Z powodu czego oglądam Światusów?

Na jutube jest sobie kanał – byli świadkowie jehowy robią o tym czymś content z perspektywy ludzkiej, traumy i patologii ogólnie. Temat z pozoru ciekawy, trudny i… rzeczywiście jest na tyle interesujący, że sporo osób kliknęło i zaczęło oglądać. Problem polega jednak na tym, że ja też. I gorzej, to nie jest główna przyczyna takiego stanu rzeczy. Ale, żeby nie było tak ponuro: dla twórców, czyli Światusów, jest to pochwała za prowadzenie narracji.

Jakby ktoś nie wiedział o czym to ja tu ględzę to macie randomowy odcinek:

No ale właśnie, ja ich włączam nie dlatego, że mają ciekawy content (choć to też przyczyna, od której się zaczęło). Ba, nawet to nie jest chęć poznania innego świata, chęć dowiedzenia się, jak można manipulować religijnie ludźmi. To jest… brak contentu, który by mnie zadowolił.

Chwila, przecież mówisz, że masz content i go nie masz, o co cho?

Ano, o to, że nie mam contentu normalnego. W innych kanałach. Chwilowo znęcanie się nad LOTRem Amazonu czy Wiedźminem Netflixa się skończyło, bo nie ma nowych materiałów, więc odpadają treści o kulturze. No dobrze, są przecież kanały o książkach. Ale serio? Z jakiegoś powodu wolę oglądać filmy i ich recenzje, bo są mniej napuszone i mniej blokujące w temacie.

Poza tym, od wczoraj mam ogromną przyjemność zauważać dodatkowe pranie mózgu przez kulturę, tak na przykład jak w filmie „Pajęcza głowa”. I szczerze, musiałam się powstrzymać od rzygania, ale to tylko moje uprzedzenia.

No dobrze, więc punkt okołokulturowy mam odhaczony. Mniej więcej. Ale… to nie wszystko. Pozostają jeszcze treści edukacyjne i treści ezo. Pozwólcie, że rozdzielę te dwie kategorie, chociaż – NO WŁAŚNIE – nie powinnam.

Zacznijmy od treści edukacyjnych. Tych jest na pęczki i niestety, obfitują w głupoty naukowe, chociaż wszyscy myślą, że skoro nauka to musi mówić prawdę. Ale dla kogoś, dla kogo historia jest fikcją literacką (bo tu nic się nie klei), dla kogoś, kto nie wierzy w zarazki, to trochę content nie na miejscu. Strata czasu. A i po co się straszyć ewentualnym rakiem. Lepiej posłuchać o czymś miłym, na przykład, jest taki pan satyryk… dobra, jego słucham od czasu do czasu, bo zabawny. Poza tym, ja nie mam ochoty czuć się jak w szkole, gdzie tłumaczą sinusa i cosinusa, a ja za funta kłaków nie rozumiem, bo mam ochotę spędzić dany czas maksymalnie przyjemnie. I tu wchodzi cały na biało content o dramach na jutubie, bo… aha, nie ma niczego innego. Naprawdę. Audiobooka se najlepiej włączyć, ale czasem nie ma się ochoty, ma się za to ochotę na jakiś półgodzinny, przyjemny program w stylu śniadaniówki, która jednak nie robi wody z mózgu.

No i właśnie, to może content ezo?

Tu traktują cię jak debila.

Dobra – może to jest przesadnie napisane, w końcu musimy sobie uświadomić parę rzeczy, a bez powtarzania pewnych zwrotów to wychodzi słabo. OK, wywiady i inne filmiki wyjaśniające i wspierające wzrost świadomości są fajne. Wspaniale, że mamy pewne instrukcje obsługi, jak na przykład zrywanie paktów.

ALE DO JASNEJ CIASNEJ JA NIE CHCĘ BYĆ TRAKTOWANA JAK SIEDMIOLATEK, ja chciałabym posłuchać o życiu… ale wszystkim jak stąd do Marsa włącza się tryb nauczyciela i zamiast swobodnej pogawędki o życiu słuchamy porad życiowych. Matku Bosku, gdybym chciała posłuchać porad życiowych, włączyłabym sobie jakieś porady, a nie zwykłą rozmowę o powiedzmy duszach. Temat przykładowy, ale i tu pytań w stylu „a jak to zrobić”, „po co” i tak dalej nie brakuje. To jest tak dokładnie, jakby się tłumaczyło siedmiolatkowi. Pięknie, super, wspaniale, to się przydaje, ale jak nie zjadłam całego rozumnego świata, tak pewne rzeczy nie są mi potrzebne w stylu encyklopedii słuchania serca. Tego cały czas się uczymy na żywo, ale chodzi mi z grubsza o to, że nie ma contentu, który by nie traktował słuchacza jak debila i który by traktował odbiorcę jak kogoś, kto właśnie je śniadanie. Serio. No, może przesadzam, ale poruszane tematy w ezo światku są zazwyczaj ciężkie, są zazwyczaj drętwe, a mało tego, nadzwyczaj często są poruszane sprawy polityczne, ale już jadą na wysokich obrotach BO KONIECZNIE TRZEBA BYĆ W NURCIE FOLIARSKIM, INACZEJ JEST SIĘ MANIPULOWANYM ONENENENE… jeżu, jakbym chciała o teoriach spisgowych, to bym se poszła na grupę teorii spisgowych. Matku bosku, o czym by tu robić contenta, żeby mnie zadowolić?! Już wiem, podejść z humorem, czyli wejść na tik tłoka, gdzie….

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

Kurwa, ciągle nakazy zakazy, srakazy, co to jest, jakaś kolejna gównoreligia? Ładne kwiatki, ale cuchną, że tak powiem. No bo macie wysyp tik tłoków takiej treści: wszystko jest iluzją, kochaj siebie, cierpienie prowadzi do rozwo…. co? Dobra, kolejny tik tłok poproszę. No to jedziemy. Nie musisz się obwiniać, nie musisz czuć się winny, kochaj siebie, możesz się odcinać od

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

Czy są tu jakieś normalne treści?!

Aaa, już wiem, gdzie.

y-u-t-u[wpisujemy adres youtuba, wyobraźcie to sobie, no], świa[wpisujemy w wyszukiwarkę światusy i klikamy w to i włączamy]

Ponieważ:

  • oni mają jasny content – rozmowy na luzie,
  • jeśli robią wywiady, to wiadomo konkretnie jaki będą miały wydźwięk,
  • nie POUCZAJĄ, NIE NAKAZUJĄ, NIE ROBIĄ WODY Z MÓZGU, tylko tłumaczą jak jest,
  • trudno foliarzom zaprzeczyć ich teoriom, bo się temu nie da zaprzeczyć, więc spokój z teoriami spisgowymi,
  • teorii spisgowych w zasadzie NIE poruszają,
  • o życiu, po prostu rozmawiają o życiu, a nie o jakiś dziwnych wynalazkach, do których trzeba koniecznie zaprząc szare komórki, by zrozumieć treści.

Kurde, nie wiem, czy to, co nabazgroliłam teraz w tej chwili jest zrozumiałe. Ale wiecie, tak po prostu. Sobie posłuchać trochę o mniej ważkich sprawach i zarazem ciekawych. Ale nie, w światku ezo to niemożliwe, a w światku nieezo następuje jakaś dziwna gloryfikacja, znaczy, wmawianie ludziom głupot.

Możliwe jest to, czego jesteś świadomy, że jest możliwe

Houston, mamy problem. Problem leżący w… ograniczonej wyobraźni człowieka.

Ja nie wiem, co tu na świecie zaszło i nie chcę tego wiedzieć, bo póki co wystarczy wiedza, że wszyscy jemy to, co jest zewnętrzne. I okej, tak skonstruowano ten świat, tak zmanipulowano ludźmi, że ci stwierdzili, że jedzenia potrzebują. BO INACZEJ ANOREKSJA.

Gorzej, gdy na tapecie pojawiają się osoby, które twierdzą, że można się odżywiać blaskiem słońca i w ogóle. Spoko, ale tu zostały pomieszane pojęcia. Bo zapewne możesz się żywić światłem słonecznym, skoro tego chcesz i potrzebujesz, ale jest to całkiem inna rzecz od bretarianizmu.

I tego ludzie za funta wała nie rozumieją I NIE CHCĄ ROZUMIEĆ.

Świadomość nie ma ograniczeń.

Ale OK, postawię sprawę inaczej.

JESTEŚ ŚWIATŁEM.

Wyobraź sobie ŚWIATŁO. Ono po prostu JEST. Pytanie, czy się żywi. No i po co? Po co światłu coś z zewnątrz, skoro jest samowystarczalne? Żeby rosnąć? Tylko nie wiem, czy wiecie, ale jesteśmy w świetle, jesteśmy światłem, więc… no… jak coś, co jest z zasady i natury nieskończone ma rosnąć?

I wchodzi temat bretarianizmu.

WSZYSCY jak jeden mąż powtarzają: żyw się słońcem. Znaczy światłem słonecznym.

Czytaj – szukaj posiłku na zewnątrz.

Ale tu nie chodzi o ZEWNĄTRZ, tylko WEWNĄTRZ!

Zawsze, w każdej sytuacji ograniczenia są tylko wytworem umysłu i są one programami, które nałożyliśmy sobie, choć nie musieliśmy. Z jakiegoś względu się to stało, nie rozkminiam jak i gdzie, i kiedy, ale w gruncie rzeczy do pewnego momentu uważaliśmy, że wszystk0 – absolutnie wszystko – leży poza nami.

Bóg.
Nauczyciel.
Mistrz.
Rodzic.
Miłość.

I tak dalej, można to w nieskończoność wymieniać, ale po co?

Tym bardziej, że zapewne rozumiecie, co chcę przekazać.

Wiara jest czymś zewnętrznym, bo musisz w coś wierzyć, żeby było prawdziwe, żeby w ogóle coś miało zaistnieć.

Ale tu nie chodzi o wiarę.

ZAWSZE chodziło o ŚWIADOMOŚĆ.

Świadomość światła w sobie, Źródła, Miłości i innych efektów specjalnych.

ZAWSZE CHODZI O ŚWIADOMOŚĆ.

Gdy miałam ten mój mityczny kwietniowy proces dowiedziałam się jednej ważnej rzeczy. Mamy wybór. I jedzenie to symbol braku. Jesteś głodny nie dlatego, że potrzebujesz się nażreć bułką, ale dlatego, że brakuje światła w tobie, w tej przestrzeni ciała. Możesz to uzupełnić.

No to zaraz padnie pytanie: to dlaczego jeszcze nie jesteś na bretarianizmie?

Bo widzicie.

Moim zdaniem bretarianizm NIE JEST żywieniem się promieniami słonecznymi, choć zapewne w Hiszpanii czy innej Afryce łatwiej przeprowadzić pewne procesy i zaraz rozkminimy, dlaczego tak się dzieje.

Jeśli jesteś absolutnie świadomym bycia światłem, to nie potrzebujesz jedzenia zewnętrznego, bo jesteś światłem. Ty to wiesz, odczuwasz. Światłu potrzebne jest bycie. Światło samo w sobie jest samowystarczalne. Ale oczywiście, że światło jest wolne i może wybrać, czy chce korzystać z jedzenia ze świata zewnętrznego, czy jednak woli skupić się na byciu światłem, na tym… właśnie jobczym połączeniu ciała z duszą.

No i Panie i Panowie, doszliśmy do clue programu.

Nie jestem i prawdopodobnie nie będę bretarianką przez najbliższe lata, ponieważ nie mogę się nią stać. Nie dlatego, że nie chcę, a dlatego, że to nie mój wybór. Jeszcze nie – przynajmniej na ten moment. Mam czego innego doświadczyć i to jest w pełni w porządku. To umysł wybrałby bycie światłem, bycie bretarianinem, bo tak jest łatwiej. Tylko że umysł jojczy albo nie wie, że… no właśnie.

To JEST proste i jednocześnie NIE JEST proste.

