Kruk (1994)

Nie mam dostępu do komiksu, więc „Kruka” z 1994 roku omówię pod tym względem, jak on mi się spodobał. Tylko od razu mówię, że nie będę jeździć po tym filmie jak po… ale po kolei.

Eric Draven (Brandon Lee) przybywa z Zaświatów po zemstę na zwyrodnialcach, którzy zabili jego, jak i ukochaną, Shelly (Sofia Shinas). Dość szybko odnajduje złolów i odnawia kontakty ze swoimi starymi przyjaciółmi…

Myślę, że to jest naprawdę średni, albo nawet słaby film. Ciężko było mi go dokończyć, no ale chciałam Wam dać recenzję, również i dla własnego spokoju, uwolnienia się od ciekawości. I tu nawet nie chodzi o to, że to historia przemielona już na tysiąc innych sposobów, a wykonanie trochę niedomagało.

Film niezupełnie wie, czego chce. Z jednej strony mamy wylewający się z kadrów mrok, czujemy, że nasz Eric to nie aniołek, raczej istota demoniczna, a tu i tam można dostrzec masońskie symbole oraz okultystyczne treści. A jednak obok tego mamy dziewczynkę – na oko 14-15-latkę (Rochelle Davis), która lata sobie po mieście i niestety, ale ma matkę narkomankę (Anna Thomson), więc jakoś sobie musi radzić. Na szczęście: od czego ma sympatycznego murzyna-policjanta (Ernie Hudson), który ją wspiera.

Gdyby tylko film zdecydował się pójść w stronę pełnego mroku… bo nawet sceny potencjalnie brutalne są za mało brutalne. Wiemy, że Eric nie zawaha się zabić kogokolwiek, ale nie wiemy, dlaczego. To niekoniecznie nam przeszkadza, natomiast mnie przeszkadzało, że zamiast turbo-flaków na ekranie widzimy zwyczajne pchnięcie nożem np. i tyle. Tak.

Co do kwestii Zaświatów – to w najnowszym „Kruku” zostało to dobitnie wyjaśnione. Tylko nic to nam, widzom nie dało, bo to nie za ciekawe było. W starej wersji postanowiono Zaświaty ominąć całkowicie, widz więc zostaje z pytaniami, które wcale nie psują przyjemności.

Plusem tego filmu jest też to, że… wierzymy w miłość Erica do Shelly. To ciekawe, bo do tego wystarczyła JEDNA, krótka scena z retrospekcjami.

Jest jeszcze jeden element starego „Kruka” – muzyka. Tutaj jest gigantyczne dopasowanie tego, co jest na ekranie, a tego, co słychać z głośników. Zresztą zdziwiło mnie to, że w takiej kompilacji dźwięki nadają dodatkowy klimat obrazowi, mimo że „gdzieś już je słyszałam’. Ciekawe doświadczenie, ale chyba daruję sobie jego powtarzanie.

Im bliżej końca, tym bardziej się męczyłam. Nie wiem, czy wpływ na to miało niedawne zaznajomienie się z nowym „Krukiem”, czy też po prostu… jest to na tyle przeciętny film, że średnio się nim podjarałam. Nie mniej, rozumiem dwa obozy – ten, co uważa starego „Kruka” za kultowego, i ten, który twierdzi, że to fatalne filmidło.

Ode mnie takie 6/10 z plusem za udane stworzenie mrocznego klimatu w pierwszych kadrach.

Sailor Moon Cosmos

Dzień dobereł, zanim przejdę do pysznego, ale odgrzewanego kotleta, to mam do wszystkich rodziców prośbę.

Bo tu Polska jest xD.

Jak 16 września zjawi się na Netflixie (WRESZCIE!) „Grobowiec świetlików” – jeden z filmów Ghibli, to proszę, nie włączajcie tego filmu swoim pociechom. Zwłaszcza, jeśli mają poniżej 11 roku życia. Tu nawet nie chodzi o to, że to dramat i skomplikowana fabuła, ale jest to wstrząsający film i nie dla dzieci. Dziękuję.

COŚ, CO CHCE BYĆ RECENZJĄ SAILOR MOON COSMOS:

Dobra, wróćmy do pysznego, aczkolwiek odgrzewanego wielokrotnie kotleta, zwanego Sailor Moon. Choć w tym przypadku będzie to raczej „Sailor Moon Cosmos”, nowa adaptacja mangi Naoko Takeuchi. Aż się wzruszyłam, widząc jej nowy rysunek i życzenia dla widzów na końcu. Tak, przewińcie sobie napisy końcowe, bo w obu częściach (Netflix podzielił film na 2 części) są scenki.

Trudno mi zrecenzować coś, co praktycznie znam na pamięć. Przez lata byłam ogromną fanką Sailorek, wychowałam się na tym i w momencie, kiedy Toei Animation zapragnęło uczcić 25 rocznicę serii, to byłam ucieszona, ale do czasu. Do czasu, gdy się okazało, że im nie wychodzi. Totalnie, różne wałki były z tym związane.

Ale na szczęście japoński koncern ma więcej oleju w głowie, niż Disney, bo widać, że słucha fanów. Na przykład, nie próbuje odkrywać koła na nowo, jeśli chodzi o muzykę. Dla jednych to zaleta, dla innych wada, ale powiedzmy sobie szczerze… ścieżka dźwiękowa do serialu z lat 90′ była i jest wybitna, więc trudno to jakoś przebić. A w dodatku opening do serii Stars jest kultowy. Ma w sobie tyle energii, tyle zajebistości, że wow. Więc zrealizowanie na nowo openingu do czegoś tak kultowego groziło dużym ryzykiem, zwłaszcza, że chyba wcześniejsze próby nie do końca się przyjęły. Mowa oczywiście o seriach „Crystal”, trzy sezony, których – of course – nie zobaczymy na Netflxie.

