę jak z komiksu, by dziewczyny miały stroje jak z komiksu, by wreszcie było dobrze widoczne to, że Chibiusa to dorastająca już dziewczyna, a nie głupi różof… znaczy, no, pyskata małolata. W sumie w mandze mamy jedno stwierdzenie „ale mam wrażenie, że Chibiusa stoi między nami” i tam trochę pogadali ze 2-3 okienka, a w filmie jednak jest to znacznie bardziej rozbudowane. I dobrze, że zostało to pokazane od strony różowej Sailorki, bo jest to ciekawsze może, a przynajmniej – hehe – mniej mroczniejsze.

No i powiedzmy sobie szczerze – ten epizod, podobnie jak każdy inny (z wyjątkiem jednotomówki o kotach) to ok. trzech tomów. A manga ma to do siebie, że akcja musi być błyskawiczna, tam nie ma prawie czasu na pogaduszki i rozkminy w stylu „czy książę na białym koniu się zjawi?”. Tu trzeba się przemienić, rozwalić wroga i iść dalej, ale Polacy oczywiście narzekają, że akcja za szybko, że mogliby zwolnić tempa, a w ogóle to „ja muszę czytać dzieciom napisy, bo mają siedem lat, a Netflix nie dał lektora”. I gównoburza gotowa – ale jak to chcesz lektora, ale przecież dubbing to zuo, a w ogóle powinni dawać tylko napisy do animców, ale ci otaku są źli, bo chcą tylko napisy, co za…

I ja mogłabym sobie ponarzekać. Wszak zawsze można lepiej. Tylko nie wiem, czy jest sens. Po pierwsze dlatego, że dzisiejsze anime OGÓLNIE mają tę nieszczęsną cechę, że są przegadane. Po drugie dlatego, że jestem starym piernikiem, a ta produkcja jest przeznaczona dla dzieci. I można napisać, że przecież Classic też było dla dzieci i wszyscy się dobrze na tym bawili. No można, tylko wiecie – TEN epizod jest trochę inny od reszty. Jest taki… pro-dziecięcy. Zresztą, dali radę tak naprawdę, a to że nie było humoru, to ekhem… ja się przyzwyczaiłam do tego w Crystalu, a wciąż nie można zapominać, że tak – w mandze mało było humorystycznych gagów. Więc w zasadzie, pokolenie się zmieniło, odbiór jest inny, czego innego wymaga.

I po trzecie wreszcie – TAK, JA CHCĘ MIEĆ WSZYSTKO SAILORKOWE NA NETFLIXIE. Classic, Crystal, filmy, wszystko. Bo już w tej chwili mam syndrom fana Sailorek i po prostu lubię sobie wracać do scen z „Eternala”. A jako że Netflix patrzy, co się sprzedaje, co jest popularne i tak dalej – chciałabym, żeby dalej ładował w tę serię pieniądze. By finał był taki, na jaki Sailorka zasługuje, a nie to coś, co było w Classicu (kto widział, ten wie), i co dziwnie wychodziło w Crystalu. Szczególnie, że pod względem duchowym zawarto tam wiele mądrości.

W związku z tym nie wiem, czy narzekanie na coś, co i tak się dobrze wizualnie oglądało, ma sens. Może i ma, ale mam takie dziwne wrażenie, że naprawdę włączył się fanom tryb „a to złe, a to nie dobre, a w ogóle to rozpacz”. Nie umiem tego do końca określić, bo ja szczerze mówiąc po seansie… byłam zadowolona. Ale tak NAPRAWDĘ zadowolona.

A czy Wy chcecie oglądać „Eternal”? A może już widzieliście? Dajcie znać!

Kategorie
świadomość

[ŚWIADOMOŚĆ] Wszechświat się naprawdę starał

Czasem wolno myślę. To powoduje, że oczywistości czekają na odkrycie nie kilka dni, a kilka lat. Albo potrafię zmarnować cały dzień na płacze i jęki, po czym stwierdzam: „pomedytuję!”. A po wszystkim: szkoda, że nie zrobiłam tego rano XD.