Gdybyś miał się żywić światłem – swoim wewnętrznym – to byś o tym wiedział tak, jak wiesz, że dzień to dzień, a noc to noc. I wystarczy. Po prostu. Miałbyś świadomość, że nie potrzebujesz jedzenia tylko dlatego, że wybrałeś niejedzenie zewnętrznego pokarmu. Taki program na tę chwilę nie obowiązywałby Twego ciała. I już. Ale to, że jesz truskawki czy insze lody waniliowe to też jest całkowicie w porządku.

Jesteś jednak wolną istotą i powiedzmy, że nagle, pewnego dnia decydujesz się na bycie bretarianinem. W wersji optymistycznej dostrajasz się całkowicie do tego typu życia, ale okazuje się, że… nie nęcą cię kino czy nawet znajomi, którzy do pewnego momentu wydawali się w porządku, ale w momencie, gdy przyszło do ciebie zdjęcie z ich story, zdjęcie kebaba, poczułeś obrzydzenie i wcale nie dlatego, że to zabijanie zwierząt, ale dlatego, że to nie są twoje wibracje. Stare programy odpadają, zmienia się tło i wszystko.

Rozumiesz, w takiej świadomości zmieni się wszystko w Twoim życiu.

ALE

W umiarkowanie pozytywnej wizji TY jako TY decydujesz się, że chcesz być bretarianinem, więc łazisz po forach internetowych i dziwnych innych telewizjach pokroju NTV i widzisz sprzeczne ze sobą informacje. Dociera do Ciebie jednak książka „Proces Praniczny” Nuliny, no i… otwierasz szeroko oczy. Wow! Wystarczy TO JEDNO PRZEKONANIE! PRZEKONANIE, ŻE (JESTEŚ ŚWIATŁEM I) NIE POTRZEBUJESZ JEDZENIA DO ŻYCIA!

Tylko…

Te ceny.

Ceny kursów pranicznego procesu zwalają z nóg.

I powiem tak.

Proces stania się bretarianinem może sam się wydarzyć, bez jakiejkolwiek ingerencji. Po prostu pewnego dnia wstajesz i masz jobczą świadomość, że NIE MUSISZ JEŚĆ, BY ŻYĆ.

No ale, jeśli się jednak zdecydowałeś z umysłu, z ego czy z czystej nawet ciekawości, to wpada wariant może nie całkiem negatywny, ale na pewno dużo bardziej wymagający.

Po pierwsze, procesy. Zawsze trzeba wykonać pewne procesy, które spajają świadomość z ciałem, ze światłem. Robi się to poprzez medytacje i światło, i jeszcze przez jedzenie.

Obserwując Nulinę nie jest trudno zauważyć, że ona żywiła się warzywami i owocami, była na diecie wysokowibracyjnej, jaką jest WITARIANIZM. Zajebista dieta, choć prawdopodobnie krótkodystansowa, zazwyczaj człowiekowi potrzebna do ogarnięcia OCZYSZCZENIA ORGANIZMU.

Następnie można spróbować wykonać pełny proces praniczny przez medytację, ale nie zawsze się kończy to z sukcesem. Może nawet kilka takich jobczych procesów trzeba wykonać, żeby to się wydarzyło.

Zmiany zachodzą długo – przyjaciółka skomentowała bretarianizm jako „do tego trzeba się przygotowywać przez piętnaście lat”. Może. W każdym razie, nie jest to krótki proces, a przynajmniej niekoniecznie od razu wszystko wyjdzie jak po maśle. Bo owszem, możesz się zdecydować na taki proces i jest to fajna przygoda, ale później jest pilnowanie właśnie wysokich wibracji.

I nie wiem, czasami wysoka wibracja… no właśnie, jest niepotrzebna, bo może jest parę przypadków, kiedy faktycznie – wystarczyła informacja z eteru czy coś, no i ten ktoś po prostu zaczął pić tylko wodę. Ale w pozostałych przypadkach, których jest znacznie więcej, to zazwyczaj jest tak, że proces bretariański jest wymuszony, a to powoduje problemy.

Widzisz, ja nie chcę wymuszać na sobie procesu pranicznego. Ja chcę go przeżyć tak, żeby samo się zadziało. Taka moja wola, takie moje doświadczenie w całkowitej wolności i zrozumieniu dla samej siebie.

ALE

Wciąż jest pytanie:

JAK TO ZROBIĆ?

Nie wiemy. Znaczy nasze Serca wiedzą, ale umysł jątrzy. I nie wie. On naprawdę nie wie, a książka Nuliny kosztuje ok. 80 złotych i żartowałam sobie z tego „jak wydać pieniądze w głupi sposób”.

Masz mieć przeprowadzony proces praniczny – przyjdzie ta chwila, odpowiednia pora, poczujesz, że musisz kupić książkę albo samemu przeprowadzić proces praniczny.

Dlaczego?

BO TAK JEST NAJLEPIEJ.

Czasami bezmyślne rzeczy są czynione z pełnym rozmysłem

Widziałam czarne, burzowe chmury. Przypuszczałam, że nie zdążę, ale i tak wyszłam, bo byłam jobczo głodna. To idealny opis stanu mojego żołądka na tamten moment. Miałam ociupinkę nadziei, że nie zmoknę, ale… no cóż – w drodze do sklepu i tak zaczęło wiać i padać. Dobra, udało się dojść do niego przed armageddonem. A lunęło jak z cebra i z piorunami.

– Przeczekaj może, co? – zaproponowała ekspedientka.

Oczywiście, ja miałam trochę do chaty, więc logika nakazuje przeczekać. Ale co można robić przez 20-30 minut w sklepie? Medytować nad sensem życia? A może…

TRZY TYGODNIE WCZEŚNIEJ

Obfitość, wszędzie obfitość! To poczucie jest w nas, przejawia się na zewnątrz! Trzeba tylko użyć wyobraźni. Na przykład: sklepy wywalają niby zepsute jedzenie, które mogłoby jeszcze trochę pożyć w jakimś żołą… dobra, to nie było zbyt smaczne, ale wiecie, rozumiecie, jak coś przekroczy termin ważności o jeden czy trzy dni, to nic się nie stanie. A nie od dziś są tzw. freeganie, którzy mi imponują tym, że mają w dupie system i biorą po prostu to, co jest dobre. Wow, to jest ciekawe doświadczenie, ale warto mieć blisko siebie sklep, by koszty nie były wysokie i inne szpargały było wygodnie wnieść do chałupy. Obfitość oczywiście jest też na łąkach – wystarczy zapoznać się z tzw. chwastami i pewnie to Was nie interesuje, po prostu rozumiecie, wyobraźnia musi zostać nakarmiona symbolami obfitości i skoro już doszliśmy do momentu, w którym dobrze jest nam, rozumiemy ten przydługi akapit, to przechodzimy dalej.

No bo dalej to jest taka Ola. Znaczy ja, ale chodzi o to, że Ola jako Ola nie wie do końca czego chce, ma kilka trałm za sobą i w ogóle jej sytuacja finansowa _była_ fatalna. Ale obfitość, ach, ta obfitość. Tyle że w momencie jak przestała tak się przejmować pieniędzmi to nagle je dostała i zapomniała, że kasjerkę miała zapytać:

– Pani, a czy jest możliwość wzięcia przeterminowanych produktów?

No więc jak temat już olała, to stwierdziła, że jest szczęśliwa. Do czasu oczywiście, kiedy portfel znów się pokazał w pełnym rozkwicie… znaczy, no, kiedy portfel prosił o dofinansowanie. O. Wiecie, no, kurde, chodzi o to, że nie chcę teraz być przyczepiona do starego programu biedy, ale właśnie: zabrakło na kaszę, na ryż. No, miska ryżu. Przysłowiowa miska ryżu to nawet nie to.

(Czy ktokolwiek ogarnia skład tego tekstu? Możecie dać w komciach).

Więc jak już zapomniała, to sobie w kryzysie nagle przypomniała, że ona miała tego dokonać. Tylko wiecie… najpierw to była obawa. Zwykłe „kurde, czy ja mogę tak…”. Czułam, że potrzebowałam takiego zapytania, ale w końcu przez napływ Pięknego i Wspaniałego Hajsu, niczym Złotego Strumienia Płynącego w Portfel, zapomniałam. No, wicie, takie to było bogactwo. Ale kiedy rzeczka wyschła, to Ola westchnęła ciężko i nagle sobie przypomniała o kasjerce i pytaniu, które miała zadać, a nie zadała.

Tyle że Ola pracowała i pracuje nad poczuciem obfitości w życiu. Wiecie, wdzięczność za wszystko, no i… to pytanie do kasjerki. Czy ona nie będzie wzmacniać tej cholernej bidy, z której wydobywa się?

Nie bardzo wiedząc, co czynić zapytała dwie istoty (ludzi). I była od tego bardzo mądrzejsza, dużo mądrzejsza! Rewelacja!

Istota1: nie, bo wzmacniasz biedę, zasługujesz na to, co najlepsze, a nie na odwrót

Istota2: tak, zapytaj, nic się nie stanie, X też tak dostawał jak pracował w Y, no i się dało i było wszystko w porządku

Prawda, że od tych odpowiedzi stałam się odrobinkę ciut mądrzejsza? Och!

Czasami bezmyślność jest pozorowana

No, rano sytuacja była słaba w portfelu, chociaż nie wiadomo jakim cudem, bo przez cały weekend swędział mnie nos. Rozumiecie, ta strona od pieniędzy. Więc, no, mogłoby być coś na rzeczy, ne?

Ufff… coś tam odrobinkę skapło jednak, no i czas się szybko zabrać do sklepu, bo ja głodomor, a w ogóle zaraz go zamkną, bo było wpół do dziewiątej wieczór. He, no i poszłam do tego spożywczaka i na świat zwaliła się burza i ta burza spowodowała, że stałam tępo jak z głupia frant przez te kilkanaście minut nie zastanawiając się nad sensem życia.

I nagle!

Przypomniało się TO pytanie!

Jak piorunem walnęło w umysł, tak ja – znaczy Ola – nie czuła nerwów, stresów, w ogóle niczego nie czuła. Dziwne, ciekawe, ale skoro już była w sklepie, skoro kasjerka do niej wcześniej zagadała, skoro padało jak z cebra i gorzej, to może by…

– Kto pyta nie błądzi – podsumuje później kasjerka, którą serdecznie pozdrawiam, jeśli to czyta.

No i tak, pytanie o to nieszczęsne jedzonko z koszów padło, choć pewnie mogło być zadane doskonalej, ale to tylko umysł szuka dziury w całym, bo ja po wszystkim, choć odpowiedź była „to niebezpieczne” CZUŁAM SIĘ ZNAKOMICIE. Cieszyłam się jak dziecko, że zadałam proste z pozoru pytanie o właściwie rzecz z pozoru bez znaczenia.

To było jak… wysłuchanie siebie. Zrobiłam, co chciałam, enjoy :).

Róbta co chceta, słuchajta się, i wszystkiego dobrego :*

Jak wywołać Iskrę z lasu

Są takie opowieści, które kuszą. Pięknem, światłem, kolorowością. Na przykład takie stories turbosłowian. Toż to istne fantasy! Jakaś Wielka Lechia, jakiś upadek i epickie odzyskanie siebie. Albo nowe przedstawienie starego schematu: walki Dobra ze Złem. Ziemia ocalona, bo…

KWIECIEŃ-MAJ

W kwietniu energetycznie bardzo dużo się działo, a ja przeżywałam kilka procesów na raz i to w ciągu jednego tygodnia. I wiem, że to wydarzenie opowiadam jak jakaś stara babcia opowiadająca milionowy raz o tym, jak jej mąż poszedł w samych skarpetkach do pracy, ale muszę, byście lepiej zrozumieli, co się odjewapniło.

Chodzi o drzewka. Tam faktycznie była wprowadzona jakaś energia i rzeczywiście było to pasjonujące doznanie. I teraz tak, w okolicach kościoła na moim osiedlu zatrzymałam się i odpoczywałam. Trwało to chwilę i nagle doznałam JOBCZEGO OLŚNIENIA!

JESTEM CZARODZIEJKĄ!