Dlaczego?

Wspaniała logika streamingów.

W każdym razie, do przygrywanego openingu widzimy animację, która jest ewidentnym fanbasem, szanującym oryginał. Ale, eee, przejdźmy też trochę do nowszej muzyczki, która jednak jest i choć skromna, to robi klimacik. Wprawdzie nie jest to wybitna muzyka, ale przyznać trzeba, że Japończycy wiedzieli, jak przygrać w odpowiednie nuty, by zaprawić anime mrocznym klimatem.

Ano, właśnie.

Koniec cukierkowej historii o Sailorce, która wybija wszystkie demony wokół. Pora na coś poważnego.

Nasi bohaterowie dorastają, a więc historia musi dążyć do finału. Usagi (Kotono Mitsuishi) wraz z resztą ekipy poszła do liceum. Oczywiście, Rei (Rina Sato) została w swoim klimacie, ale nasza złotowłosa księżniczka odprowadza do samolotu Mamoru (Kenji Nojima), swojego narzeczonego i wtedy JEBUT.

Kurczę, ten film w kinie to musiało być coś. Bo tak se myślę, że to jest bardzo ładnie zrealizowane. Owszem, są pewne zmiany wobec mangi, ale raczej standardowe w uniwersum mangu i animu, więc nikt się nie czepia. Jest dużo gadania, ale tak też było w mandze; zresztą mangi do końca nie ogarniałam, gdy ją czytałam. Mam wrażenie, że w tych obrazkach i starym tłumaczeniu – bo znam to z lat 90′ – było mnóstwo chaosu, więc trochę niejasności. Na szczęście nowy animec wszystko wyprostował i jest jasne, i klarowne, co tam się odpieprzyło.

A odpieprzyło się solidnie i myślę, że większość fanów Sailorki jest zadowolona z takiego przebiegu sprawy. Jest ładnie odegrana walka, pewne duchowe wyjaśnienia… w ogóle, to ta historia jest o odwadze też. Wielkiej odwadze.

Serio, przewińcie na koniec napisów, warto zobaczyć, co Naoko Takeuchi przygotowała dla widzów. Krótkie, ale wzruszające.

To jest bardzo prosta i bardzo klasyczna opowieść z nurtu magical girls. Taka miła historia dla nastolatek, które wchodzą w dorosłość. Ale jeśli kiedykolwiek zetknąłeś/aś się z tą serią i było Ci przyjemnie, to Netflix jak najbardziej tam zaprasza. Co prawda zobaczysz tylko arcy (w sensie sezony-wrogowie) o Nehelenii i Galaxii, ale to nie są na tyle skomplikowane opowieści, by nie wiedzieć o co chodzi. Dlatego też sobie myślę, że nie-fani Sailorek też mogą zajrzeć z ciekawości.

Ale… ja nie mam sił do animców. Myślałam, że „Sailor Moon” przetrzymam, bo to w końcu historia, którą znam doskonale. Niestety, gdy włączyłam, to jebło ciężką energią. I chyba nie będę się zmuszać do japońskiej animacji. Ale jest też dobra wiadomość…

* * *

Będzie recenzja najnowszego „Kruka”, jednego z najbardziej masońskich filmów roku. Chyba se walnę seans w sobotę. Bilet mam darmowy. 🙂

Hrabia Monte Christo

I bądź tu mądry.

* * *

Zacznijmy może od tego, w jaki sposób wykonano sam film, jakim jest „Hrabia Monte Christo”. Będzie krótko.

Twórcy podeszli bardzo starannie do szczegółów typu ubiory, tła, ogólnie nie ma tu nic do zarzucenia, bo nawet maska hrabiego jest zrealizowana tak, że w pierwszym momencie nie ogarnęłam.

Muzyka? Ma swoje bardzo krótkie chwile, nie mniej nie zachwyciła mnie.

Praca kamery i cała reszta – spoko.

Gra aktorska jest lepsza od tej z „Obcego: Romulusa” i tę różnicę widać było na pierwszy rzut oka.

Ale ja z tym filmem mam pewien problem.

Dodam, że książki nie czytałam i jest to ważny punkt w tej recenzji.

Z jednej strony otrzymujemy bardzo klasyczną historię o zemście; z drugiej jednak ta klasyka aż wyłazi z ekranu, bo ja po prostu się nudziłam. Trochę to było tak, jakby czegoś w tym dziele zabrakło. Oczekiwałam Tarantino? Nie do końca, chociaż koleś, który dał „hrabia Monte Christo+Tarantino”, wielkie dzięki, bo zwiększyłeś mój apetyt na tę adaptację.

Ale tu nie mamy Tarantino – wręcz przeciwnie.

Jest to bardzo powoli budowana intryga. Mam wrażenie, że trochę twórcy się zagalopowali i dali w pierwszej połowie filmu szczegółowo dosyć, co się działo z Edmondem (Pierre Niney), a w drugiej byli trochę zmuszeni skracać, upraszczać, żeby zdążyć z metrażem.

Myśl ta – że wszystko to jest jakieś spłycone, że czegoś brakuje – towarzyszyła mi przez cały seans. Miałam po prostu wrażenie, że to nie jest pełnia hrabiego Monte.