Wszystkie te problemy nie zmieniły tego, że wczoraj wszechświat się naprawdę postarał. Miał powód – lubi mnie uśmiechniętą i miło, jak osoba cieszy się, bo ma urodziny.

– 33 lata, piękny wiek – usłyszałam od kasjerki. – Będzie pięknie.
Odpowiedź roku: „wyjdzie w praniu”.

Dodatkowa stówka „na radość”, która pokazała mi się na koncie sprawiła, że z początku chciałam oszczędzać, a na końcu chciałam nie zbankrutować. Bo oczywiście udałam się do księgarni internetowych, gdzie kupiłam tomiszcza z fantasy. I sądzę, że jak wreszcie książki znajdą się w moich rękach, to będzie mega radocha.

Życzenia na tablicy były miłe i sprawiły mi przyjemność. Może nie było tego milion, ale jednak takie akcenty potrafią zmienić nastrój. Chociaż na chwilę.

Nawet wydawnictwo ogarnęło, by wysłać mi trochę wcześniej zamówione w połowie maja książki (bo premiera ich miała być 2 czerwca), dzięki czemu mogłam je odebrać w Dzień Dziecka.

Ale przez cały dzień czułam się fatalnie.

Wróciłam ze sklepu – w płacz. Ktośtam cośtam – w płacz. Oczywiście nikt w kamerki, ale nie spodziewałam się, że będzie inaczej. Bo u mnie zawsze jest to poczucie samotności rodem z życia siedemdziesięciolatki. Ktoś coś powie – w płacz.

I taki maratonik całodniowy.

I kiedy w końcu jako tako się ogarnęłam, stwierdziłam, że idę medytować nad swoimi życiowymi problemami babci. Pomyślałam, że samotność to iluzja. Wbrew pozorom, to bardzo piękna myśl, a w momencie, gdy tak stwierdziłam, to zadzwonił telefon xD.

Jak wreszcie sobie pomedytowałam, to nagle zachciało mi się żyć. Ha – kupię w końcu ten statyw do aparatu fotograficznego, bym mogła nagrywać filmiki o Gorzowie. Ha, życie jest piękne, więc w sumie może i straciłam jeden dzień, ale przecież w czwartek jest wolne i mogę sobie nadrobić radość, której nie miałam we wtorek. Wszystko ładnie i pięknie, tyle że na zegarku była 23:30.

A dziś rano kupiłam wyrąbisty szampon w kostce za jedyne 45 złotych. Serio, naturalny skład i taka forma robi swoje, bardzo długo trzyma. A jak sobie pomyślałam, że w Yves Rocher dokładnie za ten sam koszt dostanę wątpliwej jakości produkt, to mi nawet ulżyło.

I co z tym statywem, w końcu po angielskim miałam jechać na miasto i go kupić? Ano, nic – pojawił się strach o pieniądze.

Doskonale.

I’m genius.

Jestem zgorzkniała i nieszczęśliwa? Nie doceniam życia? Zachowuję się jak stetryczała babcia?

W poniedziałek przyszło, bym znalazła archetyp młodości. Ba, nawet wiedziałam, jak cały proces powinien wyglądać.

No to sobie medytuję wczoraj.

– Nie jesteś jeszcze na to gotowa – powiedziała Królowa. – Procesuj.

Czekaj, chwila, nie jestem gotowa na co? Aaa, na życie nie jestem gotowa, bo wewnętrzna Pani Babcia przejęła nade mną kontrolę. Teraz trzeba ją przetransformować. Dokładnie tak poczułam – tu nie trzeba szukania czegoś archetypowego, tylko potrzeba mi transformacji. I jest to logiczne, biorąc pod uwagę, że nie wolno spychać emocji czy przekonań na sam dół, bo to się skończy bardzo źle. Trzeba się do nich dokopać i je pokochać.

