Kategorie
świadomość

[ŚWIADOMOŚĆ] Nastał czas wolności

Długo zabierałam się do tego tekstu. Nie chciałam go pisać na siłę, a mimo wszystko czuję, że jeśli tego nie zrobię, to on nigdy nie powstanie. Szkoda by było, bo do jego ilustrowania powstały trzy rysunki :). W takim razie lecimy!

Pamiętam, jak zaczynałam siedzieć w bajkach, znaczy w ezoteryce. Hasłem naczelnym było „uwierz w siebie, masz tę moc”. Niestety, te 1000+ postów o turbo potędze jednostki nie sprawiło, że stałam się mądrzejsza. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że „och, jesteś światłem!” to jakiś abstrakcyjny termin, który niczego nie daje. Bo ani tu praktycznych porad, ani zrozumienia o co chodzi.

Śmiem twierdzić, że dopiero po siedmiu latach intensywnej pracy wewnętrznej zrozumiałam wreszcie, o co chodzi.

I nie, nie o tęcze.

Tak.

Jestem światłem.
Tak.
Mam tę moc.
Tak.
Wierzę w siebie.

TYLKO JAK TEGO WSZYSTKIEGO DOKONAĆ?! JAK PRZESTAĆ SIĘ MAZGAIĆ?!

Teoretycznie możesz wykorzystać jedną z najlepszych książek psychologicznych, której tytułu nie pamiętam (haha) o podwyższaniu samooceny. Praktycznie bywa różnie, bo w cholerę bardzo zależy od świadomości i naszego wewnętrznego bałaganu.

O tak – „bałagan” – nie jest ani pejoratywny, ani wciskający osobnika w rolę ofiary, ani jakikolwiek. Jest po prostu stwierdzeniem faktu i doskonałym opisem tego, co się wyprawia we wnętrzu, kiedy nie masz uporządkowanej energetyki.

Za bałaganem idzie strach. Traumy. Nieprzepracowane wzorce i programy. I wiele, wiele różnych problemów, których na co dzień nie jesteśmy świadomi.

Gdyby ktoś pytał: tak, w obecnej chwili mam chaos na biurku. Ale biurko to biurko, nikogo tym nie krzywdzi.

No dobrze, przyjmijmy, że jesteś randomowym czytelnikiem, który wlazł na stronę po to, by się dowiedzieć, jak wreszcie uwierzyć w siebie i zrozumieć, że jesteś światłem i tak dalej.

Odpowiedź jest prosta.

RÓB SWOJE.

Kiedy jesteś sobą, to i tak nabierasz doświadczenia, które zwiększa świadomość. Oczywiście, warto dbać o swoją energetykę. I chyba właśnie o to chodzi. Naucz się jak ją obsługiwać i to wystarczy.

Gdy zbliżał się TEN słynny rok czułam, że chcę i nie chcę wiedzieć. Pierwsze prognozy jakoś przełknęłam, ale nastąpił moment, w którym wrażenie TO BEZ SENSU zaczęło mi towarzyszyć. Nie zrozumcie mnie źle – bez sensu jest zaglądanie w przyszłość, JEŚLI TA JEST ZALEŻNA ODE MNIE. JEŚLI JA W KAŻDEJ CHWILI MOGĘ ZDECYDOWAĆ O CZYMŚ. Tak, to jest zabawa. I tak, specjaliści profesjonaliści mogą widzieć więcej. A jednak. Jednak… nie chcę SIEBIE PROGRAMOWAĆ. Chcę czuć życie! Dlatego idąc za ciosem wywaliłam programy związane z horoskopem itd. :).

BO TO JA KREUJĘ SWOJE ŻYCIE! TO JEST MOJA ODPOWIEDZIALNOŚĆ!

A ponieważ jestem w pełni odpowiedzialna za swoje życie, to z pełną premedytacją i będąc w pełni wywalam wszystkie programy, które mnie ograniczają. Począwszy od programów karmicznych, a na programach buddyjskich skończywszy ;]. I mój organizm na to reaguje! Tak bardzo mu dziękuję, że ze mną wytrzymuje.

Zachęcam, by również uwalniać się od niekorzystnych programów, bo nastał czas wolności.

Zdrawiam <3

Kategorie
świadomość

[PODSUMOWANIE] 22 wnioski na 2022 rok

22. Jest chujowo, ale stabilnie – witamy w Polsce

To, że mamy burdel na włościach nie jest żadną niespodzianką. Natomiast zaskoczyło pozytywnie, że u nas nie ma scenariusza z Austrii. Doceniam naprawdę, że władza boi się ludu, który i tak już jest wkurwiony, a wkurwiony będzie jeszcze bardziej w nowym roku przez Nowy Wał. Ale spokojnie, Polacy zawsze sobie poradzą. Tego sobie i nam życzę w Nowym Roku.

21. Mężczyzna prawdę ci powie

W tym miejscu pozdrawiam Jacka i Kamila.

Podoba mi się to, że mężczyzna nie czaruje tęczami i kwiatkami, tylko mówi kawa na ławę o co chodzi. Dzięki temu dowiedziałam się o sobie parę rzeczy i nie były one przyjemne. Pewnie jesteście ciekawi, jakich?

Otóż

.

.

.

Nie powiem Wam! Wystarczy, że obaj wymienieni panowie będą potrafili wskazać wątek. A ja tymczasem popracuję nad transformacją bajzlu wewnętrznego :).

20. A świstak siedzi i zawija sreberka

Czytając różne uduchowione teksty można zauważyć jedną rzecz. Gloryfikowanie samotności. Być ze sobą, umieć to robić i tak dalej. Super. Wspaniale. Ekstra. Oświetlenie! A jednak nie da się ukryć, że człowiek potrzebuje kontaktu z drugim człowiekiem. I to najlepiej w realu, a nie w internetach. I można powiedzieć, że to kwestia umiejętności, a jednak nie. To kwestia miasta. Czy w Gorzowie ludzie chcą mieszkać? Nope. Dlatego idąc do Klubu Książki w bibliotece spotkasz fajnych ludzi, ale w wieku 60-70 lat. To wspaniałe, zwłaszcza dla osoby około trzydziestki. Czy w Gorzowie komuś się chce bawić? No, patrząc na zaangażowanie pewnej grupy w kwestii sylwestrowej, to niezbyt. Czy… no nikt mi nie wmówi, że miasto nie ma wpływu na to, co się dzieje. I choć moooże Gorzów się zmienia, to jednak może pojadę nad morze. Dobra, kończę ten temat… bo i tak wpis nie był na temat.

19. A jednak w tym mieście można! A nie, czekaj, to Gorzów

No właśnie – jak się cieszyłam ze spotkania z foliarzami, tak się zdziwiłam, że zero inwencji w stronę Sylwestra. W pierwszej chwili Wewnętrzna Dziewczynka była zdruzgotana, a w następnej nie – bo przypomniała sobie, gdzie mieszka. Welcome to Gorzów Wielkopolski!

18. Pożegnał się deszczem

Tęsknię za Szczecinem. To było zajebiste miejsce, bo przeżywałam zajebiste momenty. I kebaba. Tylko tyle i aż tyle. Ale czy mogłabym tam znów mieszkać? Nie sądzę – głównie dlatego, że miasto po dwóch latach mnie nudzi. Ale… Szczecin jest jednak miejscem, do którego będę miała ochotę wracać. Do którego zawsze będę czuła nostalgię. W końcu tu jak na razie spędziłam jedne z najlepszych chwil swojego życia, nie? Mam prawo tęsknić. Życzę sobie jednak, bym 2022 wspominała tak dobrze, jak się tylko da. By ten rok był tak zajebisty, jak to tylko możliwe.

17. Bo najłatwiej jest tchórzyć

Gdybym miała te dwadzieścia lat, to co bym zrobiła? Oczywiście: pojechała do Warszawy na foliarzową imprezę. Ale nie mam, więc postanowiłam Sylwestra spędzić w domu. Sęk w tym, że Gorzów jak zwykle zaspał, znajomi wyjechali cieszyć się życiem gdzie indziej, a ja dostałam zaproszenie do Warszawy. I stwierdziłam, że finansowo nie dam rady – choć sprawdzałam przejazd Flixbusem. W jedną stronę to masz 130 złotych, czyli ogółem 260 jakoś by wyszło. I co? I pstro, bo na dziś i tak wydałam te 170 złotych, bo patelnia, bo kawa… ach, no tak, na zwykłe życie poszło. Ale i na „rarytasy made in Grażyna” również. I jest w tym taka świadomość, że gdybym nie bała się o finanse, gdybym miała w sobie tę cholerną młodość, odwagę, to teraz bawiłabym się turbo fajnie w Warszawce. Ale wiem, że potrafię tchórzyć. I ten strach, te obawy to również trzymają mnie w miejscu, w którym jestem. Fakt, najpierw praca, potem przeprowadzka. Tyle że może odważniejszy człek potrafiłby jakoś zorganizować pracę w innym mieście? Szczerze, nie mam bladego pojęcia. Życzę sobie – i nam wszystkim – więcej odwagi w 2022!

16. Social media i proza życia

Bardzo bym chciała pracować w social mediach, bo wtedy nie czułabym się w pracy i byłoby to dla mnie wyrąbiste przeżycie. Serio. Ba, żeby to sprawdzić zastosowałam swoje zdolności jasnowidzenia. Jednocześnie zetknęłam się z murem rzeczywistości, bo obecnie jest tylu chętnych do SM, taka konkurencja, że wydaje się trudno wejść na rynek. Ale! Zrobię to, tylko najpierw zacznę od czegoś, w czym łatwo mi o zlecenia. Po prostu. Taka proza życia – praca by była, ot i co. Dlatego też zaczęłam szukać pracy, najpierw w innych miastach, potem w Gorzowie. Jakiejś. żeby zarabiać. Póki co słabo to wychodzi, więc stwierdziłam, że może coś złapię online. I mam jakieś drobne zlecenia. Skoro same do mnie przychodzą (właściwie to kwestia mojego zapytania), to czemu nie wykorzystać sytuacji? Proza życia :).