Ale też powiedzmy sobie szczerze: najprawdopodobniej powieść Aleksandra Dumasa jest NIEEKRANIZOWALNA. Coś jak z „Diuną” Franka Herberta. I mówcie, co chcecie, ale zjawisko jest bardzo podobne: na ekranie to świetnie wygląda, ale nie do końca jest takie właściwe, takie jak w oryginale.

Trochę żałowałam, że twórcy nie pokusili się o nieco zabawy, dodania swoich trzech groszy. Bo z jednej strony jedna scena mogła być bardzo wzruszająca, ale… no, porządna adaptacja, to porządna adaptacja. Nie zmieniamy na chama, szanujemy oryginał. Plus zastanawiałam się przy tej scenie, czy przypadkiem twórcy „Johna Wicka 4” nie inspirowali się hrabią.

Prawdopodobnie „Hrabia Monte Christo” a.d. 2024 to bardzo dobry film, wręcz wzorcowa adaptacja. Ale teraz jestem wręcz chora na ciekawość, co mnie ominęło, jak bardziej dokładniej Aleksander Dumas to wszystko opisał i dlatego idę szukać ebooka.

🥸
🥸
🥸

Na tę chwilę to koniec wypadów do kina, bo Wasze dotacje ze zrzutki już się skończyły. Kolejną wizytę planuję na wrzesień i będzie to maraton: „Beetlejuice” i „Beetlejuice Beetlejuice”. Na niego idę głównie przez cenę (stosunkowo tanio) i jedynkę, bo chcę jeszcze raz przeżyć banana….

A link do zrzutki of course w komentarzu.

Trzymajcie się i miłej nocy! 😘

Alien Romulus

Fede Alvarez miał niesamowicie trudne zadanie: wystraszyć Obcym. Tak, jest to istota doskonała i na wskroś przerażająca, a każdy z nas stykając się z nią co najmniej zesikałby się ze strachu. Jednak – jeśli widziałeś/aś pierwszego Aliena, to przerażenie na każdym kolejnym filmie z serii nie będzie już tak dojmujące. Innymi słowy, znamy niebezpieczeństwo i… No właśnie, czego my właściwie chcemy?

Bo również slasher nie należy do świeżych gatunków. Zabijanie przez jakąś istotkę stało się dla widzów chlebem powszednim. Trudno tu więc zaskoczyć.

Co nie znaczy, że Romulus nie trzyma w napięciu.

Trzyma, choć całość jest czymś w rodzaju pocałunku dla widza. Znasz pierwszą scenę Obcego? Kojarzysz to, siamto i owamto? A chcesz się jeszcze raz pobawić?

Fede Alvarez uznał, że jeśli ma zrobić film o Obcym, to z klasą. Tu: poszanowanie do wszystkich części franczyzy. Żeby się to udało, facet musiał wziąć przepis na totalnie rasowy horror-slasher. Bo w sekwencjach kamery, ujęciach, zdjęciach, ruchach typowo horrorowych widać, że to straszak z najwyższej półki. Tak, o efektach praktycznych również mówię.

Film może i jest wtórny, ale wykonanie to czysta perełka. Przykład?

Zwykle mamy głupich bohaterów. Tu jednak nie do końca to widać. Bo choć Obcy jest przerażający, to możesz sobie nie zdawać sprawy, że na opustoszałym statku on się znajduje. I film nam o tym mówi w pierwszych swoich chwilach. A potem odwiedzamy jakąś kolonię Górniczą i widzimy, że jakaś ekipa chce z niej uciec, wykorzystując owy opuszczony statek. No, co może pójść nie tak?

W momencie, kiedy jesteś CYWILEM i jesteś zżyty z ekipą, a ponadto znajdujesz się w ekstremalnym stresie, trudno trochę logicznie działać. A szczerze mówiąc, głównej bohaterce należy się medal za odwagę. Ale tak, tu masz duże wrażenie, że bohaterowie nie są idiotami, tylko cywilami.

Wychodząc z seansu miałam trochę mieszane uczucia, głównie dlatego że Alien: Romulus zafundował mi znakomicie wykonany film, ale aż taki straszny to on nie był, jakby się chciało.

Pytanie tylko, czy możliwym jest stworzenie obrazu z Alienem, który byłby na wskroś przerażający?

Z Filmem Przez Czas mam nadzieję, że recka się podoba 🙂

Parasite

Dzień dobereł!

Przyznam się, że po obejrzeniu drugi raz TROCHĘ lepiej rozumiem fenomen „Parasite”, ale nie do końca. Zacznijmy jednak od początku…

Pewna rodzinka ma duże problemy finansowe. Nie dość, że żyje w piwniczym mieszkaniu, to jeszcze na internety ich nie stać. Ogólnie rzecz mówiąc – nie wylewa im się, a bieda piszczy z ekranu. Jednak pewnego dnia wszystko się odmienia, gdy najstarszy syn dostaje propozycję korepetycji angielskiego dla córeczki bardzo, bardzo bogatych ludzi…

OK – ja wiem, że stary film. ALE doszłam do wniosku, że nie lubię spojlerów. Wiadomo, że gdy czyta się o filmie klasy B spojlery mniejsze lub większe nie przeszkadzają, ale „Parasite” to film złoto. On DOSŁOWNIE płynie. I dlatego nie jestem pewna, co się stało w połowie filmu (przypominam, oglądałam drugi raz).