Miłość i wdzięczność transformuje.

W poniedziałek zastanawiałam się, czemu uzdrawianie moich kochanych dziąseł idzie mi powoli. Odpowiedź prosta: nie robię tego z serca, tylko z umysłu. A umysł wciąż jeszcze ma wątpliwości.

I to pomimo dowodów, bo odkąd zaczęłam stosować Proces na to naprawdę czuję zmiany w swoim fizycznym stanie.

Te słowa wdzięczności za cokolwiek, które są podane w Procesie są magiczne. Od razu wprawiają mnie w dobry nastrój.

I rzeczywiście, jeśli mam w głowie program w stylu: strach o pieniądze, samotność i więzienie, to trudno, bym wzięła się za życie. Mogę spróbować, ale z takimi programami może się to różnie i niekoniecznie wesoło skończyć.

Dlatego potrzebna jest transformacja.

Której mogę dokonać ja.

Haha.

Jeśli oczywiście chcę.

Bo Proces to nie tylko magiczna formułka. To wdzięczność i uświadomienie sobie brutalnej prawdy – WSZYSTKO JEST ILUZJĄ. Ten komputer, ten wpis, totalnie wszystko, nawet słońce i światełko z niego płynące.

Informacje o Procesie TUTAJ.
Szampon w kostce możesz kupić TUTAJ.

I wiecie, co? Jeśli Wam się spodobał ten wpis, to możecie wesprzeć moją osobę TUTAJ. Dziękuję :).

Kategorie
świadomość

[ŚWIADOMOŚĆ] Koszyk pełen iluzji

Nieważne, co wiemy. Ważne jest to, czego jesteśmy świadomi. To stara prawda, którą pokażę Ci na przykładzie. Kilka lat temu przyszła do mnie wiadomość: samoocena to iluzja. Problem polegał na tym, że nie byłam wówczas w stanie sobie tego uświadomić. I wstałam wczoraj, i powiedziałam sobie: kończymy tę dramę.

Stworzyłam tak wyrąbiste traumy, że w nie uwierzyłam. Stworzyłam takie przeżycia, które na w kij długo zakotwiczyły się w mojej świadomości, w mojej osobowości. Do tego stopnia dało mi się to wszystko we znaki, że zrobienie kroku dalej stało się ciężkie.

– Nie mówi się „ciężkie”, tylko „trudne” – powiedzą ci na studiach językoznawczych. Ale „trudne” nie ilustruje tak wspaniale, jak „ciężkie”. Bo mnie chodzi o ten krok. Krok, który jest ciężki, bo w iluzji wymaga on siły, determinacji, wiedzy i innych cudów. Na przykład psychologa, terapii.

Tak, ostatnio trochę słyszałam „idź na terapię”.

Ale madko, ja byłam na terapii 7 lat temu. I co? I pstro. Nawet dogłębna wiedza psychologiczna, wiele książek o samoocenie nie dały mi odpowiedzi na zajebiście ważne pytanie:

JAK POPRAWIĆ SAMOOCENĘ?

Mówią, żeby siebie chwalić. No spoko, ale przychodzi taki dzień, w którym absolutnie nie masz ochoty na wyrwanie się spod kołdry, bo wiesz, że wszystko jest z dupy właśnie.

Ale wszystko jest też iluzją.

Ponieważ temat mojej samooceny (która nie istnieje) powraca jak bumerang, stwierdziłam, że poszukam czegoś mądrego w mądrej filozofii, jaką jest transfering.

I co?

I trochę pstro, bo ten mówi po prostu, by skupić się na działaniach. A ja wiedziałam, że ta sprawa jest czymś innym, niż kwestią działania.

Wow.

To był tak zaawansowany obraz: BLOKADA. WIARA W NIĄ. PRZEKONANIA, KTÓRE TO WSZYSTKO WZMACNIAJĄ. TKWICIE W PODŚWIADOMOŚCI. Tak zajebiście to wszystko stworzyłam, że tak bardzo w to uwierzyłam!

