[czerwiec] PO PROSTU KADR – WERDYKT

„Werdykt”, reż. Sidney Lumet, zdjęcia: Andrzej Bartkowiak

Powyższy kadr mnie zachwycił przez układ światła, ale chciałam zacząć od papierosa w ustach Franka Galvina. Z jednej strony – wydaje się być to szczegół mało znaczący; z drugiej zaś trudno o to, gdy się wie, że wybitni reżyserzy projektują przestrzeń w każdych szczegółach. A Sidney Lumet niewątpliwie do nich należał.

No więc – co z tym papierosem?

Papierosów pełno na ekranie, bo twórcy bawili się kadrowaniem?

Z jednej strony mamy bohatera, który po prostu jest nałogowym palaczem. Mało tego, że palaczem, Frank Galvin to także alkoholik, któremu nagle neurony weszły we właściwe miejsce. Jednak jego przypadek jest typowy dla pokazywania zabawy ze światłem na ekranie. I być może twórcom wcale nie chodziło o zaprogramowanie widzów „palcie papierosy, więcej papierosów” – jak chciałyby teorie spiskowe – tylko po prostu o walory artystyczne obrazu.

Jest jasne, że dym zmienia strukturę przestrzeni, układając się jak mgła. Wyjaskrawiał światło, które znajdowało się w kadrach. Tu akurat dymu nie widać, jest sam papieros, więc pytanie – czy on w ogóle ma jakąś symbolikę?

Być może to po prostu „zużywanie się rzeczy”. Papieros się spala – i to szybko. I niekoniecznie jest to przyjemny proces. Ale palacze to często ludzie zmęczeni życiem, po przejściach, a tych dwoje tu takimi na pewno są. To nie jedyny sygnał płynący z kadru, który to zaznacza; bo jest jeszcze kawa i ciężkie jak głazy płaszcze.

Przytłaczające tło

Płaszcze są jednym z elementów obrazu, które przytłaczają bohaterów. Są ciężkie i wiszą w nieco nieuporządkowany sposób na krzesłach. Ba! Krzesła są w jednej z najbardziej – przynajmniej symbolicznie – uporządkowanej przestrzeni, jaką jest biblioteka.

Co ciekawe, widz w pierwszej chwili ma jakby dwa punkty zaczepienia. Po pierwsze: światło, które jest u góry, w oknach i przy schodach. Po drugie: ciemność, która jest niżej.

Jeśli odbiorca wpierw spojrzy na schody, to zobaczyć może lekkość, która ciągnie w górę. Aczkolwiek ja widzę w ich spiralnym kształcie niekoniecznie lekkość; raczej konkretne zakręty drogi w drodze do celu.

Ale te płaszcze są kwintesencją całości kadru.

Od nich zaczyna się punkt ciężkości. Bo całe pomieszczenie takie jest. Choć okna są wysokie i wpuszczają światło, to jest to białe, a nie złote światło; a poza tym są w stylu ciężkim, ozdobnym. Ponadto stoły; a na końcu półka z książkami, która z definicji lekka nie jest.

A układ książek znowu wydaje się tym samym punktem wyjścia: czy autorzy zrobili to specjalnie, czy nie?

Bo biblioteka to symbolicznie miejsce wiedzy i tak dalej. Natomiast środkowe półki w kadrze nie mają większości książek, a pozostałe leżą krzywo.

Podobno Lumet nie lubił przestrzeni muzealnych, przestrzenie muszą żyć. Zaburzenie porządku jest właśnie takim wytrychem – bo przecież brak ksiąg oznacza ruch, bo ktoś je właśnie wziął, czyta i się z nich uczy. Czy to ma głębszy, symboliczny aspekt? No cóż – może mieć, ale nie musi.

Tak, ja wiem, moim wytrychem jest „może, ale nie musi”. Mam obawy przed tym, że nadinterpretuję obraz xD.

A co z kolorystyką?

