Kategorie
świadomość

Wyznania foliarsko-studenckie

Dla świętego spokoju mojego samopoczucia zrobię ten wpis, choć już widzę, że gardło odżywa. Otóż, tak: cały dzień mnie napieprzało. Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, jak działa organizm, nawet nie pomyślałam o telefonie do przychodni. Jęłam wodę z solą i do rozmyślań.

Organizm reaguje na różne sytuacje. Dlatego też bardzo stresowa, nieomal traumatyczna sytuacja z marca 2020 z akademikiem w tle przekonała mnie, że mam wyrąbisty organizm. Po tym wszystkim nic mi praktycznie nie było, a mogło wydarzyć się wszystko: od niesamowicie dużego kataru, a na bólu gardła skończywszy. W zasadzie skończyłam z kilkoma wspomnieniami, które wracały do mnie w randomowych porach. Od razu wyczułam, o co tu biega, więc pozwoliłam wspomnieniu po prostu przejść, nie panikując. Od tamtego czasu filozofia, jaką wyznaję wobec „chorób” tylko się wzmocniła. I mało tego, wiele razy dostawałam na tacy wydarzenia, które udowadniają to, co myślę.

Dlatego często widząc posty w stylu „no zachorował, to szło tak i tak, i trzeba było to zrobić” nawet nie chce mi się wchodzić w dyskusję. Podobnie jest z twierdzeniem „nie szczepiąc się, narażasz innych”. Nope, nikogo nie narażam, bo moje ciało to moja odpowiedzialność. Tylko i wyłącznie. A „choroby” działają zupełnie inaczej, niż to medycyna konwencjonalna chce.

Organizm reaguje na sytuacje i nasze emocje. To taki przekaźnik, w którym tymczasowo przebywamy. Nie jesteśmy ciałem, ale go posiadamy. Uświadamiając to sobie, zaczynamy inaczej patrzeć na biologię. Choć oczywiście, nikt nie zabroni nam pójścia do lekarza, ale często jest tak, że uświadomienie sobie przyczyny stanu ciała jest uzdrawiające. Na przykład gardło.

A patrzcie na inteligencję organizmu.

W poniedziałek była dłuższa rozmowa w X i niestety, ale nie bardzo zostałam wysłuchana. Właściwie to nikt nie chciał mnie słuchać, choć może jedna osoba się starała. W związku z tym uznałam, że nie ma sensu przebywać na tego typu imprezie, skoro rozmowa toczy się poza mną. Może to i przykre, ale tak było. Kolejnego dnia niewiele się działo, ale dalej byłam w gościach. Istniała więc potrzeba wyrażania się, komunikowania się. Gdy wróciłam do domu sytuacja nagle się zmieniła – już tak dużo gadać nie trzeba.

Organizm stwierdził, że jest to najlepsza pora na to, by wyrazić swoją solidarność z moją osobą. Dziękuję, kochane ciało. I faktycznie, gdy sobie pomyślałam, że przez takie niewysłuchanie gardło może mi nadawać, ból zelżał. Następnie pochwaliłam się zachowaniem gardła przyjacielowi, który zadał ważne pytanie: „duchowo czy grypowo?”. Przyszło mu, że duchowo. Fakt faktem, w jakiś sposób zostałam stłamszona.

Dlatego, by zakończyć ostatecznie sprawę, stwierdziłam, że napiszę ten wpis. Nikt nie słucha, to może ktoś to przeczyta.

No więc powyższa sytuacja z gardłem jasno pokazuje, jaki jest mój świat. Świat, w którym „choroby” to reakcja organizmu na pewne rzeczy. Mało tego, w „Radowych dziewczynach” można przeczytać o pewnej pani, która pracowała z radem właśnie. Wiadomo, co to mogło spowodować na dłuższą metę. A jak się skończyło? Kobieta zakochała się w życiu, wiele lat podróżowała po świecie i długo żyła. Znacznie dłużej, niż można by było przypuszczać. Może miała tak wspaniałe geny? Kto to wie. A posłuchajcie tego, pewna babeczka zachorowała na raka, po czym ogarnęła złość na mężczyzn i wyzdrowiała. Magia? Nie, świadomość. Mogłabym długo zanudzać, ale po co?

Wystarczy, że w moim świecie „choroba” jest iluzją. Bo też inaczej nie może być, skoro absolutnie wszystko nią jest. Ciało, ból, dom, Ziemia…. Matrix, Panie i Panowie, naprawdę istnieje. Stąd niektórzy określają ten film jako dokument. Nie zgadza się tylko to, co jest pokazane po wyjściu z Matrixa. Tam mamy ponurą, depresyjną rzeczywistość. A fakt jest taki, że jest inaczej. Mamy wiedzę, że istniejemy w wirtualnym czymś, więc możemy się bawić światem.

Skoro ból gardła jest iluzją, dlaczego męczę się z tym cały dzień?

Zakotwiczenie w iluzji.

Nasz umysł potrzebuje długiej chwili, by zdać sobie sprawę, że coś nie istnieje. Jasne, Proces – który praktykuję – podziała na drobniejsze sprawy. Na przykład wstałam pewnego dnia i poczułam coś nieprzyjemnego w nodze. Niewiele myśląc, zastosowałam Proces właśnie. I nastał spokój, o sprawie praktycznie zapomniałam. Jednak weźmy pod uwagę, że ja w tamtym momencie nie miałam jakiegokolwiek podejścia do sprawy – po prostu to zrobiłam. Znacznie bardziej problemowo jest, gdy ma się do czynienia z ogromnym bólem, który promieniuje na dość dużą przestrzeń. Wówczas zrozumienie, że to nie istnieje może zająć w kij długo i być bardzo czasochłonne, bo ból zakotwicza nas w iluzji. Łatwo powiedzieć, żeby być obserwatorem i tak dalej. Trudniej jednak tego dokonać.

Dlatego czasem warto wybrać z pozoru bardziej czasochłonną ścieżkę, ale praktycznie szybszą. Uświadomienie sobie źródła problemu powoduje, że sprawa się uzdrawia. Świadkiem tego jestem ja i Wy, jeśli czytacie ten tekst.

Ponadto nigdy nie miałam dobrych relacji z medycyną konwencjonalną. A to marnowała czas, a to nie potrafiła dociec problemu, a to jeszcze szkodziła. Zresztą moja ś.p. babcia mówiła, że człowiekowi przepisuje się lekarstwo na chorobę A, które wywołuje chorobę B. Można powiedzieć, że biznes tak czy siak się kręci.

Niespecjalnie zresztą miałam pozytywne relacje z medycyną konwencjonalną. I jasne, zdarza się jej uratować życie. Dostarczanie potrzebnej krwi ofiarom wypadków to przecież nic złego. Inna kwestia jest taka, że po wszystkim one będą miały w sobie cechy poprzedniego właściciela. Ale czy to ważne? W sumie to nie.

Zresztą, moje doświadczenia z psychiatrią nie należały do najbardziej wzorcowych. System nawalił. Docelowo powinno się brać regularnie leki i chodzić na terapię. Terapii nie było. A nie, czekaj. Znalazło się miejsce w Centrum Interwencji Kryzysowej, ale po tym, jak poczułam, że chcę się zabić drugi raz. I potem byłam bardzo wdzięczna p. Kai, ale i tak przerwałam sprawę. Problem pojawił się taki, że mój problem nie był prosty jak budowa cepa.

Czy powie to każdy niezadowolony pacjent terapeuty? Przecież nie od dziś wiadomo, że jeśli on nie chce wyzdrowieć, to nie wyzdrowieje. Koniec i kropka.

No, nie do końca.

W medycynie jest bardzo prosty przekaz – oddzielenie. Ciało jest maszyną i to ono nami rządzi. Już taki przekaz słyszałam u Przeciętnego Człowieka. W zasadzie to nie spotkałam się jeszcze z osobą, która byłaby lekarzem i patrzyła na jednostkę naprawdę całościowo. Ciało, umysł i duch nie mogą funkcjonować oddzielnie w tym sensie, że wszystko, absolutnie wszystko w nas jest ze sobą połączone i następuje symbioza. Czy jakoś tak, ja się na trudnych słowach nie znam, ale nie można rozpatrywać psychiki, nie mając pewności, czy organizm z jakiegoś dziwnego powodu nie stwarza problemów hormonalnych.

A propos hormonów.

Będąc jeszcze normalnym systemowcem, poszłam ja sobie do lekarza ginekologa. Ten stwierdził, że mam problemy z hormonami i trzeba to uregulować. Cudownie! Tyle że miałam wówczas ładną sylwetkę, którą dość długo utrzymywałam. A on mi dał lek sterydowy, który sprawił, że znacznie przytyłam. I tak, jakiś czas później byłam na to wszystko bardzo, ale to bardzo wkurwiona. Tym bardziej, że wystarczyło zastosować sposoby…. medycyny alternatywnej.

Złość już mi przeszła, ale fakty zostały. Fakty, które są takie: gdy zaczęłam praktykować codzienne noszenie kiecek, mój okres przestał dawać mi się ostro we znaki. Gdy zastosowałam czarnuszkę, to było jeszcze lepiej. A najlepsze efekty nastąpiły po tym, gdy… tak, pokochałam okres. Zaakceptowałam swoją kobiecość. Poczułam, że bycie kobietą jest spoko.

Ale oczywiście na to lekarz ginekolog nie wpadnie, bo po co? Lepiej truć organizm, prawda?

Pewnie mogłabym snuć dalej przypadki, ale po co? Ten wpis jest i tak wystarczająco długi, a nadal nie odpowiedziałam na pytanie:

DLACZEGO NIE CHCĘ SIĘ SZCZEPIĆ?

Cóż, poszukajcie w tekście. Znajdziecie przynajmniej dwa argum…. a dobra, nie chce Wam się. Dobra, w skrócie: „choroby” to iluzja, a organizm jest bardzo mądry i wie, jak reagować na pewne sytuacje, by pokazać, że coś warto uzdrowić. Od razu zaznaczam: nie neguję wynalazków medycznych, które ułatwiają ratowanie życia. Po co? Zarówno medycyna konwencjonalna, jak i medycyna naturalna mają swoje zalety i wady. Gdyby tylko system pozwalał tym dwóm filozofiom współpracować, to nie tylko mielibyśmy zdrowszych pacjentów, ale również i szczęśliwszych lekarzy, których by nie ciągano po sądach, bo stwierdzili nie tak, jak system tego zapragnął.