To uczucie spadło na mnie z zewnątrz. I było takie gwałtowne, radosne, takie… no, czułam się, jakby coś się odblokowało we mnie, jakby ktoś wzmocnił moje uświadamianie sobie, że jestem kreatorką. Rozumiecie, przyjęłam do siebie fakt, że mogę tworzyć, mogę się bawić z przestrzenią i tak dalej. Cieszyłam się i sądzę, że to robota tych Aniołów Drzew z Ósmego Wymiaru.

Jednak dla mojej psychiki było to takie… nienaturalne? Kurde, powiedzieć „złe” też nie pasuje, bo koniec końców podobno moje czakry zaczęły bardzo ładnie pracować, a ja przestałam się przejmować byciem czarodziejką jakieś pięćdziesiąt minut później, bo wszedł kolejny i kolejny proces, a ja dążyłam do harmonizacji, przełomu, bo byłam głodna życia.

Właśnie, przy tym tygodniu, kiedy odpalał mi się proces za procesem widać było nie tylko to, że mam zdecydowanie za dużo energii, ale też to, że JESTEM GŁODNA ŻYCIA. To było jak uwolnienie się z niewoli. Mogę wszystko. I jestem czarodziejką.

Ale w sercu mam myśl, że każdy z nas tak naprawdę ma w sobie Światło i każdy z nas może wpływać na przestrzeń, pięknie ją transformując czy tworząc fantastyczne wręcz rzeczy. Bo Kreatorzy to Istoty Światła – i tylko takie posiadają moc kreowania świata. Zwłaszcza swojego.

„Bądź dobrej myśli, bo po co być złej” – Stanisław Lem

Dobra, proszę Państwa, Szanowne Grono musi wiedzieć, że impreza się w pewnym momencie skończyła. Trzeba było wrócić do starej i wszystkim znanej rzeczywistości, w której magia dzieje się trochę… innymi trybami, niż machanie różdżką i zmianą kolorów sukienki księżniczki.

Będąc w tej rzeczywistości popatrzyłam na nią i odczułam w sobie totalne załamanie, złamanie wręcz psychicznie. „Ja już tak dalej nie mogę”, powiedziało moje serce i poszłam na trawkę. Zwyczajnie położyłam się na niej i rozmawiałam z Matką Ziemią i ze sobą, wygadywałam się i płakałam. Grubo było, oj grubo…

– Niech ktoś wreszcie coś z tym %^$%$# zrobi! Proszę! – powiedziałam.

Gdy kryzys przeszedł mogłam wrócić do obserwacji rzeczywistości. Wiedząc doskonale, że matryca została w jakiś sposób oczyszczona – w sensie starożytność i średniowiecze nigdy nie istniało, a to wszystko były bajki – przestałam się przejmować Słowianami, czy też raczej Turbosłowianami. W pewnym jednak momencie stwierdziłam, że mnie wali to, czy Francja, Korea czy inne USA mają w czymś przewagę nad Polską, ja mieszkam w Polsce i mam prawo tworzyć rzeczywistość, w której byłoby mi w niej pięknie. Równie dobrze Iskra ratująca świat może być z Polski właśnie.

Ekhem.

POŁOWA MAJA WCHODZI CAŁA NA BIAŁO

A ja mam białe klapki, które kupiłam po pewnych sugestiach. Pierwsza to Sylwia stwierdziła, że warto nosić białe obuwie, gdyż to jakiśtam kolor i chodzi o cośtam. Wybaczcie, bo chyba powinnam napisać dokładniej, o co chodziło, prawda? I w ogóle kim jest Sylwia? I druga sugestia? Aaa, no druga to białe klapki w sklepie, które przez cały weekend mnie prześladowały. A ja potrzebowałam nowych butów, po prostu. Kupiłam więc białe klapki stwierdzając, że ufam. No dobrze, w rezultacie… mam białe klapki!

Ale wtedy zapaliła mi się jakaś lampka w głowie, tylko jeszcze nie wiedziałam, w którym pokoju. Biel teoretycznie ma znaczenie takie, że oznacza czystość i piękno, harmonię. No tak, mamy białą kartkę, pustą kartkę. Tylko wiecie, tak jest w przestrzeni świata, gdzie na przykład cały tydzień dziewczynki po komunii świętej łaziły całe na biało, bo był Biały Tydzień. I nie powiem, co czułam, gdy na to patrzyłam, ale… wciąż w głowie miałam miejscówkę zwaną Kram. Tam białe miejsce jest Piekłem. I jest naprawdę straszne.

Więc, kiedy Sylwia – kim ona jest to zaraz – zaproponowała kupno białych butów miałam po prostu dysonans poznawczy. No, ale dobra, postanowiłam zaufać, w końcu to Iskra z Pol…

To co ja mówiłam o tych Słowianach? A, że no tak, Koreańczycy mają swoją wersję turbo, a my, Polacy, mieszkamy w Polsce i mamy swoją. Ogólnie to pewnie wszystkie narody marzą o byciu wybrańcem i wszystkie chcą być wielkie w swej mocy, epickie, rządzące światem i mające wpływ na wszystko. Piękna bajka, prawda?

Właśnie, bajka…

Jednak urzekła mnie myśl o tym, że nie ma narodów, są tylko rody. Ludzie. Ludzkość. Przecież kwestie narodowe – nie mylić z kulturowymi – zwykle obfitują w animozje, włącznie z nawalankami przy granicach. To jakaś manifestacja rozdzielenia. Wszak pamiętamy piękne powiedzonko buddystów „wszyscy jesteśmy jednością”, prawda? To dlaczego mamy pretensję do Anglika, który akurat schlał się w najbliższym ogródku w Krak…

Pijani.

Niektórzy myślą o Turbosłowianach są pijani.
A niektórzy po prostu bawią się w kreowanie czegoś fantastycznego, na przykład w pismo runiczne.

A teraz pytanie jest takie: CO OZNACZA DLA WAS PIZZA?

Przyjaciel podpowiedział, że to koło fortuny 😀

Bo dla większości rodziców pizza to coś smacznego, na co można iść z dzieciakami w Dniu Dziecka. Tyle. Koniec historii, tu nie ma żadnej filozofii. Za to schody zaczynają się wtedy, kiedy wkracza do akcji foliarz. Ten – of course, jeśli nie będzie wiedział, podobnie jak Ty – kim jest Sylwia, powie, że to jest symbol zjadania Matki Ziemi. Bo Sylwia stwierdziła, że oczyściła wszystkie negatywne symbole z negatywności.

Czekaj, czekaj, co?

Na szczęście w głowie zatrzymuję pewne bardzo mądre słowa, które dostaję od innych. Przykład: „symbol znaczy dokładnie to, co chcesz, by znaczył”.

Chyba już zajarzyliście, o co mi biega, nie muszę więc przytaczać kolejnych przykładów typu krzyż, słońce, turbosłowia… znaczy, no, hinduski symbol szczęścia, którym podjarał się Hitler i tak dalej. Przykładów pewnie tysiąc i jeden, a Ty nadal nie wiesz, kto to jest Sylwia.

ISKRA Z POLSKI

Wawel. Znane wszystkim miejsce mocy, które działa obecnie na bardzo wysokich wibracjach. I badali to niezależni od siebie jasnowidze, osoby grubo pracujące z energiami. Ludzie więc dostali informację, czy Wawel rzeczywiście został oczyszczony, bo tako rzecze Sylwia.

Sylwia twierdzi, że jest Iskrą z Polski i bardzo obficie pracuje z energiami. Oczyszcza to, tamto, a w ogóle to teraz już wszystko będzie w porządku, bo ona dawno, dawno temu zadecydowała, że będzie współpracować ze Światłem w celu wyzwolenia Matki Ziemi od bzdetoletów.

I teraz tak. Dziewczyna robi proces za procesem, ale siedzi w szpitalu i to pod kroplówkami. OK…

– Wyczerpujesz się, bo bierzesz odpowiedzialność za innych – skomentowała sytuację przyjaciółka. Oczywiście. I to bez ich zgody, no chyba że zgodą jest siedzenie na grupie Sylwii. Czekaj, gdzie umowa z tą panią na papierze? Hmm… A, chwila. Skoro chcesz władać światem to nie musisz pytać innych o zgodę, skoro pracujesz nad tym, by świat był cały w świetle, to jednak jakieś konsekwencje będą. Bo przecież energia i zarządzanie nią to bardzo ważna sprawa, czekaj, moment, pogubiłam się.

Jeszcze tylko kilka akapitów tego tekstu, wytrzymajcie xD.

Sylwia uparcie twierdzi, że wszystko, co inni jasnowidze widzą to jest to jej robota. Tyle że nie – bo każdy z nas jest Iskrą, która pracuje, by Światło było na tej planecie, ale to to już ja tylko dopowiadam do historii. W końcu ona jest Wybranką, Mesjaszką, Chrystusem w kobiecej postaci.

No tak, przyznała, że trafiła do szpitala, ale nie pamiętam, do jakiego. Może mi coś umknęło?

I teraz tak. Zapewne wiele osób, bardzo wiele powie: ale przecież kupiłaś buty. No tak, ale buty i tak bym kupiła, jednak fakt faktem, że weszłam w tę historię jak filip w konopie. Skapłam się mam nadzieję, że nie za późno, ale inni – zwłaszcza w jej grupie telegramowej – powiedzą, że przecież dzieje się coś w ich ciałach, że przecież informacje, że to i tamto.

BO WESZLI W JEJ KREACJĘ.

Ona ma moc, bo się dajecie – tzn. ona sama ma moc, of course, ale ktoś, kto wierzy, że ona to wszystko robi dodaje jej siły, witalności. Auć.

Teraz odpowiedz sobie na najważniejsze pytanie:

CZY CHCESZ BYĆ W CUDZEJ KREACJI, CZY W SWOJEJ WŁASNEJ?

I o ile ona ma mocny program mesjanizmu prawdopodobnie, o tyle mogło być po prostu tak, że rzeczywiście mocno pracowała z energiami robiąc coś dla Światła, świata. To nic złego. Jednak gdy jesteś głodny/a życia, to czasem robisz coś ciągle i ciągle, wyczerpując się, bo nie dajesz sobie czasu na oddech. W ten sposób faktycznie można trafić pod kroplówki. Inna kwestia, że trzeba również uważać, gdzie się wchodzi butami w Sieci, bo czasem można załapać jakieś dziwne podczepy.

Albo po prostu – obcowanie z bardzo wysokimi energiami dla naszej psychiki niekoniecznie dobrze się kończy, jak widać. Ale zaraz! Czy ja śmiem krytykować cudzy obraz świata?! Bo przecież ona jest Iskrą z Polski! Jakim cudem ja krytykuję coś tak ważnego!

Już w momencie, gdy ona stwierdziła, że jest Mesjaszką dla świata, że tylko ona robi i to wszystko widać w przestrzeni, poczułam wątpliwości. Że coś jest nie tak. No bo zobaczcie. Mamy piękną historię o Turbosłowianach, no i dobrze. Na to się godziłam, bo kto mi zabroni się bawić? Coś przecież jest i czegoś przecież nie ma, z grubsza co się działo w przeszłości to nie ma znaczenia, bo jest tylko teraz. Ale znowu odleciałam, podobnie chyba jak Sylwia, która na swojej grupie dalej wypisuje:

W tym momencie usłyszałam wewnętrzny krzyk. Ja nie chcę żadnych włatców tego świata, w mojej kreacji wszyscy mają być wolni i miłość ma być, a nie jacyś włatcy i inni mesjasze z zewnątrz, i w ogóle. Niestety, po drodze widać było wywalenie moich kompleksów. Ale o tym na końcu, bo jest jeszcze jedna, bardzo niepokojąca rzecz…

Pamiętacie jeszcze jak mówiłam o podczepach?

No więc jest sobie pani – całkiem z innej pary kaloszy – która napisała książkę „Gwiezdne dzieci”. Uh, niektórzy są zachwyceni, bo Plejadianie i tak dalej. Niestety, większość osób po przygodzie z tą historią skarży się, że musiała oczyścić swoją energetykę, a tak w ogóle do sieci trafił pewien film promujący ową historyjkę. Opiszę Wam, bo to nie było ładnie energetycznie. Otóż, jest przedstawiona Matka Ziemia w postaci kobiety w ciąży. Aha. I przychodzą do niej jakieś postacie różnie wyglądające. No wiecie, błękitna skóra, cośtam na głowie i inne cuda wianki. I z pozoru może się to wydawać ładne, ale w praktyce było nudne, a poza tym czułam mocno, że coś jest nie tak. I nie oglądałabym tego dziewięciominutowego filmiku, gdybym wiedziała, że na końcu jest reklama tego czegoś.