Teraz pytanie za sto punktów:

jeśli potrafię stworzyć tak wyrąbiste iluzje, dlaczego mam negować swoje historie, swoje książki i wyzywać je od niedopracowanych, złych, wadliwych i do śmieci?

I wczoraj wstałam. I zmęczona już tą iluzją, zmęczona graniem w tę grę, zapytałam siebie… a co, jeśli te wszystkie trałmy wymyśliłam…

Haha.

Jak sobie uświadomisz pewną rzecz, to już Ci się nie chce opowiadać o iluzji. Rozmywa się, przestaje istnieć. Mówienie o tym, co było sprawia tylko, że znowu wchodzimy w tę grę. W grę, w której nie jesteś kierowcą.

Ja wiem – ten wpis może dla Ciebie brzmieć dziwnie i skomplikowanie. Ale dziękuję Ci, że go przeczytałeś/aś. Podziękuj też Sobie, że jesteś tak wspaniałym Twórcą, że go stworzyłeś/aś. Podziękuj tej wyrąbistej iluzji, za to, że uwierzyłeś/aś, że ten wpis jest. Podziękuj swojemu wewnętrznemu Bogu za stworzenie tego.

I – jeśli Ci się spodobał – to możesz wesprzeć moją działalność kulturalną, co by na tym blogu i YT było wincyj recenzji wyrąbistych rzeczy ^_^. Dziękuję!

PS.: Wpis ten dedykuję Asi. Bez niej nie byłoby go. Dziękuję, kochana ;*

Kategorie
recenzje

[RECENZJA] Towarzyszka Kim w przestworzach

Od razu informacja: to nie jest recenzja propagandowa. W ogóle niewiele zwracałam uwagi na politykę, zresztą – trudno to robić w filmie, który nie skupia się specjalnie na Kimach, a bardziej na przeciętnej mieszkance Korei Północnej.

https://fwcdn.pl/fpo/22/91/672291/7861714.3.jpg

Choć oczywiście, sekwencje widoczków na Pjongjang mogą sugerować, że bohaterka przyjeżdża do raju. W końcu jest taka szczęśliwa i zachwycona. Z drugiej strony – jakby Kowalska z kompletnej dziury pierwszy raz wyrwała się do Gorzowa czy innego Poznania, to też mogłaby wpaść w zachwyt. I to tylko dlatego, że widzi świat.

Wszyscy bohaterowie wydają się słodcy – bo robią takie rzeczy. Wspierają Young Mię i te ich reakcje bardzo mi się spodobały, bo to było takie… no, słodkie.

Jednocześnie prawda jest taka, że większość mieszkańców Północy nie może sobie pozwolić na tak obfite posiłki, jakie zaserwowano w filmie. A oczywiście stwierdzenie „wykonałaś 120% normy!” to też jest pewnego rodzaju wytrych w ramach jakiegoś normalnego funkcjonowania w nienormalnym państwie.

Więcej szczegółów w poniższej recenzji :).

Jeśli Ci się spodobał ten materiał, możesz go wesprzeć w tym miejscu. Z góry bardzo dziękuję!

PS.: Dziękuję za wpłatę Kat Skulik, dzięki czemu mogę obejrzeć filmy w ramach Pięciu Smaków. 🙂

Kategorie
świadomość

[ŚWIADOMOŚĆ] Rozmowa z Królową

Była piękna i taka ludzka. Przyszła do mnie bez żadnych oporów i parę słów później energia we mnie się zmieniła. Tak działa wewnętrzna rozmowa z sobą.

Photo by Jared Subia on Unsplash

– Po prostu działaj – przykazała Królowa. I jeszcze coś: – Zamiast się żalić w internetach, porozmawiaj ze mną.

I wiecie, co? Może ta rozmowa nie była jakoś wybitnie odkrywcza. Cały czas w rozwoju / psychologii / etc. słyszy się:

  • nie porównuj się,
  • jesteś niezwykła/y na swój sposób,
  • działaj.