Ale najważniejsze w tym wszystkim jest przekonanie, że mój organizm jest po prostu wyrąbisty.

Jasne, czasem potrzebuje pomocy. Tyle że kubek też czasem trzeba wymyć.

Coś czuję, że Was nie przekonałam, co? To zadajcie sobie pewno, bardzo ważne pytanie. W jaki sposób osoba, która ma niemiłe doświadczenia z medycyną, miłe doświadczenia z medycyną alternatywną i jest świadoma, że wszystko jest iluzją (a bardziej: stara się praktykować tę filozofię) ma chcieć się zaszczepić? Mało tego, mogłabym wyskoczyć z polityką, ale nie chce mi się. Naprawdę mi się nie chce, bo chyba każdy zdroworozsądkowy człowiek, nawet chcący, by system go wspierał, widzi te wszystkie Dawidowe absurdy i sprzeczności.

Ok – kwestię foliarską mamy za sobą. Czas na sprawę studencką.

Jak zostało wyżej wspomniane: kij ma dwa końce. I choć niewątpliwie po studiach pisarskich mam zrobione feministyczne pranie mózgu i zdolność do lepszej analizy dzieł, to jednak jest mi bardzo przykro.

Trzy lata i trzy zdania, które całkiem serio mają wpływ na mój warsztat. Jasne, że dyskusje z pewnym profesorem na temat pisania sporo dawały, ale przyczyniły się do pewnej, mało ciekawej sprawy.

Poczułam się gorsza.

Poczułam, że ja dobrze swoich tekstów nie potrafię pisać.

Poczułam, że coś zostało zniszczone we mnie. Pisarstwo umierało w sercu od drugiego roku studiów. Żałoba.

Zablokowało mi się pisanie, ale praca z czakrami sprawę uratowała. Nie uratowała jednak tego, że do dziś dnia bardzo ciężko mi się czyta tekst w formie papierowej czy e-bookowej. W grę wchodzi tylko audiobook. I mimo kupowania powieści niezmienny jest fakt, że wiele z nich czeka po prostu na lepsze czasy.

Mam żal do tych studiów, że niewiele mi dały.

Najgorsza jest jednak świadomość, że studia z pisania w Katowicach byłyby o wiele lepszym wyborem. Nie tylko rozmawiałam na ten temat z pewnym znakomitym profesorem z krakowskiej AGH, ale również i poczułam ten fakt. Nie, nie żałuję, że tam nie poszłam. Żałuję jednak czasami, że studiowałam. Nie wiem, czy moje pisanie bez tego by się tak dobrze rozwijało. Ale ten czas, w którym albo nic nie robiłam, albo robiłam jakieś totalnie niepotrzebne bzdety, można nazwać lekko – w optymistycznej wersji – straconym. Program na papierze świetny, w praktyce często przestarzały i niepraktyczny.

Wniosek z tego jest taki, że pisania nie można się nauczyć. Znaczy – można, ale nie w taki sam sposób, jak rysowania. To skomplikowana sprawa, w którą nie będę teraz wchodzić.

W okolicach obrony pisałam licencjat. I powiem Wam, że miałam nieomal załamanie psychiczne. Horror. Czułam, że jeśli to się szybko nie skończy, to mnie coś weźmie i przysłowiowy, autentyczny szlag trafi. Dawno tak źle jak wtedy się nie czułam.

Na szczęście po obronie już był święty spokój.

Myślałam nad studiami magisterskimi. Jednak patrząc na programy, widziałam tylko marnowanie czasu. Jakieś bzdety teoretyczne, w ogóle nieprzydatne w social media.

Chcą mnie teraz namówić na malarstwo, ale ja wiem, że kolejny raz sobie zniszczę to piękno, tę frajdę z tworzenia. Właśnie – frajdę z tworzenia zabrały mi te studia pisarskie. Ogromny żal. Czy się kiedyś z tego wyleczę? A cholera wie, być może już jest to zaleczone, skoro kolejne teksty w tłoku. A jednak.

Dlatego nie chcę iść na studia, bo uważam, że może to zniszczyć kolejne fajne rzeczy, które mam w życiu. Muszę od systemu odpocząć, a w 2022 się zobaczy.

Tak – zdrowie psychiczne jest priorytetem.

Nie sądzę, bym je zachowała na wysokim poziomie, jeślibym poszła na studia.

I to już chyba wszystko.

I autentycznie, moje gardło przestało mi napieprzać, jak to wszystko napisałam. Dziękuję organizmowi, że zależało mu, bym się wygadała. W ten czy inny sposób. Jakieś pytania?

Kategorie
świadomość

[commentary] Wolność, czyli czytajcie klasyków

Żebyśmy się nie obudzili z ręką w nocniku i nie zaczęli pytać: „a co to jest wolność słowa?”. Bo że ta jest na wagę złota, wszyscy wiedzą. Wszyscy też chcą jak najlepiej – dla swoich interesów. Dlatego film Przeciętnego Człowieka, który nazywa się po prostu „Wolność słowa” mnie nie zachwycił. Zniesmaczył, bo jako foliarz jestem wyczulona na mowę nienawiści.

John Stuart Mill, angielski filozof, liberał i feminista.

Przeciętny Człowiek skomentował to, co napisał John Stuart Mill – XIX-wieczny filozof i najwyraźniej musiał bardzo kochać swoją żonę, bo wraz z nią napisał książkę krytykującą nierówność płci. Tyle że nas bardziej obchodzi jego traktat „O wolności”, bo to właśnie cytat z niego jest wyjaśniany przez jutubera.

Rzecz autorstwa J. S. Milla liczy sobie około 140 stron i jest napisana językiem, który dziś nazwalibyśmy „męczący”. Cóż – XIX wiek rządził się swoimi prawami. Przyznam, że nie byłam w stanie dokończyć tej publikacji, utknęłam w połowie. Choć piękna i ważna, postanowiłam posilić się opiniami mądrzejszych ode mnie osób, wyjaśniających filozofię pana Milla. Otóż, na potrzeby tego tekstu posłużę się stwierdzeniami Elżbiety Kundery i Adama Plichty.

(Czy ja piszę pracę licencjacką? Nie, po prostu w pewnym momencie lektury Milla miałam wrażenie, że nie do końca go rozumiem, bo z jednej strony uważa tak, a z drugiej zaraz przytacza kontrargument).

Od czego by tu zacząć? Może od tego, że wspomniany wyżej cytat zdaje się być lekko wyrwanym z kontekstu. Millowi – w moim odczuciu wobec tego, co tylko u niego samego przeczytałam – chodziło o to, by dyskutować inteligentnie. A to znaczy, że dwóch ludzi słuchających skrajnie odmiennych opinii ma czuć swoją opinię, wyrażać ją przez wyjaśnienia tak, by zrównoważyć właśnie argumenty, aby dowiedzieć się, czyich jest więcej. Zresztą, fragment jest wzięty z długiego, bo około dwustronicowego akapitu, trudno więc, by nie był on taki trochę ni z gruchy, ni z pietruchy, jeśli nie zna się przynajmniej tych paru stron. Być może Przeciętny Człowiek wybrał je z jednego powodu – uważa za clue filozofii Milla w temacie wolności słowa. Czy one rzeczywiście takie są, trudno stwierdzić, gdyż w gruncie rzeczy całe dzieło „O wolności” miało wykazać użyteczność wolności słowa i kontrargumentacji. Miller – jak zresztą wykazuje wspomniana E. Kundera – to utylitarysta, zakochany w tym systemie od młodości i przez całe swoje życie go rozwijał.

System etyki Johna Stuarta Milla, określany mianem utylitaryzmu, miał
służyć dobrobytowi społecznemu. Najwyższym celem moralnym zachowania jednostki była użyteczność, utożsamiana z przyjemnością i szczęściem. Jednostka dążąc do własnego dobrobytu, mimochodem pomnażała dobrobyt społeczny. Źródłem szczęścia nie była konsumpcja dóbr, ale rozwój intelektualny.
(E. Kundera, UŻYTECZNOŚĆ W SYSTEMIE ETYKI JOHNA STUARTA MILLA).

Jakże inaczej się teraz czyta te słowa, prawda? A już szczególnie, gdy wie się, że z jednej strony J.S. Mill uważał, że opinie nie powinny wywierać szkody społeczeństwu, nawet jeśli jest to propagowanie wszczęcia rewolucji październikowej. Skojarzenie moje, of course.

Oczywiście, pierwotny nurt utylitaryzmu niesiony przez pana Benthama, był inny, niż Milla. Ten ostatni, jak wyjaśnia naukowczyni, tak podszedł do sprawy:

Szczęściu jednostki Mill nadał wymiar intelektualny, przez co jego utylitaryzm ma odmienny sens od hedonistycznego ujęcia Benthama. Szczęście dawał jednostce jej rozwój duchowy. Pożyteczność, by stać się podstawowym kryterium etycznym, musiała zostać powszechnie zaakceptowana. Utylitaryzm Milla pozbawiony był cech egoistycznych, a bogaty w altruizm. (…) Mill przekonywał, że w ocenie moralnej czynu ważne jest doświadczenie. Z niego wynika, co jest dobre, a co złe. Przypisywanie przez Milla tak dużego znaczenia doświadczeniu pozwala go zaliczyć do zwolenników empiryzmu. Mill był zatem utylitarystą i empirystą (…).

Uff. Skoro wyjaśniłam już utylitaryzm i pi razy oko filozofię Milla, pozwolę sobie wrócić do Przeciętnego Człowieka.

Przeciętny Człowiek wyjaśnia, że mówienie do ściany jest bez sensu:

To wprost mówi nam, że jeśli (…) zostaniesz pozbawiony możliwości zapoznania się z przeciwnymi poglądami, nigdy nie będziesz mógł stwierdzić z racjonalną pewnością, że twój pogląd jest bliższy prawdzie.