15. Krzem, natura i dieta

Zgadnijcie, co one wszystkie mają ze sobą wspólnego? No jak to co? Wpływają na włosy! Muszę się w końcu zająć krzemem, ale za to mogę z całkowitą pewnością powiedzieć: dieta wpływa na włosy. Odkryłam Amerykę? Nie, ale odkryłam, że nie tylko cukier masakrował mój fryz, także chipsy powodowały horrendalnie duży łupież.

A jeśli ktoś lubi chipsy, to pocieszeniem może być to, że…. no, naturalny szampon w kostce daje na to radę!

14. Rysowanie daje mi frajdę

Zaczęłam adaptować „Agafe” do komiksu-grafiki. Czułam wtedy bardzo wysoką energię, z tych pozytywnych. Chciałabym projekt kontynuować, bo takiego uczucia to ze świecą szukać. ALE… postanowiłam – nie wiem, może głupio – że wrócę do tego projektu, gdy zacznę zarabiać. Pytanie tylko, czy to już można zacząć robić, bo zbieram drobne zlecenia? Wiecie, chodzi o to, by nie było spięcia na żadnym polu ;).

13. A jednak pisanie jest moje

Z tym pisaniem odwaliła się gruba impreza… i może, wiecie, co? Zostawmy już ten temat. Po prostu. Lubię pisać, odkryłam jak robić to z serca i tyle. Czego więcej do szczęścia trzeba w tym temacie?

12. UWAGA – BO BĘDĄ ŻYCZENIA

Życzę nam wszystkim, by 2022 był zajebisty. Of course, pozytywnie. Czego chcieć więcej? 🙂

11. Jasnowidzenie to fajna zabawa, ale i odpowiedzialna

Wciągnęłam się w jasnowidzenie. Podoba mi się to. Jednak trzeba uważać na BHP i trzeba też wiedzieć, kiedy nie informować o swojej wiedzy. Bo człowiek ma własną wolę. I ogólnie, nie wiem…. wydaje mi się, że po marcu jasnowidzenie wcale nie będzie już takie wyraziste. Wcale nie będzie z tego tak prostej zabawy. I cóż… może to i lepiej ;). Im się mniej wie, tym jest lepsza zabawa.

10. Z nałogami można wygrać?

Zepsułam to, na co pracowałam przez kilka miesięcy i w przez rok. Zero cukru, zero chipsów. A może nie? Wszak od drugiego stycznia szoruję dwa pewne magiczne koktajle, które sprawią, że jelita będą miały drugą młodość i absolutnie nie będą chciały chipsów i słodyczy. Innymi słowy, potestuję coś nowego.

Póki co stwierdziłam, że jeśli masz bardzo silne postanowienie, bardzo silną motywację i bardzo silną wolę, to wygrasz. Brzmi grubo? Owszem. Jeszcze w 2020 roku wydawało mi się, że zawsze będę się obżerać chipsami i cukierkami, ale dziś już wiem, że można z tego zrezygnować. Że jest to wykonalne. Tylko trzeba odrobiny wysiłku.

A wiecie, co jest najlepsze? Tak naprawdę, żeby pokonać mocny pociąg do chipsów wystarczyło RAZ zamienić kwotę na to przeznaczaną na kino. Film był co prawda słabej jakości, ale psychologicznie udało się! Efekt osiągnięty! No wow. Więc, czasem stwierdzenie „niemożliwe” jest tylko wymówką… I z tego punktu bardzo serdecznie pozdrawiam Hanię! Haniu, wiem, że dasz radę wygrać do końca! Jeah!

09. Filmowe przeżycie roku

Jak myślicie, co nim będzie? Oczywiście, że „Diuna„! I można się kłócić, że to nie tak, że można było lepiej, ale ten film obejrzany w kinie robi wrażenie. Jest po prostu arcydziełem. Koniec, kropka.

08. Waris Dirie: ból głowy nie jest żadnym argumentem

W swojej książce „Kwiat pustyni” Waris Dirie przyznaje, że gdy zaczynała zadziwiającą karierę modelki, to głowa często i mocno ją bolała. I zaraz dodaje, że mogła marudzić, ale parła do przodu, bo liczył się cel.

I mogę powiedzieć, że stany depresyjne – no może przesadzam, ale stany zbliżające się znacznie do stanu załamania nerwowego – nie są argumentem do tego, by czegoś zaniechać. Właściwie od kwietnia do lipca czułam się jak zombie, bo robiłam pracę dyplomową i miałam techniczne przeszkody, co tylko dolewało oliwy do ognia. Wreszcie się wszystko skończyło i poczułam ogromną ulgę. To wszystko jednak uczy, że nie warto się poddawać. Kto powiedział, że droga będzie łatwa i szybka? A, wiem. Duchofi nauczyciele. Aha. 😉

07. Nie jestem sama

Cóż powiedzieć… niezaprzeczalnie ten rok pokazał, że mogę liczyć i na rodzinę, i na przyjaciół. A ci… to skarby. Szczerze mówiąc, znam tyle dobrych ludzi, że gdy chcę w jakiś sposób podsumować swoje relacje na FB, to trudno jest mi wybierać konkretnych. Czuję wtedy, że kogoś niesłusznie pomijam, że tym pominięciem kogoś skrzywdzę. A przecież nierzadko narze fejsbuczkowe relacje skończyły się na wymienieniu serduszek czy „aha, dziękuję”. Bo dla mnie liczy się każdy uśmiech…

06. Na jaki kurs pisania iść? Na żaden

Do takiego wniosku doszłam po studiach. I jasne, może trochę polepszyło warsztat, ale… jednak pisanie leży w mojej naturze. Umiem to robić i zamierzam wykorzystywać zawodowo. I nie nauczyłam się tego będąc na studiach. Po prostu: pisałam i czytałam. Czego więcej chcieć? No właśnie. A ludziom się wydaje, że trzeba nie wiadomo czego, by zacząć pisać. Tymczasem wystarczy kartka i długopis. Naprawdę! Cała reszta to jest teoria, którą warto zostawić literaturoznawcom. I czytelnikom, by sobie mogli podyskutować. Bo widzicie, często jest tak, że kurs po prostu hamuje wenę. Ja przez studia zostałam nieźle zablokowana i przeszłam przez swoiste piekło osobiste. Cóż, szybko się odnalazłam, bo pracowałam z czakrami, pracuję z energią, więc jest spoko w tym temacie. Za to koleżanki ze studiów tak szybko mogą nie wyjść na prostą. Ale to dobrze, jeśli wyjdą. Szczerze mówiąc, to ja miałam taki moment, że chciałam już skończyć to „wiecie co”, dosłownie tak czułam. Ale skoro poświęciłam dwa lata na to coś, zapieprzałam jak głupia, to już to draństwo skończę. Tylko na tym mi zależało pod koniec. I najciekawszy był moment wejścia na obronę…. „czwórka” – dostałam info od Wszechświata. Super, dziękuję. Hah, obrona w ogóle przebiegała w dziwny sposób, ale w końcu się udało. I mogę być z siebie dumna, mimo że to tylko licencjat. Albo AŻ licencjat, bo wbrew pozorom dojście do tego momentu dużo mnie kosztowało, i raczej nie dałabym rady psychicznie na magisterce. Tak czy siak, jeszcze teraz czuję radość wspominając tamten dzień :).

05. Heksagram szczęścia – widzita jak jest

Podsumowując 2021 roku doszłam do niesamowicie „oryginalnego” wniosku, że aby być szczęśliwym, to trzeba mieć zadbane kilka aspektów życia. No wow. Co za fantastyczny i nowatorski wniosek! Na to wpadł Expert w Bentleyu, który rozmawiał z Ryszardem Karzełkiem. Tak, z TYM Karzełkiem. I tak sobie słucham i słucham, i o ja cię! Jaka to mądra osoba! Kiedyś gościa nie czułam, a teraz zastanawiałam się nad zakupem jego książki. Tylko oni sobie tak mówią, mówią, a ja se myślę… ale zaraz, przecież to wszystko widać jak na dłoni. Zdrowie, praca, finanse i tak dalej. Jaka tu ma być filozofia? Podał facet kilka wskazówek i uznałam, że to wystarczy.

Bo widzicie, to jest rzeczywiście tak, że człowiek wspomina najlepiej momenty, w którym albo ma stabilizację, albo po prostu jest spoko. Czyli pieniądze. Towarzystwo. Zdrowie. I tak dalej. A i nie zapominajmy o rozwoju duchowym, bo przecież bez tego ani rusz dalej. W tym roku było tak, że jak spałam na pieniądzach, to potrafiłam się cieszyć życiem, jak wychodziłam z gabinetu dentystycznego, to wychodziłam z życiem, a jak szorowałam jogę i pranajamę, to znowu – czułam się świetnie. I właściwie cały ten rok pokazał, że warto dbać o kilka aspektów, a nie jeden. Fajna sprawa.

04. Od jakiego bólu można umrzeć, nie będąc torturowanym? Od zębów

Zaczęło się dobrze. To znaczy – zdecydowałam się na łażenie do dentysty, bo tak. Wow, nawet nie pamiętam, że to było na początku roku. Wydaje się to strasznie odległe, podobnie zresztą jak lipiec (o którym w innym punkcie). Niestety, kwestia finansów przerwała leczenie, ale spokojnie. Ciało nie przestaje reagować na wewnętrzne konflikty, a co się upiecze, to nie uciek… dobra, nie wiem, jak to szło. Wiem natomiast, że wrzesień, październik to była po prostu bomba z zapłonem. Takiego bólu, jak wtedy to ja jeszcze nie miałam. Myślałam, że zdechnę, ale – chyba – na szczęście to się nie udało. Wniosek z tego taki, że czasem warto poprosić. I iść do dentysty.