Jednak w całym procesie chyba najbardziej chodzi o przywołanie energii Królowej. Ona po prostu wie, że wszystko, co robimy jest najlepsze takie, jak robimy. Na daną chwilę po prostu nie umieliśmy lepiej tego zrobić, chociaż wg krytyków brakuje pindyliona rzeczy.

Wewnętrzna sesja trwała jakiś kwadrans, a mam wrażenie, że zmieniło się spojrzenie na świat. Mózg przeprogramował się z trybu bycia ofiarą na bycie Królową.

To są oczywiście archetypy naszych cząstek. Tak jest nam łatwiej pracować z umysłem czy z energią. Czy nawet z sobą samym. Doskonale wie o tym psychologia, która zaleca odnaleźć w sobie Wewnętrzne Dziecko. Ale ono pojawia się na ogół wtedy, kiedy już bardzo, bardzo dawno temu mieliśmy kontakt ze sobą.

Więc jeśli masz jakiś wewnętrzny kryzys, to zastanów się sto razy, czy chcesz swoje żale wylewać w internety. One nigdy nie zapomną, ale to nie jest największy problem. Największy problem jest taki, że niekoniecznie to pomoże.

Szczerze mówiąc, ja dopiero od niedawna zdecydowałam się wchodzić w siebie i rozmawiać w Sercu. Najciekawsze jest to, że Serce już wcześniej ogarniałam, ale chyba mało świadomie. Wyglądało to trochę tak, jakbym zapomniała ze sobą być – pomimo tej całej otoczki duchowości.

Ale sobie przypomniałam.

Gdy skończyłam proces harmonizacji czakr, byłam już pewna: kolejne sesje a’la ezo są niepotrzebne. Oglądanie przeszłych wcieleń? A po co, skoro wiem, że byłam okrutna dla mężczyzn i koniec końców trafiłam do pewnego niemieckiego obozu? I tak ostatecznie w moim obecnym życiu ta wiedza nie na wiele się przyda. Ba – tworzy nawet pewnego rodzaju dyskomfort. Dlaczego? Otóż, obecnie media dmuchają o kryzysie psychicznym ludzi, że to niespotykane, a ja po sobie widzę, że w dołki dość często wpadam. A przecież żyje mi się dobrze, jeśli nie bardzo dobrze. Tak naprawdę nie mam wielu powodów, by być zdołowana. I jak sobie obecne czasy porównuję do czasów przedwojennych czy wojny, to…

Ale właśnie.

Porównywanie się to tryb ofiary.

Jak się wyrwać z tego zaklętego kręgu – kręgu bycia ofiarą i kręgu przerywania działań i wchodzenia w dołek?

Przywoływać energię Królowej. Ta zresztą powiedziała, że zawsze będzie mogła ze mną rozmawiać, kiedy tylko zechcę. Ona na mnie nie czeka, bo to w końcu Królowa xD, ale jest otwarta na dawanie porad.

To nie branie kolejnych sesji jest rozwiązaniem.

Rozwiązaniem jest wewnętrzna praca z sobą. Ona się oczywiście nie skończy, ale jeśli zapomni się o wchodzeniu w Serce, o wewnętrznych rozmowach, to mogą nas czekać niezłe psychiczne wałki.

🙂

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli czujesz, że coś Ci on dał – to możesz mnie wesprzeć w tym miejscu. Dziękuję <3.

Kategorie
recenzje

[RECENZJA] Truciciel, Bruno Siak

To chyba pierwsza recenzja powieści na stronie. Wprawdzie „Truciciel” ma formę audiobooka, ale słucha się to to wspaniale. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że autor – Bruno Siak i od razu mówię, że to pseudonim – czyta bardzo dobrze, lekko od czasu do czasu wchodząc w aktorstwo. Chodzi o szepty czy modulację głosu, by słuchacz mógł odróżniać, kto mówi.