Zastanawiam się, po co zostało użyte „racjonalny”. Racjonalny oznacza rozumny, spokojny. Dla mnie to niepotrzebny dodatek, bo pewność to po prostu pewność. Sto procent. Peace and love. Natomiast podoba mi się sformułowanie „bliższy prawdzie”, gdyż nie zaznacza, że chodzi o jedyną, słuszną i niezbywalną prawdę, gdyż sam Mill pokazywał, że takiej prawdy po prostu nie ma. Słynny Anglik wprost przytaczał przykłady, z których wynikało, że na przestrzeni wieków okazywało się, że mądre głowy – czytaj naukowcy, duchowni i tak dalej – po prostu się mylili. Ba, stwierdza nawet, że to, co on tworzy niekoniecznie będzie aktualne, czy prawdziwe w późniejszych wiekach.

Drugiego punktu tworzonego przez Przeciętnego Człowieka nie będę wyjaśniać, bo to zbędne. Natomiast przy trzecim trochę się zatrzymam, gdyż sam jego tytuł jest… no sami zobaczcie:

OK – Mill zaznacza wagę emocji i uczuć w swym dziele. Problem jest jednak taki, że „Przenoszenie uczuć na administracyjny i karny poziom” brzmi nie tyle naukowo, co biurokracyjnie. Rozumiem, że kanał Przeciętnego Człowieka jest kanałem pro-naukowym, i autor lubuje się w używaniu trudnych sformułowań, ale czy naprawdę nie można było napisać „Ważność emocji w dyskusji”? Brzmi prościej, a i tak to zdanie może posłużyć jako tytuł podrozdziału jakiegoś humanistycznego opracowania.

Nie obchodzi cię słuchanie ludzi, których nie lubisz (…), tylko wtedy nie oddasz sprawiedliwości argumentom swojemu własnemu stanowisku w danej sprawie, nie znając (…) stanowiska twoich dyskutantów. (…) Możesz optować za administracyjnymi rozwiązaniami, jak haniebny artykuł o obrazie uczuć religijnych (…). (Przeciętny Człowiek, Wolność słowa).

Tak, cały akapit powstał tylko po to, byście zrozumieli ostatnie zdanie, a i tak skracałam. No dobrze, autor się rozwleka, ale prawdopodobnie miał dobre intencje. Tyle. Inna kwestia jest taka, że dyskusja z osobami nieprzekonanymi jest bez sensu, bo ich po prostu nie przekonasz i tyle. Mill jednak – jak przekonuje E. Kundera – podzielał takie stanowisko:

Zachęcał do udziału w dyskusjach i choć wymiana poglądów rzadko służyła przekonaniu nieprzekonanych, uznał ją za istotny czynnik wzrostu dobrobytu. Dyskusja prowadziła bowiem do lepszego poznania problemu, co ułatwiało podjęcie decyzji.

I nagle, cały na biało, wchodzi słowo „haniebny”! I o ile można się zgodzić z tym, że artykuł o obrazie uczuć religijnych jest bez sensu, to nie wiem, po jakie licho autor zastosował słowo „haniebny”. Po to, by zaznaczyć swoje stanowisko w sprawie? No dobrze, ale to słowo wprost wyraża pogardę, niezadowolenie i całą gamę negatywnych emocji. Właściwie, jeśli Przeciętny Człowiek chciałby stworzyć rzeczywiście obiektywny materiał na jakiś temat, to na jego korzyść działało by używanie słownictwa neutralnego. Dlaczego? Bo od mądrego człowieka wymagamy mądrych opinii, a nie opinii emocjonalnych, które mogą świadczyć o braku obiektywizmu. I oczywiście, że coś takiego, jak obiektywizm nie istnieje, nie mniej jednak mówię tu o wrażeniu czysto odbiorczym, cokolwiek by to miało znaczyć. Zresztą, wnioskując na podstawie wcześniejszych filmików, odnoszę wrażenie, że Przeciętny Człowiek ma problem z postawą wobec religii. Znaczy, no – o ile można dojść do wniosku, że religie to (myśli nad neutralnym wyrażeniem) pewne, niekoniecznie słuszne idee, o tyle… no właśnie, używanie słowa „haniebny” nastawia wprost wojowniczo odbiorcę, wskazuje, że autor jest wściekły na nią i ogólnie, lepiej uciekać, bo tu zaraz będą bomby od wojujących ateistów. A przecież właśnie sam Mill mówi, że taka dyskusja jest jałowa:

Wielu ludzi uważa wszelkie postępowanie budzące w nich niesmak za wyrządzoną im krzywdę i za obrazę ich uczuć. Przypominają oni bigota, który gdy go oskarżają o lekceważenie uczuć religijnych innych ludzi, odpowiada, że tamci lekceważą jego uczucia, obstając przy swoim obrzydłym kulcie lub wyznaniu. Ale przywiązanie jakiejś osoby do
swojej opinii i uczucie innej, którą wyznawanie tej opinii uraża, tak samo nie dadzą się połączyć znakiem równości, jak pragnienie złodzieja przywłaszczenia sobie portmonetki i pragnienie prawowitego właściciela, by ją zachować.

A przypominam, że wielu wierzących może uważać artykuł o obrazie uczuć religijnych za w porządku. Tylko pytanie, czy któryś z nich będzie miał odwagę dyskutować o tym z Przeciętnym Człowiekiem, znając jego postawę wobec religii.

Samo odniesienie się do administracyjnych przepisów też niekoniecznie jest na miejscu. O ile Millowi zależało na tym, by jednostka mogła się wyrażać, tak nie miał wątpliwości, że szkodzie ogółu należy zapobiegać. A ogółowi może zaszkodzić czyjaś idea, jak rozumiem:

Przeciwnie, nawet opinie tracą swoje przywileje, gdy są wyrażane w takich okolicznościach, że stają się zachętą do szkodliwego czynu. Opinia, że handlarze zbożem ogładzają biedaków lub że własność prywatna jest kradzieżą, nie powinna być szykanowana, gdy jest tylko ogłaszana drukiem, lecz może zasługiwać na karę, gdy się ją wypowiada ustnie wobec podnieconego tłumu zgromadzonego przed domem handlarza zbożem lub gdy ktoś rozrzuca ją wśród tego tłumu w postaci odezwy. Wszelkie czyny przynoszące innym szkodę bez
usprawiedliwionej przyczyny mogą, a w ważniejszych wypadkach muszą, wywoływać nieprzyjazne uczucia, a w razie potrzeby czynną interwencję społeczeństwa. Wolność jednostki musi być ograniczona do tego stopnia, by nie sprawiała przykrości innym.
(J. S. Mill, O wolności).

Oczywiście, na powyższe miejmy poprawkę, że autor żył w XIX wieku, czyli bez internetów.

Czwarty punkt, który przedstawia Przeciętny Człowiek to anarchizm poglądowy. Ładna nazwa, prawda? Zwrócę jednak uwagę, że „anarchizm” oznacza coś starego, przestarzałego wręcz i w przypadku języka często już w nim niefunkcjonującego. Tymczasem autor filmiku wprost wrzuca do tego działu poglądy, które są może i kontrowersyjne, ale one są kontrowersyjne, bo są skrajnie inne, niż te, które autor wyznaje. Mamy tu więc zwolenników płaskiej Ziemi. Nad tymi sprawami „dyskutować można, no ale nie trzeba już”, a po chwili daje takie wyrażenie jak „element racjonalizmu”. Czy chodziło mu o to, że nie warto milionowy raz dyskutować o płaskiej Ziemi? Czy może jednak, że poglądy dyskutantów nie są racjonalne? „Pseudolibertariańskiej postawy dla ośmiolatków będziemy się kręcić wokół zdania” – to fragment zdania, w którym Przeciętny Człowiek nawołuje do wprowadzenia właśnie elementu racjonalizmu w dyskusję. Tyle że jest on ułożony tak, by dyskredytować ewentualnego przeciwnika. „Pseudo” z góry zaznacza, że coś nie jest prawdziwe, tylko udawane; z kolei zapodanie jako przykładu ośmiolatka sugeruje, że ta druga strona nie ma na tyle dużo oleju w głowie, ile – no nie wiem, trzydziestolatek? Tak, Przeciętnemu Człowiekowi chodziło o dyskutanta. Każda opinia jest ważna, dajmy się wypowiedzieć drugiemu człowiekowi… no, zgadzam się – słuchanie opinii innych, skrajnie odmiennych od naszej, dla samego czytania gównoburz czy czytania ciągle tych samych argumentów jest mało produktywne. Ale można to powiedzieć jako poprzednie zdanie, a nie używać słów negatywnie nacechowanych. Rozumiem, że czasem potrzebne są obrazowe przykłady, ale tu myślę, one nie są odpowiednio opisane.

„No właśnie, nie zawsze mają wagę” – mówi tak o argumentach przeciwnej strony. Tyle że skąd mamy wiedzieć, czy tak rzeczywiście jest? Zjedliśmy wszystkie rozumy świata? Jasne, że możemy próbować ocenić, czy czyjaś postawa na jakiś temat jest słuszna, czy nie, to nie jest przecież złe. Tu jednak mam wrażenie, że Przeciętnemu Człowiekowi włączył się osąd wobec drugiego człowieka, bo nawet nie ocena.

Przeciętny Człowiek nie skończył z foliarzami. Wprost ich wymienia: płaskoziemcy, przeciwników szczepionek, bo autyzm, zwolenników teorii spisgowych i tak dalej. Po co? Po to, by przy punkcie „Zinstytucjonalizowane zwątpienie” tak powiedzieć:

(…) mieszanka manipulacji, półprawd, opinii podawanych jako fakty (…).

To w minucie 7:20. Autor filmu wprost ocenia cudze poglądy. Nieważne, że dla niego są to bardzo dziwaczne teorie, ale jak on chce prowadzić dobre, merytoryczne dyskusje, które do czegoś prowadzą, jeśli z góry zakłada, że coś jest błędne? A żeby było gorzej – już na samym początku Przeciętny Człowiek twierdzi, że lubi takie rozrywki. Światłości, mam nadzieję, że nie będę musiała prowadzić żywej dyskusji z tym człowiekiem, bo się za Erytreę nie dogadamy.