03. Kompleksy

Temat-rzeka. I właściwie można powiedzieć, że wizyta u dentysty była ukoronowaniem całego, gównianego splotu programów. Zacznijmy więc od początku, czyli od „Agafe”. Fajna książka, co nie? I czułam się zajebiście, gdy wreszcie do mnie przyjechała i tak dalej. Schody zaczęły się pojawiać dalej, bo mimo usilnych prób kontaktów z gazetą czy z blogerami, czy z biblioteką, wszystko spełzało na niczym. A w pewnym momencie zaczęło mnie też męczyć to, że nie ma ona doskonałej redakcji. Dobra – redakcji doskonałej nie ma żadna książka, a ja widziałam takie, które są po prostu wydrukowane, bo tak. I wcale nie są idealnie skrojonymi tekstami. Ale tylko ja wzięłam to sobie ekstremalnie do serca i przez trzy kolejne miesiące – zamiast się cieszyć i szorować powieść – miałam kompleks, że coś spierdoliłam. Mało tego, czułam się tak już w momencie, gdy gadałam o niej z pewną panią prowadzącą. Sic. To w jakiś sposób mogło leżeć w podświadomości. No, ale wreszcie dałam sobie z tematem spokój. Skupiłam się na studiach. Skupiłam się na życiu. Co zrobiło ciało? Uznało, że konflikt się skończył, a że dotyczył relacji ja-Agafe, to w sumie… halo, zęby, jesteście tam? Dobra, proszę, bądźcie grzeczne do 11 stycznia, kiedy mam wizytę u dentysty, ok? Ale dobra. Jest Agafe, jest powieść, może warto coś z tym zrobić? Ale co? Szukam porady u Wiedźm. Takich prawdziwych. I co wyszło z tej całej dyskusji? Ano to, że „Agafe” ma taką dziwną energię ofiary, nieszczęścia nieziemskiego. Cóż… no… jakby trudno zaprzeczyć, bohaterka w końcu była jednym wielkim nieszczęściem, które musiało jakoś uratować świat pomimo w kij dużej traumy. Wracając do tematu. Wiedźmom wyszło, że powinnam napisać drugą część z uniwersum Kramu. I spokojnie, tak się dzieje. Tym razem dopieszczę do ostatniego szczegółu, i tym razem…. właśnie, potraktuję to jako nową, oddzielną historię. Bo w sumie tak jest. Pisze ją inna ja, i jest o czym innym.

Ale podsumowując cały ten wywód o kompleksach – jeśli macie jakieś kompleksy związane z własną twórczością, to może być ciężko. Tak, zdecydowanie ciężko, a nie trudno. 😛

02. Odnajdź w sobie dziecko, ale nie zapomnij o nim

Ładne te slogany. Takie romantyczne. Bo cóż oznacza „odnajdź w sobie dziecko”? Otóż – ciesz się życiem, błahostką, baw się. To jest jednak najprostsze rozumienie Wewnętrznego Dziecka, które jest spłycane do ulotnych chwil, do momentów radości. A przecież zapominając o nim zapominamy o sobie. Bo Wewnętrzne Dziecko to nie tylko radość, to także wybryki – cóż, jak to dziecko. Potrafi się dać we znaki ostro, a ludzi nie uczy się, jak sobie z nim poradzić. Zwyczajne „zamknij się” po prostu nie pomoże, a wręcz przeciwnie – wzmoży jeszcze większy płacz i krzyk. Więc co robić, ło matulu?! Przytulić. Powiedzieć parę przyjemnych słów. Wyjaśnić – czasem jak krowie na rowie – sytuację. Czasami jest to niezwykle wymagające, bo nagłe, bo trzeba dużo cierpliwości, bo potrzeba dużo czułości. Ale lekcje, które możemy wyciągać dzięki kontaktowi z Wewnętrznym Dzieckiem są bezcenne. To jest taka droga, którą nam wskazuje, wskazuje wyraźnie, co możemy jeszcze w nas utulić czy przetransformować. Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że jak nawiążesz kontakt ze swoim Wewnętrznym Dzieckiem, to już nie będziesz tak ostry wobec innych. Być może to uogólnienie, być może to efekt lustra – ale świadomość, że ktoś tak a nie inaczej się zachowuje, bo nie pracował nigdy z Wewnętrznym Dzieckiem pozwala ukrócić wahadło. Pozwala stanąć na wysokości zadania. Właśnie: współpraca z Wewnętrznym Dzieckiem otwiera drzwi Królowej (Królowi – zależne od płci). Mam nadzieję, że w 2022 Królowa staje na wysokościach i czyni królewski rok.

01. Wszystko jest iluzją

A każdy z nas ma swój własny świat, który czasami puka do innych. Ale wracając do samej iluzji: to jest świetny sposób, by coś przetransformować. Dajmy na to: ból. Ten najmniejszy, w kolanie, zniknął bez śladu, gdy to sobie uświadomiłam. Z zębami już nie było tak prosto, gdyż to cholerstwo po prostu tak jebło, że ciężko było wznosić się na wyżyny kwiatostanu. Natomiast, gdy powiedziałam sobie ostatnio „astrologia to iluzja” coś musiało puścić, bo wybuchnęłam śmiechem. I o ile uświadomienie sobie, że coś nie istnieje (tak, łyżka i matrix!) jest skuteczne, tak też czasem wymagające długiego nakładu pracy. A czasem po prostu nie ma na to czasu…

Wszystkiego najlepszego w 2022! 😉

Kategorie
świadomość

[ŚWIADOMOŚĆ] Nie jestem psem, nie zbieram kości spod nóg

Dla Izy, Kamila i wszystkich przyjaciół – dziękuję Wam

Tam coś siedzi. Jest dziwne i takie zagubione, łyżeczkowate i zaklęte w pajęczą sieć nierozsądnych przekonań. To moje Wewnętrzne Dziecko, które w tej chwili płacze, trzęsie się i krzyczy „nie zostawiaj mnie”. To wypływający z niego strach uderzający w odwagę. A jej nie mam. Całe… ach, nie całe. Kilkanaście lat byłam tchórzem i nawet jeśli tamto zdarzenie już nie ma znaczenia, to pozostawiło to po sobie krwawe ślady. Znajdują się one tuż przy ognisku. Ognisku mego światła, którego Wewnętrzne Dziecko nie chce dotykać, bo boi się poparzyć.

– Ale że ja mam im powiedzieć że znowu na coś wpadłam i oni to zaakceptują i mi nie powiedzą, żebym się wynosiła i w ogóle, że jest to kolejny nietrafiony pomysł na całe moje życie i że nie potrafię i że jestem beznadziejna? – zapytało jednym tchem.

Ta plątanina jest nielogiczna i wydaje się taka nierzeczywista. Całe to gadanie o byciu światłem i byciu bogiem nagle wydaje się być nieznaczące, bo cóż – dobra samoocena Wewnętrznego Dziecka nie istnieje.

Wiele razy coś próbowałam i nic nie wychodziło. I teraz ponownie chcę czegoś spróbować, co przecież potrafię. Ale koniecznie muszę o tym milczeć, by nikt się nie dowiedział, że mam 43344354354324 pomysł na życie, koniecznie muszę siebie strofować za to, że w ogóle go wymyśliłam i że jakim cudem ja w ogóle żyję i po jaką cholerę doświadczam?

Ach, moje Wewnętrzne Dziecko najlepiej by zsabotowało kolejne pomysły. Według niego najlepiej jest się gdzieś ukryć i milczeć. Po co mówić, skoro ma w sobie przekonanie, że nic mi się nie udawało, że nic z tego nie wyjdzie, no i zatem, po co dręczyć znajomych tym kolejnym pomysłem…

Ach, użalanie się bez dna.

Kamil pewnie kręci oczami, przecież nie dalej jak kilka godzin wcześniej powiedział, bym siebie ukochała.

Iza pewnie by się ucieszyła, bo chyba ten mój pomysł to kolejny krok naprzód. To przecież jest konkret. Działanie. Kierowanie się prostotą. I odwagą.

A jutro w paczkomacie prezent o social media – zostanę ninja w tych wszystkich platformach i nikt nie będzie mógł mi podskoczyć.

I cisną mi się na klawiaturę teksty reklamujące, już chcę myszką klikać kampanię internetową, dawać zlecenie Pauli, ale Wewnętrzne Dziecko nadal woła.

– Jak możesz!!!! ONI PRZECIEŻ POWIEDZĄ, BYŚ ZEBRAŁA DUPĘ W TROKI I POSZŁA NA MAGAZYN DO PRACY!!!! JAK MOŻESZ NIE IŚĆ NA MAGAZYN DO PRACY!!! JAK!!!!

A przecież to takie proste.
Mam umiejętności – no mam. Zlecenia same wpadają? Tak. Jest internet, są narzędzia do ogłoszenia się – owszem. Po co komplikować sobie życie? Już przecież nie raz widziałam, że praca sama mnie znajduje.

I najczęściej była to praca związana z tekstem.

I chociaż marzę o byciu social media ninja, to to marzenie może się stać faktem, jeśli uzbieram na niego pieniądze. Ale niekoniecznie musi to być praca na magazynie, prawda?

Zresztą – wysyłałam CV za pracą. I w pewnym momencie miałam mindfucka, bo co dwa tygodnie nowe ogłoszenia tych samych firm. A teraz, w dobie najdziwniejszych koronkowych akcji, okazuje się, że ich filozofia do mnie nie pasowała.

Zaczynać od zera. Zaczynać… och, moje Wewnętrzne Dziecko tego wszystkiego nie widzi, nie widzi świetlanej przyszłości. Boi się, że będzie samo, bo znowu coś zepsuje. Zepsuje jak w grudniu 2013, zepsuje jak przy „Agafe”, zepsuje jak przy fanpage „Abstrakcje Oli”. Brawo, to się nazywają argumenty!

– Świat jest taki, jaki chcesz by był…

Ale dla wielu jestem marzycielką i niemiłosiernie bujam w obłokach. Och, tak – sprzedam swoją książkę, tylko zapomniałam o jej promocji. A, nie. To po prostu nikt o niej nie chciał pisać. Nie, nie mam już sił się w to bawić, olewam temat.

Czekaj, to może uporządkujemy moje wewnętrzne tragedie? Zacznijmy od T…. A, stop, to przecież telenowela brazylijska i nie ma sensu o tym opowiadać, to jak niekończąca się historia i mam już jej po dziurki w nosie. Po prostu trzeba żyć dalej. Pomimo napieprzającego bez powodu lewego biodra.