Stwierdziłam, że zrobię sobie przerwę i… nie udało się w pełni wrócić do obrazu. Tak, od drugiej godziny klimat tegoż filmu zaczął się zmieniać na mroczniejszy i może to dlatego? Wiecie, jestem po „Mindhunterze” (recenzja w tygodniu), a to był naprawdę ciężki serial. Więc… przejrzałam skrótowo, co się działo dalej.

A dzieją się tu niezłe rzeczy, choć muszę przyznać, że inaczej zapamiętałam środek filmu.

Film pod względem tematyki nie był w 2019 nowością, bo prawda jest taka, że Koreańczycy uwielbiają w swojej kinematografii opowiadać o problemach społecznych, a niektóre seriale nawet bardziej przedstawiają biedę,

Jeśli chodzi o sam poziom filmu, to z pewnością jest on bardzo wysoki, ale nie wybitny. Szczególnie, że to nie pierwszy i nie ostatni film z Korei, który prezentuje się znakomicie. Dlatego też nie miałam zrozumienia dla fenomenu tego obrazu.

Obecnie jest ono większe, gdyż muzykę – głównie występującą na koniec – bardzo miło się słucha, jest to z całą pewnością udany soundtrack wysokiej jakości. A poza tym myślę, że taka nagła zmiana atmosfery jest trudna do ogrania, jeśli chcemy mieć dobry produkt. A „Parasite” z pewnością taki jest.

Dlatego, gdyby ktoś jeszcze nie oglądał… niech obejrzy, bo z pewnością warto. Gorzej, gdy postanowi sobie powtórzyć seans, to nie obiecuję, że spodoba się tak samo.

Film zaproponował DreamStream – popowo, alternatywnie, sugestywnie , ale recenzję dedykuję Wam wszystkim. Dzięki, że jesteście 😘

It ends with us

Filmo Granie Wydarzenia Muzyka i Czytanie. Dziękuję za wspólne ubicie interesu i już Ci mówię, czy warto iść na ten film! ❤

Otóż, jeśli spodziewacie się rasowego dramatu, to nie ten adres. Wyobraźcie sobie film obyczajowy, który mówi o schemacie miłość-przemoc-uwolnienie się, ALE tenże schemat jest polany sosem young adult.

YA to gatunek literacki (powiedzmy), który jest niezwykle trywialny, naiwny i w sumie taki pod 18-26 lat. Innymi słowy dla osób, które dopiero dojrzewają (haha), nabierają doświadczenia życiowego i myślą jeszcze w dość naiwnym stopniu. A Colleen Hoover napisała kilkanaście książek z tego nurtu, jedną z nich jest „It Ends with Us”. I o ile ona chciała dobrze – a wierzę, że chciała, bo widać to po układzie historii – to wydaje mi się, że jest osobą, która ma OGROMNE szczęście w życiu i przy pisaniu bardziej wydobywa z siebie dobro….

…dobra, dobra, co to ma wspólnego z filmem?

Ano – realizacyjnie ten film to takie 7/10 i za chwilę przejdę do szczegółów. Natomiast przegrywa na wielu poziomach w fabule i to nie jest wina scenarzysty, ani nawet reżysera. To po prostu kwestia tego, że „It Ends with us” jest adaptacją powieści. Powieści, która była krytykowana za nie do końca wiarygodne odzwierciedlenie przemocowej sprawy.

Ale w jednej rzeczy będę Colleen broniła, bo jestem starą gorzowianką xD.

Otóż – jeśli wydaje Wam się, że przygarnięcie bezdomnego i pomaganie mu jest nierealistyczne, to… jest realistyczne. Kilkanaście lat temu mieliśmy pewną panią profesor z pedagogiki, która tak właśnie zrobiła. Problem w tym, że zakończenie już nie było różowe: pokłócili się i pan bezdomny ją zatłukł. Dobra, koniec miejskich ploteczek.

Lily Bloom (Blake Lively) pewnego dnia zakochuje się w Rylu Kincaidzie (Justin Baldoni) i… my to widzimy na ekranie. Obserwujemy, jak ich związek dojrzewa, i to było dość lekkie, momentami bardzo ładnie prezentowane w zdjęciach. Widać, że twórcy chcieli z tej historii wycisnąć wszystko, co się da. I im się udało.

Natomiast druga połowa to ta, która miała być MEGA HIPER EXTRA SUPER dramatem. Niestety, nie – nadal jesteśmy w klimacie obyczajówki, ale… no właśnie.

Film otrzymał kategorię PG-13, i to jest właśnie ten wiek, w którym jest się zadowolonym z tego seansu. Bo jeśli masz powyżej – nie wiem, może 20+ lat, to prezentacja przemocowości może Cię nie przekonywać. Ona jest sugerowana, ale jakby film bał się bardziej ją pokazać, uwydatnić, ucharakteryzować.

Przemocowcem jest Ryle i przy jego postaci się zatrzymam. A właściwie nie postaci, bo aktorze i reżyserze. Zapewne wiecie już, że jest drama wokół filmu – akcja marketingowa się nie podoba, bo jest infantylna i pełna kwiatków. I no trochę w tym racji jest, ale prawda jest taka, że Blake niekoniecznie mogła zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, dostając to, co dostała do zagrania 😃.