Truciciel opowiada o pewnym Tomaszu, który truje. Proste? Proste, sytuacja, w której poznajemy głównego bohatera również taka jest. Tylko że to się zmienia, gdy poznaje Ewę. I wtedy ich życie diametralnie się zmienia, ale nie będę Wam spojlerowała.

Minusy: prawie nie ma. Znaczy, ciężko coś rozwalać, gdy jest dobre. Może w jednym przypadku byłoby zdanie tuż przed kulminacyjnym zwrotem akcji, ale tak? Tak zdarzają się zdania wręcz perełki.

Akcja sunie szybko, zresztą jak przystało na kryminał. W połowie może słuchacz się nieco rozleniwia, ale z drugiej strony ma to całkiem poważny cel, który zresztą autor osiągnął. I od razu przejdę do kwestii zakończenia: moim zdaniem pasuje doskonale. Właśnie takie, a nie inne.

Wydaje się również, że imiona głównych bohaterów są celowe, szczególnie Ewy. Zresztą, w utworze znajdzie się kilka nawiązań religijnych.

Całość jest przyjemna i polecam na spacerach.

No dobrze, gdzie możecie posłuchać „Truciciela”? A tu, na YT:

Kategorie
opka twórczość

[OPKA] Trele

Photo by Gauravdeep Singh Bansal on Unsplash

Niby każdy rozpozna ten dźwięk, bo jest charakterystyczny. Szybki i często przyjemny. Dzwoneczki. Nie, nie takie metalowe. Tak grają struny głosowe ptaków. Dźwięki wydawane przez nie mają w sobie coś lekkiego. Jakby muzyka była naturalna. Taka pieśń wydobywająca się z lasów. Wchodząca do miast. Mówiąca: „jestem”.

Te drżenia wiatru.

Ziemia zbiera radosne głosy latających istot.

Ona jak przez mgłę pamięta te trele. Za każdym razem, gdy coś futrzastego przelatywało nad nią miała w sobie te odbicia dźwięków.

Ale ich nie słyszała.

Czuła drgania.

Coś subtelnego przechodziło przez całe jej ciało. Takie muśnięcie lekkości.

I to wystarczało.

Bo dotyk jest równie piękny, co brzmienie.

Kategorie
świadomość

[ĆWICZENIE] Jak rozmawiać z myślami z zewnątrz

Myśli są z zewnątrz i z wewnątrz. Rozumiesz? Nie? Ja też nie, ale potrafię odróżnić, kiedy coś „przychodzi”, a kiedy bierze się z mojego serduszka. To pierwszy przypomina nieco „olśnienie”, a to drugie głośne myślenie :)).

Photo by Anton Darius on Unsplash

Czasem jest tak, że przychodzą do nas ciężkie, depresyjne myśli. Że będzie źle, że znowu się wpakujemy w manianę i takie tam dramaty. Winą za ten nasz stan możemy obarczyć umysł; bo przecież najłatwiej, a wg nauki to duchy nie istnieją.

Ach, żeby to było takie proste, cudne, i w ogóle.

Ale żyjemy w świecie, w którym materia przeplata się z duchem, no i w efekcie sfera chaosu (astral) często siedzi pośrodku tronu, a w kuchni nad zlewem mamy dodatkowy widok na Marsa. Znaczy, no, jeśli ktoś umie patrzeć trzecim okiem, to zrozumie.

Byty poszukują ofiar, niezależnie od naszej świadomości.

Tylko że my mamy moc.

My mamy… dobra, mamy nie mamy, a i tak z niej nie korzystamy na co dzień. Ekhem, koniec lania wody.

Chciałam Wam przedstawić małe ćwiczonko, które uratuje Waszą piękną pupcię przed niebezpieczeństwem w postaci jałowych myśli z zewnątrz. I jasne, że warto je powtarzać.