Dalej, Przeciętny Człowiek zaleca sprawdzanie pewnych twierdzeń przez system instytucji naukowych i innych ważnych organizacji. Tak, tych samych, co to uważają, że płaska Ziemia to jedna wielka bzdura, świat zaczął się od Wielkiego Wybuchu, a za choroby odpowiedzialna jest tylko i wyłącznie biologia. I o ile nie jest to jakaś zła metoda, to jednak warto dodać, że wiara w narrację systemu jest… no dobrze, sami wybierzcie, czy ufacie systemowi, czy nie.

Mam wrażenie, że Przeciętny Człowiek trochę pojechał po bandzie. Czytając Milla czułam, że gościowi chodziło o dążenie do poglądu, który wszystkim się przysłuży, który da najwięcej dobra ogółowi. Tyle że samo wchodzenie w dyskusję oznaczało nie obrażanie dyskutanta, nie ocenianie jego poglądów, tylko zadawanie takich pytań, by móc dojść do własnego wniosku. Tymczasem Przeciętny Człowiek wprost ocenia inne poglądy (nie wnikam, czy słuszne z etycznego punktu widzenia), używa słownictwa, które jest nacechowane negatywnie i wcale – co widać po przykładzie z artykułem o obrazie uczuć religijnych – nie kieruje się tak bardzo rozumiem, jakby chciał.

Ach, idę się zapisać do grupy płaskoziemców.

Film Przeciętnego Człowieka:

J. S. Mill, „O wolności”

Elżbieta Kundera, Użyteczność w systemie etyki Johna Stuarta Milla

Adam Plichta, Koncepcja wolności Johna Stuarta Milla

Kategorie
świadomość

[commentary] Piąteczka! A raczej ucieczka

304 strony poświęcone pięciu typom osobowości, z którymi kontakt może zaboleć. O tym, dlaczego i jak tego uniknąć napisał Bill Eddy w „5 typów osobowości, które mogą zniszczyć ci życie”. A Przeciętny Człowiek wprost to wypunktował na swoim kanale. I chyba nie ma się do czego doczepić…

Książka kosztuje od 24 do 35 złotych. :V

Nie oznacza to jednak, że nie dotarłam do źródła. Tym razem udało się znaleźć filmik z samym panem Billem Eddym, który w pięciu minutach wykłada kawę na ławę. Oczywiście po angielsku, ale może znacie ten jakże uroczy język i zrozumiecie:

To, co od razu rzuca się w oczy to długość filmów. Pan Eddy nad przypadkami się nie rozwodzi, można rzec – student psychologii na egzaminie mógłby w ten sposób napisać odpowiadając na pytanie o toksycznych ludziach. Natomiast Przeciętny Człowiek postarał się o przykłady – co jest oczywiście na plus – i wyszło z tego około 12 minut:

No właśnie, nie ma się do czego doczepić. Bo mogłabym napisać o różnicach w wyrażaniu się, ale z grubsza chodzi o to samo. Przecież komentowanie zachowania innych z komentarzem sugerującym, że wiecznie jest coś nie tak to nic innego, jak szukanie ofiar. Zresztą – tak, Przeciętny Człowiek opierał się przecież na publikacji pana Eddy’ego. Ale jeden przykład u naszego rodzimego jutubera nie daje mi spokoju. Owszem, ten z nauczycielką, która uwzięła się na ucznia. Nie żebym jakoś wybitnie lubiła ten zawód, ale skoro uczeń zrobił mało śmieszny żart nauczycielce, to ja się nie dziwię, że się uwzięła na bogu ducha winnego ucznia. Powinien jakieś konsekwencje ponieść. Inna sprawa to to, na co pozwala prawo w Polsce.

Ano, właśnie, Polska.

Nie ulega wątpliwości, że problemowe zachowania się przejawiają. Wszędzie, niezależnie od kontynentu czy regionu. Jednak to, co różni te miejsca to nomen omen świadomość. Właśnie tak: nie tyle kultura, ile świadomość. Co prawda to pierwsze również odgrywa znaczenie w przypadku pana Eddy’ego, ale o tym na koniec.

Najpierw wróćmy do tezy autora, że 90% (pozostańmy przy tej liczbie dla porządku) społeczeństwa nie przejawia brutalnych zachowań wobec innych. No jasne, w Anglii wbijanie noża w plecy jest na porządku dziennym, mimo że rano odbyłeś z kolesiem miłą rozmowę i on nawet wyglądał na zatroskanego o twój los. Wygląda na to, że w tym akurat przypadku nie ma mowy o to, by jakiś pracodawca się ciebie wydarł. To samo w Japonii, czy ogólnie krajach azjatyckich.

Ale jest takie miejsce, które nazywa się Polska…

Ja co prawda z reguły mam miłych znajomych. Takich, co to pomogą, pocieszą czy kopną w tyłek w razie potrzeby. Ale… no, wchodząc już na grupy polskie, na fejsie, widzę najczęściej gównoburzę. I nie tylko ja zaobserwowałam to, że pod byle pretekstem kręci się sznur na jakiegoś autora postu. Czasem wychodzą straszne rzeczy – pani miała wychodzącego kotka, kotek wpadł pod samochód i nie żyje, pani ma żałobę i pewnego rodzaju załamanie, a co robi społeczność kociarzy? W Wielkiej Brytanii by ją pocieszyła, zapewne w Ameryce również. Chyba. W Polsce zaś co się dzieje? Tak, zgadliście – tona dosłownego hejtu i to nawet nie krytyki, ale hejtu na właścicielkę kota. I wejdźcie sobie na randomową grupę. Może być związana ze znaczkami, może być związana z rysowaniem, czymkolwiek. Stawiam 5 zeta na to, że szybko znajdziesz chamstwo i złość.

Gdyby to była tylko moja obserwacja… ale nie jest, bo gdy tylko zaczynam o tym mówić, to inni się dołączają „to prawda”, „mamy problem”, „u nas jest chamstwo”.

Więc zastanawiam się, czy przypadkiem w Polsce to 10% ludzi NIE przejawia takich toksycznych zachowań. Ostro, co?

Dobra, ale miało być o Eddym. Znaczy, no, o jego teorii.

Ma on energię takiego pana biznesmena, który sprzedaje szkolenia. Taki typowy Amerykanin zarabiający na swojej wiedzy. U nich to pewnie nic nadzwyczajnego. W zasadzie nie odczuwam, by miał jakąś wysoką energetykę, no ale jest sobie chłopina, niech kręci ten swój biznes psychologiczny…

Tylko czy aby na pewno potrzebujemy takich książek? Logicznym wydaje się być, że od złośliwych osób trzeba stać z daleka. Czasem może to być utrudnione, ale przyznam, że żaden z tych materiałów nie odpowiedział, co w sytuacji, kiedy masz za szefa ludzkiej psychiki. I obawiam się, że i tak odpowiedź byłaby jedna: zmień pracę.

Kategorie
świadomość

[commentary] Skuteczne działanie, czyli jak rozstawić pionki na planszy?

Przeciętny Człowiek stwierdził, że „życie nie jest zerojedynkowe”. I niby nic oryginalnego, każdy to widzi, ale… czy przypadkiem nie wprowadzając jakiś żelaznych zasad w swoim życiu nie sprowadzamy życia do zera i jedynki? Przekonajmy się zatem, czy 7 nawyków Stephena Coveya omawiane przez Przeciętnego Człowieka nie są zbytnim uproszczeniem doświadczania życia.

Siedem nawyków opisane w 378 stronach. Zaczynam mieć poczucie, że przed stworzeniem tego tekstu powinnam zajrzeć do oryginału. A może nie? Może Przeciętny Człowiek zawarł clue tak rozbudowanej pozycji?

To bardzo prawdopodobne, więc wróćmy do naszego filmiku Przeciętnego Człowieka. Zaczyna on od stwierdzenia, że te 7 nawyków to podstawa naszego świadomego działania i rozwoju, stanowią one fundament i korzenie. Hm, dość ogólne to stwierdzenie, i chyba ryzykowne, bo założę się, że większość widzów przed filmikiem w ogóle nie znała Coweya. Nie mówiąc już o tym, że jesteśmy różni i różne światy inaczej funkcjonują, bo trudno, by wszyscy ludzie posługiwali się tymi samymi wartościami.

No dobrze, idźmy dalej. Czyli konkretnie – do zasad. Pierwszą jest proaktywność. Oznacza to nic innego, jak działanie w życiu. Czyli, jak ktoś nam zaoferuje stanowisko, to nie zbijamy bąków, tylko je przyjmujemy i cieszymy się z pieniędzy, które pewnie pójdą na chillouty. Można by to skrócić do „działaj!”. Jasna zasada, tylko że w trakcie wywodu Przeciętnego Człowieka zaczęłam się zastanawiać nad dwiema rzeczami. Po pierwsze, czy my aby na pewno mówimy o nawykach? Działanie jako nawyk, no, ta filozofia wydaje się bez zastrzeżeń. Jednak coś w głowie niepokoiło i mówiło: sprawdź w słowniku znaczenie słowa „nawyk”. Bo – proaktywność jako taka, pasywność jaka taka (o której też wspomniano w filmiku) to są postawy w życiu, a nie nawyki jako takie. No, ale z kolei bez aktywności nie można mówić o jakiś nawykach, któ…

Pogubiliście się? Ja też. W pewnym momencie postawa proaktywna i pasywna zlały mi się w jedną całość i myślałam, że Przeciętny Człowiek cały czas mówi o proaktywności, gdy okazało się, że mówi o pasywności, która to wiąże się z brakiem działania, a czy brak działania można opisać jako nawyk?