Postać Ryla w pewnym momencie uderza Lily, i na ekranie widać wyraźnie, że to jest wypadek. Natomiast późniejsze „on mnie zepchnął ze schodów, a ja myślałam, że to wypadek” to trochę jest naciągane. I nagle się dowiadujemy, że on jest przemocowcem. Tzn. my niby to już wiemy, film nam to kilkukrotnie powtarza, jakbyśmy tego nie zrozumieli, ale… właśnie, dlaczego? Ja osobiście nie odczuwałam, że bohaterka jest w jakiejś ekstremalnie dramatycznej sytuacji, że jest umęczona i bardzo cierpi. Owszem, był jeden moment związany z seksem, który może striggerować, bo aktorka naprawdę popisała się wtedy, ale… no właśnie. Właściwie tak, Blake Lively umie dobrze grać, ale nie jestem pewna, czy między Lily a Rylem była odczuwalna chemia. To trochę wyglądało jakby czegoś brakowało, chociaż aktorzy robili, co mogli.

A właściwie… jeden aktor. Bo Justin Baldoni zdecydowanie błyszczał w tej roli, mimo że był bardziej na drugim planie i nie dostał tak naprawdę jakiegoś super %$%#@#$#@$ do ogrania. Głównie dlatego, że film bardziej sugeruje, niż pokazuje. No, ale… on chyba jako jedyny z ekipy przeczytał powieść. – Intencją zakupu praw do ekranizacji było stworzenie filmu, który mógłby naprawdę wpłynąć na życie kobiet i coś w nim zmienić. – Powiedział w jednym z wywiadów (link do niego w komciu). – (…) I bardzo to odczułem, jakby, okej, to jest ważna historia, którą muszę opowiedzieć i być jej częścią oraz umożliwić naszej firmie jej opowiedzenie. I, um, miałem nadzieję, że trafiła w odpowiednie ręce, bo od samego początku bardzo zależało mi na tym, żeby to zrobić dobrze.

Um, dla Colleen, dla fanów, a także dla – niestety – milionów kobiet, które doświadczyły tego, co Lily Bloom doświadcza w książce. Więc to były te wszystkie uczucia połączone.

Oczywiście, że historia Lily Bloom może dać pewną nadzieję na wyrwanie się z kijowej sytuacji życiowej i być może znajdą się tacy widzowie. Nie mniej, dla mnie to było trochę za mało.

Ale Justin – wydaje mi się – bardzo uszanował historię, którą tworzył. Doceniam taką postawę, bo to znakomicie wróży filmowi, a poza tym: widać jakość.

A ta jakość przejawia się w jeszcze jednej rzeczy.

MUZYCE.

Pierwszy utwór, który na poważnie nas wita w filmie bardzo mi się spodobał. Pozostałe 41 piosenek również było bardzo przyjemne. Nie zostałam na napisach końcowych, bo po pierwsze, byłam lekko znudzona, a po drugie, musiałam pędzić na ostatni tramwaj 🙂.

Co do znudzenia… panowie, jeśli naprawdę, ale naprawdę kochacie swoje dziewczyny, to możecie się dla nich poświęcić. Bo byłam jedynym singlem na widowni, czasem na nią patrzałam, ale… widziałam, że chłopaki bardziej byli znudzeni, niż zadowoleni z seansu. Także, no – decyzja należy do Was.

Na koniec jeszcze wspomnę o pewnym szczególe… bo może Wam się wydawać, że nie ma odniesienia do „Gdzie jest Nemo” w filmie. Ale – wydaje Wam się. JEST! Na kilka sekund, gdzieś-tam za Lily, na ścianie, jest plakat! JEST GDZIE JEST NEMO! BUHAHAHAHA!!!!111

Także, no… Wykonanie tego filmu jest na 7/10, ale to wciąż obyczajówka najbardziej dla nastolatek, młodych dorosłych. PG-13. Mam nadzieję, że z tej recenzji już wiecie, czy iść, czy nie iść na to do kina 🙂.

Psychoza

Recenzja dedykowana Nocny Marek❤

* * *

Z „Psychozą” jest taki problem, że tyle o niej powiedziano, iż trudno nie natknąć się na jakiekolwiek spojlery, interpretacje, czy cokolwiek. Z tego też powodu film oglądany dziś to zupełnie inne przeżycie, niż oglądany w 1960 roku. Mało tego, nawet jeśli nie przepadacie za slasherami, to i tak dla świętego spokoju obejrzyjcie „Psychozę” – jest bowiem do niej tak dużo nawiązań w kulturze, że po prostu warto.

Już na samym starcie wita nas muzyka, która niejako zastępuje napisy końcowe (a przynajmniej na Skyshowtime ich nie było). Zaskoczyła mnie, bo od razu czuć, że to Prawdziwa Muzyka, taka, która wbija w fotel i taka, która może tworzyć klimat. I tak jest, choć trzeba przyznać, że w obecnych standardach ścieżka dźwiękowa stworzona przez Bernarda Hermanna jest lekko teatralna, wyrazista i… wciąż tworząca klimat.

Klimat niewątpliwie mroczny, niespokojny, niepokojący. Widz przez prawie cały seans ma wrażenie „ej, zaraz coś się stanie”. To trudne zadanie, bo metraż to 1,45 godziny, więc film trochę trwa.

Jak dla mnie, „Psychoza” to trochę bardziej psychologiczne podejście, niż czysto horrorowe, ale właśnie – wypowiadam się z perspektywy XXI wieku, lat 20′. A ten film to najlepszy przykład na to, jak perspektywa odbiorcy zmienia się w zależności od czasów. Bo jeśli scena z prysznicem wydawała się w latach 60′ czymś strasznym, to obecnie, gdyby ją nakręcono… to cóż, ktoś by zapytał: halo, Filmy Najlepsze z Najgorszych, gdzie jesteście? Choć rozumiem, że wtedy trudność była taka, że cenzura dopiero schodziła z piedestału, a sam film dotykał wielu tabu (kochankowie w łóżku, kibel, prysznic, odkryta pierś dublerki, transwestytyzm).

