Akolita: Amerykanie, nic się nie stało, nic się…

Tekst dedykuję Testerowi Doświadczeń

My tu gadu gadu o masonach, a tymczasem wielce się zdziwiłam, bo spotkałam się z twierdzeniem, że „agenda woke/gay agenda w Disneyu to fikcja literacka”, że to jest jakiś wymysł prawaków i amerykańskich konserwatystów. Naprawdę, chciałabym, żeby tak było, ale wydaje mi się, że niewiele mogę zrobić w stosunku do faktów. A fakty są takie, że w 2022 roku Christopher F. Rufo na swoim twitterze (X) ujawnił materiał ze spotkania dyrektorów Disneya, którzy po prostu rozmawiają o agendzie gejowskiej/queerowskiej. I przyznają, że ta już nie jest tajna. Ot, poniżej fragmencik, który udało mi się znaleźć:

I podczas, gdy Polacy z zapałem uruchamiali VOD Disneya, USA rozgrzało się do czerwoności po powyższym filmiku. Swoją drogą, jak wrażenia?

Co się wydarzyło na Florydzie?

Walka o Florydę toczyła się długo i zawzięcie i w drugim tygodniu czerwca 2024 została ostatecznie zakończona. Tak, słynny De Santis i Disney dogadali się, zapadł wyrok sądowy. Nie mniej, pozwolę sobie prześledzić awanturę (szczegóły w linkach), ponieważ jest ona mniej lub bardziej związana ze środowiskiem LGBT. A tak przy okazji, proszę tego:

nie mylić z tym:

Pytanie pierwsze: po co Disney wspiera organizacje LGBT? I to takie, które prowadzą zajęcia w szkołach? Można odpowiedzieć: bo chce nauczyć tolerancji. Czyżby? Rzecz pierwsza – to rodzice przede wszystkim powinni uczyć wartości, w tym tolerancji dla odmienności. Takie tuzy biznesu jak Disney mogą w tym pomóc, ale skoro Disney jest wytwórnią filmową, to czemu w swoich filmach tego nie praktykuje? A, przepraszam, praktykuje – paczaj „Akolita”. Problem polega na tym, że to nie do końca argument. Dlatego, że połowa wytwórni filmowych Hollywoodu zaczyna prać banię typu „w każdym filmie/serialu jest gej/inne”, a więc można podejrzewać, że Disney nie realizuje jakiejś własnej misji wynikającej z serca. Realizuje wspólną agendę – najpewniej agendę masonów. Tylko że ich działania prowadzą do tego, że osoby LGBT mają trudniej, bo społeczeństwo staje się podzielone, staje się bardziej agresywne wobec odmienności. Może nie? Może – ale śmiem przypuszczać, że agresja z ulic lat 70′ XX wieku przeniosła się do internetów. Tak sobie ostatnio pomyślałam, że pozwalają nam na „wolność słowa” nie dlatego, że nas kochają, a właśnie dlatego, że wolą czytać wypociny w internetach i nie mieć co chwila zabójstw na terenie USA. Nie mniej, nawet ta agresja musi mieć jakąś przyczynę – i niezwykle rzadko jest to rodzic wmawiający „geje to zło”. Już prędzej agresja bierze się z poczucia bycia w opresji. W opresji, w którą wpędza popkultura. Ta amerykańska.

W 2022 roku Disney ogłosił wsparcie 10 organizacji LGBT, a jedną z nich jest GLSEN – promująca transpłciowość w szkołach. Cel? – Opracowywanie lekcji, które unikają uprzedzeń i zawierają pozytywne przedstawienia osób, historii i wydarzeń związanych z lesbijkami, gejami, biseksualistami, osobami transpłciowymi i queer (LGBTQ) – tłumaczy organizacja. I można zapytać, co w tym złego. Ano, można to skontrować pytaniem: a kto pytał?

Zajrzyjcie do jakiegoś starego podręcznika pedagogicznego – a nawet do książki „Nowa Summerhill” A. S. Neilla. Znajdziecie tam nie tylko ideologię słynnej, angielskiej szkoły Summerhill, ale również porady, które mogą bardzo wesprzeć opiekę młodych. Jakie? Jeśli dziecko nie pyta – nie opowiadać mu nagle, tak od czapy o kwestiach seksualności. A jeśli zapyta – odpowiadać tylko tyle, ile potrzebuje, nie rozwijać tematu, jeśli dziecko tego nie czuje. W innym przypadku rozwój dziecka może mieć lekko pod górę. Że co, że teraz opowiadam dyrdymały? Być może, ale powiem tak: nie byłoby znakomitych efektów Summerhill i walki z systemem, gdyby nie filozofia jej twórcy.

– Ludzie LGBTQ, historia i wydarzenia mogą być łatwo włączone do większości obszarów nauczania – twierdzi GLSEN. – Nauczanie o tożsamości w każdym wieku jest cenne dla uczniów i może być uważane za część nauki społeczno-emocjonalnej (SEL). Program nauczania powinien zapewniać uczniom możliwość refleksji nad własnymi tożsamościami, w tym tożsamością płciową i jej wyrażaniem, różnorodnością rodzinną, w tym rodzinami kierowanymi przez osoby LGBTQ, oraz typami relacji, które mogą chcieć budować.

Budowanie tożsamości jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu człowieka. Jeśli jest to zachwiane, to niestety – ale może dojść do zaburzeń psychicznych, a efektem może być strzelanina na świątecznym targu w Berlinie w imię Allaha.

I teraz przyznam, że trochę nie wiem, jak znaleźć badanie „dysforia płciowa mija samoistnie”, ale może po prostu obczajcie takie persony jak Myślozbrodnia (Waldemar Krysiak, gej) i Łukasz Sakowski, którzy wyraźnie to zaznaczają, a pierwszy dość miło punktuje społeczności LGBT. Idę na łatwiznę, ale gdy otworzyłam przeglądarkę i wpisałam hasło, to poczułam uderzenie propagandą, także.

Jednakże, całe pokolenia ludzi pokazują jedną, prostą rzecz. Tworzenie się tożsamości płciowej, identyfikacja ze swoją płcią to nie jest trudna rzecz. Nawet trochę nieogarnięci rodzice, którzy nie robią rozmów z edukacji seksualnej nie przeszkadzają rozwojowi płciowemu dzieci. To się po prostu dzieje naturalnie i wystarczy nie przeszkadzać.

De Santis jednak uznał, że działania GLSEN w jakiś sposób przeszkadzają młodym w rozwoju. I słusznie, bo mówimy tu nie o nastolatkach (to pół biedy), a o dzieciach, które są w podstawówce, a więc dzieciach najmłodszych.

Jeszcze raz pragnę zaznaczyć, że jeśli rodzina nie jest zaburzona w jakiś ostry sposób, to dziecko nie będzie miało problemów ze spotykaniem się z gejami czy murzynami. Po prostu – jeśli człowiek nie czuje się faszerowany propagandą zewsząd, to jest pogodniejszy i przyjaźniejszy. Proste?

Z pozoru program GLSEN wygląda dobrze, bo przedstawia się tak:

  • wczesna szkoła podstawowa to nauka o nie tradycyjnych strukturach rodzinnych i stereotypach płciowych,
  • „kwiaty tożsamości” to lekcje zachęcające do eksploracji własnych tożsamości (wszelkiego rodzaju, nie tylko płciowej),
  • gimnazjum to „dawanie uczniom możliwości doświadczenia, jak to jest być etykietowanym w negatywny sposób” [ktoś tu chyba nie chodził do szkoły xD]
  • lekcje w szkole średniej uczą, jak przeprowadzić proces samookreślenia, a następnie być dumnym z tych tożsamości, które zidentyfikowali,
  • w dziedzinie nauki dzieci uczą się, że płeć nie jest tylko kwestią binarności płciowej. Przykładami są tu zwierzęta, to taki wstęp do „różnorodności płci i struktur rodzinnych”.
  • w gimnazjum dzieci otrzymają trójkąt płci – rozróżnianie tożsamości płciowej, wyrażanie płci i ciała. Dzieci nauczą się, że chromosomy nie mają nic wspólnego z płcią osoby.
  • dla edukatorów tradycyjna reprodukcja to problem,
  • dzieci mają uczyć się odpowiednich zaimków (ono, zamiast jej np.), pisać artykuły o liderach LGBTQ+, mają mieć lekcje historyczne, ZADANIA MATEMATYCZNE Z UŻYCIEM WĄTKU LGBTQ i „wykorzystanie podstawowych działań jako okazji do eksploracji zakresu wyrażania płci i działań”.

Na miejscu De Santisa też bym się wkurzyła, bo to jawne pranie mózgów. Zaczynamy od najprostszych rzeczy, a potem rozwalamy system bardziej. W użyciu jest okno Overtona, które z drobnostek czyni czymś normalnym i tak dalej.

Ale nawet po samym powyższym opisie widać jak na dłoni, dlaczego De Santis postanowił wdrożyć ustawę „Don’t say Gay” na Florydzie, bo widać, że coś tu jest nie tak. To bowiem rodzina jest monolitem społeczeństwa i jeśli ona zostanie zaburzona, zniszczona, to i społeczeństwo się rozpadnie. Poza tym genetyka – w którą tak mocno wierzą naukowcy – jest bezlitosna, a tak w ogóle… po ciula dzieci mają pisać o liderach LGBTQ? Są o wiele istotniejsze tematy, o których dzieci mogą się uczyć. A zainteresowany tym środowiskiem czy jego historią i tak znajdzie na ten temat materiały, zapewne często propagandowe.