Dobra, uporządkujmy.

A więc boję się powiedzieć przyjaciołom, że wpadłam na nowy, genialny pomysł zawładnięcia światem, a do tego nie jestem sama, bo mam wspólniczkę, która myśli w bardzo podobny sposób. No, może nie zapomniałaby o promocji przy wydaniu powieści.

A więc, uściślijmy jeszcze coś: moje Wewnętrzne Dziecko ma parcie na pracę na magazynie, na który i tak by mnie nie przyjęto, bo biodro i niedosłuch, i to nie jest ochrona.

Logika tak samo abstrakcyjna, jak w zakończeniu serii anime Neon Genesis Evangelion.

Idę utulić Wewnętrzne Dziecko…

Zdrawiam!

Kategorie
świadomość

[commentary] Odwiązać się od cierpienia

Z początku myślałam, że powyższy wykład nie da mi zbyt wiele ciekawego, bo Ajahn Brahm nie odkrywał Ameryki. Ale potem zaczęła się akcja z żałobą.

[ludzie] Boją się szczęścia. Są przyzwyczajeni do tego, kim są. Do bólu, do trudności. Są przywiązani do cierpienia. [Ajahn Brahm].

Ajahn przytaczał historie o żałobie. I nagle stwierdziłam, że żałoba – ta psychologiczna, mentalna – to jest ściema. To program, który nam wgrano, byśmy mogli się pieścić w byciu ofiarami. Koniec końców, jeśli umiera tylko ciało, jeśli ludzie przestają się wreszcie męczyć na tym padole, to po jakiego kija mamy się smucić? Ba, w Sieci wystarczy poszukać przykładów, jak zmarła osoba przychodzi we śnie i prosi, by żałobnik przestał się rozczulać. Tak, myślę, że zmarli zdecydowanie wolą, jak ich bliscy się radują życiem. I oczywiście, że jest to trudna sytuacja, w chrześcijańskiej kulturze wręcz nie do pomyślenia. No bo jak to tak, przystoi w ogóle iść na bal maturalny, gdy jeszcze oficjalna, dwuletnia żałoba się nie skończyła? Mówi się o tym, że jest ona potrzebna psychice po to, by mogła się zregenerować po utracie kogoś bliskiego. Ale… czy my po prostu nie jesteśmy przywiązani do bólu i dlaczego buddyści potrafią się cieszyć po czyimś pogrzebie? Bo chrześcijanie mają wbity program „och, smućmy się, módlmy i przez dwa lata chodźmy w czerni”, a buddyści mają medytacje transformujące ból. I je stosują, może właśnie dlatego, że nie są przywiązani do cierpienia.

W Malezji często spotykałem ludzi chorych na malarię. Inni chorowali, ja nie. Myślę, że to dlatego, że się nie bałem.

Od początku plandemii jestem przekonana, że ludzie chorują na to gówno tylko dlatego, że się boją. I jasne, można rozszerzyć opis, ale w swoim krótkim życiu nauczyłam się jednego. JEŚLI SIĘ CZEGOŚ BOISZ TO TO KURWA PRZYCIĄGASZ. Zapamiętaj to sobie. I nie mówię, że to jest łatwe do kontrolowania, bo wcale nie jest. Ale ta świadomość bardzo pomaga, szczególnie, jeśli nie widzisz na ulicach zwłok, a jakieś 99% znajomych funkcjonuje normalnie.

Strach to właśnie negatywność dodana do przyszłości.

I większość ludzi niestety nie rozumie, że skupiając się na czarnych wizjach przyszłości przyciąga je do siebie. Ja nie chcę żyć w kraju, który jest jak Wenezuela. Nie chcę żyć w kraju, w którym jest jak w Austrii. I nie chcę żyć w świecie, gdzie złole mają nieustającą orgię z cierpienia innych. Gdy jednak usiłuję ludziom tłumaczyć „ej, nie twórzcie gównianych wizji”, to mi często odpowiadają „to nie tworzenie, to fakty”. Na szczęście – ufff – jestem wolnym człowiekiem i mogę decydować, w jakiej rzeczywistości chcę żyć. A chcę żyć w rzeczywistości, w której człowieki są wolne.

Jeśli patrzysz na przyszłość całościowo, czyli mądrze, to strach przestaje cię kontrolować.

Już któryś raz w tym roku osiedlowy kebab podwyższył swoje usługi o dwa złote. A gdy wchodzę do sklepu, to czuję niepokój, bo ceny nie są najszczęśliwsze. Inflacja 7,7%. I są memy Polska=Wenezuela. A jednak, teraz staram się filozofować, że żeby nastał Nowy Wspaniały Świat, znaczy nie ten z Huxleya, a ten z Edenu, to stary musi upaść. Upadek programów, upadek systemu. Aby była wolność, system musi pierdolnąć, ale to przecież nie wydarzy się drugiego grudnia 2021, tylko z czasem będzie zachodziło. To już się dzieje, tylko ściana między chujową rzeczywistością a nową, wspaniałą zniknie ostatecznie 21 grudnia. Hm, nie wiecie, o co mi chodzi? To wróćmy do Ajahna Brahma i zapraszam do pytań w komentarzach.

Szczęścia nie można kontrolować, trzeba mu się po prostu oddać.

Ta powyższa prawda opisana też jest w transferingu. Im bardziej człowiek ma na coś wywalone, tym bardziej jest mu dane. Oczywiście, z teoretycznego punktu widzenia jest to proste. Z praktycznego trudniejsze, bo przyzwyczailiśmy się do kontrolowania. Ale właśnie tak, jak Ajahn zauważył – kontrola i strach się łączą, a przywódcy religijni o tym doskonale wiedzą i to wykorzystują. Natomiast gdy coś zrobisz i odpuścisz, to po jakimś czasie możesz się bardzo pozytywnie zdziwić.

Powyższy wykład daje wiele do myślenia. Tak właściwie, to raz jeszcze uświadomił mi, że najważniejsza jest świadomość. Bo jeśli jesteś świadomy, że masz wpływ na sytuację swoim stosunkiem do niej, to już wygrałeś.

POSŁOWIE

W tym miejscu serdecznie dziękuję Kamilowi Kotowiczowi, bez którego seria tekstów commentary by nie powstała. To było bardzo ciekawe, inspirujące i pouczające doświadczenie. Dziękuję, Towarzyszu! I trzymaj się ciepło :).

Kategorie
świadomość

[commentary] O wychowywaniu dzieci

Czy mnich buddyjski może mówić o wychowywaniu dzieci? W końcu ich nie ma, więc co on może o tym wiedzieć? A to psikus, bo po obejrzeniu kolejnego wykładu Ajahna Brahma wygląda na to, że wszystko zależy od podejścia do drugiego człowieka.

Ajahn Brahm wprost powiedział, że młodszych towarzyszy traktuje jak dzieci, którymi się opiekuje. Rzeczywiście, podawał przykłady na to wskazujące. Ale czy to wystarczy? Może, jeśli zna się nauki buddyjskie, gdzie jest mowa o szczerości i współodczuwaniu (bo to słowo lepiej oddaje to, co Ajahn ma na myśli, niż współczucie). To proste zasady i mogą być zastosowane wobec wszystkich istot. Do dzieci także. W praktyce okazuje się, że wdrożono nowoczesną pedagogikę, pedagogikę wolnościową. Jak zwał, tak zwał, ale na jedno wychodzi, a efekty są zniewalające.

Wychowujmy dzieci tak, by rozwijały dwie cechy: szczerość i umiejętność kwestionowania. (Kursywa to wypowiedź Ajahna Brahma).

Osobiście ze szczerością nie mam żadnych problemów, po prostu nie umiem kłamać. Nie zawsze tak było, ale z jednym z powodów dla którego w podstawówce robiłam wałki był strach. Prawdopodobnie dzisiejsze dzieci się nie zmieniły i nadal kłamią, bo się boją. To jest banał, który bardzo trudno zrozumieć dorosłym. Nie wiem, dlaczego. Ileż prostsze życie byłoby, gdybyśmy mówili sobie prawdę i rozmawiali o naszych problemach, ileż nerwic by uniknięto. Oczywiście, Ajahn to wszystko obnaża do kości. W momencie, gdy podał przykład z życia, w którym jego ojciec powiedział: „nie kradnij, nawet jeśli byś bardzo tego chciał, nie kradnij, kupię ci” wzruszyłam się głęboko. To nie chodzi o sposób, w jaki Ajahn o tym opowiadał, ale chodziło o to, co opowiadał. Bo jest zwykły Kowalski, często bezrobotny, ale załatwi dzieciakowi to, co chce, choćby skały srały. Głębokie okazanie miłości. Coś pięknego, choć bardzo prostego. Literatura „wysoka” by się nie powstydziła takiej sceny. Ale dobra, wróćmy do wykładu.

Przyczyną braku inteligencji w przyszłym życiu jest nie zadawanie pytań w obecnym.

Powyższe stwierdzenie to odpowiedź Buddy na pytanie „dlaczego ludzie rodzą się głupi”. I powiem Wam tak – można negować reinkarnację czy karmę, ale gdyby nie pytania, świat nie ruszałby się do przodu. Moim zdaniem, kwestionowanie czegoś jest oznaką inteligencji. Hm, skoro jesteś inteligentny, czemu nie drążysz tematu? Bo wiecie, to że coś jest podane na tacy nie oznacza jeszcze, że coś jest prawdziwe. A że każdy z nas śni inaczej, każdy z nas ma inną prawdę, bo prawda jest subiektywna, to tym bardziej należy pytać. Właściwie to chyba nie umiem dobrze uzasadnić, dlaczego podważanie prawd – a choćby i tylko o”okrągłej Ziemi” – jest świetne. Wiem natomiast, że drążenie tematu bywa fascynujące, a gdy już zanegujemy nawet to, co uznaliśmy za prawdę, to robi się w głowie taki zonk, że trzeba iść spać i po prostu przetrawić to. Ten proces jest wspaniały, bo daje ogromną frajdę. I przygodę. Myślenie nie boli, za to jego konsekwencje – hm, powiedzmy, że wolę być w przyszłym wcieleniu mądra, niż w obecnym grać tchórza.