Ale, co ciekawe, jeden z głównych bohaterów – Bates – przypomniał mi inny film, bodajże z 1957 roku: „Trzy oblicza Ewy”. To był dramat i to dramat wybitny, ale również poruszał kwestie zdrowia psychicznego.

Ja szczerze nie wiem, czy jest sens opowiadać o fabule z „Psychozy”. Również dlatego, że o tym filmie trudno opowiadać bez spojlerowania go. A ja mimo wszystko chciałabym nie zdradzać fabuły, bo mimo wszystko, „Psychoza” była i wciąż pozostaje wybitnym (?) filmem, i to czuć.

Za propozycję seansu dziękuję Nocnemu Markowi 🙂. Nie wiem, czy obejrzę resztę franczyzy – na pewno nie w najbliższym czasie, bo chcę odpocząć od przyciężkich tematów*.

* Chociaż obejrzenie „Its end us” bardzo kusi. Oj, kusi…

Labirynt

Mam lekki problem z „Labiryntem”, ale podejrzewam, że to już taki wiek. Po prostu, w pewnym momencie jest się za starym na dane historie…

Sarah (Jennifer Connelly) jest nastolatką, która nie znosi opiekować się bratem. Doprowadza to do katastrofy – młody zostaje porwany przez władcę goblinów (David Bowie). Dziewczyna postanawia to wszystko odkręcić, ale żeby tego dokonać, musi przejść przez labirynt prowadzący do zamku. Zadanie nie jest łatwe…

Powiem tak: w pierwszej połowie filmu byłam znudzona, a akcja całkiem nieźle rozkręciła się w drugiej. Rozumiem, że Sarah najpierw poznawała otoczenie, jednak dla mnie trochę za powoli akcja się toczyła. Szczęściem, od drugiej godziny wszystkie tarapaty przyśpieszają i z „Labiryntu” robi się dość przyzwoite widowisko.

Trudno zresztą, by było inaczej – za film odpowiada Jim Henson, który specjalizuje się w kukiełkowych, praktycznych efektach i kojarzony jest z „Dark Crystal”.

W całości widać odrobinę humoru, ale dla mnie było to za mało, by się roześmiać.

Dużym plusem produkcji jest udźwiękowienie, bo za ścieżkę dźwiękową odpowiadał David Bowie, choć przyznam, zdziwiłam się, że w gruncie rzeczy powstało niewiele kawałków do filmu (trzy?).

Mam też problem z końcówką, która dzieje się już po finale. Widzicie, chyba zrobili o jedną scenę za dużo. To znaczy ja rozumiem, że „Labirynt” to też taki film o przyjaźni, jednak to film przede wszystkim dla młodego widza, powiedzmy – 11-12 lat. Gdyby nie ten jeden, mały i cukierkowy dodatek, „Labirynt” mógłby być całkiem ciekawą opowieścią o dojrzewaniu, dorastaniu, pożegnaniu dzieciństwa. A tak?

A tak mamy legendy, plotki o tym, że w 2024 – względnie 2025 – „Labirynt” dostanie remake. Dlaczego tylko plotki? Bo wszystko wskazuje na to, że otrzymamy kontynuację opowieści, zrealizowaną zresztą przez tę samą firmę. I nic dziwnego, w końcu istnieje także opowieść/komiks kontynuujący świat „Labiryntu”.

A więc, co konkretnie wiemy?

Projekt zaczął być opracowywany w 2017 roku, jednakże w 2020 nastąpiła plandemia, która spowodowała zastój branży. – Nie wiem, co się z tym dzieje – przyznał w 2023 Scott Derrickson, który miał reżyserować „Labirynt 2”. – Nigdy nie doprowadziliśmy scenariusza do takiego stanu, w którym studio chciałoby go zrealizować.

Wiemy też, że Connelly ma pewną słabość do „Labiryntu” i chętnie zagra w kontynuacji, będąc jedynie jedynym punktem, które łączy obie historie.

Jest jeszcze jedna rzecz – plakat. Ale po prawdzie nic więcej nie udało mi się dowiedzieć..

I tyle.

Dark Waters

– Ja uważam, że ten film jest w kij ważny dla ludzkości – powiedziała Asia, która od kilkunastu dni dawała mi znać, że „Dark Waters” to wstrząsające widowisko. – Bo pokazuje pewne niuanse – przede wszystkim to, jak korporacje ukrywają przed nami pewne rzeczy. – I Oskar za odwagę dla reżysera, w sensie tematu. Jestem w szoku, że udało im się to przepchnąć.

Moim zdaniem mleko już się rozlało, ale „Dark Waters” jest dostępne albo na piratach, albo na SVOD’ach, czyli w wypożyczalniach. I najprawdopodobniej nigdy się to nie zmieni, ponieważ system NIE CHCE, byś przestał kupować patelnie z teflonem.

Rob Bilott to prawnik, który nie pałał do pomocy zwykłemu, szaremu Johnowi. A ten przyszedł do niego w pewnej dość nieprzyjemnej sprawie: 190 krów mu padło, on nie wie, dlaczego, ale wie, że odpowiada za to firma DuPont. Początkowo nieprzekonany do sprawy, Rob zaczyna grzebać i z czasem widzi, jak farmer – który kocha zwierzęta, swoją pracę – musi zabić krowę. Aha, jeśli planujecie posiłek podczas seansu, to gdzieś tak od połowy, bo wcześniej widoczki z ekranu mogą Wam zepsuć smak.