Szczerze mówiąc – mózg mi trochę wyparował, a ciągłe spoglądanie na powyższy kadr sprawiło, że mi się on znudził. Więc, żeby nie było, że czegoś nie kończę, to podpowiem: zimny jest ten kadr. Nie ma w tym za wiele nadziei. Ta co prawda jeszcze nie umarła – wszak bohaterowie są w bibliotece, szukając rozwiązania – ale nie ma żadnego namacalnego znaku, że w tych ciężkich warunkach sprawę da się wygrać.

[CZERWIEC 26′] UTWORY MIESIĄCA

FIGHT CLUB / PODZIEMNY KRĄG

Siedząc w kinie nie sposób było oprzeć się wstępniakowi „Fight Clubu”. Energia tej muzyki aż wbijała w fotel, a odbiorca czuł jedno: to będzie genialny film.

Za design wstępniaka odpowiedzialny jest P. Scott Makela, a za utwór zespół The Dust Brothers. Z tego, co widzę, to byli odpowiedzialni za pełnowymiarowy soundtrack do filmu.

Mam jednak wrażenie, że choć genialna to była sekwencja, to w domowych słuchawkach/głośnikach efekt nie jest aż tak widowiskowy, jak w kinie.

Szukam więc dalej utworu miesiąca.

THE INSIDER / INFORMATOR

O matko i córko, kombinacja sceny z utworem doprowadziła mnie do jakiegoś mentalnego orgazmu.

Za ścieżkę dźwiękową odpowiedzialny był duet Lisa Gerrard i Pieter Bourke. Wyszło im to znakomicie. Jest jeszcze inny utwór, który – jak widzę – internauci polubili, ale mnie przeleciał bokiem jakoś. To „Meltdown”.

Jak się okazuje, nie bez przyczyny mam skojarzenia z Enyą od „Władcy Pierścieni”, bo Lisa cierpi na to samo, co ona – idioglosję. Obie panie śpiewają w wymyślonym przez nie języku. Tzn. system tak uważa, bo w ezo to jest uznawane za inne zjawisko. Tak czy siak, utwory do „The Insider” tworzą mocną i mroczną całość, wchodzącą w serce.

Toki o kakeru shōjo / O dziewczynie skaczącej przez czas

Anime Mamoru Hosody, które w 2006 wygrało. Oczywiście nie w Polsce, ale ważne, że produkcja zawitała do naszych kin i w 2026 roku. Dwadzieścia lat po premierze jednego nie da się odmówić filmowi – ma piękny soundtrack. A tytułowa piosenka w kinie dodawała mu ognia. Coś niesamowitego. Za utwór odpowiedzialna jest Oku Hanako, która właśnie świętuje dwudziestolecie kariery.

THE LEGEND OF VOX MACHINE / Legenda Vox Machiny, sezon 4

Muzyczny pojedynek z czwartego sezonu „Legendy” jest naprawdę zacny.

[CZERWIEC] PO PROSTU KADR

PLUTON

Jest to jeden z pierwszych widoków, które widz ogląda w „Plutonie”. Pozornie nie pasuje do wojennego obrazu, ale kadr ma w sobie to coś, przez co poczułam „ej, to nie będzie zwykły seans”.

Poniżej moja próba uchwycenia tego, co wywołało takie wrażenie.

Nie da się wskazać dokładnie momentu, w którym motyw „raju zamienionego w piekło” pojawił się pierwszy raz w filmie, ale da się powiedzieć, który obraz był najbardziej znaczący dla tego typu wstawek. Oto „Czas Apokalipsy”.

Ale wróćmy do Olivera Stona, który postanowił nie wymyślać koła na nowo, tylko trochę to wszystko odświeżyć, żeby nie powiedzieć udoskonalić*.

Z pozoru powyższy kadr ma sugerować sakrum, piękność, przemianę i podobne. Z pozoru, bo przecież widz w „Plutonie” jest od razu włożony w akcję. I to akcję, gdzie dzieje się niewesoło, więc czar czegokolwiek mitycznego pęka.