Umówmy się – szkoła w każdym państwie pierze mózgi. Robi to po to, by albo społeczeństwo było bezwolne, albo było patriotami. To dlatego uczą nas pisać i czytać, i rachować. Nie z powodu miłości. Po prostu coś za coś.

– Mamy firmy, takie jak Disney, które krytykują prawa rodziców, które krytykują fakt, że nie chcemy transgenderyzmu w klasach przedszkolnych i pierwszych klasach – mówił De Santis w pierwszych tygodniach awantury.

Oczywiście – De Santis wprowadził ustawę, Karolina Północna ją wdrożyła, a w amerykańskich mediach pojawiło się nagle pełno treści typu „to koszmar dla tego nastolatka”. Akcja rodem z TVN’u.

Co zawiera ustawa? Proste rzeczy – dyskusje o płciowości typu „tożsamość płciowa” i „orientacja seksualna” są zabronione do 3 klasy szkoły podstawowej. Domyślnie, do 12 klasy dyskusje miały być znacznie ograniczone, ale Wiki pisze, że sami nauczyciele rozszerzyli to aż do 12 klasy właśnie. Do tego wszelkie formularze mają być albo zabronione, albo podawane do informacji rodziców.

Tak, to wzbudzało kontrowersje.
A teraz pomyślcie: jeśli doświadczeni nauczyciele, którzy zarządzają systemem na Florydzie zgadzają się co do tego, że transpłciowość nie powinna być poruszana w klasach 1-12, to co to oznacza?

Ale w awanturze Disney-De Santis nie chodziło tylko i wyłącznie o to środowisko. Co prawda, De Santis przejął zarządzanie parkiem Disneya i było to określane jako „kara za propagandę LGBTQ”, ale… kończyła się akurat umowa, a więcej nawet – Disney chciał więcej i więcej od Florydy, będąc właściwie takim mini-państwem. Tu wchodziły mocno kwestie podatkowe, bo tamtejszy park był mocno z nich zwolniony. Dlatego sprawa w sądzie nie toczyła się o wolność społeczności LGBT, a toczyła się właśnie o to, co Disney powinien dać Florydzie i się dogadali. Disney może wybudować nowe rzeczy do swojego parku, ale musi np. zadbać o nowe hotele dla gości. Tam było trochę więcej ugodowych warunków.

Umowa została zawarta na 15 lat. Floryda zapewnia Disneyowi usługi komunalne typu straż pożarna, kontrola komarów, i tak dalej, i tak dalej. Disney zaś zainwestuje 17 miliardów dolarów. Wchodzi w to budowa piątego parku, dwa mniejsze, zwiększenie liczby pokoi hotelowych i zwiększenie powierzchni handlowej i restauracyjnej o 20%.

Innymi słowy – biznes Disneya na Florydzie nie padnie, raczej przeciwnie; będzie kwitł aż do następnej umowy z miastem.

Ale jest warunek – Disney przekaże Florydzie 100 akrów (40 hektarów) na projekty infrastrukturalne, jakie chce wdrożyć stan. Oczywiście, przynajmniej połowa projektów zaplanowanych przez Disneya musi być realizowana przez lokalnych przedsiębiorców. Dodatkowo, Disney ma przekazać 10 milionów dolarów na budownictwo mieszkaniowe dostępne dla tutejszych w centralnej Florydzie.

Teoretycznie, porozumienie to zostało zawarte w marcu, jednak aż do poprzedniego tygodnia Disney miał czas wnieść kolejny pozew w sprawie. Nie wniósł, więc umowa wchodzi w życie.

– To porozumienie to wielkie zwycięstwo dla centralnej Florydy i przyniesie liczne miejsca pracy oraz poprawi doświadczenia gości – stwierdził dyrektor ds. komunikacji w biurze gubernatora, Bryan Griffin.

No cóż – wygląda więc na to, że De Santis zrobił dwie pieczenie na jednym ogniu.

Akolita – chwyt propagandowy, którego nikt się nie chwyta

To normalne, że autor w swoim dziele daje wyraz własnym przekonaniom. Normalne też będzie to, że Disney w swych projektach chce realizować misję firmy. Kiedyś to była „robimy rzeczy dla rodzin”, dziś – „robimy rzeczy dla środowiska LGBT’. Niestety – firma popełnia jeden, paskudny błąd. Brzmi on:

TWORZYMY PAŹDZIERZE.

Kiedy miałam dostęp do Apple+ uświadomiłam sobie w pewnym momencie, że w każdym jednym serialu mamy MINIMUM jedną parę homoseksualną i kolesia trans. I jasne, może przesadzam, ale takie tytuły: „The Morning Show”, „Shrinking” czy „The Big Door Prize” zawierają wybitnie dużo LGBT, a „Severance” (sic!) ma pewien wątek, który podchodzi pod ukryty program i trudno się o nim wypowiadać, nie znając kolejnego sezonu. Jednakże nie zauważyłam takiego hejtu na Apple+, jak w przypadku Disneya. Wręcz przeciwnie – same zachwyty, przynajmniej na polskiej scenie recenzenckiej. Czym to jest spowodowane? Najprostszą rzeczą na świecie: przyzwoitą lub bardzo dobrą fabułą.

„Akolita” nie zawiera ani przyzwoitej, ani bardzo dobrej fabuły. Można się kłócić, że te wszystkie głupotki scenariuszowe – włącznie z tym, że mega niebezpieczny przestępca jest przewożony przez dwa durne roboty – to nie pierwszyzna w Star Wars. Problem jednak polega na tym, że nawet wybitna historia zawierać może głupotki, ale zapomina się o nich właśnie dlatego, że to jest wybitna historia. Historia, która jest znakomita – bo wcale nie musi być na Nobla robiona. Wystarczy, że będzie dawała emocje odbiorcom. Tymczasem „Akolita” przedstawia nam bohaterów, do których nic nie czujemy i których mamy absolutnie w dupie, za przeproszeniem. Ich płytkość tak wybrzmiewa, że trzeba się porządnie zastanowić, co jest pozytywem w tym serialu.

Ale mało tego – „Akolicie” nawet nie idzie dobre przedstawienie treści symbolicznej, masońskiej. „The Fisher King” to stary film, ale masoński. Jego symbolika aż wali po oczach i wiecie, co? Bardzo mi się spodobał! Czułam emocje, wzruszenie, zadowolenie… ciekawe, dlaczego? Być może właśnie dlatego, że to, co serwowano nam fabularnie było znacznie wyrazistsze od tego, co nam serwowano w przekazie symbolicznym.

W trzecim odcinku „Akolity” mamy ceremonię, która kończy się fatalnie. I to wszystko boli, bo jest zrobione bardzo nieudolnie. A sama ceremonia? Cóż – jest zrobiona po masońsku. A szczegóły poniżej.

Przestrzeń, a także styl ubrań stoi trójkącikami. Mistrzyni bliźniaczek, która w trzecim odcinku odprawiała rytuał miała kolczyk-trójkąt, a ubrania całej społeczności są trójkątne. Mało tego, na miejscu ceremonii także stoi trójkątny obelisk, a sama siedziba przypomina cyrkiel, trójkąt. Ale chyba najbardziej rzucił się w oczy zeszyt, który nie dość, że czarny, to jeszcze trójkątny (od niego wziął się pożar siedziby).

Zeszyt.

Siedziba plemienia.

A poza tym są słoneczka – najwyżej postawione kapłanki mają naszyjniki a’la słoneczko, a same dziewczynki podczas ceremonii ubrane są w szaty dość je przypominające.

Jest jeszcze kwestia znaków używanych w trakcie ceremonii, w dłoniach, ale hm – kwestia sporna. Bardziej od masońskich kształtów cała ceremonia kojarzy mi się z Wicca, i być może twórcy inspirowali się właśnie tym, niźli masonerią.

Natomiast, jeśli chodzi o same odcinki „Akolity”… trzeci odcinek był czymś, przez co ocena serialu z 25% spadła do 15% (aktualnie jest 14 na Rotten Tomatoes, piszę to nad ranem 19.06). Obserwujemy bowiem retrospekcję wydarzeń sprzed lat, w momencie, kiedy bliźniaczki – Mei i Osha – się rozstały. Wszyscy myśleli, że Mei zmarła, bo wywołała pożar. Ale… pożar wywołany przez podpalenie zeszytu może i byłby wiarygodny, gdyby nie to, że ich siedziba była kamienna. To raz. Dwa – sama budowa plemienia jest dość dziwna, bo tam są gatunki od sasa do lasa i same kobiety. Niby w Star Wars nie powinno to dziwić, ale jednak zaburza to pewną spójność i szkoda, że twórcy nie pociągnęli tego, czym naprawdę jest to plemię. Bo oczywiście nasze dziewczynki są zrodzone z mocy i mają dwie matki. I to jest właśnie symboliczny, ukryty program LGBT. Można tego nie zauważyć – w końcu to się mieści w fantasy, jakim jest Star Wars, ale Amerykanie pięknie rzecz podsumowali:

Tymczasem czwarty odcinek co najwyżej niszczy ustalony kanon w Star Wars, ale nie wchodziłam w szczegóły. Inni to zrobią, a trochę się w nim dzieje, ale nic na tyle kontrowersyjnego, co by przebiło poprzednika. I nic odkrywczego. Mamy tu suchy jak wysuszony grzyb humor, mało oryginalne zwroty akcji i… niesamowitą przemianę bohaterki. Jezu XD. Warto było poczekać te 15 minut, by to zobaczyć.

Otóż – mamy Mei, złą babeczkę, która jest wyszkolona jak Jedi, tyle że ona chce zabić Jedi. Generalnie, spoko. Idzie na spotkanie z którymś z Jedi, by go zabić, ale w trakcie spaceru przez las oświetliło ją: przecież nie musi tego robić! Może porozmawiać z siostrą i przejść na dobrą stronę mocy!