Ale jak już wspomniałam, energetycznie to to nie miało ładnej energii, a pokazane było – tak to interpretuję – że jakieś stwory przychodzą na Ziemię, a aktorka grająca samą Ziemię nie miała zbyt wielkiej pewności siebie. Widać było, że próbuje z Serca, ale miałam wrażenie, że czuje się nieswojo. A może to tylko moja opowieść?

Dobra, za długo już opowiadam stories, teraz pora na odpowiedź: co ma piernik do wiatraka?

Ano, to.

NIE ŚPICIE? TO GRATULUJĘ, DOTARLIŚCIE DO PODSUMOWANIA

Jeszcze dwa-trzy miesiące temu nie uważałam siebie za kreatorkę. Byłam zdziwiona taką możliwością. ALE JAK TO, JA MAM WPŁYW NA SWOJĄ RZECZYWISTOŚĆ?

Odkrycie, że mogę bardzo dużo, że mogę realnie, a nie na papierze działać jest na tyle świeżym odkryciem, że badam jeszcze sprawę, że sobie to uświadamiam. Ale podsumujmy sprawę: kiedy w kryzysie poprosiłam, by ktoś/coś zrobił z tym pierdolnikiem, to przyszła odpowiedź z przestrzeni. Sylwia. W końcu ratuje świat, prawda?

[PN*] Polityka musi odejść

*pn = prawo naturalne

Tak wygląda zdjęcie w opisie książki na Lubimy Czytać.

Moim zdaniem jakieś 99% społeczeństwa powinno przeczytać powyższą książkę. Rozumiem jednak, że nie każdy lubi – no właśnie – czytać, więc pokrótce opowiem, z czym to się je. Ci, którzy chcą jednak wgłębić się w lekturę proszę o pominięcie tego wpisu, gdyż będą mega spojlery. Ale spokojnie, ostrzegę od którego momentu.

Jeśli Wam się wydaje, że James Patrick Hogan był zwykłym pisarzem science fiction, to jesteście w grubym błędzie. Ta istota dostała informację, by w taki sposób zaprezentować pewną, bardzo mądrą kulturę. Tak, gdy wejdziecie w jego życiorys zobaczycie, że facet interesował się ezoteryką. Niestety, ludzie pewnych rzeczy sobie nie uświadomią, jeśli nie dostaną tego w postaci symboli czy historii. Na szczęście koleś był ogarnięty, więc napisał. Napisał coś, co jest wielką i ważną wskazówką dla społeczeństwa. I chociaż Wasze umysły prawdopodobnie nie poczują tego w pierwszej chwili, bo będą myśleć systemowo, to… on wszystko pokazał. Absolutnie. A oto streszczenie „Najazdu z przeszłości”, która jakimś cudem doczekała się wydania w Polsce (inna sprawa, że jedynego).

(Spojlery) Polityka musi odejść, a o to dlaczego

To jest absolutnie nieważne, że gdy autor pisał, to opierał się na sobie znanym kontekście politycznym. I tak mamy na przykład ZSRR, USA i inne kraiki. Tylko właśnie teraz tak sobie myślę: samo już to, że ZSRR istniało dłużej, niż do 1993 roku było czymś kuriozalnym, podobnie jak „wspólne interesy” państw USA i Chin. Śmiechu warte, prawda? Ale tamtejszym mieszkańcom już tak do śmiechu nie jest, ponieważ co chwilę mają nawalanki. Dosłowne. Wojny jedna za drugą, imperia wzajemnie się wyniszczające i w dodatku wszyscy politycy – od lewa do prawa, od prawa do lewa i tak w kółko – mieli absolutnie w dupie mieszkańców, którzy są na skraju wyniszczenia tak psychicznego, jak i fizycznego. I jeden gościu z USA, który był szychą wpadł na pewien pomysł. Trzeba uratować ludzkość. I on wie, jak to zrobić. Wyślą w kosmos zarodniki ludzkie, czy coś w ten deseń, w każdym razie posłużą się taką techniką, by ludzkość mogła się odrodzić na planecie zdolnej do życia. No i tak zrobili. Plan zakładał, że rakieta ma wylądować na randomowej a’la Ziemi, ale właśnie: udało się. A co ze starą Ziemią? A jak myślicie, bili się do końca, do końca bez sensu uprawiali ten nieludzki system.

Brzmi znajomo?

Jeśli komuśkolwiek się wydaje, że dowolni politycy w naszych realiach chcą – ale tak naprawdę chcą – walczyć, działać dla społeczności ludzkiej, to się grubo myli. Nigdy nie było tak, że władcy mieli szacunek, miłość i inne wspaniałe rzeczy wobec ludu. Zawsze go jebali, a historia pisze bzdury. Szlachetny książę, och, jaki wspaniały, super, szkoda tylko, że w kącie gwałcił swoją żonę, ale o tym nikt nie powie, bo łatwo jebać „słabszych”.

Bo wiecie, kobiety NIE SĄ słabsze.

W każdym razie, uważam, że polityka to dno i głębiej, przynajmniej 50 metrów bardziej. Nie do uratowania. Najlepiej by było, gdyby tych zj…. nie było, bo naprawdę, powiadam Wam: zwykli ludzie chcą zwykle żyć. Jeść, cieszyć się życiem, uprawiać radość, miłość, sztukę, nic więcej do szczęścia nie trzeba. Naprawdę. Ale trzeba było ukręcić łeb ludzkości, prawda?

Nieprawda – to znaczy ja się nie zgadzam na to, by ludzkość w dalszym ciągu przeżywała piekło. Ale co ja mogę? Niby nic, a tak w głębi siebie jestem wściekła, wkurwiona, zniesmaczona, umysł w kwiecie kwiku, a ja poza tym staram się w tym jebniętym systemie ułożyć sobie życie. I nieważne, że randomowy psycholog mógłby uznać, że zaczęłam szukać jakiś dziwnych rzeczy po kątach, bo po prostu to samoobrona psychiczna. Potrzebuję nadziei, więc trzymam się jej pazurami, i właściwie to mnie jako tako trzyma. Choć ledwo, ledwo, bo zaczynam się tu strasznie, ogromnie męczyć w sposób niestety albo stety bardzo świadomy.

Ale, wracając do powieści, bo przecież to tu po to wleźliście, a nie żeby słuchać moich kwików, prawda?

(Spojlery) Społeczność idealna, ale… ale to tak można?

No i zaczniemy sobie od tytułu, który nie jest przypadkiem. Jest absolutnie doskonały. Otóż, panowie krytycy, tu nie chodzi o lata świetlne i inne rzeczy, ani nawet o metafory. Chodzi o mentalność. To jest doskonały opis – niestety – obecnie naszej mentalności. Może jest ciut lepiej, niż w „Najeździe z przeszłości”, bo wojen wszędzie gdzie popadnie jednak nie mamy, ale wszystko inne… już tak. Politycy, którzy są [autocenzura], pieniądze, dziwne systemy niewolnictwa udające, że są systemami wolnościowymi…. Otóż, proszę państwa, wystarczy tego gadania. Pewnego dnia na planetę, na której miała się odrodzić ludzkość przybywa statek ze starej Ziemi. Zgadnijcie, po co. Tak jest! Chcą podbić ludzkość, która miała się odrodzić!

Już przy kontakcie z nową Ziemią jest komicznie. „Chcemy rozmawiać z przywódcą” – rzekł przybysz, na co w odpowiedzi dostał „ale my nie mamy przywódcy”. Przybysze do momentu wylądowania wciąż myślą, że tubylcy są niebezpieczni, walą ściemę i tak dalej. W momencie kiedy jednak lądują i zaczynają rozmawiać z mieszkańcami okazuje się, że… jest inaczej. Totalnie inaczej, a tubylcy rzeczywiście nie mają ŻADNYCH przywódców. ŻADNYCH POLITYKÓW.

Co się stało?

Ano – ten pan z USA, co wpadł na pomysł, by wysłać ludzkość w przestrzeń kosmiczną wiedział. Wiedział, kurde, że we wszystkim są ukryte programy, które tylko i wyłącznie wspierają programy wojenne, programy ego. Więc ze specjalistami opracował tak dorobek kulturowy, by odrodzona ludzkość już nie miała pierdoletów w głowie. EKSPERYMENT SIĘ UDAŁ.

To że politycy poszli w odstawkę to jedno, ale przybyszów dziwi jeszcze jedna, niezwykle istotna rzecz.

WSZYSTKO JEST ZA DARMO.
NIE MA PIENIĘDZY.

Domy są – każdy mieszka wygodnie i nie musi płacić rachunków. Idziesz do sklepu i bierzesz, co potrzebujesz, bez walenia monetą w kasę. I to doskonale funkcjonuje.

Ale spokojnie, JEST wymiana energetyczna, jakby kogoś to martwiło!

Jakim cudem?

Ano, po prostu. Robisz to, co czujesz. Poświęcasz swój czas pasji, potrzebne społeczeństwu rzeczy robisz, no i dlatego, że to lubisz. Na przykład: ktoś idzie popracować do firmy, dajmy na to, fabryki. Ty idziesz do tego kogoś posprzątać, bo zwyczajnie LUBISZ SPRZĄTANIE I DAJE CI TO RADOŚĆ. W ten sposób odwdzięczasz się za to, że ten ktoś pracuje w firmie, która nie wiem, produkuje cokolwiek, z czego korzystasz. Taki przykład.

Wow, niemożliwe?

Wow, a teraz pomyślcie.

Po jakiego grzyba ludziom pieniądze, jeśli potrafią się sobą wzajemnie opiekować? Tak jak wyjaśniał jeden z mieszkańców przybyszowi: KIEDY POTRZEBA COŚ ZROBIĆ, TO SIĘ TO ROBI.

I zawsze się znajdzie osoba, która zrobi to, co potrzebne. W poukładanym środowisku, społeczeństwie mentalność a’la Summerhill (angielska, wolnościowa szkoła) NIE JEST PROBLEMEM, jest naturalna. Oni też uczyli i uczą się tego, co potrzebują, na kiedy potrzebują, chociaż nie wszystkie dyrdymały edukacji sprawiają im radość. Ale patrzcie, w „Nowej Summerhill” – książce z lat 50′ już były idee, które do dnia dzisiejszego SĄ AKTUALNE.

Rozumiecie?

Społeczeństwo JEST W STANIE FUNKCJONOWAĆ BEZ BZDETOLETÓW, BO BZDETOLETY BARDZIEJ ROZPIERDALAJĄ ŻYCIE, NIŻ JE BUDUJĄ.

I oczywiście można mówić, że to trudne, że ludzie nie dorośli, ale właśnie… kto tak mówi? Kto wmówił, że ludziom do szczęścia potrzebna jest polityka? Pieniądze?

Prawem naturalnym człowieka jest obfitość.

Ona będzie naturalnie wtedy, kiedy nie będzie przeszkód, na przykład w postaci pieniędzy.

Piękny system społeczny i uważam, że trzeba przeczytać książkę, żeby zrozumieć w pełni, o czym ja mówię. Tam naprawdę to widać i naprawdę czuć, że to jest możliwe. Mało tego, Hogan zrobił małe, bardzo optymistyczne podsumowanie powieści.

(Spojlery) Możemy się nauczyć

Dokładny czas w książce nie jest opisany, więc nie wyczytasz, czy to działo się w ciągu kilku miesięcy, czy roku. Jednak wyraźnie zaznaczono, że przybysze dość szybko się zaadaptowali do nowego społeczeństwa. Naprawdę, przestali się przejmować bzdetami i widać było, że lubią to, co zaczęli robić. Nie myśleli o rachunkach, o zakupach, o niczym zbędnym nie musieli myśleć. Co prawda, jak nie poszło się do… a, nie sorry. Są urządzenia, które dostarczają do chałupy zakupy. Piękna sprawa, takie wykorzystanie technologii, prawda? W końcu to science fiction, w którym ostatecznie wszystko dobrze się kończy. Mało tego, po paru awanturach (specjalnie nie zdradzę jakich, żeby Was jednak zachęcić do obczajenia powieści) okazuje się, że można i warto odwiedzić starą Ziemię. I jak myślicie, wylądowali na przestrzeni pełnej życia? No, trochę jeszcze tam Ziemianie żyli, ale chodzi o to, że w ostateczności i oni nauczyli się żyć bez bzdetoletów. Co więcej, wszyscy, którzy to przeżyli stwierdzili na koniec „ależ to proste”.