To ludzie kształtują miejsca, a nie miejsca ludzi.

I tak, i nie. Myślę, że tu odpowiedź jest nieco bardziej skomplikowana, ale istotnie, miejsce chłonie energię ludzi, którzy w nim przebywają. Stąd na przykład w miejscach kultu możemy odczuwać pewne uduchowienie, ale gdy podejdziemy do śmietników przy domu to już nie bardzo. Jednak warto sobie wziąć chociaż na chwilę tę myśl do serca, bo w ogrodzie sąsiada trawa jest bardziej zielona. Już rozumiecie? Tak, gdziekolwiek się zjawimy, zabieramy siebie i własne problemy. Coś na ten temat wiem, bo od życia dostałam bardzo kosztowną lekcję w tej kwestii. Nie mniej jednak, historia, którą opowiedział Ajahn, a którą w ten właśnie sposób wyjaśnił chyba na długo pozostanie w mojej pamięci. Jest po prostu świetna. Może nie będę Wam zdradzać, bo po co spojlerować coś, co warto odsłuchać?

Słuchajcie i… zadawajcie pytania

Powiem tak – ostatnio znowu zrobiło się głośno o problemach młodych ludzi, którzy są przemęczeni i marzą wręcz o zdalnym nauczaniu (sic!). Niestety, dużą winę za ten za przeproszeniem pierdolnik ponoszą rodzice i szkoła. Rodzice, bo strasznie wymagają od dzieci, by miały jakieś porąbanie wysokie oceny. Szkoła, bo ma taki system, jakiego czasy kamienia łupanego by się nie powstydziły. O tym piszą gazety i wybitni – tak, wprost ich tak trzeba nazywać – pedagodzy. Choć nie odkryli Ameryki, to jednak danie studentom dziesięciu godzin na napisanie egzaminu i przy tym zamówienie pizzy i picia, to jest coś niesamowitego. Tego prawie nie ma w polskim światku edukacji, bo ci, którzy mogliby się tak zachowywać to albo zmienili zawód, albo wyjechali za granicę. No dobra, nawiązuję do tego filmu:

I o ile film Krzysztofa krytykuje postawę i rodziców, i „pedagogów”, o tyle Ajahn Brahm daje bardzo proste instrukcje obsługi. A jedna z nich brzmi tak:

Nieważne, czy są w tym dobre [dzieci w ocenach]. Ważne, czy są szczęśliwe.

No właśnie, nie trzeba być po doktoracie z pedagogiki, by zastosować buddyjskie nauki o szczerości i współodczuwaniu. Ba, nie trzeba nawet być buddystą, by to robić. Wystarczy wpaść na YT i włączyć filmik Brahma o wychowywaniu. Naprawdę, bo jeśli lubicie pytać i drążyć temat, to współczesna, wolnościowa pedagogika powie Wam dokładnie to samo, tylko w nieco bardziej rozwiniętej formie.

Kategorie
świadomość

[commentary] Ajahna Brahma „Podaruj sobie spokój, życzliwość i wybaczenie”

Prawdopodobnie wszyscy znajomi już mają za sobą wykład Ajahna Brahma „Podaruj sobie spokój, życzliwość i wybaczenie”. Może to i lepiej dla tego tekstu, jeśli przysporzy to mu więcej komentarzy. Ale tak naprawdę zdecydowałam się na niego z prostego powodu – molestował mnie.

A jeśli go nie słuchałeś, to zachęcam z jednego, fantastycznego powodu. Ten wykład tak bardzo odpręża, że taka się poczułam, szczęśliwa. Być może odczułam energię spotkania, ale to jest właśnie doskonały przykład tego, o czym mówił Ajahn. Zapytał: dlaczego przychodzicie do świątyni?, i kontynuował w takiej narracji: posiedzieć, pomedytować… przecież nie dla bożków, nie dla jakiś dziwnych ceremonii. A dla spokoju siebie samego, o czym mógłby zaświadczyć już emerytowany kierownik budowy, który za każdym razem, gdy był w stresie, przychodził na parking świątynny i tam spędzał chwilę, by się odprężyć. I no wow – tego akurat filmiku można słuchać dla samego tylko odprężenia się, choć oczywiście Ajahn mówi mądre rzeczy. W końcu to mnich buddyjski, musi tak prawić. Czyż nie?

Gra ego

No więc chyba niekoniecznie. Nie musimy się zgadzać ze wszystkim, co wielcy uduchowieni tego świata prawią. Ba, Ajahn sam ma krytyczne podejście do wielu spraw. Na przykład wygląda na to, że nie podoba mu się, że wielcy przywódcy duchowi próbują nakazywać i zakazywać, a nie okazują współczucia i zrozumienia innym. To było przy okazji mowy o aborcji, ale do tego jeszcze wrócę, bo wpierw chciałam opowiedzieć o grze ego, którą uprawia niemal każdy z nas.

Ego ocenia. Stopniuje. Ajahn podaje historię ze swego życia, że kiedy był młody, to miał dwóch kolegów chrześcijan, którzy opiekowali się dziećmi z autyzmem w ramach wolontariatu. Gościu stwierdził, że skoro jest buddystą, to on zrobi to lepiej.

A każdy z nas jest po prostu człowiekiem. Nieważne czy jesteś muzułmaninem, czy chrześcijaninem, czy buddystą – jako człowiek w pewnych sytuacjach potrafisz po prostu okazać współczucie. I tu fakt, że każda religia ma coś za uszami niczego nie zmieni.

Niestety, nie zawsze potrafimy być tacy dobrzy, zwłaszcza wobec siebie. Albo osób, które dokonały pewnego, dość kontrowersyjnego wyboru.

Nie rozumiem, dlaczego kobieta dokonująca aborcji z jakiegokolwiek powodu nie otrzymuje życzliwości i zrozumienia. (Wszystkie kursywy to cytaty Brahma).

A to jest bardzo dobre pytanie. Bo o ile buddyzm zaleca oddawanie dzieci do adopcji, to jednak potrafi zrozumieć sytuację. Masz dbać o swoje bezpieczeństwo. I radość. Ajahn podał bardzo kontrowersyjny przykład, bo babeczka usunęła ciążę, w której dziecko było zdrowe. I potem tego bardzo żałowała. Och, tak, zaraz rozlegną się fanfary i orgazmy chrześcijańskich ultrasów. Tylko z drugiej strony – skoro nie byłoby stać ją na wychowywanie kolejnego brzdąca, to czy nie postąpiła lepiej? Czy dziecku byłoby zapewnione wszystko to, co jest potrzebne do wzrostu w sierocińcu? Tego nie wiemy. Nikt nie wie. I mimo tego chcemy wydawać osądy, do czego nie mamy prawa. Ta kobieta i tak już wystarczająco cierpiała – sama z siebie. Po co dokładać do tego cegiełkę? Czyż człowiek nie zasługuje na szczęście?

Certyfikat szczęścia

Ajahn Brahm miał na tyle ogłady – delikatnie mówiąc – że pewne rzeczy nazwał wyrozumiale. No w sumie trudno nie mówić o czymś w sposób wyrozumiały, skoro temat jest o wyrozumiałości. Ale zadał chyba jedno z najlepszych i najważniejszych pytań – dlaczego to sobie robimy, że nie pozwalamy sobie zaznawać szczęścia? „Bo nie zasługujemy”. To nie jest mądre przekonanie. To jest przekonanie głupie jak but i warto nad nim popracować, żeby je przetransformować. Niestety, mamy go tak mocno wbite w podświadomość, że czasem trudno się w tym połapać. WIEMY, ale nie jesteśmy świadomi. To KOLOSALNA różnica. Na szczęście umysł da się ograć. Czym?

Idziesz na medytację buddyjską, a tam figurka buddy (czyli oświeconego umysłu), używanie mali i jakieś świece oraz inne precjozy. W jednej chwili wchodzisz do przestrzeni, w której otaczają cię SYMBOLE. Symbole mają tę moc, że przemawiają do umysłu na poziomie podświadomym. Więc nie gadasz do niego w sposób obraźliwy, tylko ładnie, podstępem przemawiasz mu do rozsądku.

Ajahn Brahm wymyślił podstęp dla umysłów odbiorców – certyfikat szczęścia. To jest symbol, który działa jak może nie mantra, ale na pewno afirmacja. W końcu podarowany przez jakiegoś guru, autorytet, to dla umysłu będzie ważne. Ale ja nie mam żadnych autorytetów. Mimo to tak często zapominam o tym, że zasługuję na szczęście i nie powinnam się przejmować bzdetami, że pomyślałam, by sama sobie stworzyć taki certyfikat. Bo czemu nie?

Proszę, nie smućcie się z powodu rzeczy, które wydarzyły się dawno temu.

Może nie powinnam więcej spojlerować tego wykładu, bo po prostu zabrakło mi słów. To spotkanie jest z pewnością odprężające i bardzo mądre. Choć może do jednej wypowiedzi powinnam się przyczepić, ale mój umysł już postanowił o niej zapomnieć. Dlatego na koniec zostawiam Cię z zachętą do wysłuchania tego filmu: odpręż się.

Kategorie
świadomość

[commentary] Truman Show, czyli WTF

Film ma już swoje lata, a jego seans chodził za mną przez kilka dni. Zapewne dlatego, że zapamiętałam „Trumana Show” jako obraz ciekawy, a końcówkę jako wzruszającą. I jako że produkcja jest dostępna na Amazon Prime, a ja właśnie go sobie załatwiłam, to postanowiłam skorzystać z okazji. I dlaczego ten tekst jest w kategorii commentary, a nie w recenzjach? Bo tu nie będzie jego recenzji. Tu postaram się o niewygodny dla Twojego umysłu tekst ze spojlerami, więc czytasz go na własną odpowiedzialność. Zapraszam!