Choć trzeba jasno powiedzieć, że w „Plutonie” jest mnóstwo pięknych kadrów – takich wręcz poetyckich. Więc twórcy trochę dźgają w widza nożem, zestawiając obok siebie piękno, jak i koszmar.

Niby to normalne w kinie antywojennym, ale żeby wywołać emocje w odbiorcy, trzeba jeszcze umieć w narzędzia.

A jednym z nich jest

Powyższe to moje zdjęcie wykonane w parku Kapias. To jakby próba ustawienia kadru z „Plutona”. Kamery ustawionej pionowo w górę. Zrobiłam po swojemu, bo uznałam, że z tego punktu widzenia obraz jest wspaniały. Po prostu linie drzew, ich barwy są podkreślone przez błękit, i daje to jakieś odczucie czegoś spokojnego i mitycznego.

Ale w „Plutonie” nie chodziło o relaks. Zresztą, mamy w scenie noc, a zamiast odprężającej zieleni mamy do czynienia z błękitem, który sam w sobie jest wieloznaczny, kojarzony z duchowością, a może i nawet – ujmę to prosto – z odchodzeniem człowieka. Wszak „niebo” da się rozumieć jako niebo, i raj po śmierci.

A tu zaraz widzimy młody narybek, który patrzy na nosze z trupami.

I tak sobie myślę, że zestawiając oba te zdjęcia – jak wyżej – dokładnie widać, co twórcy mieli na myśli. Bo błękitne ujęcie z „Plutonu” wcale nie tworzy czegoś przyjemnego. On nadaje ciężką atmosferę. Przytłoczenia. To różni znawcy interpretują różnie: przytłoczenie naturą, małość człowieka i podobnie. Ja po prostu uznaję jedno słowo: przytłoczenie. A co dalej, niech widz sam już sobie dopisze, bo „Pluton” jest bardzo wdzięcznym filmem do interpretacji.

I tu zaczyna nam się zabawa „co autor miał na myśli”.
Zdaniem sporej rzeszy recenzentów, Stone’owi po prostu zależało na ukazaniu żołnierzy nie jako herosów, a jako piechurów, ukazując ich doświadczenie od środka.

W zasadzie mamy tu warstwę narracyjną – taką jednoznaczną, bo jeden z bohaterów pisze listy z frontu. Są to więc wspomnienia, a one mogą być jak sen.

Tyle że tu koszmarny sen.

Robert Richardson – operator filmu – zastosował pewną sztuczkę. A właściwie dwie. Po pierwsze, stosował mocno rozproszone światło. Po drugie, wykorzystywał dym. To wszystko miało uwidocznić promienie słońca w kadrze, a jednocześnie kontury widocznych rzeczy – tu najczęściej dżungli – były lekko rozmazane. Wsadzając to wszystko w chłodne błękity, wiele kadrów „Plutonu” staje się poetyckie. Tak, nie lubię używać „mistycyzmu”, bo to od razu wywołuje pytania o Boga.


Wszystko to sprawia, że widz jest już na starcie rozrywany sprzecznością. Z jednej strony mamy poezję, a z drugiej – odczuwalne przez odbiorcę – zagrożenie. Nie mniej, to właśnie to sprawia, że „Pluton” nie jest zwykłym filmem.

Jest arcydziełem kina antywojennego.


* jestem przed seansem „Czasu Apokalipsy”.

Źródła:

Ciekawostka miesiąca: „Zakładnik”

Kto nie widział jeszcze „Zakładnika” („Collateral”) Manna, ten może dalej scrollować, bo my tu biegniemy do sceny z kojotami.

POST SPOJLEROWY ❗️❗️❗️

Michael Mann nie planował kojotów.

One same się zjawiły.

To stworzyło niezwykle sugestywną i symboliczną scenę.