Kurtyna.

Dziękuję za przeczytanie tego wpisu i jeśli chcecie, rozdawajcie go dalej. Niech się więcej ludzi dowie o tej idei :). Wszak daje nadzieję wielu osobom!

Kwik umysłu – bardzo długie rozszerzenie txt’u i nie na ten temat, o którym teraz pomyśleliście

Kiedy rano napisałam poniższego posta myślałam, że sytuacja się uspokoiła, ale niestety – przeliczyłam się. Poza tym zaczęło padać.

Post dostępny tutaj, zapraszam

A potem zaczęło padać. Wyłączyłam się na chwilę, na trzy godziny, by następnie zacząć przeglądać internety. Dzień jak co dzień, ale w związku z tym, że na YT nie ma nic praktycznie pozytywnego, to stwierdziłam, że włączę sobie audiobooka z cyklu „Koło czasu” Jordana. Sęk w tym, że kwik umysłu znowu rozpoczął swoją najwspanialszą pieśń a’la wiercenie na budowie. Wydaje się, że ma on przyczynę z dwóch powodów.

Pierwszy opiszę tak skrótowo: świat. Teorie spisgowe. Proza życia.

Drugi opiszę epicko, aczkolwiek też będzie to proza życia. Zapraszam, jeśli chcecie posłuchać, co się odjewapniło, zrozumieć, że Polska to nie jest kraj dla niepełnosprawnych ludzi i dlaczego jednocześnie nim jest.

Podejście psychoLOLgiczne, czyli dzieciństwo

Żeby zrozumieć, dlaczego wszystko mi się ułożyło tak, że w sumie nie ułożyło mi się, trzeba wejść chociaż troszku w dzieciństwo. Bo Wam – osobom urodzonym w XXI wieku – wydaje się to wszystko proste jak budowa cepa. Tak, przy PRAWIDŁOWYM stosowaniu narzędzi pedagogicznych oraz zdrowym podejściu ludzi do drugiego człowieka TO JEST PROSTE JAK BUDOWA CEPA. I choć lata 90′ XX wieku były na swój sposób piękne (czyt. wolność), to jednak miały jedną poważną wadę w Polsce.

Otóż, to były czasy transformacji ustrojowej (he he). Więc byli ludzie, którzy zbili majątki dzięki małej ilości podatków, a zresztą rynki się rozwijały. Byli też tacy, którzy mieli kompletnie gdzieś standardy swego zawodu, zwłaszcza te zachodnie. Zachodnia wiedza, zachodnie leki i wsparcie przychodziły do nas powoli, małymi kroczkami, ale nie na tyle, by pani pedagog, pani specjalista od niedosłuchu pracowała tak, jak winna była pracować. Otóż, przestając pieprzyć trzy po trzy dam Wam przykład. Ze swojego życia.

Dzisiaj NIE DO POMYŚLENIA JEST, by ktoś na stanowisku* stwierdził, że dziecko ma niedorozwój umysłowy z miejsca, bez zbadania. I NIE DO POMYŚLENIA JEST, by z tego powodu rodzic musiał walczyć, bo WIE, że z dzieckiem jest wszystko w porządku.

Na szczęście sytuację ratowało jedno miejsce w Warszawie.
No, nie zgadniecie, jakie!

CENTRUM ZDROWIA DZIECKA

które jednoznacznie orzekło, że mam niedosłuch. Tylko tyle i aż tyle. Żadnych większych dramatów z tego powodu nie trzeba było przeprowadzać. Umysł funkcjonował normalnie, w przeciwieństwie do słuchu, ale przecież NIEDOSŁUCH NIE JEST STRASZNĄ CHOROBĄ. W skandynawskim społeczeństwie mają go prawie wszyscy, a w Polsce można iść do pracy, ne?

Na swoje szczęście mam niedosłuch w stopniu umiarkowanym, co oznacza, że jednak jakieś rarytasy od tego państwa z kartonu mi się należą. No tak, bo osobom w stopniu lekkim prawie nic się nie należy, ale one mają łatwiej.

Proszę – weźmy na chwilę odsuńmy na bok kwestię przekonań, karmy i czakr, to będzie, ale na końcu.

W tym kontekście ważne jest to, żebyście zrozumieli, że ja nie miałam łatwego dzieciństwa. To znaczy byli kochający rodzice i brat, to tego nie mogę odmówić. Problem w tym, że wszystko inne – a mówię tu o [autocenzura] szkole podstawowej było czymś strasznym. Ta podstawówka to był jakiś horror, z którego wyniku rozwinęły się we mnie mocne… hmm, zaburzenia, których nikt nie zauważał i właściwie teoretycznie ktoś niby je widział. I nie, nie chodziło o otyłość. Otyłość była tylko skutkiem ubocznym tego, co przeżywałam i właściwie funkcjonowała do gimnazjum numer siedem. W momencie, kiedy postawiłam swoje stopy w nowej szkole zaczęłam przeżywać jedne z najszczęśliwszych lat swojego życia. Ciało na to reagowało zdrową, odpowiednią wagą. Sensacje z byciem zaczęły się znowu w liceum, ale do tego też dojdę, bo tu jest inny, ważny wątek.

W gimnazjum byłam bardzo szczęśliwą osobą, miałam paczkę w klasie i właściwie wszystkie osoby z klasy wspominam dobrze. Wiadomo, tu się narozrabiało, tam poszło na wagary, ale ogólnie to kadra pedagogiczna tej szkoły uważam, była bardzo dobra, jak nie wybitna. Czaruję, co? Idealizuję? A jak mam się ustosunkować do czasów, które wspominam praktycznie najlepiej i mi wywala, gdy widzę zdjęcie z tamtego okresu?

Poza podstawówką i okresem, gdy skończyłam liceum, niedosłuch NIE BYŁ PROBLEMEM. Nikt kurna nie robił z tego powodu wielkiej dramy, bo też NIE MA O CO.

Nierzond polski dopiero ze trzy lata temu – czy podobnie – stwierdził, że kwota zasiłku pielęgnacyjnego przysługującego osobie niepełnosprawnej z umiarkowanym stopniem jest za mała. W związku z tym zwiększył kwotę ze 153 złotych miesięcznie do 215. Fortuna, prawda?

Dobra, gimnazjum się skończyło i wjeżdżamy na wody ego. Oraz towarzystwa, które niekoniecznie będzie odpowiednie, ale wiek już tu nie ma nic do rzeczy.

Wody ego

Już nie pamiętam, od czego to gówno się zaczęło. A, od śmierci Mamy, ale ja nie o tym, to jest inny temat i na inny dzień, bo teraz rozprawiam się z nieszczęśliwą, pełną dramaturgii i facepalmów przeszłością, starając się Was jednocześnie nie zanudzić swoimi tamtejszymi zmartwieniami.

Tu wydają się ważne trzy postacie.

  • Kolega random, który niby był fajny, ale tak naprawdę nie był

Jakie to znaczenie ma dla historii? Ano ma, bo on był z natury takim trochę złośliwcem, ale bardzo go ceniłam. Poznaliśmy się na starym dobrym IRC’u, jednak to, co najważniejsze uczynił, to pytanie.

W UJ WAŻNE W KONTEKŚCIE MOJEGO KWICZENIA EGO, BUDOWANIA NOWEGO ŻYCIA I ROZWOJU.

– Dlaczego wszyscy ci wszystko dają?

Tak, chodziło o rzeczy. Ja te rzeczy po prostu dostawałam. I nawet nie wiem za bardzo, dlaczego, ale tak było. Nie miałam chyba oporów przed braniem, ale właśnie to było fajne i niefajne jednocześnie. Bo wiecie, życie sobie płynęło na spokojnie, do momentu. Zawsze w tamtej jebniętej rzeczywistości musiało zdarzyć się coś, co wytrąci z równowagi dostatek, ustatkowanie się, czy jak to tam było.

Tyle że… tu nie wiem, co się stało. Tu nie ma wydarzenia, które by ostatecznie tak mnie przygniotło, żebym zmieniła swoją postawę życiową. Tu takiego „pstryczka” w temacie dostawania nie ma.

Być może Random to jakoś zaczął komentować, ale to nieważne, bo i tak nie mogę sobie przypomnieć tych słów i nawet nie chcę ich znać. Było, minęło, piszę ten tekst tylko dlatego, by kwik umysłu się wyłączył wreszcie.

I faktycznie, na ten moment jest lepiej, ale wróćmy do tematu, dobrze?

  • Kolega Yu, który był fajny, ale za to ja nie byłam fajna

No to poznałam kolesia z fandomu mangowego, stąd nick, który i tak zmieniłam. Anyway, dużo rozmawialiśmy i byliśmy przyjaciółmi, ale na swój patologiczny sposób. On miał stany depresyjne i nie mógł sobie poradzić z życiem, ja z kolei przyczepiłam się do niego jak rzep do psiego ogona i… na scenę, całe na biało wjechało ego. To było straszne i żałuję tego, bo kolesia próbowałam namówić na to, by wysłał mi jakąkolwiek rzecz.

Tu oczywiście był dramat, pamiętajmy o tym, że kwota 153 złote ewentualnie jakaś kwota „na czas nauki po śmierci mamy” w wysokości 600-700 złotych nie robiła furory. Ale wydaje mi się, że grunt tego całego problemu był jeden. Samotność z silnym uczuciem braku miłości. Oczywiście, w tamtych czasach nie mieściło mi się w głowie, jak można szukać miłości wewnątrz siebie, wszystko musiało być na zewnątrz.

Ajajaj. Dobra, wiecie już, co się odwaliło, można się roz… a, jeszcze jedna osoba się na mnie zwaliła i to nie była przygoda, którą najlepiej wspominam, ale podejrzewam, że ma chyba największe znaczenie w tym całym ambarasie.

  • A imię jej bordeline, czyli femme fatale XXI wieku

Z tego czy z tamtego powodu ta osoba zjawiła się w moim życiu. Nie bardzo chciałam, ale jednak się stało i… wyobraźcie sobie bordeline. Z jej naprzemiennym zachowaniem, z jej stosunkiem dosyć pogardliwym do innych osób. Tak naprawdę jednak sytuacja zrobiła mi się zła z pewnego, bardzo prostego powodu, a imię tego to finanse. Kiedyś renta rodzinna (to ta, co 700 zeta) się skończyła, a poza tym dorosły człowiek idzie normalnie do pracy. Tyle że ten człowiek nie dość, że mieszka na zad… znaczy, w Gorzowie, mieście od lat umierającym dzięki geniuszowi radnych miejskich i wojewódzkich, to jeszcze ma niedosłuch.

Co ma piernik do wiatraka?

Bardzo prosto, jeśli ktoś mieszka w Polsce wystarczy, że doda 2+2.

Czy Wy myślicie, że osoba z niedosłuchem ma jakieś specjalne potrzeby typu „trzeba jej tłumaczyć jak krowie na rowie, nie da se rady, bo przecież mózg nie funkcjonuje normalnie, a zresztą, bla bla bla”? Widziałam w swoim życiu osoby z niedosłuchem, które nie tylko funkcjonowały NORMALNIE, ale również się cieszyły z tego powodu, że tak wspaniale rozumieją osoby z niedosłuchem i mogą im dzięki temu pomagać. Wypisz wymaluj, w Szczecinie i Gorzowie, kierunek PEDAGOGIKA. Tylko tyle i aż tyle, ale zapewne sprawa jest widoczna na całym świecie.

Jak widać, osoby z niedosłuchem mogą funkcjonować normalnie. Mało tego, jak pogrzebiesz w internetach to znajdziesz i niesłyszących muzyków, ale wcale nie mam na myśli Mozarta czy innego Szopena, a czasy współczesne.