I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że widz w ogóle nie widzi zmiany bohaterki. Ot – został postawiony przed faktem dokonanym. Nie czuje się zżyty z Mei, nie bardzo mógł obserwować jej wątpliwości, a więcej nawet: aktorka niewiele pokazuje nam twarzą. Co daje wrażenie „przemiana z dupy”. Kompletnie.

No, ale pod koniec odcinka zdarzył się cliffhanger, tyle że… średnio logiczny. I ja wiem, można się czuć wystraszonym przed bandą Jedi. Jednakże Mei sama chciała się z nimi spotkać i jakoś nic nie zwiastowało tego, że ma wątpliwości co do swojej decyzji, że się boi, po prostu nic. No chyba że czuła, że zaraz przyjdzie jej mistrz, ale nadal: wyraz twarzy aktorki niewiele nam pokazuje.

Podsumowując – odcinek czwarty dało się oglądać, nie mniej… logika tu mocno zgrzyta, aktorstwo również. Szkoda, że na główną postać wybrano aktorkę z jedną miną, bo tak moglibyśmy mieć coś lepszego. A tak mamy… w sumie serial nijaki.


  1. https://time.com/6275097/disney-desantis-florida-feud-timeline/
  2. https://time.com/6266618/ron-desantis-florida-governance-essay/
  3. https://time.com/6250153/woke-convenient-republican-dog-whistle/
  4. https://time.com/6281591/disney-desantis-timeline-case/
  5. https://thepostmillennial.com/disney-funds-gender-identity-lgbtq-curriculum-in-schools-and-has-been-for-20-years
  6. https://www.cnbc.com/2022/03/11/disney-pauses-political-donations-in-florida-over-dont-say-gay-bill-backlash.html
  7. https://www.msn.com/en-us/news/us/lgbtq-students-reflect-on-first-school-year-under-north-carolinas-don-t-say-gay-law/ar-BB1oszaq
  8. https://en.wikipedia.org/wiki/Florida_Parental_Rights_in_Education_Act
  9. https://www.msn.com/en-us/travel/news/with-deal-done-disney-withdraws-lawsuit-ending-last-conflict-with-desantis-and-his-appointees/ar-BB1ob3Fp

Akolita: serial, o którym jest głośno, choć nikt go nie ogląda

– Te wszystkie kwestie woke są w tym serialu nieistotne – stwierdził jeden z panów od Napisów Końcowych. Jak dobrze rozumiem, pan uważa, że takie treści mogą sobie być i nie należy oceniać serialu tylko dlatego, że zawiera woke. Problem jednak w tym, że to nie jest takie proste.

Ocena na IMDB z dnia 11.06.2024, g. 02:26

Zacznijmy jednak od recenzji pierwszych odcinków serialu. I obawiam się, że jeśli w latach 90′ Walt Disney miał fantastyczny dubbing w każdym języku świata, tak obecnie jest on po prostu koszmarny. Szybko więc przełączyłam na oryginał i ku mojemu zniesmaczeniu okazało się, że to nie wina dubbingu. To znaczy, wiecie. W „Akolicie” DIALOGI SĄ PAŹDZIERZEM DO KWADRATU. Serio – widzimy babeczkę, która jest mistrzem Jedi i atakuje ją właśnie ta tytułowa Akolitka. I… rozmawiają tak, jakby dialogi pisało AI. Dalej nie jest lepiej. Wypowiedzi są typu „wyjaśnię widzowi, bo jest głupi” lub „dam szczegół, który nie jest ważny, ale coś muszę mówić”.

Przejdźmy do fabuły.

Akcja dzieje się 100 lat przed właściwą trylogią, więc mamy sytuację, w której Jedi są w pełnej sile i chwale. Niestety, ktoś zabija. Tym kimś okazuje się główna bohaterka, która ma siostrę bliźniaczkę. No więc teraz się skupcie. Główna bohaterka jest mechanikiem, a jej siostra akolitką. Do momentu, w którym akolitka zabija Jedi, wszyscy myślą, że dziewczę jest martwe. Ale to też właśnie dlatego nasza mechanik zostaje zaaresztowana przez Jedi i…

…jest – wraz z innymi więźniami – przewożona w statku kierowanym przez roboty. To bardzo logiczne: ktoś zabija super duper silnych mistrzów Jedi, a ci nawet nie pokusili się o porządną straż, eskortę xD. Już pomijam fakt, że nasza mechanik nie była sama, bo wraz ze zgrają przestępców, ale… no po prostu to się nie trzyma kupy.

Również nie trzyma się kupy to, że miała ona siostrę, która żyje. Dobra – spoko, może na papierze to brzmi lepiej, ale w momencie, kiedy nasza mechanik sobie wyśniła postać siostry, która ją łaskawie poinformowała, że jest zabójczynią, poczułam ból mózgu.

– Coś jest z tym serialem nie tak – mówię do mojej przyjaciółki. – I nie jest to woke.
– Coś jest nie tak, bo pomysł jest sam w sobie głupi – odparła Asia.

Chyba rzeczywiście coś w tym jest, bo… jakoś tak nie bardzo mam wrażenie, że to OK produkcja.

Póki co, jedynym dużym plusem „Akolity” jest Jord, którego gra Charlie Barnett – uważam, że dość dużo daje z siebie, by postać była jakaś. Wszyscy inni grają tu sztampowych bohaterów.

Z zupełną łatwością zapominamy o jednej, bardzo ważnej rzeczy. Telewizja/kino to iluzja. Migający ekran ma efekt hipnotyzujący, a nasza podświadomość bierze absolutnie wszystko za prawdę. Pisałam o tym w tym tekście, ale widząc wszelkie pytania typu „ale dlaczego jesteście oburzeni Akolitą? Przecież ta scena to nie problem”, chce mi się powtarzać. Nawet najdrobniejszy element czy to w filmie, czy w animacji, który upolitycznia rzecz, jest przez naszą podświadomość widziany. To się nazywa przekaz podprogowy. Dlatego, gdy w ostatnim animowanym Spider-manie ujawniono kilka scenek, w trakcie których na ścianach budynków np. było napisane coś w stylu „LGBT i love”, odbyła się istna burza w internetach.

Tak, takie „ukryte” elementy nie są jedynie zabawą, są też manifestem pewnej agendy, w tym przypadku agendy LGBT. I nie jest ona wcale pozytywną rzeczą, ale ludzie – szczególnie po prawicy – chyba nauczyli się dostrzegać te zjawiska.

Więc – ostatecznie – gdy ktoś zapyta „dlaczego tak bardzo oburzasz się na Akolitę”, to mu odpowiem: bo przekaz podprogowy.

Jedno, malutkie zdanie to oswajanie z jakimś tematem. Ono nie jest w próżni. Można je olać, oczywiście. Zresztą – w trzecim epizodzie ten temat zostanie bardziej rozwinięty. A mało tego, twórczynie – zamiast skupiać się na innych wątkach – cisną nieustannie temat LGBT. Po co?

W sztuce od dawna trwa dyskusja: czy można oddzielać twórcę od jego dzieła? Poprawna odpowiedź brzmi – nie. Choć teoretycznie można uznać, że jeśli reżyserem jest pedofil, a jego filmy są wybitne, to trzeba oddzielać te dwie różne sprawy. Ale czy aby na pewno? Szczególnie, że w filmach nie ma tak prosto – są różne symbole podprogowe, które mają znaczenie. Pierwsze z brzegu to używanie kolorów w stylistyce masońskiej. Drugie z brzegu…

Źródło: tu.

Nie możemy zapominać o kontekście kulturowym. O tym, że Hollywood to jest wylęgarnia masonów i innego skrzywienia, a już szczególnie tego, co się w Disneyu wyprawia. I że ten od dawien dawna promuje LGBT. A promuje z jakiegoś powodu. Zresztą, zauważcie: wielkie firmy poszły w sukurs za Disneyem i tak na przykład promocję LGBT+woke zaserwowało nam HBO/MAX, które stworzyło już dwa sezony anty-wybitnej „Velmy”, nieoglądalnej dla normalnego człowieka. Dlaczego tak zacna firma produkuje takie bezwartościowe coś? Jedyne, co mi przyszło do głowy to „muszą nadrobić treści agendowe”.

Skoro mamy za sobą wyjaśnienie, że tv/kino hipnotyzuje, a różne firmy używają kinematografii jako narzędzia podprogowego, możemy przejść do dwóch, najważniejszych rzeczy, chociaż to nie wyczerpie tematu. Chcę jedynie zasiać podstawy, żeby później na pełnej móc się o tym rozpisywać. Zaczynamy!

Teoretycznie światotwórstwo w Star Wars pozwala na wszystkie kombinacje rasowe, płciowe, kulturowe i tak dalej, i tak dalej. Problem jest tylko taki, że każde dzieło jest przeznaczone dla kogoś. Już pal licho, że główni bohaterowie w większości to murzyni… no dobra, żartuję. Kolory skóry nie są takie ważne, zwłaszcza w świecie, w którym na ulicy masz 10 różnych ras na metrze kwadratowym tylko. Tak samo można by powiedzieć, że „dwie matki” – to stwierdzenie – jest niewinne, jest zgodne z uniwersum Star Wars.