Dobra, dla jasności, przytaczam definicje słowa z PWNowskiego słownika, co by już nie mydlić oczu i mi, i Wam:

nawyk «nabyta skłonność do sprawniejszego, bardziej mechanicznego wykonywania jakiejś czynności» (źródło)

postawa (…) «stosunek człowieka do życia lub do pewnych zjawisk, wyrażający jego poglądy; też: sposób postępowania lub zachowania wobec określonych zjawisk, zdarzeń lub w stosunku do ludzi» (źródło)

Spokój? Nie? To przechodzimy do kolejnej zasady a’la Cowey.

A brzmi ona tak: zaczynaj z wizją końca. Wow, nawet nie wiem, jak to opisać. Współczesna psychologia mówi, że to bardzo pomaga. Przeciętny Człowiek używa prostego, ale dość obrazowego przykładu – papierosy. Rzucenie palenia. I spoko, trudno dyskutować z naukową wizją świata, zwłaszcza, gdy ta uzbierała w ciągu ostatnich 40 lat dość solidne argumenty na temat. Przez chwilę nawet poczułam się jak dziecko, któremu ktoś tłumaczy skutek i przyczynę, ale potem mi przeszło, bo autor filmiku stwierdził:

Jeśli wędrujesz bez celu i nie jest to zaplanowane, to można równie dobrze powiedzieć, że się zgubiłeś. Wizja końca (efektu) przybliża nas do celu.*

Okej, kiedy jesteśmy w kryzysie, a właśnie mamy na tapecie jakiś cel, to warto sobie przypomnieć, co jest na końcu drogi. To może nam pomóc. Okej. Ale… Wcześniejsze zdanie brzmi tak, jakby życie trzeba było planować. Jakby samo doświadczanie nie miało sensu, po prostu trzeba to jakoś obudować umysłowo. I to już nie jest okej. To znaczy – cel ułatwia nam cieszenie się z życia, ale tylko ułatwia. Poza tym myślę, że rok 2020 dobitnie wszystkim pokazał, że w życiu wcale nie chodzi o planowanie. Chodzi o doświadczanie. Najlepiej doświadcza się czegoś, co jest odkrywane, a więc niezaplanowane. I tu, w ramach przykładu, przychodzi mi z pomocą moje zboczenie zawodowe. Są dwie szkoły pisania książek. Jedna – planowanie wydarzeń. Druga – pójście na żywioł. Zgadnijcie, które pozycje na ogół lepiej się sprzedają? Tak, tam, gdzie pisarz nie wiedział nawet, kto jest mordercą (czyli Agatha Christie i jej kryminały), albo jak wszystko się potoczy do finału. I to jest niesamowita przygoda dla autora, bo bohaterowie wielokrotnie pozwalają na zaskoczenie! W trakcie pisania! Życie nie ma planu.

Przeciętny Człowiek – zapewne za radą Coweya – zaleca stworzenie własnej konstytucji. To są żelazne zasady, wyznaczające drogę, wspierać w samooświetlaniu się… i no dobrze, czasem się zasady przydają. Na przykład wtedy, kiedy mamy wybitnie niską samoocenę i zero asertywności, a nasz partner jest przemocowy. Wtedy oczywiście warto pamiętać, żeby go nie podjudzać, czy inne sprawy. To może pomóc w przetrwaniu. Jednak na dobrą sprawę, myślę, że znakomita większość z nas, poza sytuacjami zagubienia się, nie potrzebuje wymyślać kolejnej makulatury wiszącej na ścianie. To dlatego, że wiemy, kim jesteśmy i jacy jesteśmy. Znamy nasz charakter, więc wiemy, że opalanie nam nie pasuje, ale pasuje nam zwiedzanie pobliskich wiosek. Nie trzeba się wysilać na dodatkowe filozofie. Mało tego, spontan jest bardzo inspirującą rzeczą, uwalniającą kreatywność. Bo to właśnie wszelkie plany ją hamują. Ale co ja tam wiem, nie jestem przecież Coweyem.

Aczkolwiek, Przeciętny Człowiek przytacza kwadracik i dzieli go na 4 części, z kategoriami. Poszukajcie w google „kwadrat organizacja celów”, bo jest to bardzo praktyczna rzecz i przydająca się wtedy, kiedy mamy naprawdę dużo spraw do załatwienia :). Ale to już niestety nie jest zawartość filmiku, bo Cowey jakoś to inaczej zaprezentował, ale dobra, czas na kolejny punkt, który – o dziwo – będzie się wiązał w jakiś sposób z opisanym kwadracikiem.

Trzy: ustalenie priorytetów. Wydaje się spoko, prawda? Najpierw realizujemy to, co nas zabije, jeśli tego nie zrobimy, a potem, powoli, wywalamy mniejsze robaczki. Czy jakoś tak. Całkiem sprawne i logiczne działanie.

Tyle że Przeciętny Człowiek przedstawił to w tak dziwny sposób, że w pewnym momencie złapałam się na dość grubym przemyśleniu. Otóż: te wszystkie zasady są uproszczeniem funkcjonowania życia człowieka. Sprowadzaniem bycia do zerojedynkowości właśnie. No bo mamy cel i ciągle coś podkłada nam pod nogi belki, takie, że się przewracamy. I tak w nieskończoność, no, ale ustaliliśmy cel. Tyle że… co, jeśli ten cel nie może być zrealizowany, bo w naszej energetyce, umyśle siedzą głupoty, czyli blokady w tej sprawie? Czyli: realizacja celów jest ok, ale warto też wyjść naprzeciw temu, co sprawia, że nam się nie udaje. Tylko proszę, bez tekstów w stylu „bo rzuciła klątwę na moją rodzinę w XIX wieku”. Poważniej, joga, oddychanie, las, grzebanie w energetyce i przekonaniach – to wszystko i więcej może sprawić, że nasze życie stanie się po prostu mniej torpedowane przez zjawiska niepożądane.

Cztery: działaj według strategii win-win. Wow, prawie zasnęłam na tym punkcie i nie dziwne. W latach 80′ XX wieku ta zasada mogła być pewnego rodzaju zaskoczeniem, ale dzisiaj jest już tak wpychana we wszelkie newslettery przedsiębiorczości, że ocknęłam się na przykładzie „jak nie szkodzić sąsiedniemu konkurentowi”, bo to była zabawna wstawka z tymi piekarniami.

Pięć: zrozumienie ponad bycie zrozumianym. Ładna nazwa, ale w zasadzie… brzmi jak wodolejstwo. Choć w praktyce chodzi po prostu o to, by klient poczuł się zrozumiany, by słuchał o sobie.

Sześć: synergia. Czyli wykorzystywanie nawet najdrobniejszych pozytywnych rzeczy, okazji i tak dalej w realizacji celu. I okej.

Siedem: Ostrzenie piły. Cowey uważa, że jeśli chcemy być turbospełniający się, to warto nieustannie pracować nad:

a) zdrowiem, czyli codzienne ćwiczenia i tak dalej,

b) umysłem, czyli unikać lenistwa umysłowego,

c) emocjami i relacjami,

d) duchowością, czyli zrozumienie własnych motywów czy też słuchanie własnego serca, ale tu Przeciętny Człowiek właściwie wiele tematu nie rozwinął. A szkoda.

No właśnie – zauważyliście zapewne, że im dalszy punkt, tym mniej się nad nim pastwię? Bo i też Przeciętny Człowiek mniej poświęca czasu tym sprawom. Z jednej strony słusznie, bo uniknął przez to niepotrzebnego lania wody, wszystko w końcu jest zrozumiałe, żyjemy w XXI wieku i znamy to przynajmniej od dwudziestu lat, po co to jeszcze raz roztrząsać. Z drugiej strony, naprawdę szkoda mi było, że nie rozwinął kwestii duchowości, bo choć powiedział krótko i zwięźle, to jednak można by tu posilić się jakimś przykładem, jak dojść do siebie.

Właściwie, to chciałam się przyczepić tylko i wyłącznie do jednego punktu z tych czterech zasad Coweya.

Unikać lenistwa umysłowego.

Totalnie się z tym nie zgadzam!

No… to znaczy, właśnie musimy robić tak, by mieć czas na totalne nicnierobienie. To jest wspaniała praktyka, którą najlepiej rozłożyć na przykład po godzince dziennie, albo i mniej. Ale żeby była. Wiecie, jak się tak położysz i pozwolisz na całkowite nic-nie-dzianie-się, to wtedy odkrywa się rzekę relaksu. Dosłownie. Spróbuj. I takich właśnie chwil dla siebie życzę sobie i Wam!

* cytat z filmiku Przeciętnego Człowieka

Kategorie
świadomość

[COMMENTARY] Jak nie robić filmu o tym, jak zostać ateistą

Przeciętny Człowiek to zadeklarowany ateista. Czy wojujący? Niekoniecznie. Na pewno jednak taki, który bardziej wierzy nauce, niż fizyce kwantowej. Znaczy, musi coś zobaczyć, by uwierzyć. Stwierdzenie może i na wyrost, ale przy filmiku „Jak zostać ateistą? Czy rozwój osobisty bez religii jest lepszy?” trudno nie zastanawiać się nad tym, kim jest autor i co więcej, jakich odbiorców chce mieć.

Każda twórczość przejawia coś z autora. Brzmi to może dziwnie, ale wystarczy spojrzeć na randomowy rysunek, by to zrozumieć. Ba, nawet teksty pisane bez serca dają pewną informację o ich twórcy: jest on na etapie, w którym nie ma serca akurat do tej sprawy. I tyle. W przypadku Człowieka Przeciętnego można stwierdzić kilka rzeczy i być może, większość z nich będzie odczuciem całkowicie subiektywnym. Na przykład to, że autor jest smutny, bo przez chwilę się nad tym zastanawiałam, gdy go słuchałam. Co jest jednak pewne, to to, że twórca analizowanego przeze mnie filmiku bardzo się starał, bardzo chciał stworzyć coś inteligentnego, konkretnego i subiektywnego. Ba, sam zaznacza, że to, co przedstawia ma wyraz subiektywny. I niestety, nie jest to dla filmu pozytywne.

Słowa – bo wciąż jednak mówimy o utworze słuchanym, a więc podcaście, do którego jedynie dodano animacje ułatwiające zrozumienie treści – muszą być rozumiane. Rozumieć ma odbiorca i tu zaczyna się pytanie: kto nim jest?