Ale przypominam, mówimy tu o POLSCE.

POLSCE.
POLSCE.
POLSCE.

Rozmawiałam wczoraj z pewną bardzo piękną istotą. Normalne, towarzyskie spotkanie. Pomogła mi przekonać się, bym się wzięła w garść i poszła do socjalu. ALE. Chodzi o to, co powiedziała.

Opowiadała o kimś, kogo osobiście znała, ale ten ktoś ma dokładnie takie same przejścia jak ja. Na rynku pracy.

Idziesz do pracy. Umowa wstępna na trzy miesiące. Po nich zwalniają.
I tak w koło macieju.
Tak właściwie bezustannie.

Jak myślisz, w jaki sposób psychika może na to reagować? „Jesteś do dupy”, „do niczego się nie nadajesz” i „ja już nie daję rady, po prostu albo pracuję na stale, albo wcale”.

Co łączy te dwa przypadki?

NIEPEŁNOSPRAWNOŚĆ.

Zanim zaczniecie cokolwiek komentować, proszę, zerknijcie parę akapitów dalej, gdzie jest nazwa kraju. To Wam powie bardzo wiele.

Więc ja doszłam ostatecznie do wniosku, że można gadać o tym, by iść do pracy, w końcu na olx jest dużo ofert i… aaa, tak, no tak. Jestem kobietą, a nawet jakbym była mężczyzną, to wątpię, by ktokolwiek przyjął mnie do pracy z niedosłuchem i z takim stanem pleców, jaki mam. Znaczy, na budowę na przykład, bo tego jest sporo.

Na nieszczęście, z tyłu głowy mam „nie chcesz pracować”, „każdy normalny w twoim wieku idzie pracy”. Tylko problem w tym, że ja w tym systemie sobie nie radzę. Absolutnie. I tak, mogę mieć niefortunne przekonania, ale nie jest to taki… dosadny, jedynie słuszny argument w sprawie. Przypominam, że mowa jest o Polsce, polskiej mentalności. Więc w tej polskiej społeczności jest fantastyczne wręcz przekonanie, że osoba z niepełnosprawnością umiarkowaną może pracować. Szkoda tylko, że ją widać tylko wtedy, kiedy trzeba posprzątać. Tak, dokładnie: na żadne inne stanowisko nie przyjmą, BO KURWA TRZEBA PRACOWAĆ Z LUDŹMI. A teraz przypomnę JESZCZE RAZ o akapicie powyższym, ale dla odmiany nie z nazwą kraju, a z nazwą kierunku. Tak, ludzie z pedagogiki PRACUJĄ Z INNYMI LUDŹMI I NIE ROBIĄ Z TEGO DRAMATU, chociaż mogą borykać się z różnymi niepełnosprawnościami ciała w sobie. Doskonale, zrozumieliśmy, możemy się przejść dalej, za most.

Oho, kwik umysłu prawie jest wyłączony. No proszę, wspaniale.

Prawie, więc podejrzewam, że po seansie z pisaniem czeka mnie jeszcze seans wybaczania, bo jak widzicie, mam dużo na sumieniu, uważam siebie za złego człowieka i w ogóle, nie jestem w stanie funkcjonować w tym pierdolonym systemie, co mi jebie mózg.

A, no i dość ważna kwestia.

BARDZO, ALE TO BARDZO DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM ZNAJOMYM Z KIERUNKU PRACA SOCJALNA, KTÓRE UPIERAŁY SIĘ, ŻE MI SIĘ NALEŻY.

Ale ja miałam na głowie kilka kwestii.
I opowiem Wam o nich zanim przejdę do kwestii, co mi się należy i dlaczego mózg – czytaj ego – wciąż wywala na mnie swoje niecne brudy. Aha, ważne, bo w tym momencie wciąż mi się przypomina informacja, która przyszła. Ego zostało wszczepione. Nie wiem, nie chcę dociekać, czy to prawda, czy kolejna bzdura, wolę ostatnio wycofywać się rakiem z treści trochę niepokojących i TRZYMAJĄCYCH W PRZESZŁOŚCI.

Dobra, do rzeczy, bo ten tekst i tak jest już bardzo długi. A i dziękuję, że śledzicie dalej ten wpis. Kocham. Dobra, dobra, dobra…

Pierwsza sprawa to chyba tryb ofiary.
Kolejna – pięćdziesiąta trzecia – to przeświadczenie, że ja nie mogę brać. Fak. Że nie zasługuję, że nie mogę, bo każda normalna osoba CHODZI DO PRACY. Wspaniałe przekonanie, pani Olu.

A, i mi się przypomina, że co bym nie robiła z rynkiem pracy, a raczej na nim, to nie wychodziło. Słyszałam, że chodzę po dziwnych osobach, które proponują dziwną pracę i w ogóle, to wszystko nie wychodzi. Wspaniale, a w dodatku z jakiegoś niezrozumiałego powodu siedziało we mnie głupie i koszmarnie niesprawiedliwe przekonanie w stylu „pisanie to nie praca”. Dopiero studia z tej dziedziny sprawiły, że zaczęłam normalnie pi… znaczy, myśleć i tak, KURWA, PISANIE TO PRACA.

A może nie, bo ja na swoją obecną chwilę stwierdziłam, że praca to rodzaj niewolnictwa, a przecież pisanie oczyszcza. Daje radość. I możesz robić to wtedy, kiedy pragniesz, a nie kwiczysz w środku, że cały świat jest nieszczęśliwy.

Nigdy – po tych jobczych kryzysach do 2015/16 – nie umiałam brać. Nawet proszenie o wsparcie było dla mnie ultra ciężkie i robiłam to z wszystkim tym, czym nie powinno się podchodzić do człowieka, i go prosić.

Czy mam siłę wspominać wydarzenia, które świadczą o tym, że wewnętrzne przekonania mają znaczenie?

Pierwsze z brzegu. Jako artysta mogę stworzyć patronite. Ale nie, oczywiście, że nie mogę, bo gdy je stworzyłam, to nie chcieli mi tego profilu zaakceptować. A ja właściwie nie wiem, co poszło w nim nie tak. Nie każdy bowiem musi być alfą i omegą. No i trochę czasu trwało, nim zrzutka zdecydowała się na własną wersję patronajta. Ale ja w tym czasie postanowiłam już olać sprawę.

No i jeszcze nieszczęsna sprawa z zębami.

Nie umiałam prosić o wsparcie rodziny i właściwie robiłam to tylko dlatego, że uświadomienie sobie, że „ból jest iluzją” w tym przypadku to jakaś mega gruba rzecz i w kontekście mojego stanu świadomości bardzo trudna do zrealizowania, chociaż oczywiście MOŻLIWA. Ale o tym dalej, albo i nie.

Kilka lat temu podeszłam do socjalu. Wow, wreszcie doznałam oświetlenia, prawda?!

Otóż, niezupełnie.

Gdy zaproponowano mi czterdzieści złotych na podpaski, to stwierdziłam, że nie ma sensu. No co się śmiejecie? Ubóstwo podpaskowe istnieje, nieważne, że okresu można nie mieć, gdy jest się świadomym wyboru, ale to temat na kiedy indziej.

Tak czy inaczej, olałam sprawę i nawet nie dowiedziałam się, co mi należy.
Ale, żeby nie był0 – pani nie wspomniała tego faktu, co mi się należy w taki sposób, by mój mózg to wchłonął.

No, ale kumpele z pracy socjalnej wiedziały i próbowały przekonać.

Wspaniale, Olusia ma internety, otworzy se stronkę z inform… a, no tak, nie należy się, tak piszą w WUJKU GOOGLE!

Tyle że ten Wujek Google niedomaga i to od dłuższego czasu.

Gdy zaczęłam się spotykać z ludźmi w Gorzowie, to coś we mnie pstryknęło. Poza tym wiecznie o pomoc innych ludzi nie mogę prosić. Państwo jest od tego, żeby… no, je wykorzystywać.

W moim umyśle – a było to w maju 2022, więc witamy w rzeczywistości, tu i teraz wreszcie – zaczęła się transformacja. Jak widać, jeszcze trochę jest do przetransformowania, gdyż piszę ten tekst i on wygląda tak, jak wygląda. No, ale pierwszy krok został postawiony i wczoraj miałam wizytę pana z opieki socjalnej.

I uwaga, tak, należy mi się.

Z tytułu niepełnosprawności zasiłek stały w wysokości jobczej kwoty 719 złotych.

No i z ubezpieczeniem.

Ja myślałam, że tylko ja mam taki problem z pracą. Że to jest kwestia:

  • niep…. a nie, sorry, to nie kwestia niepełnosprawności, tylko
  • tego, że nie chcę pracować w systemie niewolniczym,
  • mam mentalność dzieciaka 12-letniego, ale w końcu mogę udawać, że jest inaczej, po prostu
  • jestem leniem,
  • przekonanie „nic mi nie idzie”, chociaż gały widzą w pokoju taką fajną teczkę z napisem „Uniwersytet Szczeciński”, w której znajduje się dyplom ukończenia studiów, hmm… co poszło nie tak i w którym momencie, zostawmy na inny wpis (ha ha),
  • turbo extra hiper kobieca energia, bo jak wiemy wszyscy, w kobiecej energii trudno znaleźć pracę i w ogóle, powinnam sprzą, dobra, już bez śmichów, to poważny wpis,
  • mam dużo do przebaczenia sobie, ale o tym już mówiłam, więc przechodzimy do kolejnego punktu, którym jest
  • „do niczego się nie nadajesz, bo jesteś idiotką i złym człowiekiem,
  • CZAKRY! NO PRZECIEŻ MASZ CZAKRY W BARDZO ZŁYM STANIE, ZWŁASZCZA CZAKRĘ PODSTAWY!!!111

No i przy czakrach się zatrzymam, albowiem ja nie mam czakr. To znaczy mam i nie mam, zależy, w którym momencie i zależ, jak myślę w danym momencie i jaka jest aktualna decyzja. Witajcie w moim świecie, w którym uświadamiam sobie, że jestem twórcą, a fizyka kwantowa tak właśnie działa jak na obrazku, znaczy w tym akapicie. Tak czy siak pisząc to czuję serce. Serce, a serce mam nadzieję w dobrym stanie.

I widzicie, tyle że z czakrami jest pewien mały szkopuł.

Ja na serio zabrałam się za temat pieniędzy oj… kurna, z siedem lat temu. Najpierw wskoczył temat T., potem wskoczył temat karmy, potem przekonań, potem kolejnej czakry i w ten sposób doszłam do tego, że

NIE DOSZŁAM DO NICZEGO.

Mogłabym perorować na temat tego, co i jak się odjewapniało, ale wystarczy, że zrobicie paskiem w górę i przewiniecie do akapitu, w którym jest nazwa naszego wspaniałego supermocastwa, kraju zwanego Lech… znaczy, Polską.

Wkurwiłam się. To bezustanna telenowela.

Ale jeśli przyjąć tezę, że to co jest najprostsze jest najprawdziwsze?

PRAWDA JEST JOBCZO PROSTA.

W normalnym kraju byłabym w stanie pracować gdzieś i to na stałe, a nie na trzy miesiące, ale mieszkam w Polsce, więc no, mentalność jest taka, jak powyżej. I nie, kurwa, nie zamierzam wchodzić w tryb ofiary, którą widać na forach o niepełnosprawności, dlatego z nich wyszłam. Tam widać bardzo wyraźnie, że osoby z niepełnosprawnością mają turbo ważny i turbo trudny problem do pokonania, a mianowicie idiotyczna wręcz mentalność Polaków. Zatrudnimy osobę z niepełnosprawnością, ale oczywiście tylko wtedy, kiedy będzie chciała sprzątać/być na ochronie… no dobra, zostańmy przy sprzątaniu, uwielbiam wbijać szpilki w tym temacie, ponieważ KURWA NIENAWIDZĘ SPRZĄTANIA. Ale dobra, nie bez przyczyny, bo miałam nieszczęście pracować na sprzątaniu i przekonałam się, że ja nie mogę tam pracować, ponieważ… ponieważ chuj wie, co, tak naprawdę. Oczywiście mózgownica wymyślała powody, ale jeśli się tak przyjrzeć sprawie, to

PRAWDA JEST JOBCZO PROSTA.