Teraz – teoretycznie – powinnam poczekać do 3 odcinka, gdzie będzie znacznie więcej o tych dwóch matkach. Problem jednak w tym, że nie mogę, bo mam wrażenie, iż… będzie to banalne, głupie i bez sensu rozwinięte. Dokładnie tak bez sensu, jak rozwinięta była kwestia „to moja siostra zabija!” czy też niemal odruchowe uwierzenie mechanik, że tak rzeczywiście jest. To powoduje uczucie, że twórcy tego świata wręcz nie chcą budować ciekawego uniwersum, po prostu zależy im na tym, by… no właśnie, reprezentować agendę LGBT. Innymi słowy, treść już jest mniej istotna od tego, że można zahipnotyzować ludzi na głupoty. A dokładniej na problemy ze sobą.

Woke to zjawisko trudne do zdefiniowania, ponieważ sami Amerykanie mają z tym problem. Teoretycznie ideologia ta miała wspierać równość praw i tak dalej, nie mniej w 2014 roku – delikatnie mówiąc – jebło. Będzie bardzo ciekawie, gdy do kin wejdzie film o zamordowanym przestępcy Michealu Brownie, bo z całą pewnością będzie to propagandowa dla niego laurka. I jestem ciekawa, czy History vs Hollywood opisze sytuację z całą szczerością. Oj, będzie się działo w temacie, ale wróćmy do terminu woke.

Bo propaganda LGBT jest częścią wokeizmu, czy tego chcemy, czy nie.

Historia wokeizmu zaczęła się jeszcze w latach 20′ XX wieku, jako sprzeciw wobec rasizmu czarnych obywateli. Dlatego też w 2013 roku woke było znane głównie wśród tej społeczności. Zmieniło się to dopiero wówczas, gdy Brown został postrzelony przez policjanta. – (…) „stay woke” nagle stało się ostrzeżeniem aktywistów Black Lives Matter na ulicach, używanym w przerażającym i konkretnym kontekście: pilnowania się przed brutalnością policji i niesprawiedliwymi taktykami policyjnymi – tłumaczy dziennikarka Vox.com, Aja Romano. – W ciągu sześciu lat od śmierci Browna, „woke” ewoluowało w jedno słowo podsumowujące lewicową ideologię polityczną, skupioną na polityce sprawiedliwości społecznej i teorii krytycznej rasy. To ramowanie „woke” jest dwupartyjne: używane jako skrót politycznej progresywności przez lewicę oraz jako określenie kultury lewicowej przez prawicę.

Myślę, że jest to doskonałe podsumowanie wszystkiego tego, co dotyczy woke i jego zrozumienia. Chociaż, jeśli mam być szczera, to poglądy lewicowe są często bardzo dziwnie ukierunkowanie. Weźmy takiego Biedronia, który wypowiadał się o wynikach do europarlamentu. Przypomnę, że w Polsce zwyciężyło KO, PiS i Konfederacja, a Ty czytasz tekst wyborcy Konfy. Nie mniej, w całej Europie sytuacja jest taka, że to ruchy prawicowo-narodowościowe zwyciężyły i mają większość w eurokołchozie. Tymczasem Biedroń stwierdził tak: – W Polsce demokracja zwyciężyła, ale w Europie przegrała.

Aha – czyli demokracja jest wtedy, kiedy lewica wygrywa.

To tylko jeden z przykładów dziwnego myślenia tego ugrupowania.

Wróćmy jednak do woke, bo Aja zauważa pewną, bardzo ciekawą rzecz: – Ale w miarę jak użycie tego słowa się rozprzestrzenia, to, co ludzie naprawdę mają na myśli przez „woke”, wydaje się mniej jasne niż kiedykolwiek.

To prawda.

– Dla lewicy, bycie „woke” oznacza identyfikowanie się jako zagorzały obrońca sprawiedliwości społecznej, który jest na bieżąco z współczesnymi kwestiami politycznymi — lub bycie postrzeganym w ten sposób, niezależnie od tego, czy kiedykolwiek samemu twierdziło się, że jest się „woke” – tłumaczy Aja. – (…) Dla prawicy, „woke” — jak jego kuzyn „canceled” — oznacza „polityczną poprawność” wymykającą się spod kontroli, a sam termin jest zwykle używany sarkastycznie.

Praktycznie, dwa podejścia do tematu sprawiają, że mamy polaryzację społeczeństwa. I że istnieją dwa równoległe do siebie światy ideologiczne. Taka sytuacja szkodzi czarnej społeczności. – Zanim słowo zostało przejęte przez prawicę, „woke” było używane w społecznościach czarnych i kampaniach na rzecz sprawiedliwości społecznej, aby odnosić się do świadomości nierówności, z niektórymi nawołującymi innych do „stay woke” – zauważa dziennikarz Forbsa, Conor Murray. – (…) Czarni aktywiści i akademicy również krytykowali białych liberałów za przejmowanie terminu „woke” i używanie go w sposób performatywny, aby wydawać się progresywnymi, a także za używanie go do określania jakiejkolwiek lewicowej pozycji, co rozmywa jego pierwotne znaczenie. Użycie „woke” jako pejoratywu wykracza poza same Stany Zjednoczone: politycy w takich krajach jak Węgry, Szwajcaria i Nowa Zelandia w ostatnich miesiącach krytykowali „woke ideology”.

No, ale kto by przypuszczał, że władzy zależy na dzieleniu i rządzeniu…

Tak więc mamy w USA taką sytuację, że woke stało się jednym z głównych tematów kampanii prezydenckiej i na gubernatorów. Bo nawet wśród Republikanów definicja tegoż pojęcia jest różnoraka. De Santis (gubernator Florydy, kłócący się z Disneyem) powiedział tak: – Słuchajcie, wiemy, czym jest woke, to forma marksizmu kulturowego. Chodzi o stawianie zasług i osiągnięć za polityką tożsamości, i to jest w zasadzie wojna z prawdą. I jak to zainfekowało instytucje, tak je zepsuło. Więc musisz być gotowy walczyć z woke, zrobiliśmy to na Florydzie i z dumą uważamy się za stan, gdzie woke umiera.

To prawda – bo to właśnie na Florydzie stoczono największą bitwę z woke w postaci Disneya. Tak na przykład De Santis stworzył i podpisał ustawę „STOP WOKE”, dzięki której dzieci miałyby być chronione przed ideologią gender w szkołach.

Ale Nikki Haley – konserwatystka z Południowej Kalifornii – pojęcie woke tak przedstawiła: – Jest wiele rzeczy. Mam na myśli, że chcesz zacząć od biologicznych chłopców grających w dziewczęcych sportach. (…) Fakt, że teraz mamy lekcje dotyczące zaimków płciowych w wojsku, mam na myśli, że wszystkie te rzeczy, które narzucają to, czego chce mała mniejszość, większości Amerykanów, to za dużo. To za dużo.

Innymi słowy – konserwatyści zgadzają się co do tego, że woke pierze mózgi i w zasadzie, łamie stereotypowy, naturalny tryb rozwoju płciowego wśród młodych. Zresztą, wystarczy wspomnieć o skandalu, jaki całkiem niedawno przetoczył się w Anglii, a dotyczył tranzycji płci najmłodszych. Na swoim kanale opowiada o tym Waldemar Krysiak.

Jest mętlik, prawda? Choć w źródłach masz podane parę definicji pro-lewicowych, to osobiście jestem po stronie De Santisa, Brauna i jakiś gości z Australii, którzy dość składnie opisują na swojej stronie, co odwala szeroko rozumiane woke. A odwala to: kradzież tożsamości (np. trans kobieta wygrywająca miss USA, do czego doszło ostatnio), cancel culture, ofiaryzm, upadek cywilizacji na skutek działań człowieka. I tak dalej, można te punkty rozszerzać, ale przedstawione są dość dobrze opisane tu i nawet jest do wyboru język polski xD.

Nawet midjourney rozumie, z czym się wiąże wokeizm, bo gdy go poprosiłam o czarną syrenkę homo, wypluł coś takiego:

Zgadza się – wracamy do Disneya, LGBT i masonów.

Jason Richards i John Ruark – masoni – twierdzą, że masoneria nie przyzwalała na promocję LGBT. – Prawa masonerii dotyczące homoseksualizmu różnią się znacznie w zależności od jurysdykcji. Wiele jurysdykcji nie ma określonej polityki w tej sprawie, ale niektóre Wielkie Jurysdykcje (które pozostaną bezimienne) wymieniają transwestytyzm, zachowanie homoseksualne, a nawet same promowanie homoseksualizmu jako przestępstwa masonerskiego, karalnego zawieszeniem lub wykluczeniem.

Zaraz jednak dodają, że z powodu zmieniającej się kultury oraz wskazania przez Sąd Najwyższy USA, że pary homo muszą mieć zezwolenie na ślub w każdym stanie (2021), że z tych właśnie powodów trzeba nieco zreformować zasady w lożach. – Homoseksualizm nie powoduje żadnych inherentnych szkód w loży. Niezależnie od rasy, wieku czy orientacji seksualnej, bracia oczekuje się, że traktować się będą nawzajem z najwyższym szacunkiem.

Skoro wcześniej homoseksualizm mógł być uznawany za szkodliwe działanie wobec masonów, to jakim cudem mamy wszechobecną propagandę LGBT?

Jedna, mała malutka uwaga: masoneria często jest mylona z Illuminati, a to są dwa oddzielne ruchy. Różnią się… no właśnie, czym się różnią? Moim zdaniem szczegółami, takimi jak to, że Illuminati siedzą bardziej w satanizmie i są bardziej głębszą lożą, niż płytszą. Innymi słowy, jeden dom, za to z tajnymi pokojami.