A wygląda ono tak:

Stań prosto, ładnie, zgrabnie. Weź jeden głęboki wdech, wydech i tak do trzech razy. Odprężon? No to teraz wyobraź sobie, a bardziej POCZUJ, że jesteś światłem. Takim prawdziwym ŚWIATŁEM. Takim, co to rozjeee – dobra, nie lubicie przekleństw, to idziemy dalej.

I teraz w myślach powiedz takie polecenie:

JESTEM WOLNĄ DUSZĄ I WOLNYM CZŁOWIEKIEM
ŚWIADOMIE I NIEŚWIADOMIE ZABRANIAM WAM WCHODZIĆ NA MOJĄ PRZESTRZEŃ ENERGETYCZNĄ
IDŹCIE W POKOJU

Coś w te gusta. Ćwiczonko powtarzać przy napływających, niespokojnych myślach z zewnątrz. Choć myślę, że jeśli raz a dobrze to się zrobi, to się na długo uspokoi.

Powodzonka!

Kategorie
świadomość

[REFLEKSJE] Bądź silną osobą

Jest kilka sztuczek, które pozwalają na ogarnięcie finansów. Na przykład – odpuszczenie; medytacja z czakrą podstawy; zastosowanie symbolu męskości. A jednak wydaje się, że one wszystkie nie będą miały aż takiego wpływu, dopóki umysł będzie chciał grać w ofiarę.

Photo by Shail Sharma on Unsplash

Ja? Ofiarą? Nope! Jestę silnom kobietom i f ogóle ONEONEONE!!!!111 – tak mogła stwierdzić jakaś część mnie. Mogła, ale jeśli to zrobiła, to przegapiłam. Sorry, fakty są bezlitosne, bo są faktami.

A fakty są takie, że gdy wczoraj pracowałam nad zleceniem i je w jakiś sposób zrobiłam, i potem wysłałam wynik do zleceniedawczyni, to KONIECZNIE musiał być z komentarzem:

– Mam nadzieję, że nie ma tragedii.

Pytanie za sto punktów: dlaczego miałaby nastąpić? I czy ewentualne poprawki nie byłyby możliwe? Silna kobieta raczej by powiedziała: „dobra, wysyłam” i koniec, lub dodała: „pewnie Ci się spodobają te kilka hoteli, które wybrałam”.

A ja tymczasem użyłam słowa TRAGEDIA.

Idziemy dalej.

Co prawda zapisałam się na grupę, gdzie szukają osób do pracy w social media, ale to tylko jeden krok. Następnym powinno być prześledzenie ofert i wysłanie CV.

Wyskoczyła jedna propozycja na moim wallu, otwieram i… czerwona lampka mi się zapaliła w głowie. To reakcja na myśl: „PRZECIEŻ MNIE NIE PRZYJMĄ”.

No, oklaski wręcz. Jeszcze nie wysłałam swojego CV, jeszcze nawet mejla nie skopiowałam, a tu już następuje negacja.

W takim razie – w jaki sposób czakra podstawy, męska energia i pewnie jeszcze parędziesiąt innych sfer odpowiadających za powodzenie finansowe mają dobrze pracować?

Od razu stawiam się na pozycji PRZEGRANEJ.

Tak nie wygląda silna kobieta.

Tak wygląda – niezależnie od płci – ofiara.

Ofiara, bo się boi; bo twierdzi, że jej się nie uda; bo może trzeba by było coś poprawić i lepiej do tego nie doprowadzać; że przecież się nie uda, bo ZAWSZE SIĘ NIE UDAWAŁO.

Jak to ma się do twierdzenia, że jestem inną osobą, niż 5, BA!, 10 lat temu?

Czy mój umysł mógłby skończyć tę telenowelę z byciem ofiarą?

Mógłby.

Czy mój umysł tego chce?

TAK, JA TEGO CHCĘ.

Więc kończę z byciem marudą i idę wysłać to CV. Niezależnie od tego, czy mnie przyjmą, czy nie – to będzie moje małe wewnętrzne zwycięstwo. A nuż widelec?