1998 rok, do kin wchodzi „Truman Show”. Powszechna interpretacja tego filmu jest taka, że porusza problem reality show i do czego człowiek może się w tym temacie posunąć. Bo wszak tytułowy bohater – Truman – jest człowiekiem, którego przez trzydzieści lat śledzi cały świat w swoich telewizorach. Jego narodziny, młodość, a wreszcie i wiek dojrzały. Przez całe swoje życie facet nie zorientował się, że wszystko jest grane. Brzmi mało prawdopodobnie?

Zastanów się chwilę.

Wróćmy jednak do interpretacji tego dzieua. Co, jeśli jest to interpretacja niewłaściwa? Jeśli twórcom w rzeczywistości nie chodziło o to, by zakomunikować „ludzie, robiąc reality show nie możemy sobie na to pozwolić”, a coś całkiem innego? Niemożliwe? To teraz na chwilę wejdziemy butami w literaturę. WYSOKĄ.

„Iliada” i „Odyseja” Homera to dwa najbardziej znane źródła o tzw. wojnie trojańskiej. Dla porządku tego tekstu przypomnę, że chodziło o porwanie Heleny, przez co pewna grupa ludzi się wkurzyła i przez lata walczyli o nią na wojnie. Zwykle się nie zastanawiamy nad inną interpretacją niż taką, że, no… tragedia grecka i w ogóle. Zero mowy o energiach żeńskich i męskich. Za to w latach 60′ XX wieku w psychologii coś zaczęło się zmieniać w tym względzie. Wspaniały, feministyczny ruch doprowadził do tego, że spychologia zaczęła zauważać jedną prostą rzecz. W mitologii są archetypy osobowości, które można wykorzystywać do wewnętrznej pracy. Potem powstało na ten temat dużo prac, ale… ostatnio przyszło mi, że temat wojny trojańskiej zupełnie źle interpretujemy. Ona opisuje to, co wydarza się, kiedy całkowicie zdetronizujemy energię żeńską, kiedy jej zabraknie. Nie, nie mam na myśli, że mężczyźni to zuo na cały świat, bo widzicie, w końcu facet Heleny się wściekł, że jej zabrakło i rozpoczął gównoburzę. Energia męska domagała się żeńskiej, by świat mógł funkcjonować w zdrowy, pokojowy sposób.

Po tym wszystkim, co przeżył postanawia dołączyć do pochodu komunistów. Tak się kończą „Ludzie bezdomni” Żeromskiego. Interpretacja podawana w szkole jest taka, że przejścia potrafią zmiękczyć każdego, no i skupiamy się na analizie dobra i zła socjalizmu i ruchu komunistycznego. Tyle tylko, że autorowi chodziło o krytykę socjalizmu/komunizmu właśnie przez ten ostatni gest bohatera! Ale o tym się nie dowiesz w szkole, tylko powiedzą Ci o tym na studiach. Innymi słowy, przedstawią całkowicie inną interpretację, niż powszechna. Interpretację, którą proponuje sam twórca.

I o ile wobec homerowskich i żeromwskich dzieł możemy zastanawiać się, w jaki dobry, współczesny sposób należy je interpretować dziś, o tyle nie bardzo tak jest z „Truman Show”. Dlaczego? Między innymi dlatego, że film jest prosty jak budowa cepa.

Nasz tytułowy Truman udaje się do biura podróży, bo pragnie się wyrwać ze swojej zapadłej dziury. Oczywiście, to by oznaczało koniec programu, którego śledzą miliardy. Nie mniej jednak widzimy wszędzie agresywną propagandę przeciw wyjazdom. Ba, bohaterowi wciska się wręcz na chama wszelkie możliwe treści, które mają na celu zatrzymać go w tym miejscu. Oczywiście, że w pewnym momencie wydaje się to przytłaczać Trumana, bo to jest zbyt nachalne i robi się podejrzane. Czy nie wydaje Ci się jednak, że media robią w bardzo podobny sposób wodę z mózgu ludziom? I nie, nie chodzi mi tu tylko o koronkę. Często w danym temacie leci jedna, bardzo podobna narracja. A to nie wszystko. Znacie takie powiedzenie jak „temat zastępczy”? W filmie mamy przedstawiony podręcznikowy sposób, jak to się robi. Truman o wyjeździe, wszyscy o pieniądzach, zbaczają z tematu, próbują dać argumenty do tego, by jednak nie opuszczał tego miasta. Dopiero pod koniec facet się wkurza całkowicie, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Powyższa scena przedstawia wymyślony problem. Jego żona: „ogień, niebezpiecznie, spalimy się!”, a Truman: „nic nam nie będzie”. I przejeżdża przez ten pas ognia ni to rozbawiony, ni to szalony. Właśnie: ukazują go trochę jako takiego typa, ale widz go tak nie odbiera. Wow, czyżby sugestia, że jak będziesz dociekał prawdy, szukał jej, to społeczeństwo weźmie Cię za szalonego, nienormalnego? Może, ale wróćmy na chwilę do tematu ognia. Raban został stworzony, by zatrzymać Trumana. W teoriach spisgowych mówi się, że włatcy świata tak właśnie postępują. Tworzą pewnego rodzaju scenariusze wydarzeń, by odwrócić uwagę od czegoś ważniejszego, co się często dzieje pod biurkiem.

Jeszcze trochę bałaganu i Truman ląduje z przyjacielem na pomoście. Rozmawiają o życiowych sprawach, zadając trudne pytania. W pewnym momencie Marlon mówi, że on jest całkowicie szczery, on by nie kłamał. A jednak widzowi pokazuje się, że kłamie i to w żywe oczy. Więc jeśli coś usiłuje Cię usilnie przekonać, że mówi prawdę, to to chyba jest ukryty haczyk. A to dlatego, że prawda sama się obroni.

Mówiłam na początku tekstu o to, czy jest prawdopodobne, że przez trzydzieści lat koleś nie mógł się zorientować, że żyje w fikcyjnym mieście. Teraz pora do tego wrócić, ponieważ na powyższym screenie mamy scenę, gdzie producent programu udziela wywiadu. Ktoś go pyta właśnie o taką rzecz – dlaczego Trumanowi zajęło to tak długo? „Akceptujemy rzeczywistość świata, który nam jest dany. To takie proste”. Ale to nie jest koniec mondrości. Otóż – była aktorka jest sfrustrowana tym, że Truman żyje jak w więzieniu. Więc korzysta z okazji i dodzwania się na wizję. Peroruje mu, jakim jest bucem i w ogóle. A on na to: „Dałem Trumanowi szansę życia w normalnym świecie. Świat, miejsce, w którym żyjesz to chore miejsce”. Czekaj, czy on sugeruje, że nasz świat jest do dupy? To oczywiście nie ostatni raz, ale wpierw musimy wejść do prawdziwej jaskini teorii spisgowych!

Prawdopodobnie właśnie zrobiłeś minutę ciszy, by pożegnać w spokoju mój umysł. Dlatego pragnę Cię uspokoić, że bladego pojęcia nie mam, czy Ziemia jest płaska czy okrągła. Dla mnie może być nawet kwadratowa, czy wałkowata, ta informacja mojego życia jakoś nie zmieni. Jednak w tym momencie musimy wrócić do interpretacji. Na razie wiemy, że powszechna interpretacja „Trumana Show” jest błędna. No, wyżej masz przecież wszystko spisane. Teraz się skup. Jeśli tak jest, to dlaczego nie założyć, że to fikcyjne miasteczko to taka aluzja do naszej Ziemi? Taka informacja, jak jest naprawdę ukryta w tak prosty sposób. I właśnie w taki sposób na „Truman Show” patrzą płaskoziemcy. I dodają, że ludzie dzierżący władzę lubią informować świat o tym, co robią i wiedzą. No, w końcu nie od dziś mówi się, że najciemniej pod latarnią.

Dochodzimy do ostatniej sceny, w której bohater musi dokonać iście matrixowego wyboru. Wchodzi na schody, otwiera się wejście, w którym jest czarna przestrzeń. Dobra, muszę to zrobić. Oczywiście, że granica sztucznego miasta będzie sztucznym niebem. Właściwie samo miasteczko jest przedstawione jako idylla. Zaś nasz realistyczny świat jest przedstawiony jako coś strasznego. Ba, samo wejście w kolorze czarnym to zapowiada. „Nie przesadzaj”, pewnie zechcesz powiedzieć. Tyle że pan producent, którego wywiad wcześniej oglądaliśmy, do końca musi straszyć Trumana. Tak – wyraźnie jest mowa o tym, że prawdziwy świat to świat, którego trzeba się bać. A on przecież zbudował piękną, doskonałą idyllę. „Na zewnątrz nie ma więcej prawdy, niż w świecie, który dla ciebie stworzyłem. Te same kłamstwa, ten sam fałsz. Ale w moim świecie… nie masz się czego obawiać. Znam cię lepiej, niż ty sam. (Truman: nigdy nie miałeś kamery w mojej głowie!). Boisz się. Dlatego nie możesz odejść. W porządku, Truman. Rozumiem. (…) Nie możesz odejść, Truman. Przynależysz tutaj… ze mną”. Ostatecznie jednak Truman wchodzi do ciemnicy i teraz wkraczają napisy końcowe.

Kategorie
świadomość

[commentary] Tragiczne zdarzenia we współczesnym świecie – Ajahn Brahm

Jak skomentować mądre słowa mądrego człowieka? Przecie… a, tak. Obejrzałam mowę mnicha buddyjskiego „Tragiczne zdarzenia we współczesnym świecie”, a tam jak byk było o współczuciu. Wobec siebie i innych. W tym zatem momencie nie powinnam patrzeć na swoją opinię jako kogoś mniejszego – bo przecież nie zjadłam tylu medytacji i buddyjskich tekstów, co Ajahn Brahm – ale powinnam patrzeć na tę sytuację jak na wypowiedź kogoś, kto… może się wypowiedzieć na ten temat. Po prostu.

Ludzie robią głupie rzeczy, a śmiech oznacza akceptację natury ludzkiej.*

Ale może najpierw go podlinkuję, żebyście wiedzieli, o czym piszę?