I powiem Wam, że moja interpretacja była inna, niż większości xD. Bo zobaczyłam w kojotach taką prostą sugestię: o… jednak z Maxa jest zajebisty taksówkarz, zna miasto i wie, że tu zwierzątka jednak sobie spacerują.

Proste? xD

Ano, może zbyt proste.

Cała reszta świata sobie interpretuje to mniej więcej tak: bohaterowie przeglądają się w lustrze.

Vincent widzi siebie jako samotnego łowcę, chadzającego nocą.

Max zaś widzi w tym sugestię, by nie być biednym i biernym, tylko wziąć wreszcie los we własne łapska. Można powiedzieć, że Max zetknął się ze swoim zwierzęciem mocy 🙂.

Jest też dodatkowa sugestia, że scena symbolizuje naturę pod miastem, jakim jest Los Angeles.

Oczywiście, nie byłaby ona tak wspaniała, gdyby nie piosenka – „Shadow on the Sun” Audioslave. Sam Mann podkreśla w wywiadach, że muzyka to element planowania filmu jako takiego:

– Jeśli uda ci się znaleźć utwór, który oddaje centralną emocję jednej z postaci – jakiś kluczowy kryzys, w którym musi wydobyć się z rozpaczy i uruchomić w sobie coś bardzo agresywnego — wtedy ten utwór staje się muzyką dla tego momentu. Jeśli chcę uchwycić i skonkretyzować to, co postać czuje i myśli, w sposób możliwy do odtworzenia, tak żebym mógł przywoływać tę emocję raz za razem, znalezienie właściwego utworu jest absolutnie niezbędne. Nie tylko podczas przygotowywania sceny — ale także podczas jej kręcenia, reżyserowania aktorów i wreszcie montażu.

Dla Manna scena z kojotami to po prostu preludium przed finałem, konfrontacją.

I wyszło mu to niesamowicie dobrze.

Mam nadzieję, że już wszystko jasne ☺

Powrót Jacksona

Dzień dobereł.

Wszyscy mówią o jednym: Peter Jackson i Warner Bros negocjują z Tolkien Estate w sprawie adaptacji „Silmarillionu”.

Opinie są podzielone.

Z jednej strony mamy fanów, którzy wierzą po prostu w Jacksona i trzymają za niego kciuki. Z drugiej nie brakuje zawiedzionych, głównie za sprawą „Pierścieni Władzy” z Amazona. Ale najsmutniejszy w tym wszystkim są głosy, że kiedyś to były czasy, a teraz nie ma, a Jackson słabym reżyserem jest i spieprzy nowego Silmarilliona, i jego Hobbit jest gówniany.

OK, postawmy sprawę jasno: każdy ma prawo do własnego zdania. Może Ci się nie podobać „Hobbit”, ale proszę, weź pod uwagę jedną rzecz.

Jackson walczył o to dzieło jak mógł. Niestety, wytwórnia to wytwórnia, i kazała robić w Hobbicie różne dziwne rzeczy. Wszystko to zostało przypłacone potężnie – bo ZDROWIE PSYCHICZNE JACKSONA zjechało na sam dół. Do takiego stopnia, że facet stwierdził „pierdolę, idę kręcić dokumenty”.

Więc kiedy teraz Jackson bierze się znów za franczyzę i mówi kilka krytycznych rzeczy pod adresem Golluma, to nikt prawie nie widzi, że to dobry reżyser. Że jego „Tin Tin” ma fanów, a w swoich bańkach „Martwica mózgu” i „Nostalgia anioła” są bardzo docenianymi filmami.

Ale może to kwestia Polaków, którzy po prostu narzekają na to, co akurat jest xD. I mają gdzieś, że jakiś twórca robi swoje i woli zadbać o własną psychikę, niż męczyć się z gównianymi poleceniami od wytwórni.

A ja bardzo cenię postawę Jacksona.