Ale odstawmy na chwilę satanizm, bo my tu mamy zasadniczo prostą sytuację. Otóż, w XIX wieku żył sobie Albert Pike, tzw. Wielki Komendant rytu szkockiego, który w 1871 roku opublikował książkę „Morals and Dogma of the Ancient and Accepted Scottish Rite of Freemasonry”. Jest ona i stara, i bardzo ciekawa (?), ponieważ informuje o agendzie LGBT.

Ale po kolei.

– Jak inne grupy ezoteryczne i niektóre bractwa, wolnomularze mają tajne doktryny i inicjacje. Agenda homoseksualna jest ukryta przed członkostwem – pisze Henry Makow, który siedzi właśnie w Illuminati (trzeci stopień prawdopodobnie). I cytuje Pike’a (będzie to częste): – Symbole i ceremonie wolnomularstwa mają więcej, niż jedno znaczenie. Raczej ukrywają, niż ujawniają Prawdę. Wskazują na nią tylko. (…) Mamy wskazówki, a nie szczegóły… wskazówki prawdziwych celów i celów Tajemnic.

– „Tajemnice” to sekretne „Prawdy” masonerii i sekretne inicjacyjne rytuały – tłumaczy Makow. – (…) Wysokiej rangi wolnomularze nawet ukrywają tajemnice przed niższymi wolnomularzami. Według Pike’a, niższy wolnomularz „zostaje celowo zwiedziony fałszywymi interpretacjami [symboli wolnomularskich]. Nie ma zamiaru, aby je zrozumiał [symbole]; ale ma zamiar wyobrazić sobie, że je rozumie. Ich prawdziwe objaśnienie jest zarezerwowane dla Adeptów, Książąt Masonerii. Niżsi wolnomularze są po prostu oszustami wykorzystywanymi przez wyższych, tak zwanych „Książąt Masonerii”.

I w ten sposób dochodzimy do tego, że homoseksualizm jest TAJNĄ agendą wolnomularzy. To też wyjaśnia Makow:

– [Pike] Stwierdza, że nowicjusz „upamiętnia w sakramentalnej ceremonii tę tajemniczą pasję; i podczas spożywania surowego ciała ofiary, wydaje się być wzmocniony świeżym łykiem z fontanny uniwersalnego życia… Stąd znaczenie fallusa”. (…) Nie tylko homoseksualny seks najwyraźniej odgrywa rolę w masonerii, ale również homoseksualne orgie. Pike, mówiąc ogólnie o nowo inicjowanym członku, stwierdza: „miesza się z tłumem nowicjuszy, i ukoronowany kwiatami, świętuje z nimi święte orgie”. Nie trzeba dodawać, że Pike nie definiuje „świętej orgii.” W co najmniej dwóch innych miejscach w swojej książce wspomina, że orgie są związane z inicjacjami masońskimi. [Pike ma reputację osoby oddającej się rozpuście, a także satanistycznym rzeziom. HM]. Teraz wracając do masonerii – którą należy pamiętać, że jest grupą wyłącznie męską – Pike dostarcza poważnych dowodów na seksizm organizacyjny w masonerii poprzez te słowa: „Miłość do kobiety nie może wygasnąć; i ma straszny i niekontrolowany los”. (…) Masoneria nadal jest siłą w Ameryce i na świecie. Fakt, że ta grupa jest ewidentnie uprzedzona wobec kobiet (które nie mogą do niej dołączyć) i faworyzuje homoseksualne związki, nie powinien zostać niezauważony, a także fakt, że grupa ta wykorzystuje swoje wpływy, aby narzucać pro-homoseksualne „wartości” społeczeństwu.

Ale – jak zauważył Markow – wspaniale to wszystko podsumowuje masoński pisarz, Carl H. Claudy: – Prawdziwe sekrety masonerii nigdy nie są mówione, nawet z ust do ucha. Prawdziwy sekret masonerii jest wyrażany w twoim sercu, a od niego do serca twojego brata [masona]. Nigdy język stworzony dla języka nie może go wyrazić; jest on wypowiadany tylko językiem oka, w tych przejawach tej miłości, którą człowiek ma dla swojego przyjaciela, która przewyższa wszystkie inne miłości, nawet tę do kobiety.

Może na wszelki wypadek zaznaczę kilka rzeczy. Ja nic do homoseksualistów nie mam, ale problem w tym, że agendy tworzone przez masonów wcale nie wspierają ludzi, a jest wręcz odwrotnie. W chwili obecnej mamy wojnę kulturową w USA, nowe wybory we Francji, strach ludzi przed Zielonym Ładem i kilkadziesiąt innych rzeczy, których by nie było, gdyby nie masoni. Tak, tak, zamierzam zrzucić całe zło na sprawczość masonów. A zresztą, czy ja nie ostrzegałam Was, że jestem foliarką?

– Geje byli wszędzie w filmach, od samego początku – stwierdził Roger Ebert, jeden ze znanych krytyków filmowych w USA.

Zdziwieni?

– Istnieją mocne dowody na to, że niektóre filmy są manipulacyjnie wykorzystywane przez heterofobicznych homoseksualnych reżyserów/producentów do psychologicznego warunkowania mężczyzn, aby tworzyli więzi z innymi mężczyznami kosztem kobiet – stwierdza autor masońskiej strony.

I tym samym wróciliśmy do początku tego tekstu. A mianowicie: oddzielanie twórcy od dzieła w branży filmowej jest bez sensu. Twórczość robi się z tego, co w nas jest. A co mogą stworzyć heterofobiczne jednostki? Na przykład filmy, w których głównymi bohaterkami są prostytutki, albo – słabi mężczyźni. Chodzi o rozdzielanie płci, wzajemne ich do siebie zniechęcanie. To już jest temat bardziej feministyczny i myślę o jego napisaniu…


  1. https://www.vox.com/culture/21437879/stay-woke-wokeness-history-origin-evolution-controversy
  2. https://www.forbes.com/sites/conormurray/2023/06/06/what-does-woke-even-mean-how-a-decades-old-racial-justice-term-became-co-opted-by-politics/
  3. https://thehill.com/blogs/blog-briefing-room/4033266-desantis-defines-woke-as-a-war-on-the-truth-after-trump-said-people-cant-define-it/
  4. https://www.nbcnews.com/politics/2024-election/nikki-haley-suggests-transgender-kids-cause-suicidal-ideation-teenage-rcna87708
  5. https://www.youtube.com/live/UgMCdBD45g8?si=fr7uki55JZo42NDG
  6. https://www.allsides.com/translator/woke
  7. https://www.merriam-webster.com/dictionary/woke
  8. https://www.scienceandfreedom.org/pl/articles/what-and-why-is-woke/
  9. https://kulturaliberalna.pl/2022/02/15/wokeizm-w-polsce-rewolucja-kulturowa-czy-prawicowy-chochol/
  10. http://www.midnightfreemasons.org/2021/06/is-homosexuality-unmasonic-revisit.html
  11. https://educate-yourself.org/cn/freemasonryhomosexualagenda22oct13.shtml
  12. https://www.home60515.com/23.html
  13. https://www.home60515.com/22.html

[RECENZJA] JUTRO BĘDZIE NASZE

WŁOSI ZNOWU TO ZROBILI, ale nie byłoby tego tekstu, gdyby nie Rena i jej prezent urodzinowy, czyli bilet na kino. Także jeszcze raz dziękuję i recenzję dedykuję właśnie jej <3.

-1-

Nie czytałam opisów, więc właściwie – szłam na film nie wiedząc, o czym będzie. Wiedziałam tylko – po recenzji któregoś z kolegów po fachu recenzenckim – że ten obraz jest udany. I rzeczywiście jest UDANY. Jest wręcz znakomity, a w samych Włoszech zarobił więcej od „Życie jest piękne” i ja się wcale nie dziwię!

Przede wszystkim mamy tu głos kobiet, naszych babek, a nawet matek, które postanowiły opowiedzieć młodym dziuniom o swojej historii. Zresztą, taki zamysł miała reżyserka, Paola Cortellesi. – Cały ten projekt powstał, ponieważ czytałam mojej córce książkę o prawach kobiet, a ona nie mogła uwierzyć, że istniały czasy, kiedy tych praw nie miałyśmy. Pomyślałam więc, że musimy porozmawiać z młodszymi pokoleniami, że muszą zdać sobie sprawę, że ich prawa nie są dane. To, że coś osiągamy, nie oznacza, że ​​będzie to trwało na zawsze. Chciałam w pewnym sensie zacząć przekazywać pałeczkę młodszemu pokoleniu. Możemy teraz jako kobiety mieć pewne prawa i zabezpieczenia, ale w społeczeństwie nie zmieniła się mentalność, która wypacza miłość i zamienia ją w posiadanie. Dlatego potrzebujemy lepszej edukacji.*

Tak, bo ten film jest o miłości. A właściwie to o życiu. Włosi robią coś takiego w swoim kinie, że po prostu opowiadają o prozie życia i jakoś to się wspaniale kręci. Tu mamy Delię (Paola Cortellesi), która ma trójkę dzieci i męża k… no dobra, męża tyrana. Ów mąż – Ivano (Valerio Mastandrea) od początku wkurza. Właściwie to jego postać wywołała we mnie bunt, sprzeciw wobec przemocy, jaką uprawiał na Delii. Na szczęście nie czułam, że TO FILM niszczy kobiecą energetykę, tylko czułam, że to wszystko JEGO SPRAWKA. I Delia z jednej strony chce się wyrwać z takiego chorego trybu życia, a z drugiej – nie umie, no ale to w końcu jest ofiara.

Cortellesi bardzo sprawnie prowadzi psychologię postaci, i właściwie każda z nich czymś się wyróżnia. Córka Delii – Marcella (Romana Maggiora Vergano) – już prezentuje inny, bardziej nowocześniejszy tryb myślenia o roli kobiety. Nie mniej znowu: halo, halo, to nie takie proste, a co z dziedziczonymi schematami?