Rob drążąc sprawę odkrywa PFOA, C8. Coś, co 99% ludzi ma w swoim organizmie i najprawdopodobniej nigdy się już tego nie pozbędzie. To gówno znajduje się m.in. w patelniach teflonowych i powoduje liczne choroby.

Jest taka scena – jedna z wielu – która wbiła mi się do głowy i przez to mój mózg nie chciał zaakceptować tego, co wielkie korpo zrobiło z ludzkością. Jedno, amerykańskie korpo, któremu zależało i zależy tylko i wyłącznie na pieniądzach. Chodzi o program kulinarny, gdzie pada tekst „teflon jest całkowicie bezpieczny, a my w ramach gotowania przygotujemy posiłek…”.

Musiałam więc drugi raz obejrzeć, by napisać dla Was recenzję i by do mózgu ostatecznie dotarło, że pewien typ związku fluoru (są różne odmiany, ale akurat fluor na patelni nie jest tym pozytywnym) powoduje choroby.

W zasadzie, to rewatch mnie zaskoczył.

Nie spodziewałam się, że w trakcie dwóch godzin będę się wzruszać. Najpierw tym, że ogólnie rzecz biorąc historia jest straszna; a potem tym, że Rob Bilott (Mark Ruffalo) okaże się tak ciepłą osobą, która chce zrobić coś dobrego dla ludzi, dla świata. Jego postawa zasługuje na uznanie, ponieważ od ponad 20 lat Bilott nie tylko walczy z różnymi złolami w kwestii produkcji chemicznej, ale również odnosi niebywałe sukcesy na tym polu. I nie przestaje. Choć wiadomo, początki są najtrudniejsze, a te widzimy w „Dark Waters”.

Bo ten film to nie tylko opowieść o walce ze złą korpo, to także opowieść o tym, że kryzysy w związkach można zwalczyć, a zresztą, on i jego rodzina są chrześcijanami. I myślę sobie, że to też ma wpływ na to, że Bilott walczy o ludzi.

Wydawałoby się więc, że ze względu na niemiłe informacje zawarte w filmie, Ruffalo musiał mieć jakieś problemy czy to z produkcją, czy z dystrybucją filmu. Postanowiłam to sprawdzić.

Aby zrozumieć, jak doszło do powstania „Dark Waters”, trzeba się przyjrzeć Ruffalowi. Ten gość zdążył swoje zarobić na graniu w Marvelu i nie ufa wodzie pitnej. Co prawda, w górach Catskill nad rzeką Delaware, w swoim domku ma najczystszą wodę na świecie, ale już w siedzibie na Manhattanie ma zainstalowany filtr. Pewnego dnia koleś stwierdził tak: – W końcu pomyślałem: ‘Hej, chwila. Jak mogę połączyć tę aktywistyczną działalność [pro-ekologiczną], która jest dla mnie tak ważna, z moim opowiadaniem historii?’. Wpadłem na pomysł: ‘Dlaczego po prostu nie zacznę produkować rzeczy, zamiast czekać, aż ktoś przyniesie mi taką historię, której szukam, tylko sam ją zrealizuję?’.

– Hej – zwrócił się Ruffalo do swoich agentów – chcę opowieści o czystej wodzie albo o zmianach klimatycznych.

Na to agenci przynieśli mu artykuł z New York Times z 2016 zatytułowany „Prawnik, który stał się najgorszym koszmarem DuPont”. A ponieważ historia była w zasadzie świeża, Ruffalowi udało się dość szybko i ładnie wykupić prawa do ekranizacji tekstu.

I zaczęło się. Ruffalo musiał zdobyć zaufanie Roba, co – mimo różnych temperamentów – ostatecznie się udało. Bilott dość często przebywał na planie filmowym, a jeśli nie, to Ruffalo mógł w każdej chwili do niego zadzwonić z zapytaniem. Bo rzecz jasna, aktorowi zależało na jak najwierniejszym odzwierciedleniu bohatera, którego zresztą grał.

Nie było to łatwe, bo Ruffalo musiał temperować swój charakter. – Granie przeciw heroizmowi wymagało ode mnie wiele dyscypliny – stwierdził. – Mówiłem na tych [ekologicznych] wiecach. Byłem buntownikiem. Byłem przekonany o swojej racji. Ale to nie było w naturze tej postaci. Więc zawsze musiałem wracać do refleksji i skromności.

Todd Haynes, który reżyserował „Dark Waters” obawiał się, że przez charakter Bilotta widz nie będzie zainteresowany historią. Stało się jednak inaczej, być może dlatego, że wszyscy się tu starali. Ba, nawet muzyka robi swoje, czyli wprowadza mroczniejszy, lekko niepokojący lub nostalgiczny nastrój. – [Rob] Nie ma ogromnej charyzmy, humoru ani bystrości – zauważył Haynes. – Ale to stwarzało potencjał dramatyczny, ponieważ Rob jest nieoczekiwanym bohaterem — powściągliwym, zdystansowanym, emocjonalnie zamkniętym człowiekiem, który nie myśli, żeby być podejrzliwym wobec informacji. Mark i ja od razu zdaliśmy sobie sprawę, że to ogromne, ekscytujące wyzwanie — zainteresować widzów oglądaniem kogoś, kto jest źle przygotowany do tego, co ma przed sobą, i obserwować jego przemianę.