Zresztą, mam wrażenie, że reżyser bardzo dojrzał i jakoś tak miło się patrzy na jego energię.

Czekam zatem na dzieła Jacksona, czy to z uniwersum Tolkiena, czy z innej parafii. I życzę mu zdrowia, i tego, by wytwórnia go jednak słuchała 😃.

[FELIETON] O Project Hail Mary

Dzień dobereł.

Widzę czasami posty typu „zachwyty nad Project Hail Mary”, a pod nimi komentarze, że:

– okropnie okrojono książkę i to kiepska ekranizacja,

– to nie jest science fiction, bo astrofagi xD,

– co to za g…, bo przecież tam niewiele się dzieje, science mało, jakaś bajka dla wszystkich…

I pewnie mogłabym wymieniać tak dalej.

Ale na podstawie powyższego, to aż mnie dziwi to, że ja ze swoim słabo optymistycznym nastrojem potrafię się cieszyć takim czymś, jak „Project Hail Mary”, w przeciwieństwie do innych xD. A może chodzi o to, że nie mam kija w czterech literach?

No to na szybko o mojej filozofii:

🙃 najpierw oglądam film, potem czytam. Jak powieść świetna, to zadowolenie jest podwójne. Warto sobie robić przerwę między jednym a drugim, to zawsze działa na korzyść pierwowzoru.

🫠 science fiction, fantasy… dobra, dobra. Nurty są ważne, bo takie wynalazki jak serialowy „Willow” zawstydzają nawet twórców*. Ale jeśli historia opiera się na psychologii czy wartościach, to po prostu gatunek przestaje być istotny. To, co uniwersalne – nie ma znaczenia, jakie szaty przybierze. Po prostu, i tak historia wjedzie do serca. Więc nawet jeśli „Project Hail Mary” to gówniane SF, to „Project Hail Mary” jest niesamowitym widowiskiem i piękną, ludzką opowieścią. To jest o wiele ważniejsze od gatunku, bo gatunek to tylko PRETEKST.

Więc po prostu – czas wyjąć kija z czterech liter i cieszyć się z tego filmu.

* serial wycofany ze streamingu.

Gładkie słówka

Dzień dobereł, ja z filmem polecanym przez Po Godzinach. Robert Ziębiński, który zauważył, że „Gładkie słówka” w swoim premierowym roku nie zostały docenione. I moim zdaniem, docenione być nie mogły.

To historia o nastolatkach, a szczególnie jednej z nich – Connie (Laura Dern). Jej sylwetka mi przeszkadzała, bo Dern była wyższa od swoich filmowych koleżanek i wydawała mi się jakoś taka nazbyt wyrośnięta, choć w rzeczywistości miała osiemnaście lat. I to ona niesie na barkach film, a także nieszczęśliwość wieku nastoletniego.

A nastolactwo to wiek buntu i poszukiwania własnej seksualności, i właściwie o tym jest ta historia. Że młode zagubione dziewczyny starają się jakoś to wszystko ogarnąć, a rodzice nierzadko są pomocni w żaden sposób.

No i jeśli spodziewasz się po „Gładkich słówkach” thrillera, to go tu nie znajdziesz. Owszem, niepokojąco się robi na końcu, ale reżyserka (Joyce Chopra) postanowiła nie bawić się w oczywistości. Zagrała na nosie wszystkim niemal odbiorcom i stworzyła coś, co da się zinterpretować w różny sposób. Ale na pewno nie jako thriller, a przynajmniej nie ten krwawy. Co się wydarzyło na końcu – twórcy już pozostawili pole do popisu odbiorcy.

„Gładkie słówka” można – oczywiście – docenić, ale jest to trochę bardziej wymagające. Albo i nie – wystarczy nie spodziewać się thrillera, tylko pozwolić historii się zaprezentować taką, jaką jest.

A jest to historia z seksualnością. W kadrach przede wszystkim. Dla mnie to opowieść-fantazja o właśnie erotyzmie. Ale właśnie – film znów wymyka się standardowym plakietkom, bo i erotyk z tego żaden.