No właśnie, nie do końca wiem, kto.

I o ile przy pisaniu tekstu nie warto się zastanawiać, do kogo kierujemy słowa, tak po już ich stworzeniu warto to zrobić. Szczególnie, że dobre utwory to utwory, przy których wykonano MINIMUM autorskiej redakcji, a więc wprowadzono różne poprawki, chociażby i stylistyczne.

Tu chyba Przeciętny Człowiek o tym zapomniał.

Albo i nie – bo wiedział, że to nie pierwszy jego film na kanale, więc spodziewał się, że jego odbiorcy będą wykształceni. Mający otwarty umysł?

Może, ale nawet jeśli, to popełnił pewien, bardzo podstawowy błąd w tworzeniu scenariusza.

ZBYT WIELE INFORMACJI NARAZ.

Już na samym wstępie autor zarzuca słuchacza kilkudziesięcioma pojęciami, niektórymi nawet nie zajmując się wybitnie. Możemy usłyszeć takie słowa / wyrażenia, jak: „metabadania”, „błędy poznawcze”, „twarde dowody”, „hierarchia dowodu”, „nauki społeczne”, „solipsyzm”, „arbiter”, „higiena intelektualna”, „ateizm”, „sztuczka retoryczna” (możesz przestać już wymieniać? – nie), „kultura społeczna”, „rytualizm”, „myślenie magiczne”, „myślenie życzeniowe”, „prawo przyciągania”, „manipulacja”, „skalowanie”, „gradacja”… uch, no dobra, mam już dość. To wszystko czeka nas w pierwszej połowie filmu. I o ile niektóre pojęcia mamy od razu w głowie, tak nagromadzenie tego wszystkiego w jednym miejscu i o jednym czasie powoduje, że słuchacz i tak się gubi. Ja przez chwilę kompletnie nie wiedziałam, co ja oglądam. I już zostawię w spokoju tytuły poszczególnych rozdziałów filmu, by się aż tak nie pastwić nad Przeciętnym Człowiekiem.

No dobrze, ale to tylko jedna sprawa. Przecież autor jest człowiekiem inteligentnym, szanującym innych ludzi, prawda? Ogólnie treść może być pozytywna, tak?

No, może, ale nie jest.

To znaczy… Odbiorcom, którzy patrzą na świat w sposób duchowy ten filmik nic nie da. Dlaczego? Bo posługują się ZUPEŁNIE INNYM JĘZYKIEM. Przeciętny Człowiek prowadzi narrację do rozumu, używając bogatej terminologii naukowej, która ma przekonać, że autor jest wiarygodny, bo w końcu mowa jest o nauce. Ba, przytacza nam nawet kilka książek, w tym jedną – „Pułapki umysłu” Daniela Kachmana, którego mam w planach. Chce zatem przemówić do umysłu. Racjonalności. Ale… religia to nie jest racjonalność, o czym sam wielokrotnie wspomina.

Religia – duchowość – siedzi nie w głowie, a w sercu. I nieważne, o jakiej wierze mówimy, człowiek wierzący, ba!, prawdziwie wierzący, po prostu ma w sobie coś duchowego. Takie połączenie, które pozwala mu na ZAUFANIE, choćby skały srały. Dlaczego więc do serca przemawia się rozumem?

Może dlatego:

obraza uczuć religijnych – jeden z najbardziej uwłaczających przepisów inteligentnym wierzącym*

W sumie – trudno nie zgodzić się z Przeciętnym Człowiekiem, że przepis o obrazie uczuć religijnych to jest jakiś niezdrowy egoizm. Mało tego, autor filmiku podaje jeszcze parę argumentów, z którymi trudno się nie zgodzić. Na przykład ten:

wiara religijna ma wiele za uszami

No, ma. Na przykład palenie na stosie, skazywanie matek na męki i tak dalej. Wszyscy to znamy, więc nie będę rozwijała tego tematu. Jednak powyższe zdanie ma w sobie jakiś negatywny ton i przyznam, że daje mi się on chyba we znaki. Dlatego właśnie, że Przeciętny Człowiek prowadzi narrację o religii w takim przeświadczeniu, że jest lepszy od wierzących, bo on jeden poznał się na tych, no, głupotach (przepraszam, to miało obrazować, a nie obrażować) i prowadzi oświetloną narrację z punktu widzenia nauki.

Nauki, ale której nauki? Ktoś pod filmikiem napisał tak:

Powiadasz „twarda naukowa wiedza”? Która? Ta, co była wczoraj, ta co jest dzisiaj, czy ta co będzie jutro?

Piękne, prawda? Ale, wróćmy do samego Przeciętnego Człowieka i zastanówmy się, co świadczy o tym jego pejoratywnym tonie wobec osób wierzących.

– Tytuł! – wystrzelisz jak proca. No właśnie, niekoniecznie. Jeśli autorowi zależało na dużych wyświetleniach, to musiał stworzyć tytuł clickbaitowy, sugerujący coś konkretnego. Najlepsza instrukcja to pytanie + kontrowersja, a przecież to czyste „Jak zostać ateistą? Czy rozwój osobisty bez religii jest lepszy?”. No dobrze, to skupmy się na treści. A więc, wracamy do… no, tych uszu. Smacznego.

Już w dwóch pierwszych minutach wszystkie osoby związane z rozwojem osobistym czy ezo dostają – po uszach właśnie. Dobrze, że nie po tyłku, ale stwierdzenie:

prawo przyciągania – szalenie popularna bzdura w świecie rozwoju osobistego

i tak boli. Co prawda dalej autor mówi, że zwolennicy prawa przyciągania zachowują się jak osoby wierzące, bo twierdzą „musisz zgłębić temat” i „nie rozumiesz”, ale czy to jest adekwatne porównanie?

Dla Przeciętnego Człowieka.

Dla mnie niekoniecznie, bo rzeczywiście prawo przyciągania jest prawem, które w znaczny sposób przekłamała pop-psychologia. Dzięki temu wzrasta niezadowolenie i frustracja zwolenników „Sekretu” kogoś tam. No, wiecie, tej książki o prawie przyciągania.

Tyle że koncepcja tej myśli jest całkiem dobra.

Opisuje ona jednak bardziej samo działanie energii, przyciąganie się podobieństw, a nie codzienną dostawę nowego auta. Żeby to lepiej zrozumieć i przede wszystkim praktykować, trzeba zrobić jedną rzecz.

Sięgnąć do transferingu, czyli innymi słowy – zgłębić temat.

Wychodzi więc na to, że zwolennicy prawa przyciągania mają rację w obu argumentach.

Kolejny łomot z filmiku przeznaczony jest dla osób wierzących, dla których – no chyba – ten miał być skierowany. Mówię o tych słowach:

kapłani tak sobie gaworzą, ich słowa nie mają większej wartości, ich otoczka jest bardziej wystawna

Wow, to poleciał. No dobrze – faktycznie msze w KK należą do bogatych, wszyscy to w pewnym momencie mogliśmy oglądać. Tu jakiś obrus, tu niby złoty kielich, tam piękna biała szata i tak dalej. Ale bardzo bym się kłóciła, że to, co się wyprawia na mszy nie ma większej wartości. To znaczy: Przeciętny Człowiek może tak twierdzić, bo dla niego zdaje się wszelkie abstrakcyjne pojęcia wydają się historiami niestworzonymi, bo nie dadzą się udowodnić. Przesadzam? No, ale sam mówi np. o „zmartwychwstaniu”, „zamianie wina w krew” i tak dalej. Znaczy się, opowiada nam o takich dość symbolicznych scenach, które można w różnoraki sposób interpretować i właściwie wszyscy – nawet wierzący – się zgadzają, że interpretacja, ale NIE DOSŁOWNA. Tymczasem mam wrażenie, że Przeciętny Człowiek spogląda na Biblię, powiedzmy dla uproszczenia, w sposób dosłowny. Nie szuka w tym absolutnie żadnej duchowości.

No, w końcu stara się przekonać wierzących, by stali się niewierzącymi.

Chyba logiczne zagranie?

Nie.

Po pierwsze, nadal mówi językiem umysłu, a nie serca. Te dwa różne poziomy się nie dogadają.

Po drugie i najważniejsze – kościół był, jest i jeszcze przez długi czas będzie jednym z najskuteczniejszych manipulatorów. Widzimy to po historii. Widzimy to po tym, jak energia działa w trakcie mszy zielonoświątkowej. Otóż, w pewnym momencie w człeka wstępuje duch święty. Tyle że takie wspaniałe wrażenie tworzy się nie tylko przez samą energię (wiara, miłość, intencja, wola), ale również przez

zbudowanie pewnego rodzaju wypukłego sufitu.

I ostatnia sprawa to słowa. Wszystkie modlitwy i stwierdzenia na mszy są zbudowane tak, by człowiek z własnej woli godził się na cośtam i wyrażał wolę czegośtam, dzięki czemu wkrótce do niego mogą zapukać… no, niech zapuka szczęście i miłość, nie bądźmy już tacy wredni dla osób wierzących tylko dlatego, że ja nie jestem taką osobą, dobrze?

Dlaczego więc po prostu Przeciętny Człowiek nie opisał czarno na białym dowolnej manipulacji kościoła, używając dowodów stricte naukowych, a skupił się na gromadzeniu pindyliona argumentów? Przecież to o wiele prostsze, niż to, co zrobił.