Zakładam, że już go obejrzeliście i można przejść do rzeczy. Na wstępie powiem, że wpis ten może być osobisty, ponieważ przy słowach tego pana zrobiłam przegląd swoich doświadczeń. To takie świeże powietrze na nie.

Ale pierwszą rzeczą, do której muszę się przyczepić to buddyzm w Korei Południowej. Ajahn stwierdza, że jest to kraj buddyjski i zdaje się, że w świadomości zbiorowej ten kraj tak funkcjonuje. Gdyby jednak spojrzeć na statystyki chociażby w Wiki, dowiedzielibyśmy się, że ten kraj z grubsza jest – uwaga – ateistyczny. Jednak w przeciwieństwie do naszych sąsiadów Czechów, społeczeństwo koreańskie jest społeczeństwem patriarchalnym i tradycyjnym. Poniekąd może to wynikać ze spuścizny buddyjskiej, a poniekąd z tego, że spora część mieszkańców to chrześcijanie. Ba, jeśli śledzicie hype wokół tego kraju, to wiecie, że nie tylko Netflix pompuje tam pieniądze w produkcje, ale także wydawnictwa kuszą się na książki o nim. W takim na przykład reportażu Romana Husarskiego „Kraj niespokojnego poranka” można obczaić, że buddyzm w obecnej Korei ma problem. Bo ludzie od niego uciekają.

I właściwie – po co ja to wszystko piszę? Ano, po to, by Was wprowadzić w kontekst kulturowy, o którym zresztą mówi Ajahn. Ajahn twierdzi, że buddyzm nie podchodzi do życia i śmierci w sposób tragedii greckiej, wręcz przeciwnie. Wydawać by się to mogło bez sensu, bo jak można się cieszyć, że ktoś umarł? Ba – mnich opowiada o ogromnej tragedii, która miała miejsce na statku, gdzie zginęło dużo dzieci. A tak się składa, że oglądałam filmik o tym wydarzeniu i… powiem wprost, Ajahn ma rację. To aspekt kulturowy – a więc i zapewne w jakimś stopniu aspekt chrześcijański – każe dyrektorowi szkoły zmarłych dzieci się obwiniać. W ogóle, kultura chrześcijańska zdaje się być budowana na aspekcie poczucia winy. To jest oczywiście – no, bądźmy współczujący i tym razem nazwijmy to łagodniej, niż zwykle – nierozważne, bo buduje cierpienie.

A buddyzm tak naprawdę stoi w kontrze do cierpienia! Choć chrześcijanom wydaje się, że w tej filozofii dużo się peroruje na ten temat i cierpiętniczość jest stawiana na pierwszym miejscu. To jest iluzja, ale iluzja zbudowana przez pryzmat słów „cierpienie jest i należy go zaakceptować”, „karma” oraz „wszyscy jesteśmy pomieszani”.

Wszyscy jesteśmy pomieszani i po raz pierwszy o tym usłyszałam dawno, dawno temu… no dobra, w tym wcieleniu było to jakoś w roku 2014. „Pomieszanie” jako słowo wydaje się mieć pejoratywne znaczenie, ale bądźmy szczerzy – czy można lepiej opisać to, co dzieje się w naszych głowach? Ano, nie można. Dlatego że każdy z nas jest człowiekiem, a ludzkim jest robić błędy czy nawet głupie rzeczy. A najczęściej ludzie nie kontrolują swego ego i im mniej to robią, tym właśnie stają się bardziej pomieszani. Ba, patrząc na siebie przez pryzmat ostatniego czasu, mogę stwierdzić, że dużo było we mnie pomieszania i jest go nadal. I zdaje mi się, że im mniej pracujesz ze swoim wnętrzem, tym mniej rozumiesz pojęcie „pomieszania”.

No dobrze, ale miało być osobiście. Ajahn opowiada o buddyjskim stosunku do śmierci i powiem tak: im jest łatwiej się śmiać w takiej sytuacji, bo znają narzędzia, by przetransformować własny ból. Używają do tego medytacji i mantr, no i powiem tyle: jest to cholernie praktyczne i skuteczne. Wiem, co mówię, bo metodę buddyjską zastosowałam, gdy zmarła babcia.

Ale zdaje mi się, że buddyści jeszcze jedną sztuczkę stosują.

Bardzo prostą.

Nie zadają głupich pytań.

DLACZEGO?! – jest to jedno z najgłupszych i najboleśniejszych pytań, jakie człowiek może sobie zadać. Nie? Dobra, ja nie pytam, dlaczego ta żarówka nade mną świeci, tylko pytam, dlaczego mama zmarła. A właściwie to nigdy – przynajmniej na początku i w trakcie żałoby, bo potem wszedł żal itede – nie zadałam takiego pytania. Słyszałam je ze wszystkich stron, wszyscy się zastanawiali, a ja byłam – nie wiem, dlaczego, ale byłam – przekonana, że „dlaczego” jest pytaniem głupim, bo jak na nie odpowiedzieć? Po co? Potęguje tylko cierpienie, a w dodatku tak naprawdę nie da się na nie odpowiedzieć. Skoro nie da się, to po co się z tym fantem męczyć?

Obwinianie ukrywa prawdę pod ziemią.

W filmie mowa też o gniewie. O tym, że zemsta nie ma najmniejszego sensu. I co ja mam odpowiedzieć na tak mądre słowa? Dobra – wydawać by się mogło, że powyższe stwierdzenie jest logiczne, no i takie… bezpieczne. Ale czy jesteśmy do tego przekonani? Czy mamy na to jakiekolwiek fakty? Być może tak, ale nie chce mi się uciekać do wiadomości ze świata, więc pozwolę posłużyć się własnym doświadczeniem. Znaczy, tak jakby.

Po napisaniu „Agafe” wzięłam się za kolejną historię. Tym razem o dziewczynie, która miała mieć moce związane z pająkami i nazywała się Amalia Pokora. Nie, nie będę kolejny raz snuć historii o tym, jak pewnego razu przy pisaniu o niej oświetliło mnie względem chrześcijaństwa. Tym razem opowiem o samej dziewczynie, bo ta miała za sobą w kij trudne doznania. Doznania, które prawdopodobnie każdego by złamały psychicznie. Wiecie, tortury, gwałty, zabijanie bliskich i tak dalej. Odpowiedzialny za to był pewien człowiek, władca Szandrii – Agoston. Więc gdy nasza koffana dziewczyna postanowiła się na nowo narodzić, stwierdziła, że narodzi się, by się zemścić. No i opisywałam te różne jej nieszczęścia, bo umysł ją tak zawirował, że wpadała w kolejne małe horrory i za cholerę z tego wybrakowania nie mogła wyjść. Aż do momentu, gdy na swojej drodze spotkała Agostona. Pozwolę sobie pominąć szczegóły spotkania, ale wiecie, takie spotkanie twarzą w twarz z tym kimś spowodowało, że w dziewczynie odezwał się gniew. A że od dawna chciała się zemścić, to trudno nie wykorzystać okazji.
No i zrobiła to.
Gościa już nie ma, a ona… no właśnie, co się zmieniło poza tym, że Agostona już nie ma? Właściwie to nic. Dziewczę nadal miało w sobie ogromne pokłady bólu i gniewu, nadal chciałaby wszystko zniszczyć jak leci.
Więc co jej dała ta zemsta?
Ano, niewiele.
Ba, nawet nie można powiedzieć, że zapobiegła śmierci innych osób, bo koleś był mocno niedysponowany fizycznie i psychicznie (wiecie, kwestia klątwy), więc władzę w jego kraju dzierżył ktoś inny.
No więc, do jakiego wniosku można tu dojść?
Prostego – nic dodać, nic ująć, jeśli chodzi o przemowę Ajahna Brahma.

Było jeszcze o leczniczym działaniu śmiechu. No i wiecie – wystarczy wpisać w Wujka Googla „joga śmiechu”, by znaleźć informacje na temat tego, jak to śmiech może transformować pewne rzeczy. Ba, sama mam przejścia, które na to wskazują. Tak właściwie… dawno nie zrobiłam sobie takiej bezsensownej sesji śmiechu, ktoś chętny dołączyć?

A na koniec mądre cytaty tego pana, które sobie spisałam:

[o medytacji angielskiego parlamentu czy coś w ten deseń] Nic by w tym czasie nie zrobili, a więc byłoby mniej problemów.

Nie obwiniajcie, tylko śmiejcie się.

Ludzie robią głupie rzeczy, a śmiech oznacza akceptację natury ludzkiej.

* kursywa oznacza cytat z wypowiedzi Ajahna Brahma

Kategorie
świadomość

[FOTO] A w Gorzowie taki mamy klimat…

No i pisior, jak to się mówi w dzisiejszych czasach, bo nie dostałam pracy, a po rozmowie o nią czułam się fatalnie. Stwierdziłam jednak, że skoro już jestem na mieście i warto cieszyć się życiem, to porobię jakieś fotki. Efekt poniżej.

Pamiętam, jak ta ławka była czysta i piękna. Oraz to, że wszyscy się nią jarali. Dlaczego? Miasto w latach zerowych XXI wieku założyło kamerkę, którą można było podglądać w sieci. Było to też miejsce, w którym można się połączyć z internetami. Pamiętam, jak domowa sieć była jakości poniżej godności i ja – a było mokro i zimno – miałam akurat wysłać pewną pracę pseudoliteracką w ramach zlecenia. Ratunkiem okazała się właśnie ta ławka. Dziś nikt na niej nie siedzi, nawet nie ma do czego, bo wg strony Gorzowa to nie ma już tej słynnej kamerki. Dziś modne jest co innego – elektryczne hulajnogi, widoczne obok. Gdybyście jednak chcieli zrobić sobie selfie w tym zacnym miejscu, to szukajcie przy katedrze.

⬆ Za datę założenia Landsberga an der Warthe – bo przecież te ziemie przez całe stulecia należały do Niemiec – uznaje się 1257 rok. A patrząc na tę tablicę, to zaskoczyło mnie, że prawie zapomniałam o Janie Korczu, o którym kiedyś trochę czytałam. Dziś nazwisko to jest dla mnie tak samo anonimowe, jak ten pank obok (wymazałam, bo może nie chce fotki).