Najbliżej „Gładkim słówkom” jest do opowieści obyczajowej, czy młodzieżowej – ale znowu, końcówka to wszystko rozwala.

Czy więc warto sięgnąć po ten obraz?

Cóż – jeśli nie lubisz nastolatków, to nie ten adres.

Jeśli chcesz thrillera czy erotyka – to także nie ten adres. A przynajmniej nie do końca.

Ale jeśli lubisz kadry, klimat lat 80′ i beztroskość nastolactwa – to moooże.

Film wie, czym chce być.

I wymaga od widza uważności.

Ale czy widz chce się bawić w zauważanie szczegółów w tle, postawy postaci? Czy raczej szuka prostej rozrywki o tym, jak ktoś może zniszczyć czyjeś życie?

Bo tu życie może być łatwo zniszczone: Connie spotyka nieznajomego, który okazuje się niezbyt sympatycznym typem… a może, kto wie, oczaruje młodą gładkimi słówkami?

No i właśnie – „Gładkie słówka” dostępne są w odmętach sieci. Ale jeśli ktoś chce wyrobić własne zdanie o tym dziele, to odmęty zapraszają, a dystrybutorów zachęcam, by dali je na legale.

Pluton

Dzień dobereł.

Jak pięknie zrealizowany jest to film, świadczą nie tylko nagrody oskarowe, ale przede wszystkim uznanie widzów. Zarówno tych, co oglądali przy premierze, jak i obecnych – jak ja – którzy dopiero odkrywają „Pluton”.

Siedzą we mnie dwa wilki.

Jeden z nich twierdzi, że to mroczna, ciężka i przez wysokie D (jak dramat) opowieść. Mamy tu chłopaków w plutonie na wojnie w Wietnamie, mamy tu historię o tym, że tak, mężczyźni mają emocje i wojna dla nich jest piekielnie trudnym doznaniem. Mamy tu wreszcie próbę zmierzenia się ze zbrodniami wojennymi w USA.

Drugi wilk zaś mówi, że „Pluton” jest bajką dla tych, co przetrwali tamtejsze piekło. Pocieszeniem, które wybrzmiewa delikatnie – jak niektóre kadry – i nieśmiało. Że przeżycie kogokolwiek jest opowieścią niemal nierealistyczną, taką ułudą szczęścia.

Myślałam, że to kino będzie brutalniejsze, krwawsze.

Ale w kinie (anty)wojennym nie chodzi o pokazywanie flaków, jak w slasherze.

Raczej myśl jest taka: ukażmy piekło żołnierzy.

A tu dzieje się ono w głowie.

Nie wiem, czy „Pluton” można nazwać arcydziełem w swojej kategorii – bo zwyczajnie się na niej nie znam – ale jest kilka elementów, które rozwalają mózg:

😍 zdjęcia – totalnie przemyślane, totalnie piękne, totalne w klimacie.

😍 muzyka – jest jeden główny utwór, który tworzy taki klimat, że klękajcie narody.

😃 TA SCENA Z DAFOE. Jak ją zobaczycie, będziecie wiedzieć, że to ONA. Kroi serce. A sam aktor ma świetną charyzmę od samego początku. Łoł, to było… doznanie.

Diabeł ubiera się u Prady 2

nudziłam się

🩷 jest kilka bardzo ładnych i symbolicznych kadrów

😵‍💫 jeśli szukasz czegoś ładnego, MOOOŻEEE CIEPŁEGO i masz OGROMNĄ POTRZEBĘ ODMÓŻDŻENIA SIĘ to prawdopodobnie kino dla Ciebie. W innym przypadku patrz punkt pierwszy.

„Diabeł ubiera się u Prady 2” zostanie zapamiętany z powodu sukcesu kasowego. Wszystko inne prawdopodobnie nie przejdzie do historii, chociaż może się zdarzyć za 20 lat, że ktoś będzie za filmem tęsknił.