Jest w tej dwugodzinnej historii dramat, komedia i muzyka. Bo to jest też film muzyczny, postaram się Wam dostarczyć soundtracka w komentarzu. W każdym razie, są sceny, kiedy wybrzmiewa ballada, i ona albo bardzo dynamizuje scenę, albo bardzo ją romantyzuje. I szczerze mówiąc takie postawienie sprawy niesamowicie mi się spodobało. To nadaje klimat.

Jeśli chodzi o prowadzenie dialogu między komedią, a dramatem, to… tak, „Życie jest piękne” wydaje się tu dobrym przykładem, bo mniej więcej tak samo jest to tu wypoziomowane. Tyle że… W przypadku „Jutro będzie nasze” napięcie tylko rośnie, rośnie i rośnie. Czy Delia się wreszcie z tego bagna wyrwie?! Kiedy to się stanie?!

I bum – zupełnie zaskakujący koniec, który zniszczyli mi inni widzowie.

O tym zaraz.

Uważam, że „Jutro będzie nasze” to znakomity obraz, który może mocno dać do myślenia młodym kobietom, żeby nie powiedzieć dziuniom. I wow – aż nabrałam ochoty na obejrzenie czegoś o irańskiej rewolucji. Auć. Natomiast, twierdzę też, że jeśli ktoś chce kręcić filmy feministyczne, to przede wszystkim powinien pojechać do Włoch i się uczyć od nich, albo przynajmniej na obrazach Paoli Cortellesi. Bo to co zrobiła w temacie jest naprawdę zacne i mocne. Ale nie chcę Wam spojlerować, bo im mniej wiecie, tym lepiej.

-2-
POSŁOWIE
MOŻESZ POMINĄĆ OSTATNIE AKAPITY, JEŚLI NIE CHCE CI SIĘ CZYTAĆ MARUDY

Więc mam trzy sprawy.

Po pierwsze – to był mój pierwszy i OSTATNI raz na tzw. Kinie Kobiet w Heliosie. Powód? Traktowanie nas jak idiotek. OK – większość babeczek była zadowolona, w końcu brały udział w kilku konkursach i nawet coś wygrały. FANTASTYCZNIE!
Tylko że nie.
JA CHCIAŁAM PO PROSTU OBEJRZEĆ FILM.
TYLKO FILM.
FILM.
Ale nie, kurwa, musiałam czekać jakieś 40 minut aż się skończą jakieś pierdolety. A potem jeszcze 5 minut reklam. Znakomicie. Tak, opisu imprezy też nie czytałam, ale… nie po to idę do kina, żeby przez 40 minut zajmować się jakimiś pierdołami. Bo nawet w zwiastunach puszczanych w kinie jest więcej merytoryki, niż w tych bzdetach.
Bleh, wkurzyłam się, ale dobra, to może po prostu kwestia tego, że pracuję mocno nad sobą i mi wywala. Nie mniej, chciałam zauważyć, że przy okazji maratonów – na przykład „Diuny” na której byłam – nie było takich bzdetoletów. Była co najwyżej 10-minutowa przerwa, ale ej, każdy prawie po 3h siedzenia zasługuje na spacer do kibla. Ja nie wiem, czy mężczyźni nie potrzebują pierdołkowatych konkursów, czy o co chodzi, GDZIE TA RÓWNOŚĆ PŁCI???

A teraz przejdę do dwóch pozostałych punktów, gdzie wyjaśnię, dlaczego kobitki zepsuły ostatnie momenty „Jutro będzie nasze”. I to już jest serio, bardziej obiektywne.

Po pierwsze – i tu kieruję prośbę do każdego, niezależnie od jego tożsamości płciowej – JEDZCIE PRZED ALBO PO SEANSIE! Serio, nie możecie poczekać tych dwóch, trzech godzin? Tylko musicie wspaniale szeleścić, mlaskać w trakcie filmu? Niesamowity pomysł, pozostali widzowie Wam serdecznie dziękują!

Po drugie – napisy końcowe. Ja wiem, że nie wszyscy muszą czekać, aż się skończą. Ale jezus narazeński, jak na ekranie pokazują się obrazy z jakichś wydarzeń, to uszanujcie to, że niektórzy chcą dooglądnąć je i bądźcie w miarę cicho, a nie na całą salę paplajcie jak popadnie. Serio, bardzo chętnie bym została na tych ostatnich chwilach, bo te ballady były po prostu urocze. Ale nie. Trzeba było paplać tak, że stwierdziłam, że to nie ma sensu, zgiełk po prostu zbyt duży. Na litość Wielkiego Potwora Spaghetti, uszanujcie to, że niektórzy mogą zechcieć obejrzeć napisy do końca, zwłaszcza jak film na to zasługuje. A „Jutro będzie nasze” ZDECYDOWANIE ZASŁUGUJE.

🫣🤦‍♀️

Dziękuję za przeczytanie tego tekstu, dziękuję, że mogłam sobie pomarudzić i polecam serdecznie „Jutro będzie nasze”. A ja wracam do serialu i miłego wieczoru.

DOPESICK nie kopie systemu

„Dopesick” to książka Beth Macy, którą zekranizował Disney+. W serialu wystąpił Michael Keaton i chyba parada gwiazd na tym się skończyła, ponieważ reszty aktorów nie rozpoznawałam. W każdym razie, charakteryzacja była bardzo staranna, właściwie we wszystkich ujęciach czasowych (były trzy linie) bohaterowie w jakiś sposób byli zmienieni. A to kolor włosów, a to wyraz twarzy. Drobne rzeczy, a robiły robotę.
Z początku nie byłam zbyt chętna na „Lekomanię” – polski tytuł – bo… jest dużo bardzo dobrych rzeczy do obejrzenia. A zresztą, jako teoretyk spiskowy nie potrzebuję serialu, który mówi to, co wiem. Więc można powiedzieć, że „Dopesick” mnie nie szokował. No bo co w tym szokującego, że Big Pharma i system podają sobie ręce? Po plandemii – praktycznie nic. Jedynie co, to może warto odnotować kilka „pojęć medycznych”, które być może weszły już do kanonu medycyny akademickiej, a które były bzdurą swego czasu.


Nie mniej, dlaczego w ogóle system miałby chcieć stworzyć serial, który go krytykuje? Dlaczego miałby pokazywać pewne przekręty? Realizować coś, co jest niepoprawne polityczne?

Ale może od początku, czyli właściwie o czym jest „Lekomania”? I sorry za zadawanie pytań – w tym tekście będzie ich bardzo dużo, więc przyzwyczajcie się do pytajników.

Obserwujemy ze trzy linie czasowe. Zaczynamy od 1996 roku, poznając młodą i piękną lesbijkę, Betsy Mallum (Kaitlyn Dever) pracującą w kopalni. Cóż – pamiętajmy, że mówimy o USA, tam rynek pracy trochę inaczej wygląda, niż w Polsce. W każdym razie dziewczyna doznaje urazu kręgosłupa, przez co zaczyna odczuwać straszny ból. Trafia do miejscowego lekarza, Samuela Finnixa (Keaton), który przepisuje jej tabletki OxyContinu, opioidowego leku przeciwbólowego. Co prawda zleca jej prześwietlenie kręgosłupa, ale poza tym nic z tego nie wynika. Trochę słabo.
Tymczasem Bridget Meyer (Rosario Dawson), pracująca w DEA trafia na trop plagi opioidowej. To już były lata po tym, jak produkt wszedł na rynek. Zadanie ma trudne, bo szefowie chcą koniecznie gangu, a system nie pomaga. I niestety, Meyer przegrywa z systemem.
Kilka lat później dwóch dzielnych – a właściwie trzech, ale jeden tylko nadzoruje – prokuratorów w postaci Ricka Mountcastla (Peter Sarsgaard) i Randiego Ramseyera (John Hoogenakker) postanawiają wbić noża plecy wielkiej korpo odpowiedzialnej za OxyContin. Bitwa nie będzie łatwa, ale panowie łatwo nie ustępują nawet pod ciężarem papierologii…

To tyle, jeśli chodzi o fabułę. Reszta informacji to mocne spojlery, ale dzięki nim można przejrzeć relację serialu wobec systemu. Bo właściwie – „Dopesick” może być odbierany jako antysystemowy, pokazujący całe zło umowy między Systemem a Big Pharmą. W końcu rzeczywiście ukazuje, w jaki sposób lekarze swego czasu współpracowali z firmami farmaceutycznymi, ukazuje też, w jaki sposób łatwo wyprać mózgi lekarzom. Ale zaznaczę – Keaton nie wydawał się jakimś znakomitym doktorem, a jego wątek jest trochę taki naiwny, ale może przesadzam. Dobra, zapraszam na ciąg dalszy.

By OxyContin się sprzedawał, trzeba było dotrzeć do lekarzy. W tamtych czasach internet istniał jako narzędzie bardzo raczkujące i najprawdopodobniej posiadali go tylko najbogatsi. Dlatego zawód przedstawiciela handlowego był bardzo potrzebny i – oczywiście stacjonarny. Ci ludzie szkolili się z bzdur o OxyContinie, przedstawiając wiedzę lekarzom. Wiedza niby fachowa, profesjonalna. Na potrzeby marketingu tak właściwie wymyślono kilka pojęć, np. ból przebijający.

Artur Sackler (Żyd) wymyślił pojęcie napięcia psychicznego.