Jeśli inne osoby z niepełnosprawnością mają takie problemy jak ja – a po wczorajszej rozmowie widzę, że MAJĄ i nie są debilami – to ja nie mam więcej pytań. Nie ma potrzeby wymyślać filozofii i innych dziwnych rzeczy, jeśli mamy przed nosem prawdę podaną na tacy. Mentalność Polaków, po prostu.

Zrzucam winę na innych?

Ej, to mój świat i NIE MAM KURWA JUŻ SIŁY ROBIĆ SOBIE WYRZUTÓW SUMIENIA, a poza tym jest jeszcze coś, co utkwiło mi w pamięci i co zamierzam zrobić w najbliższym czasie.

– Jesteś tu po to, by nauczyć się brać – powiedziała do mnie kiedyś znajoma świętej pamięci. Zachowam jej twierdzenie w sobie na zawsze, bo widać jak na dłoni, że tak, miała rację. I mam nadzieję, że jest teraz szczęśliwa.

Dziękuję Wam za przeczytanie tego jakże długiego wpisu. Dziękuję również wszystkim osobom, które mi kiedykolwiek pomagały tak w dawaniu pracy, jak i wsparciu drobniejszym, upominkowym czy finansowym. Naprawdę nie wiem, co bez Was bym zrobiła i naprawdę, Wasze wsparcie było dla mnie ważne, uczyło wdzięczności (bo ją poznawałam), i mam teraz takie przeświadczenie, że nie jestem sama. Dziękuję wszystkim za wszystko, jesteście kochani :*. I za Waszą cierpliwość wobec mnie również, to najpiękniejsze, kiedy traktuje się drugiego człowieka z miłością.

* jakiśtam zawód związany z pracą z osobami niedosłuchem, stanowisko na szczeblu wojewódzkim

Nigdy nie chodziło o wiarę w siebie

Czym jest wiara? Wiara jest czymś, co nie istnieje, bo trzeba w nią wierzyć. Poczuć na końcu, ale jeśli coś czujesz, to to zaistniało. Problem polega na tym, że samo założenie wiary zakłada, że coś jest niesprawdzalne, niedotykalne i dopiero wiara w to powoduje, że coś czujemy. Z punktu energetycznego wyglądać to może tak, że podczepiamy się pod coś.

Dlaczego o tym mówię? Bo nigdy nie chodziło o wiarę w siebie. Ale od początku.

Co robi osoba wierząca w siebie?
Działa.
Co robi kreator?
Działa.
Co odróżnia obie te istoty?

JA JESTEM.

Zamiast eseju na temat „ja jestem” polecam LEDWIE trzyminutowy filmik z wypowiedzią Bashara. Co, co, co? Aaa, że to ezoteryk i robi różne dziwne rzeczy, gada z innymi istotami, tak? Wyjdźcie proszę z umysłu, z oceniania. Po prostu obejrzyjcie, a jeśli poczujecie – cokolwiek poczujecie – to jest w tym PRAWDA.

Kreator jest świadomy swego istnienia i doskonale zdaje sobie sprawę, że śni i że tworzy swój własny sen. Jeszcze przed dwoma, trzema tygodniami za cholerę nie rozumiałam: „czekaj, JA JESTEM kreatorem?”. Przeszkadzał język, ale to jak z kalendarzem. Mamy teoretycznie fałszywy kalendarz, wg którego liczba dla ludzkości – PIĘĆ – minęła.

ALE PIĘĆ TO LICZBA LUDZKOŚCI.

Pięć palców u rąk i nóg. I pięć cywilizacji, my jesteśmy w ostatniej. I zwyciężyliśmy, jeśli brać na serio wszystkie historie ezo o tym, że światło zwyciężyło.

Ale właśnie – to właśnie w piątym roku ludzkości, który niby mamy za sobą… mieliśmy zacząć wstawać z kolan. Tyle że tu występuje jakaś negacja, żeby coś, dokopać się prawdy, trzeba ją zanegować. Prawda jest naga i wybucha nagle w umyśle. Dobra, do sedna, bo i tak nie dam głowy, że rozumiecie moje myśli z tego akapitu.

Tak czy inaczej.

Z wiarą w siebie to zawsze wygląda tak: trzeba po horrorze zwanym szkołą ustawić się do psychologa czy innego terapeuty, do biblioteki po to, by odnaleźć siebie na nowo. Czasami jest to cholernie, niesamowicie trudne.

ALE

Ty nie musisz w siebie wierzyć!

TY jedyne co – no właśnie nie musisz, ale warto – żebyś zrobił/a to UŚWIADOMIĆ SOBIE JA JESTEM.

Poczuć siebie. Poczuć swoją świadomość. Poczuć to, że masz wpływ na rzeczywistość. Popatrz na symbole wokół siebie. Afirmacje. Filozofie w stylu „prawo przyciągania”, „dwupunkt”, „moc myśli”… CO TO WSZYSTKO MÓWI? Opowiada o Tobie. JESTEM. JA JESTEM KREATORKĄ. Aaach, aż poczułam tę moc, tę wspaniałą moc, która jak się budzi, to może spalić człowieka ;).

Wszelkie stany medytacyjne – ale przede wszystkim oddech – pozwalają na odczucie siebie. Wszelkie inne kwestie typu problemy świata nagle przestają być takie istotne. Oczywiście, niektórzy stwierdzą „ale ja nie umiem medytować”. UMIESZ! To jest Twój naturalny stan, kiedy czujesz, kiedy jesteś sobą, kiedy coś Cię pochłania, a Ty jesteś w radości. W każdym z tych momentów możesz spróbować skupić się na uczuciu własnego ciała.

Po co masz wierzyć w siebie? Ty po prostu JESTEŚ. Czy odczucie JA JESTEM potrzebuje wiary? Nie, wiara to coś zewnętrznego. Mamy w sobie iskrę – Światło – ze Źródła, ze Światła, co czyni nas kreatorami. Jednak zdegradowana ludzkość musi to sobie uświadomić i to szybko. Tzn. szybko: my to wiemy. Ale czy sobie uświadamiamy? Ironią losu jest to, że akurat fizyka kwantowa jest modna i nam to uświadamia. Ale właściwie dlaczego jest modna? Dlaczego modne są wszystkie teorie pokroju „Sekretu”? BO JA JESTEM! JESTEM KREATORKĄ WŁASNEGO ŻYCIA! W każdym oddechu, myśli, w każdym przejawie. Po prostu tworzę swój sen i dobrze by było, gdyby on był bardzo świadomy, ponieważ sen, w którym jest burdel to nie jest zwykle dobry sen.

Artykuł niesponsorowany, ale o świeczkach Iwonki

W tym roku świeczki okazały się bardzo potrzebne. Szczerze, nie spodziewałam się, że aż tak. Pierwszy zestaw od Iwonki wzięłam z grubsza dlatego, że chciałam coś ładnego i pachnącego mieć, gdy piszę. Jednak sytuacja tak światowa, jak i osobista spowodowała, że czekam na kolejny zestaw od Iwonki. Kim ona jest?

Jak widzimy, po prostu prowadzi 4334324 profil o świeczkach na Insta. I może by zaginął w czeluściach internetu, gdyby nie to, że mam wrażenie, że jej świeczki są takie… ładne, czyste energetycznie. Przesadzam? Maybe, ale jednak coś mnie tknęło, by dziewczynie napisać coś dobrego, gdy na pewnej świeczkowej grupie ludzie nie wyrażali wobec jej prac aprobaty. Of course, polski internet i polska mentalność, ale wróćmy już do Iwonki, która po prostu tworzy, bo to proste: nie chcesz cierpieć, rób samemu. Och, jakbym słyszała o uprawianiu warzyw – nie chcesz jeść syfu z chemią, sadź. No dobrze, konkrety. – Bardzo lubię palić świece – mówi i dodaje: – Relaksują mnie, ale te z parafiną były niezdrowe, więc szukałam alternatywy.

Z perspektywy duchowej te sklepowe, z parafiną świeczki nie są funta kłaków warte. Po pierwsze, pierwszy randomowy artykuł z internetów powie Wam, że parafina zła i nieekologiczna. Po drugie, jak siedzicie w ezo, to pewnie wcześniej czy później natkniecie się na tekst w stylu „te zwykłe świece zawierają dużo syfu energetycznego i podczepy”. Maybe, ale w tej chwili jestem przekonana, że gdyby nie świece Iwonki, moje procesy nie byłyby aż tak piękne, czyste. Wow – ktoś wtrąci: „a co z fizyką kwantową? Przecież jest tak, jak myślisz! Ha! Mam cię!”. No… tylko wiecie. Gdy coś jest tworzone z Serca, to przyznajcie sami: nie czujecie tego? Takie dary mają podwójne działanie, nie tylko symboliczne, ale również i wspierające, bo twórca, którym jest Iwonka, dodał od siebie dobrą, czystą i piękną intencję. A skoro tak… to czemu z tego nie skorzystać? Zwłaszcza, że świat to nie tylko rozumowanie, ale również i czucie.

Każdy pisarz ma swoje rytuały. Ja sięgam do zeszytu i bardzo lubię sprawę uzupełniać świeczkami. Zwykle nie przykładam wagi do tego, jaką zapalę, ale teraz postanowiłam zrobić niewielki wyjątek. Specjalna, dedykowana świeca do pisania o Agafe? Zdecydowanie tak. I jestem pewna, że ta świeczka coś mi pokazywała, bo widzicie, to było tak, że się paliła, ale… nie do końca tak, jak mogłaby się palić zdrowa świeca. Jakieś obrzeża zostawały i w ogóle szło nie tak. Tymczasem ja jednocześnie bardzo wciągałam się w świat Kramu – daję słowo, po prostu płynęło tak, że można tylko pozazdrościć – ale jednocześnie czułam, że to koniec, że to, tego już nie da się ciągnąć dalej. Być może spojrzenie na świeczkę od Iwonki przekonało mnie do tego, by skończyć temat. Całkowicie.

Kolejnym przeżyciem było spotkanie z Przodkami. Wow, ten proces był jednym z najpiękniejszych i najbardziej uduchowionych w moim życiu. Musiałam go odbyć, ponieważ po zaatakowaniu Rosji prz… znaczy, Ukrainy przez Rosję wywaliło mi ostre PTSD. Trzeba było coś z tym zrobić, bo jednak warto w tym świecie funkcjonować. Zapaliłam świeczkę Iwony – dedykowaną właśnie Przodkom, bo wiedziałam, że wcześniej czy później nastanie taki moment, ale nie przypuszczałam, że tak wcześnie – no i… spoglądając nań, zaczęłam śpiewać. Tzw. light music. Słowa nie miały znaczenia, zresztą ich nie rozumiałam. Wow, to było tak piękne. Tak wzruszające, że ach.

I jeśli Ty zamierzasz odbyć jakiś proces z Przodkami, to pamiętaj: zostaw świecę do wypalenia się. A Iwonka robi duże… do trzech dni się palą, choć mam wrażenie, że to jest kwestia tego, jaki właśnie proces idzie i jakie ewentualnie Źródło ma plan :).

Temat przodków dalej przerabiałam, bo chciałam i czułam, że trzeba zadbać o relacje z Babcią i Mamą. I pozwólcie, że zostawię to dla siebie, co tam zaszło, gdyż to są już bardzo, bardzo osobiste sprawy. I piękne. Ale, w zasadzie – w tych procesach wciąż uczestniczyły świeczki Iwonki. Robi je sojowe i traktuje jako odskocznię od problemów. Myślę, że to czuć, że Iwona się relaksuje przy ich tworzeniu. Świetna sprawa.

Jeśli chcecie coś kupić od niej, to zapraszam na jej insta. Jeśli zaś czujecie, że w tym tekście chodzi o coś więcej, niż reklamę, to… macie rację. Jestem wdzięczna za te wszystkie świeczki. Dziękuję, Iwono, że zechciałaś podzielić się nimi właśnie ze mną. To dużo dla mnie znaczy.