Mamy tu bardzo dziwny przypadek.

Twórcy włożyli cholernie dużo miłości w ten film. To widać i czuć. W widzu pojawia się takie ciepełko, które trwa na chwilę i co jakiś czas może o sobie przypominać. Ale to… to jest bardzo złudne wrażenie.

Amanda jest wspaniałą dziennikarką.

Od razu mówię – twórcom nie chodziło o dziennikarstwo, choć niby pokazali jego współczesne trudy. Twórcom nawet nie chodziło o modę.

Właściwie trudno powiedzieć, o co chodziło twórcom, bo przez ich miłość do historii wszelkie spinki, intrygi są rozmemłane xd. Niby się coś działo, ale ja nie czułam tego przysłowiowego napięcia.

Jasne, byly sceny zabawne (w drugiej połowie filmu) i niepotrzebne (wtf z Azjatką*). Nawet chciałam, by bohaterkom udało się uratować Runway. I… przez większość seansu ta historia mi tego nie dawała.

Końcówka jest przysłowiowym LOTRem, 3x dobiega końca i no może wzruszać, jeśli ktoś ma bardzo dobre serduszko. Ale czułam na końcu, że to zbyt piękne, by było prawdziwe.

No cóż – jest to bardzo ładny odmóżdżacz dla bardzo zmęczonych kobiet. I tyle.

A teraz czas na Mortala. Recka po 21-22.

TEKST POWSTAŁ DZIĘKI WSPARCIU CZYTELNIKÓW, DZIĘKUJĘ 😘

Mortal Kombat II, ale to z 2026 roku

Szczerze?

Zajebisty film xd. Miód na mój układ nerwowy łaknący krwi. Nie był to wprawdzie slasher, ale Mortal Kombat 2 na flakach stara się nie oszczędzać. No i serwuje między poważniejszymi akcjami humor. O tak, a ten bywał miejscami fantastyczny – żeby nie powiedzieć cudowny – i sprawił, że film wypuścił uchachanych widzów xD.

Fabuła prosta jak drut.

Nastał czas turnieju Mortal Kombat. Teraz gra toczy się nie o jakąś krainę, a o Ziemię. Wybrańcy stają do walk na śmierć i życie, a złole nie grają czysto.

Zgadza się.

Bardzo chciałam zobaczyć, jak rozwiąże się los Kitany. Chciałam zobaczyć, jaak Ziemia wygrywa, a Cage staje się Kurwa Cagiem.

Seans więc o wiele bardziej immersyjny, niż Prada 2 xD. Ale właściwie dlaczego?

Nie chodziło o to, by zrezygnować z ambitnego kina. W końcu mamy tu zacny wątek „co czyni z człowieka bohaterem”.

Chodziło o to, że MK to bijatyka. Po prostu – i niespecjalnie potrzeba tu filozofii. Po prostu potrzeba widzom oceanu krwi.

Oczywiscie, humor to jedna z tych rzeczy, bez których MK2 by się nie udał. Wiem, że się powtarzam, ale zapomniałam dodać, że MK2 we wspaniały sposób nawiązuje do samego growego MK, popkultury xDDD i najnitsów. Piękne to było.

A na koniec twórcy dowalili słynną muzykę z MK. Przepięknie też skonstruowali napisy xD.

Na początku reklam czułam się dziwnie: cała sala wypełniona facetami… ufff, w trakcie doszły jeszcze ze cztery kobiety xd.

I wiecie, co?

Współczuję babeczkom, które wybrały się na Pradę, miast MK2. A to dlatego, że jestem pewna – gorzej się bawiły.

Ps.: Tak, MK2 ma przyjemne walki, całkiem dynamiczne.

TEKST POWSTAŁ DZIĘKI WSPARCIU CZYTELNIKÓW, ZA CO SERDECZNIE DZIĘKUJĘ 😘