I jeszcze jedno: zapewne moje argumenty dla Człowieka Przeciętnego nie są warte funta kłaków, bo energia to przecież jest coś, czego na własne oczy nie można zobaczyć. Czy to zatem istnieje? Och, czekaj…

Autor w którejśtam minucie filmu wypowiada następujące słowa:

zobaczenie nieuczciwości intelektualnej wierzących

i aby nie było to wyrwane z kontekstu, powiem tak: chodziło o prowadzenie z nimi dyskusji. Fajnie jednak by było, gdyby obie strony prowadziły dyskusję w tonie pełnym szacunku. Tymczasem użycie słowa „nieuczciwość” wobec dyskutanta już sugeruje, że wierzący jest nieuczciwy, że jest zły. No dobra, zapomniałam dodać, że ten zły, potworny wierzący popełnił parę autodestrukcyjnych dla dyskusji argumentów. No, niech to będzie dla przykładu jego doświadczenie! W końcu Przeciętny Człowiek szanuje cudze doświadczenie i co z tego, że jego rozmówca – powiedzmy Filip – modlił się tydzień do Boga i Maryi o uzdrowienie, bo mu coś w nodze się zrobiło i lekarze musieli zrobić operację i wszystko dobrze się skończyło. Dla Filipa będzie to dowód, że jego wiara mu pomogła. Dla Przeciętnego Człowieka będzie to bzdura, bo… no, bo nie ma na to dowodów. Tyle że nie ma również dowodów na to, że wiara Filipowi NIE pomogła.

Całą noc można się w tej sprawie przerzucać argumentami i do niczego nie dojść.

Przeciętny Człowiek sugeruje, że własne doświadczenia, te mistyczne, to jedynie sztuczki umysłu, błędy poznawcze i tak dalej. I w ogóle nie mają prawa stać wyżej od nauki.

Pamiętacie wcześniejszy cytat pewnego anonimowego człowieka pod filmikiem? Ten o nauce?

No więc ja się pytam, dlaczego nauka ma stać wyżej od naszego doświadczenia.

Doświadczenie nie może być naukowym dowodem na tezę X, to prawda.

Jest jednak dowodem na coś innego.

– Że każdy człowiek jest inny! – rzucisz jak młotem. Eee, to zbyt banalne, chociaż bardzo się cieszę z naszych polskich wygranych na olimpiadzie w Tokio.

Doświadczenie wskazuje bardzo wyraźnie, że każdy sam tworzy swój świat. To, jak myślimy, jak na niego patrzymy i tak dalej dostaje odpowiedź w postaci świata. A doświadczając, doświad

czekaj, zagalopowałam się, bo w końcu mieliśmy rozmawiać o tym, czy warto rozwijać się bez religii.

TAK! PRZECIĘTNY CZŁOWIEKU, WARTO ROZWIJAĆ SIĘ WEWNĘTRZNIE BEZ RELIGII!

Ale czy warto rozwijać się bez duchowości?

* * *

Każdy tekst powinien być podsumowany. No więc to pójdzie szybko: Przeciętny Człowiek podaje trochę instrukcji obsługi, jak przejść na ateizm. Mowa tu głównie o negowaniu w argumenty, w obraz tego, co pokazuje nam religia. W porządku. Jednak więcej rozwiązań nie doświadczymy. Ba, myślę, że dla osoby prawdziwie wierzącej ten film będzie bełkotem. Bo duch w rozmowie potrzebuje ducha, a nie umysłu. Przynajmniej w tak istotnej sprawie.

Wałkowany filmik:

* wypowiedzi pisane kursywą to cytaty Przeciętnego Człowieka (z wyjątkiem tego cytatu o nauce)

Kategorie
świadomość

[COMMENTARY] Podcast Dobra zmiana #30

Długo się wahałam, czy komentować podejście innych do życia. Wreszcie przyszła ta potrzeba i na tapetę wzięłam filmiki / podcasty Przeciętnego Człowieka. W tym tekście rozprawiam się z Czego nie mówić chorym na depresję?

Jak po samym tytule można stwierdzić, autor podaje teksty, których nie należy mówić osobom w depresji. Zaczyna od podstawowego wytłumaczenia, czym ona w ogóle jest:

depresja – to nie jest bycie smutnym, tylko małożywotnym

Myślę, że jest to jedno z najlepszych sformułowań definiujących tę chorobę. Zamiast rozwodzić się nad tym, jak wygląda życie osoby chorej, autor podaje prosto i wręcz dosadnie. Zastanawiam się jednak nad innym stwierdzeniem:

zmienia nam się chemia w mózgu i nie mamy na to wpływu

Wydaje się to sporym uproszczeniem, patrząc na różne doświadczenia różnych osób. Bo owszem, chemia się zmienia, ale czy naprawdę nie mamy na nią wpływu? Bo w tym momencie przypomina mi się cała wiedza o zdrowym odżywianiu, które jednak ma wpływ na nasze funkcjonowanie. Im lepsze jedzenie, tym lepszy nastrój po nim. Żeby przeprowadzić taką obserwację wcale nie trzeba być filozofem, wystarczy kupić te same produkty w wersji chemicznej i w wersji eko. Zgadnijcie, po której wersji Wasz organizm będzie lepiej czuł. I dobra, dobra, nie wyciągajcie noży na mnie, bo jeszcze nie skończyłam. Kojarzycie może witaminę B12? Czytałam o kilku przypadkach, kiedy wieloletnia depresja została wyleczona, bo okazało się, że te wszystkie depresyjne stany były jej niedoborem. Zresztą, wszelkiego typu wege, gdy tylko rozpoczynają swoją przygodę, zostają poinformowani: dbajcie o B12. Więc… czy naprawdę nie mamy wpływu na chemię? Szczególnie, że ja sama mam wrażenie, że samo branie witaminek MK7 sprawia, że mam więcej energii do działania, bardziej mi się chce i jestem mniej nieruchawa. Może powiecie, że w tej chwili nie mówię o depresji. Tylko… jeśli przyjmujemy, że wszystko jest powiązane, to może warto zastanowić się nad tym, czy złe pożywienie nie wpływa na nas w negatywny sposób.

Autor podcastu mówi coś niezwykle ważnego, o czym zwykle się zapomina:

optyka osób chorych jest zaburzona

I chyba zdrowe psychicznie osoby muszą o tym po prostu pamiętać. Jeśli nigdy nie przechodziły stanów depresyjnych w wersji HD, to może im być trudno zrozumieć, co tak właściwie autor miał na myśli. Bo to, że dla osoby w stanie depresyjnym świat wydaje się do dupy i najlepiej, żeby nie istniał, pozostaje dla osób w stanie stabilnym jedynie wiedzą. Chyba też trudno zrozumieć, jak pewne decyzje – wynikające właśnie z głębokiej doliny w sercu – są w ogóle podejmowane. To nawet nie jest to, że „aby zrozumieć, wejdź w cudze buty”. To jest coś znacznie bardziej mrocznego. To jest stan, w którym nie widzi się pewnych punktów wyjścia, a że widzenie świata w ogóle jest zaburzone, to trzeba liczyć się z cholernie niedobrymi decyzjami, czasem nawet nielogicznymi.

Ale wiecie, co? Może lepiej, by stwierdzenie o zaburzonym widzeniu świata zostało w formie wiedzy, a nie doświadczenia…

Kontynuując, twórca podcastu stwierdza:

jesteśmy predysponowani przez genetykę

do bycia w depresji. Cóż, jeśli ktoś się opiera wyłącznie na medycynie konwencjonalnej, to zapewne powyższe stwierdzenie wyda mu się proste i prawdziwe. Jeśli jednak ktoś zacznie drążyć bardziej – i mam tu na myśli wejście do świata duchowego – to sytuacja nagle się komplikuje. Tak na przykład, okaże się, że rozwijając swoją świadomość uzdrawiamy nasze geny. Mało tego, ciężar doświadczeń rodowych czy nawet z okresu płodowego, ma znaczenie. I jeśli się to uzdrowi, uzdrowi się też ten stan. Poza tym, zwalanie wszystkiego na genetykę jest moim zdaniem szkodzącym stwierdzeniem. Może i naukowym, ale jeśli osoba w depresji dowie się, że na jej stan ma wpływ nie życiowa sytuacja, nie on sam, tylko właśnie – geny – no to… czy przypadkiem nie zobaczy bardziej, że sytuacja jest beznadziejna? Skoro nie mamy wpływu na własne geny (jak chce nauka) i skoro nie mamy wpływu na własne życie (jak chce depresyjny stan), to po co zaczynać w ogóle leczyć chorobę? W moim przekonaniu jest tak, że w genach, ba!, organizmie ludzkim jest naprawdę wiele chorób. One mogą się przebudzić, jeśli nie będziemy siebie świadomi, jeśli spotka nas stresowa sytuacja wywołująca daną chorobę i tak dalej. No, ale to przecież dla nauki fikcja literacka.

Pora przejść do głównego dania naszego programu. Otóż, stwierdzenia, którym nie należy mówić osobom chorym. W większości się zgadzam. Na przykład:

idź do roboty, to depresja ci przejdzie

Brak pracy oczywiście może wpływać na nasz depresyjny stan. Jednak zastąpmy pracę szpitalem. Idź do szpitala, hospicjum / etc. i zobacz, jak inni cierpią. Ale że niby co? Że cierpienie ma mnie pocieszyć? Że mam sobie zdać sprawę, jak wspaniałe mam życie? Ej, w depresji takie rozwiązanie NAPRAWDĘ NIE DZIAŁA. W takim stanie tego typu stwierdzenia wprowadzają w umysł chorego tylko więcej niepotrzebnego zamętu. A Przeciętny Człowiek nie skończył pastwić się nad tematem, bo przytacza następującą sytuację. A dzieli się z B, że ma depresję. B na to, że wie, jak się A czuje, ale on miał gorzej i tak dalej. Bo w sumie tak – co osobę chorą obchodzi, że B miał gorzej, skoro przekazał tę informację raczej po to, by dostać wsparcie, a nie kolejne story randomowego człowieka.

Kolejnym argumentem, którego nie zaleca autor podcastu jest:

zaufaj Bogu / kiedyś to minie

Cóż – są badania, wg których osobom wierzącym jest łatwiej w sytuacjach stresowych. Jednak, w sytuacji, kiedy jest się ateistą, to trudno zaufać Bogu. Ba, pokuszę się o stwierdzenie, że jest to pewnego rodzaju błąd logiczny. Bo wyobraźcie sobie – sytuacja życiowa dla osoby w depresji jest TRAGICZNA. Dla niej życie to tragedia. I jak, do cholery, przeżywając tragedię, ma się zaufać Bogu?