Sacklerowie prowadzili firmę Purdue, która zajmowała się rozpowszechnianiem leku opioidowego OxyContin. Tak, pamiętajcie, że mowa o serialu. Nie mniej jednak, ten powstał na bazie faktów, bo książka powstała na bazie faktów. To jedna rzecz. A druga, można się pokusić o stwierdzenie, że masoni mówią nam, w jaki sposób działa system. Czyli – marketing, Big Pharma – wymyślają pewne terminologie, aby jeszcze fajniej zniewolić ludzi.

I jeszcze jedno – „Dopesick” ukazał się w 2021. Dlaczego w tym czasie, kiedy świat był ogarnięty plandemią? Czyżby chcieli nam podprogowo powiedzieć, że koronkę też wymyślili? Owszem, to choroba, która wyszła z laboratoriów i należy do rodziny grypowej, więc jej przebieg nie jest zupełnie tożsamy z grypą. Nie mniej jednak… Wystarczy spojrzeć na dzisiejsze próby rozpętania na nowo plandemii, i wystarczy sobie wpisać „ból przebijający” w przeglądarce. Wyskoczy Wam milion stron o pacjentach na onkologii.

„by podwoił dawkę”.

To tylko jeden z wielu przykładów wymyślonych chorób na potrzeby marketingowe w serialu. Innym przykładem jest np. dziesięciostopniowa skala bólu (!).

Jeżeli jesteście naprawdę zainteresowani problematyką Big Pharmy, to pewnie sami dokopiecie się do treści, które jasno wskażą, że PMS to także marketingowy wynalazek (sic!), bo okres nie powinien boleć, a nasz kobiecy nastrój zależy od fazy, i to jest naturalne, tak jest od pindyliona lat.

Zadawaliście sobie kiedykolwiek pytania, ile takich schorzeń – na które lekarze przepisują leki – jest wymyślonych? Bo ja patrząc na medycynę i własne doświadczenia mam wiele wątpliwości co do prawdziwości niektórych schorzeń, tak fizycznych, jak i psychicznych.

No dobrze, książka Beth Macy bazuje na faktach. I w amerykańskim internecie zdołano to doskonale omówić.

Jakby kogoś to interesowało – to książka jest już dostępna na polskim rynku. Ale wracając do USA, to bardzo ciekawe, że promuje ją akurat Tom Hanks, aktor, który ma brzydką energetykę i nawet nie ukrywa, dlaczego tak.

Źródła:

  • https://www.npr.org/2021/11/08/1051475843/dopesick-hulu-true-story-opioid-addiction
  • https://www.healthline.com/health/substance-use/narcotic-replacement-therapy#takeaway
  • https://www.grunge.com/665630/the-true-story-behind-dopesick/
  • https://www.newyorker.com/magazine/2017/10/30/the-family-that-built-an-empire-of-pain
  • https://www.npr.org/2021/09/16/1037806819/opioids-purdue-pharma-sackler-settlement-bankruptcy-deal
  • https://thecinemaholic.com/where-was-dopesick-filmed/
  • https://www.npr.org/2021/11/12/1051811415/dopesick-opioids-purdue-pharma-sacklers
  • https://health.wusf.usf.edu/npr-health/2021-11-08/is-dopesick-a-true-story-experts-and-the-shows-creators-sort-fact-from-fiction
  • https://www.npr.org/sections/health-shots/2018/08/21/640530842/dispatches-from-a-dopesick-america

Mediterraneo

MEDITERRANEO (1991) – z polska „Śródziemnomorska sielanka” to obraz Gabriela Salvatoresa, który został nagrodzony Oskarem w kategorii najlepszy film obcojęzyczny. I co prawda miał mocnych konkurentów, którzy nie omieszkali poruszać trudnych tematów, ale… chyba rozumiem, dlaczego ten film został nagrodzony. Na tle innych smutów ten się wyróżnia i wcale nie jest jakiś taki… bez sensu? Ale od początku.

II wojna światowa. Ekipa włoskich żołnierzy przybywa na grecką wyspę. Z początku zdaje się im opuszczona, ale jednak nie. I tak se żyją w sielance. Ot, cały film. Autentycznie! Gdybym Wam opowiedziała coś więcej, to groziłoby spojlerami, a cała zabawa polega na odkrywaniu humoru i klimatu, który tu jest szczególnie zaznaczany przez muzykę, ale o tym na końcu.

Jest to film na poły sentymentalny, a na poły antywojenny. Jest to obraz, który płynie leniwie, ale nie nudzi – po prostu jego tempo jest sielankowe, idealnie oddany klimat wakacji. Raczej nie każdemu przypadnie do gustu, nie mniej mnie się „Mediterraneo” zaczęło podobać gdzieś w połowie. Ta końcówka to chyba bardziej jest najeżona humorem, i jednocześnie zakończenie już całkowicie płynie na nostalgii.

Nie powiem, by „Śródziemnomorska sielanka” była najlepszym filmem, jaki widziałam. Z pewnością jest to jednak produkcja przyjemna, a nawet ładna. Nie bez znaczenia jest muzyka – och, w tych dźwiękach to można się zakochać! Odpowiedzialnych za nią jest dwóch mężczyzn – Giancarlo Bigazzi i Marco Falagiani. Główny motyw muzyczny jest lekki, sentymentalny i taki „wspomnienie wakacji”, bardzo pamiętliwy. Soundtrack oczywiście zostanie podlinkowany ❤.

„Mediterraneo” udowadnia jeszcze jedną rzecz – da się robić dobre filmy, w których nie ma dramatów, bólów i tego całego cierpiętnictwa. Ja do filmu nie będę wracać, ale do muzyki – na pewno.

PS.: Wątek LGBT też się tu pojawia 😃.

Życie jest piękne

Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby włączyć włoskiego smuta z obozem koncentracyjnym w tle, ale nie żałuję.

(Wyciera łzy).

Od razu mówię – nie znam się na włoskim, ani europejskim kinie, ale film Roberta Benigniego jest piękny. W 1999 roku zdobył trzy Oskary: Benigni za najlepszą rolę, Nicola Piovani za najlepszą muzykę i za najlepszy obcojęzyczny film. I myślę, że w każdym przypadku zasłużenie.

Mamy tu do czynienia z prostą historią: Guido (Benigni) i Dora (Nicoletta Braschi) zakochują się i mają dziecko. Niestety, przychodzi wojna i piękne życie bierze w łeb… ale czy na pewno? Guido wymyśla zabawę dla synka, Giosuego (Giorgio Cantarini), w trakcie której trzeba zebrać 1000 punktów, a na końcu dostaje się czołg.

Mówienie o tym filmie grozi większymi spojlerami, więc postaram się trochę ograniczyć. W sensie – ten film nie jest dramatem typu [tu wstaw jakikolwiek obozowy dramat]. Przypomina raczej film „Jojo Rabbit” Taikiego Waititiego, chociaż też nie. Dlatego że klimat „Życie jest piękne” jest czymś… pięknym. Taika mógł się najwyżej inspirować tym filmem, ale jednak nie sięgnął mu do kolan.

Bo „Życie jest piękne” to komedia – miejscami czarna, a miejscami naprawdę zabawna, na swój stary, komediowy sposób. Do połowy jest lekko, a potem zaczyna się dramat – jednak widz jest bardziej zaskoczony tym, że sielanka tak długo trwa, bo narrator (pojawia się na początku i końcu) zapowiedział wcześniej mroczniejsze chwile. Ale i w nich da się dostrzec, że życie jest piękne.

Moim zdaniem ten film dotyka czegoś głębokiego w sercu. Wiecie, nie chodzi o samo przedstawienie miłości, bo opowieści o niej jest trylion i nie każda jest hitem, a wręcz przeciwnie.

Film dostał Oskara za muzykę (Nicola Piovani), ale mam wrażenie, że jakby jej nie było, to niewiele by stracił. Owszem, dźwięki znacznie dodają uroku temu filmowi, ale tu raczej chodzi o tytuł.

„Życie jest piękne” to najlepszy tytuł, jaki mógł mieć ten film. To jest właśnie sedno tego, o czym opowiada obraz. Esencja klimatu, bo rzeczywiście przez większą część czasu antenowego czujemy, że chwile, życie jest piękne. I naprawdę, doskonale to wszystko zostaje spuentowane.

Jeżeli lubicie włoskie kino – obraz obowiązkowy. Jeśli jesteście Wysoko Wrażliwi, to przygotujcie chusteczki, bo w którymś momencie na pewno będą przydatne.

Nie, nie jestem w stanie opisać tego pięknego klimatu „Życie jest piękne”. Żeby zrozumieć w pełni tę recenzję, to trza zobaczyć film. Polecam serdecznie i życzę PIĘKNEGO DNIA ❤

Full Guy to świetny film, ale…

Zgadza się. W latach 1981-1986 emitowany był serial „The Full Guy” o dwóch kaskaderach dorabiających jako łowcy nagród. Próbowałam to oglądać, ale na YT nie ma wszystkich odcinków (jest ich 116, pięć sezonów po 22-23 odcinki). Z tego wynikło, że nic nie wynikło, bo niewiele zrozumiałam. Poposiłkuję się więc wikipedią.

Otóż, mamy dwóch kaskaderów: Colta Seaversa (Lee Majors) i Howie Munsona (Douglas Barr). Ten drugi to jego kuzyn, który dopiero się uczy fachu. Wiadomo, że mają swoje przygody, a w ich trakcie spotykają się z piękną Jody Banks (Heather Thomas). Uściślijmy: w filmie głównym bohaterem jest Colt Seavers i nawet jeśli wygląd Goslinga nie do końca się z nim kojarzy, to wygląd Jody już ewidentnie, nie mówiąc o imieniu (w filmie Jody Moreno, gra Emily Blunt). I w zasadzie to tyle… a nie, jeszcze dwie kwestie.