Jeśli Ruffalo miał ochotę zabić złola – prezesa DuPont – to Bilott nie, a przynajmniej nie na żywo. Jak tłumaczy prawnik: – Jedynym sposobem dotarcia do tego faceta było bycie profesjonalnym: ‘Oto fakty’. Nawiązanie z nim kontaktu i powiedzenie: ‘Widzi pan to?’ Moje obawy polegały na tym, że stracę go, jeśli pomyśli, że jestem tylko kolejnym głośnym, upartym prawnikiem powodowym. Chciałem pokazać mu wszystko, co tam jest, mając nadzieję, że zrozumie to na końcu. I pod koniec tych zeznań, podszedł, wyciągnął rękę i powiedział: ‘Dziękuję’. Spojrzałem na niego i naprawdę myślałem, że szczerze mi dziękuje.

Dlaczego Bilott walczy tyle lat? Ma w sobie przekonanie, które wielu z nas może wydawać się dość naiwne. Jest przekonany, że jeśli ludzkość wie, ma informacje, to robi to, co należy. W tym przypadku: wywala patelnie teflonowe.

I choć DuPont stwierdziło, że w „Dark Waters” nieobiektywnie ich przedstawiono, to nic więcej z tym fantem nie zrobiło.

Wygląda więc na to, że „Dark Waters” – wstrząsająca opowieść o tym, jak korpo zatruwa ludzi i o tym WIE – nie miało żadnych problemów produkcyjnych. Ani nawet dystrybucyjnych. i chyba znam powód: wcześniej czy później Ruffalo wyprodukuje film o ociepleniu klimatu 😃.

Młodzi gniewni

Louanne Johnson (Michelle Pfeiffer) trochę nieoczekiwanie dostaje pracę w szkole. Szczęśliwa i nakręcona na to, że będzie uczyć bardzo inteligentne, niepowtarzalne jednostki wchodzi do klasy i widzi armageddon. W dosłowny sposób. Młodzi praktykują „róbta co chceta”, a poprzedniczki Louanne poddawały się w dość szybkim czasie. Czy nasza bohaterka również jest skazana na ten los?

Cóż – to było trochę dziwaczne spotkanie, do którego zachęcił mnie LOŻA Pożeraczy Filmów🙂. I tak, to był zdecydowanie TEN film, który trochę wbił mi się w pamięć. Pamiętałam, że była dzielna nauczycielka pracująca z trudną młodzieżą, a w trakcie seansu okazało się, że pamiętam jeszcze parę momentów z „Młodych gniewnych”, czy też – z angielska – „Dangerous Minds”. I wydaje mi się, że polskie tłumaczenie tytułu lepiej oddaje to, czego możemy się spodziewać po filmie. Natomiast, wracając do wspomnień to pamiętałam, że ten film mnie zauroczył. Wciągnął. I mam trochę wrażenie, że to była taka odpowiedź na moją ówczesną pasję w postaci pedagogiki i szkolnictwa. Ale od tamtego czasu minęło wiele, wiele lat…

…i dziś mamy dostęp do pindyliona streamingów, a jeśli ktoś chce obejrzeć „Młodych gniewnych” legalnie, to musi się obejść smakiem. No, chyba że zdobędzie płytę DVD. Także no – sposób oglądania tego filmu jest przyczyną, dla którego postanowiłam zrobić screena utworów z wikipedii. Cóż, no po prostu przykro się patrzy jak przy pauzie pośrodku ekranu masz jakiś śmieciowy znaczek.

A sama w sobie muzyczka? Jest przyjemna, szczególnie utwór „This is the life” Wendy&Lisy. W filmie leciał głównie jego początek, ale utwór jest dostępny w całości na jutubie. I nie, nie jest to ten sam utwór, co się nim chwaliła Amy Mcdonald i tak, specjalnie sprawdziłam słowa piosenek xD.

Reszta utworów to głównie rap, hip hop i tego typu nastroje, za którymi nie przepadam, więc nie jestem w stanie ich obiektywnie ocenić.

W sumie SPOILER ALERT, bo muszę, inaczej się uduszę.

.

.

.

Louanne postanawia nagradzać uczniów dość nietypowymi nagrodami. A to wycieczka, a to wizyta w restauracji. W tym ostatnim przypadku restaurację miała odwiedzić grupa dwóch uczniów, więc to jeszcze by było w miarę do przyjęcia. Ale… na miejscu okazało się, że tylko jeden osobnik przyszedł i przyznaję, trochę wzbudziło to we mnie niesmak. Być może dlatego, że mój mózg został zjedzony przez politpoprawność w postaci „Akolipy” i innych seansów, gdzie królują LGBT’y. Albo po prostu dziś wszystko mi się kojarzy. Cóż, opinię pozostawiam Wam.

.

.

.

KONIEC SPOJLERA

Choć film nie jest długi, bo trwa półtorej godziny, to przyznam, że dla mnie okazał się średniakiem i trochę nużył. Być może dlatego, że nie jestem grupą docelową – bo z całą pewnością „Młodzi gniewni” chcieli coś powiedzieć młodzieży. Im się być może spodoba, ale też pamiętajmy, że to film z 1995 roku, a więc bez komórek, LGBT’ów i innej sieczki. Cóż, z chęcią bym obczaiła reckę jakiejś młodej nastolatki…

W filmie – bazującej na książce – pada kilka ciekawych zdań, w tym jakiś cytat z literatury. I myślę, że warto się nad nim pochylić w świetle obecnie rozgrywanych Igrzysk Olimpijskich:

„Chcąc poniżyć ludzkość, poniżaj sztukę”.

Miłego dnia 🙂.