⬆ Można też popodziwiać chemitrailsy, znaczy się flagi. Ale może lepiej skupić się na faktycznym zabytku, a w tym terenie mamy przynajmniej dwa.

⬆ Jeden z nich to katedra, której prace remontowe dobiegają końca (?). Kosztowały krocie, bo kilka lat temu kościół się zapalił i dzielni strażacy musieli zatopić – dosłownie – budynek. Potem wyszły różne szwindle i sprawa sądowa dla zarządcy.

⬆ W sumie – jak sobie przypominam – w ostatnich dwudziestu latach jest to już drugi remont katedry. W pierwszym dobudowano efekty specjalne z dołu, znaczy światełka i wymieniono dach. Pewnie na tym nie skończyli, ale czy zrobili ogrzewanie wreszcie (babcia narzekała na zimno w kościele), to nie sprawdzałam. Ale że budowla sama w sobie ma korzenie gotyckie, średniowieczne, to wnętrze najprawdopodobniej nadal jest ponure.

⬆ Jak już nam się znudził widok kościoła (bo ileż można oglądać), to warto się przejść wokół fontanny Paukscha. Jest to zabytek stworzony dawno temu z takiego fajnego piaskowca, w każdym razie czegoś szpanerskiego. To, co teraz widzimy jest odrestaurowane i jakoś się trzyma. Mimo to pojawiły się pogłoski, że fontanna znów ma się znaleźć w remoncie. Pamiętając ostatnią aferę z tym związaną, mam wątpliwości, czy jest to świetny pomysł.

⬆ I w Gorzowie upamiętniono Izę, która mogła żyć, ale lekarzowi zdarzył się błąd lekarski. Że jest to tragedia, nikt nie ma wątpliwości. Ale o tym, że lekarz odpowiedzialny za to wszystko miał pro-Czarny_Protest posty i inne strzałki, to prawdopodobnie o tym dowiecie się tylko ze źródeł prawicowych. Jednak ja tylko tędy przechodziłam, bo kilka metrów dalej jest tramwaj. I może samo zdjęcie jest tylko zdjęciem, ale wyraźnie poczułam energię właśnie tego kawałka kostki brukowej. Da się ją podsumować tak: „auć”. Całkiem serio, poczułam ból i smutek tych babeczek, co tam w sobotę robiły zgromadzenie.

⬆ Paaaanie, ale weź pan chleba ptakom nie rzucaj. W sumie to zastanawiałam się, czy one jadły pieczywo, czy może ziarno – bo to coś było białe i było tego dużo rozproszonego. Może coś w mentalności Polaków się zmienia, ale wątpię. Tak czy siak, nie zaszkodzi przypomnieć tych faktów:

A skoro już jesteśmy przy zwierzętach, to z okazji Dnia Jeża czas na odwieczne pytanie:

Dobra, koniec reklamy, wracamy do Gorzowa Wielkopolskiego, którego stan na dziś jest jak stan tej nieszczęsnej, zapomnianej ławki z netem.

Aby zjawić się na rozmowę o pracę, to musiałam się kierować w stronę Mostu Staromiejskiego, bulwaru, estakady…. dobra, chodziło o Grobla. Opis reszty tu zaraz poniżej.

⬆ To światło! Te cegły! Ten kosz! Urzekło mnie to wszystko w przejściu estakady!

⬆ I to chyba jest najlepszy widok dla estakady, po której wciąż i z uporem suną pociągi. Jak widać, znaczna większość – jeśli nie całość – została całkiem niedawno wyremontowana i odnowiona. Niestety, nie zelektryfikowana. I choć władze miasta zarzekają się, że to przez czyhanie na dofinansowania unijne, to patrząc na ich efektywność mi się trochę w to nie chce wierzyć. OK – ten widok jest po drugiej stronie Mostu, a my przecież nawet na bulwar nie zajrzeliśmy. A ten prezentuje się tak:

⬆ To jest oczywiście tylko jego fragment, wyglądający dość nowocześnie. Całość jest oczywiście o wiele ładniejsza i ozdobniejsza. Jeszcze w roku 2010 bulwar ten był uznawany za najpiękniejszy w Polsce. Obecnie zapewne to się zmieniło…

⬆ Jeśli chodzi o ten statek, to jest to po prostu restauracja w tym stylu. No co, zdziwko, że nic po Warcie nie pływa? Cóż, lata temu już czytałam o Kunie i ona była odświętnie wykorzystywana, co z przyjemnością wytykały włodarzom miejscowe gazety. Jak jest dziś, nie wiem.

⬆ Obiecuję, że to przedostatnie zdjęcie z tego miejsca, ale chciałam Wam jeszcze opowiedzieć o rynku. Otóż, dawno, dawno temu właśnie na bulwarze nie było bulwaru, tylko był rynek. Tak, tak, gorzowianie go pokochali i chyba do dziś tęsknią za tym jarmarcznym klimatem, bo ilekroć pojawia się temat wynalazku byłego prezia Jędrzejczaka, to o nim słychać. Bo tuż za tym różowo-ceglastym budynkiem rozdzielającym estakadę jest nowy rynek (znaczy ten wynalazek niegdysiejszego prezia), który ma dachy i w zasadzie można go opisać jako „cywilizowany”. Jednak to już nie to samo…

⬆ Widzicie tę kulkę na bulwarze? Latem tam śpiewają ptaszki, papużki. Nie pytajcie mnie o humanitaryzm, ale z tego, co włodarze twierdzą, zwierzątka mają dobrą opiekę.

Wsi zielona… a nie, to jest widok z Mostu Staromiejskiego na Wartę. Znaczy, taki miejski widok mamy po prostu. A sam Most wygląda tak:

A kilkanaście metrów dalej jest Grobla, do której dochodziłam naokoło, a która zaczyna się tym efektem specjalnym:

I tak sobie stojąc i snując głębokie rozmyślania egzystencjalne, porobiłam parę romantycznych fotek, z którymi Was zostawiam. Dziękuję, że przetrwaliście do końca i widzimy się następnym razem. A komu się spodobało, ten może udostępnić wpis w świat, będzie mi bardzo miło 🧡.

Kategorie
świadomość

[RECENZJA] Gomora. Władza, strach i pieniądze w polskim kościele – Artur Nowak, Stanisław Obirek

Dla Kasi i Madzi

Wiecie, dlaczego papież Franciszek przynajmniej w najbliższym czasie nie wyda encykliki, w której jest czarno na białym, że papież jest omylny? To proste – nie chce spowodować schizmy w Kościele Katolickim. Skąd to wiem? Ano – przyszło zaraz na końcówce książki Artura Nowaka i Stanisława Obirka: Gomora. Władza, strach i pieniądze w polskim kościele.

Choć autorzy świadomie nawiązują do reportażu „Sodomy” Martela, to w tym przypadku mamy do czynienia z publicystyką. Czymś w rodzaju przemyśleń, podsumowania tego, co się dzieje w polskim KK. W sumie, można by to nazwać 11,5 H esejem, który jednak ma wyraźne zakończenie. A przemyślenia są tak mocne momentami, że moja faza na znęcanie się nad KK właśnie się zakończyła. Ale może szczegółowiej.

Jeśli sądziłeś/aś, że po filmie braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” oraz po „Sodomie” Martela nic więcej nie zaatakuje Twojego mózgu, to byłeś/aś w błędzie.

Otóż, okazuje się, że można zaskoczyć czytelnika/słuchacza samym opisem tego, co się dzieje w polskim kościele. Jasne, jasne – wszyscy znamy temat molestowania. Ale nie o to chodzi. A raczej: nie tylko o to. Autorzy przytaczają historie korupcji i nie zdziwiłam się, gdy padło to wspaniałe słowo: SZCZECIN. Tam do dziś prawdopodobnie jest tak, że ksiądz załatwia budowanie kościołów, w wyniku czego szczecinianie za dwa lata będą dosłownie potykać się o kościoły, tyle ich nabudowali. I wszystkie puste! Właśnie – autorzy chcą zgłębić przyczyny takiej sytuacji. Robią to dogłębnie, przytaczając wypowiedzi znawców tematu, badań oraz innych mądrych ludzi.

Właściwie, autorzy dochodzą do pięknego wniosku, z którego wynika jedna prosta rzecz.

Człowiek to istota uduchowiona. Nie, żebym odmawiała ducha zwierzętom czy kwiatkom, ale wiecie, o co chodzi. Że nie potrzebuje jakiś nie wiadomo jakich instytucji, bo sam sobie może być sterem.

Dlaczego więc czuję się tak, jakby mój mózg potrzebował solidnej kąpieli?

Trudno nie opowiadać o KK – zwłaszcza tym polskim – i nie wspomnieć o papieżu Franciszku. Co prawda, zarówno Frederic Martel, jak i Nowak i Obirek wyjaśniają nam tzw. teologię ludu, ale to dopiero na stronie Więzi znalazłam piękny tekst, który grubo objaśnia genezę tego argentyńskiego zjawiska. I połowy nie zrozumiałam, bo autor posługuje się skomplikowanymi sformułowaniami. Tym się nie zadowoliłam i poszłam dalej czytać teksty z tego magazynu – o tym, dlaczego Franciszek jest fajny i dlaczego jest niefajny. Dopiero wtedy poczułam, że mój mózg błaga o litość. Prawdopodobnie, kopnął egregor cierpiętnictwa i szlachetnej biedy, której w polskim KK nie ma ani grosza.

Wygląda więc na to, że muszę przesunąć lekturę encykliki papieża, która jest przełomowa. Zostawiam dla Ciebie jednak link do niej, bo z tego, co opowiadają Nowak i Obirek jest to tekst i przełomowy, i piękny.

A ponieważ miałam audiobooka ze Storytel, którego czytał Adam Bauman, to myślę, że parę słów nie zaszkodzi. Robi to solidnie. A że autorzy opowiadają o KK w mało humorystyczny sposób, Bauman nie ma jakoś specjalnego pola do popisu. Za to wciąż świetnie się go słuchało, jednym tchem, bym powiedziała :).