Czy na sali mamy kogoś, kto lubi w samochody? Bo pierwszy sezon nie popisał się szczegółowością: panowie tak się naparzali autkami, że widać, iż w kilku odcinkach są różne modele aut. Za to Generals Motors postanowiło ułatwić pracę kaskaderce już w drugim sezonie. Dostarczyli jej trzech modeli aut, na których i w których panowie mogli nieźle się bawić.

Jeśli baliście się otworzyć odcinek z „The Full Guy”, to nic straconego, bowiem jeszcze raz zaprezentuję tu opening „Unknown Stuntman”, zrealizowany przez Lee Majorsa:

Full Guy – pl

No cóż, nie jestem typem, który zwierza się z całego życia
Ale widywano mnie z Farrah
Nigdy nie byłem z niczym gorszym niż dziewiątka
Tak wspaniałe
Byłem w ogniu z Sally Field, szybko z dziewczyną o imieniu
Bo Ale jakoś one nigdy nie kończą jako moje

To życie na krawędzi, które prowadzę Ryzykuję
Umarłem dla życia w filmach i telewizji Ale najtrudniejsze, co kiedykolwiek robię
To oglądanie moich głównych partnerek Całujących innego faceta, podczas gdy ja bandażuję kolano

(Refren 1)
Mogę spaść z wysokiego budynku Mogę rozwalić nowy samochód
Bo jestem nieznanym kaskaderem Który uczynił z Redforda taką gwiazdę

(Następna zwrotka)
Nigdy nie spędzałem dużo czasu w szkole
Ale nauczyłem panie wiele
To prawda, wynajmuję swoje ciało za pieniądze
Hej hej!
Zostałem opalony przez Cheryl Tiegs Wybuchłem nad Raquel Welch
Ale kiedy kończę w sianie, to tylko siano,
Hej hej!

(Refren 2)
Mogę przeskoczyć otwarty most zwodzony
Albo z Tarzanem z liany
Bo jestem nieznanym kaskaderem Który sprawia, że Eastwood wygląda tak wspaniale

(Następna zwrotka)
Nigdy nie zostanę prezydentem
Ale mam najlepsze pierwsze damy Czasami mam je tak daleko, jak okiem sięgnąć może

Oo-wee
Poranny przejazd z Jackie Smith Wypadek w nocy z Cheryl
Ale w końcu one nigdy nie zostają ze mną

(Refren 3)
Mogę spaść z wysokiego budynku
Żeby Burt Reynolds nie ucierpiał
Mogę skoczyć przez potężny kanion Żeby mógł się całować i flirtować Podczas gdy ten gaduła całuje moją dziewczynę
Ja tylko całuję ziemię
Tak, jestem samotnym kaskaderem Który uczynił z Burt’a kochanka

Full Guy – eng

Well, I’m not the kind to kiss and tell
But I’ve been seen with Farrah

I’ve never been with anything less than a nine
So fine
I’ve been on fire with Sally Field,gone fast with a girl named Bo
But somehow they just don’t end up as mine

It’s a death-defying life I lead
I’ll take my chances
I’ve died for a living in the movies and tv
But the hardest thing I ever do
Is watch my leading ladies
Kiss some other guy while I’m bandaging my knee

(Chorus 1)
I might fall from a tall building
I might roll a brand-new car
’Cause I’m the unknown stuntman
That made Redford such a star

(Verse 2)
I’ve never spent much time in school
But I taught ladies plenty
It’s true I hire my body out for pay
Hey hey!
I’ve gotten burned over Cheryl Tiegs
Blown up over Raquel Welch
But when I wind up in the hay, it’s only hay,
Hey hey!

You might also like

​euphoria

Kendrick Lamar​meet the grahamsKendrick Lamar6:16 in LAKendrick Lamar

(Chorus 2)
I might jump an open drawbridge
Or Tarzan from a vine
’Cause I’m the unknown stuntman
That makes Eastwood look so fine

(Verse 3)
They’ll never make me president
But I got the best first ladies
Some days I got ’em as far as the eye can see
Oo-wee
A morning drive with Jackie Smith
A crash in the night with Cheryl
But in the end they never stay with me

(Chorus 3)
I might fall from a tall building
So Burt Reynolds don’t get hurt
I might leap a mighty canyon
So he can kiss and flirt
While that smooth talker’s kissing my girl
I’m just kissing dirt
Yes, I’m the lonely stuntman
That made a lover out of Burt

A odnowiona wersja brzmi tak:

Nagrał ją Blake Shelton :).

Należy jeszcze wspomnieć o ostatnim (chyba) symbolicznym geście wobec serialu „The Full Guy”. Otóż – pierwszy odcinek został wyemitowany 4 grudnia 1981, a ostatni… 2 maja 1986. Co prawda światowa premiera filmu to 3 maja, ale… i tak te dwie daty się łączą ze sobą, prawda?

Niezależnie jednak od tego, czy kojarzycie serial, czy nie – idźcie do kina, bo naprawdę warto!

PS.: A sam film nawiązuje do takich hitów jak: „Thelma i Louis” (płakałam prawie ze śmiechu na tej scenie), Drive (2011), Edge of Tomorrow (2014), Bullet Train (2022), Blade (1998), John Wick (2014) i pewnie jeszcze paru innych :).

BACKDRAFT (1991)

„Backdraft” – z polska „Ognisty podmuch” to hit z 1991 roku, z trzema nominacjami do Oskara. Jedna jest za muzykę (Hans Zimmer oraz bardzo fajne utwory, w tym od LOS LOBOS), a dwie pozostałe za efekty specjalne i wizualne. I mimo upływu lat, nadal są zachwycające. I to od pierwszej sceny, kiedy to mały chłopak widzi w akcji swojego ojca. Jednakże trzeba wyjaśnić, dlaczego „Backdraft” nie wygrał. Sprawa jest prosta: BO NIE MÓGŁ WYGRAĆ Z TERMINATOREM 2. Ale mimo to Allen Hall, Ron Howard i ogólnie jego ekipa trzy miesiące przed zdjęciami testowali i badali różne opcje z ogniem, by ucieszyć oko widza. Tak – ten ogień, który widzimy na ekranie jest PRAWDZIWY. Bawiono się nim na specjalnej scenie do palenia, a za zabawki ogniotwórcze posłużyły specjalne zbiorniki ze stali, z czego największą z nich była „Wielka Bertha”, mieszcząca 100 galonów i potrafiąca wyrzucać z siebie ogromną ścianę ognia (60×20 stóp, jak rozumiem). Allen Hall, pirotechnik, tak się o tym wypowiedział: – Siła samego zaworu odpowietrzającego Berthy wystarczała, aby zdmuchnąć ściany z zestawów. Gdyby nie był przypięty, rakietowałaby przez pokój.

To wszystko jednak było za mało dla fascynatów efektów praktycznych. Musieli zbudować cacko, urządzenie zwane Ash-o-matic, które wywalało w kij dużo dymu i kawałki tektury, co jeszcze lepiej obrazowało wygląd ognia w przestrzeni.

Podsumujmy to stwierdzeniem Claya Pinneya: – Dziewięćdziesiąt pięć procent tego, co widzisz, zostało sfilmowane na żywo na miejscu.

Źródło obrazka: https://www.hollywoodreporter.com/movies/movie-news/30-years-ago-backdraft-made-firefighters-cool-2-1235001980/

A teraz parę wdechów, oddechów… i o filmie czas opowiedzieć, bo to nie jest tylko i wyłącznie katastroficzny film. To jest dramat w najlepszym wydaniu. Co prawda ponad dwie godziny mogą trochę nużyć, ale „Backdraft” płynie! Nim się skapnęłam, miałam już ponad 40 minut na suwaku.

Oto historia dwóch braci: Stephena (Kurt Russell) i Briana (William Baldwin), którzy rywalizują ze sobą, ale oboje mają różne temperamenty. I oboje wydają się bardzo prawdziwi w tym, jak się prezentują. Stephen pracuje jako strażak i nagle dowiaduje się, że jego brat również chce nim zostać. Są w tej samej jednostce, więc widzimy, że jeden z nich uwielbia za bardzo ryzykować, a drugi – za bardzo boi się ognia. A jakby tego było mało, to w mieście grasuje podpalacz i sprawę zbadać ma Robert de Niro… znaczy, Donald Rimgale.

Film jednak nie skupia się tak do końca na sprawie kryminalnej, jakby to wynikało z opisu. Bardziej go interesuje psychologia bohaterów, co jest bardzo na plus. Nie wiem, ale twórcy – od aktorów, po sprzątaczy – musieli włożyć mnóstwo serca w tę produkcję. Inaczej nie umiem wyjaśnić, dlaczego – mimo że łatwo się domyślić „ktoś zginie” – jestem wzruszona, dlaczego wzrusza mnie Brian, gdy stara się być po prostu jakiś konkretny, z osiągami. W sumie tak, identyfikowałam się z nim, ale również rozumiałam Stephena. Kurczę, te wszystkie relacje są takie prawdziwe.

Ponieważ bardzo lubię Los Lobos, to przy utworze „I walk alone” to byli oni, a tekst napisali David Hidalgo i Louis Perez. Więcej o muzyce oskarowej tu.

„Backdraft” to film bez wątpienia piękny. Porusza tym, jak realistycznie został oddany ogień i porusza tym, jacy są bohaterowie. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to bardzo, bardzo polecam.

Niech żyją strażacy!

PS.: Lucas Films także maczał swoje łapki w efektach specjalnych.