A na końcu będzie najważniejsze, czyli po Eurowizji refleksje

Bratu

Wszędzie widzę masonów. Oj, przyznaję, że jestem zboczona w tym zakresie. Trudno jednak nie zauważyć znaczków, symboli masońskich na stroju reprezentanta Anglii zaraz po tym, jak wgłębiało się temat. I wbrew pozorom, powód nie jest jednoznaczny, ale zacznę od początku.

Cześć, tu foliarz, o jakim spisgu dziś porozmawiamy?

Odkąd dotarło do mnie, że absolutnie wszystko jest formą narracji, że wszystko zależy od tego, w JAKI SPOSÓB o czymś opowiemy – czy to na papierze, czy przez umysł, czy przez emocje – przestałam traktować świat tak poważnie. To znaczy, nie aż tak poważnie, by usiąść i się załamać. Wszystko, co wgłębiam jest ciekawe, bo ja jestem z natury ciekawska i ciekawią mnie historie, które później są inspiracją do tworzenia powieści. Rozumiesz, że ja staram się nie wpadać w wahadełko my-oni, tylko staram się oglądać jakieś zdarzenia z pozycji obserwatora. Owszem, bywa to wymagające, czasem jest to pewnego rodzaju obrona wewnętrzna przed treściami, które są dla Duszy bardzo, ale to bardzo bolesne. Dlatego z zapałem postanowiłam popatrzeć sobie na politykę z tej i z tamtej strony, dzięki czemu potrafię spojrzeć na temat szerzej i bardziej prawdziwie, niż osoba, która patrzy tylko jednostronnie. Przykład? Ach, Chińska Republika Ludowa. Wśród foliarzy występuje przekonanie, że tam się zwierzęta masowo morduje przez koronkę, ludzie są trzymani w klatkach i nie ze mną te numery. Interesując się Azją udaje mi się dotrzeć do polskich vlogerów, którzy przedstawiają w pełni sytuację. I tak Truszczyńska na przykład wyjaśniła, że pakowanie bezdomnych zwierząt do worka nie jest przez koronkę, a jest po prostu szanghajskim radzeniem sobie z bezdomnością, a psy nie są zabijane, bo był tylko jeden przypadek i odbił się w całych Chinach bardzo ostrym echem. Z kolei drugi vloger – wybacz, nie pamiętam nazwy, ale to nieważne – był lekko w kontrze do Truszczyńskiej, ale wspaniale uzupełnił informacje o Państwie Środka. W rezultacie, gdy się natykam na treści o Chinach, ale od foliarzy, to po prostu chce mi się śmiać. Matko kochana, ile jest w ich opowieści mitów. Ale może w tych mitach jest szczypta prawdy, bo w ChRL jest coraz gorzej.

Kawałek po kawałeczku i całe puzzle poskładane!

Zaczyna się robić gorzej wtedy, kiedy nagle jeden wątek idealnie pasuje do drugiego wątku. Wtedy układa ci się pełna historia, nie dość, że z rozmachem, to zaskakująco prawdziwa i niepokojąca. Tak było, kiedy zaczęłam wgłębiać temat masonów. A, sorry. To jeszcze nie ten moment. Gdy wlazłam w temat, to na koncie miałam film i burdel w mózgu. Jednak przyzwyczajona do swojej dewizy „nikomu nie ufaj” trudno mi było stwierdzić, że coś jest prawdziwe. Aż do czasu.

Jestem niezwykle wrażliwa na jobcze energie, które są wysyłane od 2014 na Ziemię. Dobra, dobra, według Ciebie to fantastyka nienaukowa, ale w moim świecie to tak funkcjonuje. Tu już nie zanegujesz fizyki kwantowej, bo w fizyce kwantowej jest tak, że Plejadianie istnieją i nie istnieją.

A teraz opowiem Ci o moim, Twoim i życiu każdej istoty na Ziemi, czy nawet na świecie.

Dawno, dawno temu pewna istota stwierdziła, że stworzy ludzi. Ludziom postanowiła dać jeden z najpiękniejszych prezentów – WOLNOŚĆ. I teraz jestem ja, człowiek. Żyję sobie i dochodzę do momentu, w którym trzeba podsumować swoje życie. I dla mnie nie istnieje żaden Plan Duszy, nawet nie istnieje Plan Źródła*, bo przecież, co to za wolność, gdy jest plan? Jednak w tym momencie, w momencie spoglądania na swoje życie oczy szeroko mi się otwierają. Nie wierzę. Jeszcze raz. I kolejny. ZAWSZE TO SAMO! Absolutnie wszystko składa się w jedną, piękną, logiczną całość. I absolutnie wszystko jest idealne, nawet jeśli w tamtych momentach biłam się w pierś, albo jeśli myślałam, że moja wina. To jest opowieść, która jest idealna. Żyję po swojemu i to jest piękne, ale zarazem jest tak, jakby Źródło już tę powieść napisało, tak, dokładnie powieść, bo w powieści tworzy się bohaterów, którzy żyją, w powieści jest tak, że całość się składa w kupę. Niestety, nie tak idealną, jak nasze życie. Ale Źródło tak pięknie to wszystko przez nas doświadcza, tak doskonale tworzy historię naszego, naszych żyć, że nie wiemy o tym, że coś jest zaplanowane, że wiemy, czujemy i jesteśmy świadomi, że JESTEŚMY WOLNI, a mimo to… Ach, aż się wzruszyłam, mam nadzieję, że Cię nie zanudziłam?

Mam podstawy, by sądzić, że coś, że istota, że Źródło, że to Światło istnieje. Duże podstawy. Ale chyba czytasz czasem mojego bloga, a jeśli nie, to w którymś wpisie na pewno znajdziesz o tym informację.

Wow, aż dziwnie się czuję.

Ale co ja miałam? Aaa, tak. Wracając do rzeczy, stało się i tak, że pewna układanka – dotycząca mojego życia – buchnęła. Zrozumiałam swoje odczucia, przyczyny i niestety, nie było to nic pozytywnego. Dla Ciebie być może są to bzdury na patyku, jednak dla mnie, mnie została pokazana prawda. Przez uczucia, wizje i przede wszystkim przez cały proces, który przechodziłam w ostatnich dwóch powiedzmy, miesiącach, bo prawda jest taka, że ja nie pamiętam, ile to trwało i kiedy trwało, ale wiem, że było, wiem, że miało miejsce i że czas nie istnieje. Więc, nie będę się tym przejmować. Dodam, że to, co u mnie jest prawdą, u Ciebie nie musi nią być. Tak działa fizyka kwantowa, dlatego Plejadianie istnieją i nie istnieją :).

Mrocznie, mroczniej, najmroczniej!

Gdy zrozumiałam, co tu jest grane stwierdziłam, że mam dość. Odpadła mi polityka, choć miejs… znaczy, momentami czasem i sprawdzam jeszcze stan Chin, bo nie chcę być zaskoczona przez foliarzy jakąś kolejną wybujałą historią. A bardziej chodzi o moją ciekawość, ale znowu odbiegam od tematu.

No więc, poznałam mroczne oblicze świata i wcale nie chodziło o masonów, chociaż przyznam, że wgłębiałam ten temat nie tylko z ciekawości, i nie tylko z foliarstwa. Weszłam, bo postanowiłam, że magowie w mojej kolejnej opowieści będą właśnie odpowiednikiem naszej niekoffanej masonerii. Czyż to nie jest wspaniały, prześmiewczy pomysł?

Ach, właśnie!

Gdyśmy tak w sobotę rozmawiali o Eurowizji, gdy potem, po wszystkim naszła mnie refleksja, to… najpierw pomyślałam, że znaleźliśmy się na wahadle. Ty po jednej, a ja po drugiej stronie. Niestety, albo i stety, w gruncie rzeczy nie to jest meritum sprawy.

MY PO PROSTU TRAKTUJEMY ŻYCIE ZBYT POWAŻNIE.

Serio.

To jest tak, jakbyśmy zasnęli i uważali, że sen to życie. I postanawiamy traktować go ze śmiertelną wręcz powagą.

Zabawne?

Ale tak właśnie traktujemy nasze życie!

Skoro wszystko jest iluzją, to po kiego grzyba tak strasznie się przejmujemy tym, no… na przykład znaczkiem na Eurowizji:

I mogłabym się przyczepić do kontekstu pokazania tego – co by nie było – szatańskiego znaku, ale… nie o tym tekst.

Nie miałeś 5.0. na świadectwie szkolnym? Nadal możesz być perfekcjonistą

Zofce, za to że jest

Od tygodni wiedziałam, że coś jest we mnie nie tak. Znaczy właśnie – nie tyle we mnie, ile przejawiam się pewną cechą, która jest niezdrowa. W skrócie i obrazowo to samobiczowanie się. Więc szukam tu i tam czegoś konkretnego na ten temat i… no nie ma! Wpisuję w storytela to jeden, to drugi audiobook z tematyki „jak przestać się obwiniać”. I nagle, przez drzwi wpada kartka od Zofki:

perfekcjonizm

Perfekcjonizm? Ale że co, że ja? Przecież nie miałam… a nie, czekaj, miałam dość wysoką średnią na studiach. Olałam kucie tylko dlatego, że i tak wiedziałam, że rozdają piąteczki i czwóreczki bez wytężonej pracy. No ale jest jeszcze dążenie do celu… przecież prokastynuję. Na przykład miałam iść do socjalu, zgłosić się po pomoc. No bo czemu nie, skoro można coś dostać za darmo, ne? Ale no właśnie nie, bo mój mózg zaczął wymyślać:

NAUCZ SIĘ BRAĆ
ZRÓB 54453543 MEDYTACJI W TEMACIE
MUSISZ WEJŚĆ DO WNĘTRZA SER…

Czekaj, no dobra, ale człowiek składa się z pindyliona części! No! Małe, znaczy Wewnętrzne Dziecko, Wewnętrzna Mama, Wewn… znaczy, no, nie chcę Was zanudzać jak jakiś perfekcjonista, ekhem. No, ale jak wczoraj Zofka zadała mi bardzo trudne i właściwe pytania w temacie mojego eksperymentu, no to poczułam się przybita, ale właściwie na chwilę, bo przecież wiadomo, że zadaje te pytania doskonałe, to bardzo ważne, żeby rozumieć co się robi, dlaczego się robi, po co się robi, żeby nie spieprzyć swojej energetyki, bo potem wejdą ustawienia i trzeba to robić z energią miłości i akceptacji, a nie ze stra… aaa, o czym to ja? A, no tak. Czekaj, a co będzie jak się skrzywdzę? Kurde, coś zrobiłam nie tak! Ratunku, odpał na maksa, panika wywaliła na poziomie 500%, mój projekt, badanie, doświadczenie, pisanie, aaaa, nie jest to doskonałe, ratunku, nie, dostałam okresu, aaaa, tak nie miało być, przecież miało mi się udać, kurde, co znowu? Że wymagam za dużo? Że zbyt mocno siebie oceniam? No i to ma być perfekcjonizm? Powiem ci…

– Zrób test na to – przychodzi myśl, a ja pełna zapału i z pewnością, że to mnie nie dotyczy, bo w końcu w ogólniaku miałam średnią 2.0., a moja książka nie osiągnęła statusu bestsellera a’la Michalak, wzięłam się za robotę. Znaczy, pracę, bo energ… a, dobra.

Wyszukiwarka wywaliła randomowy test, ja zrobiłam i

CAŁE ŻYCIE W BŁĘDZIE.

Wszystkie klocki nagle układają się w logiczną całość. Absolutnie wszystko pasuje. To jest jak… no, perfekcyjne opakowanie perfekcjonizmu, tylko tego tak dobrze nie widać, bo mimo że widać, to go nie widać, bo wszyscy lecą stereotypem „perfekcjonista robi wszystko idealnie, nawet porządek”.

Otóż, nie.

Poczytałam trochę na ten temat i wiecie, co? Oczywiście, że jak przystało na wzorcowego perfekcjonistę coś z tym zrobię. Tymczasem czuję, że rzecz się uzdrawia, ja mam bekę roku, a i jeszcze raz ogromnie dziękuję Zofce, która mnie naprowadziła na ten trop. Dziękuję, że jesteś :*