A jeśli chodzi o „kiedyś to minie”, to jest to stwierdzenie w sumie nic nie dające osobie w depresji, ale niekoniecznie błędne. Jest faktem, że wszystko mija.

Kolejne przykłady zdań, którymi nie należy walić w osobę z depresją są mniej czarno-białe. Zacznijmy od sztandarowego:

zacznij się ruszać

Ćwiczenia fizyczne pozytywnie wpływają na nasz organizm, bo wytwarzają się endorfiny i inne magiczne tęcze w naszym mózgu. Oczywiście, Przeciętny Człowiek zaznacza, że intuicyjne podejście – na depresję ćwiczenia fizyczne – nie jest jakąś katastrofą, ale… moim zdaniem, wsadza wszystkich do jednego wora. Kiedy w 2010 zaczęły mi się ostrzejsze stany depresyjne, wtedy naprawdę byłam bardzo aktywna, bo raz dziennie przez GODZINĘ ćwiczyłam. I dzięki temu mogłam zauważyć, że ze mną dzieje się coś niedobrego, ponieważ aktywność fizyczna w pewnym momencie przestała sprawiać mi frajdę, przestała cieszyć, nie odczuwałam tych wszystkich tęczy w mózgu. Tyle że nic nie zrobiłam z tą obserwacją. Wchodziłam dalej w swoje mroczne stany. Zapytacie, co z tego? Ano, to z tego, że ćwiczenia fizyczne jako lek na stany depresyjne w moim przypadku NIE DZIAŁAJĄ. Ale to mój przypadek. W Twoim może być zupełnie inaczej – bo to jest KWESTIA INDYWIDUALNA. Musisz po prostu sprawdzić. Sam autor zresztą zaznacza, że taki krok jest krokiem świetny, ale pod koniec leczenia.

po prostu się uśmiechnij

Uśmiech może nie zadziałać, ale uśmiech może sprawić, że lepiej będziemy funkcjonować w społeczeństwie. Oczywiście, teraz nieco upraszczam, jednak bardzo problemowe jest to – tylko dla osoby w depresji – że ludzie unikają zdołowanych osób, będących w takim stanie. Wyczuwają to „coś” i po prostu nie mają ochoty na pesymistyczne towarzystwo. To dzieje się samo, podświadomie, a nie dlatego, że ludź nie chce wspierać cierpiącej osoby. I jest oczywiście niebezpieczeństwo tego, że udawany uśmiech pozwoli lepiej wczuć się w chorobę, no ale skoro już się wie o niej…

po prostu starasz się zwrócić na siebie uwagę, bo to nie depresja, tylko atencja

Przeciętny Człowiek uważa, że powyższe stwierdzenie umniejsza samej chorobie. I zapewne nie spodoba mu się to, co dalej napiszę. Bo – choroby są sposobem na zwrócenie uwagi. Uwagi może pragnąć nasz organizm, wywalając jakieś ustrojstwo i mówiąc tym samym „ej, chłopie, musisz odpocząć, masz teraz leżeć w łóżku z gorączką i pić herbatę z cytryną, jasne?”. Ale uwagi może też pragnąć nasz umysł, ego, psychika, czy jakkolwiek to nazwać. Przecież nie bez przyczyny próba samobójcza jest określana jako wołanie o pomoc. I co, myślicie, że stany depresyjne NIE SĄ WOŁANIEM O POMOC? Są, tylko że dla osoby chorej w depresji, po pierwsze, jest to bardziej nieuświadomione, niż uświadomione. Po drugie, taka osoba nie widzi rozwiązań. A po trzecie… Każda choroba coś daje. KAŻDA. Jak się dokopiesz do jej korzyści – i nieważne, czy będzie to fizyczna, czy psychiczna choroba – to możesz być zaskoczony uzdrowieniem. Oczywiście, to jest trochę uproszczenie, ale zauważ, że osoba w depresji jest albo już odrzucona (bo ciągle marudzi), albo otacza się wianuszkiem osób, które ją wspierają. I no właśnie, może nie wychodzić z depresji, skoro ktoś ciągle ją wspiera. Proste? Niby tak, a niby nie. Warto się po prostu zgłębić w indywidualną historię człowieka, by wywnioskować coś konkretnego w sprawie. A tak przy okazji, Przeciętny Człowiek zaznacza, że stany depresyjne w pewnym momencie stają się cechami osobowości chorej jednostki. TOŻSAMOŚĆ TO TEŻ KORZYŚĆ, co widać na przykładzie muzułmanów. Konkretyzuję, bo jak się przyjrzycie trzeciemu pokoleniu imigrantów, to możecie zobaczyć, że jeśli u takiego człeka występuje problem z tożsamością, to nagle dochodzi do pewnych zaburzeń w psychice, prowadzących na przykład do aktów terrorystycznych.

Ogólnie – cały podcast zawiera bardzo mądre treści. Tylko… rozumiem, że autor chciał się skupić na temacie. To ważne, by tworzyć treści na temat. I Przeciętny Człowiek zaznaczył, że depresja JEST wyleczalna. Problem w tym, że zrobił to pod którymś z komentarzy. W samym podcaście zabolało mnie to, że właściwie tego nie słychać. Miałam wrażenie, że tu tego zabrakło. Owszem, temat jest – CZEGO NIE MÓWIĆ, a nie JAK WYJŚĆ Z DEPRESJI, jednak moim zdaniem jeden moment (ten związany z aktywnością fizyczną) to za mało. Moim zdaniem, w podsumowaniu powinna się znaleźć wprost uwaga, że z tej choroby DA SIĘ WYJŚĆ. Dlaczego mnie to tak ugryzło? Ponieważ w obecnej sytuacji media jasno wskazują: depresja jest chroniczna i niewyleczalna. Odczytać to można między wierszami, choć jest to GÓWNO PRAWDA, bo dla chcącego nic trudnego. Ale jeszcze jedna rzecz mnie ugryzła – wskazywanie, że farmakologia jest the best. Tu również przydałby się szerszy komentarz, bo o ile sądzę, że sam autor miał na myśli leki + terapia, o tyle w polskim społeczeństwie jest niska świadomość tego, jak powinna wyglądać prawidłowe leczenie osoby chorej. I mało tego, Przeciętny Człowiek – to już ugryzienie numer trzy – w pewnym momencie twierdzi tak:

depresja to choroba duszy – to bzdura ezo, bo jest to choroba biologiczna

No właśnie. Autor – mam wrażenie – bardzo wyraźnie oddziela ciało, duszę, umysł człowieka. I również mam wrażenie, Przeciętny Człowiek widzi depresję jako stan wyłącznie biologiczny i receptą na to jest tylko i wyłącznie konwencjonalne leczenie. To mnie uwiera nie dlatego, że siedzę w światku duchowym, ale dlatego, że psychologia nie ma nic przeciwko temu, by człowiek szukał głębiej, na przykład w medytacji. Sama kiedyś rozmawiałam na ten temat z psycholog i ona stwierdziła, że jeśli osobie chorej praktykowanie niekonwencjonalnych metod coś daje, to bardzo dobrze, niech z nimi działa.

Dla mnie człowiek jest całością – ciała, duszy, umysłu i tak dalej. Oddzielając jedno od drugiego tworzymy sobie tylko niepotrzebne problemy.

Ufff…

A oto i sam podcast Przeciętnego Człowieka:

Kategorie
świadomość

[ŚWIADOMOŚĆ] Jasnowidzenie – prawda to czy fałsz?

Mam wrażenie, że wszyscy widzą w jasnowidzeniu / jasnoczuciu efekty specjalne. A to, że taka uzdolniona osoba się nagle zaświeci, albo że jakiś znak z nieba na nią zleci.

A figa z makiem.

Nic takiego się nie dzieje.

Właściwie, gdyby chcieć naukowo – a wręcz kwantowo – zdefiniować jasnowidzenie / jasnoczucie, byłoby to po prostu… branie informacji z pola. Pole to jest taka przestrzeń, w której są wszystkie informacje. Stąd na przykład bierze się intuicja – coś nam podpowiada, prawda? Stąd na przykład naukowcy tworzą tezę „myśli nie są nasze”. Ba, informacją może być myśl, obraz (wizje) czy energia („czuję, że to złe miejsce”).

Teoria, która mówi o oglądaniu wielu alternatywnych rzeczywistości jest teorią mogącą mieć znaczenie przy jasnowidzeniu, ale nie musi.

J.: Ciężko to przewidzieć, jakie ja będę miała podejście, prawda? – o tym, dlaczego przewidziana przeze mnie sytuacja się spełniła, ale 48H później.

No dobrze – a co z proroczymi snami, na przykład, że ktoś umiera? Szczerze, nie wiem. Naukowcy twierdzą, że podświadomość potrafi długo przed wystąpieniem objawów choroby wykryć, że coś jest nie tak. I przekazać nam to w snach. Nigdy się tym nie przejmowałam, bo też za bardzo nie pamiętam snów. Próbowałam to zmienić, ale nie czuję wielkiej potrzeby pracy nad tym, bo wydaje mi się to na siłę.

Bez przywiązania do informacji

Po pierwsze – nie przywiązuję wagi do wizji. Jak już sobie powiedzieliśmy, biorę informacje z otaczającej mnie przestrzeni. Mało tego, Ela ma możliwość zmiany – może pewnej środy zdecydować, że najpierw pójdzie na spacer, a dopiero potem włączy komputer, a nie na odwrót. W końcu ludzie mają wolną wolę.

Po drugie – przywiązywanie się do wizji oznacza bycie w ego. To skutkuje katastrofą. Dlatego żadne magiczne sztuczki – w naszym przypadku przewidywanie – nie przewidzą zwycięzcy turnieju Euro 2021. Nie podam Ci trafnych numerków TOTOLOTKA, bo to w dalszym ciągu będzie działanie z ego. I choćbym nawet chciała przewidzieć, jak należy grać z bitcoinami, to jednak wciąż będzie to uwarunkowane ego. Ego, bo „o, jaka ja jestem zajebista, umiem przewidzieć tak wspaniałe rzeczy!”. Ego, bo przecież bitcoiny to kwestia pieniędzy. Ego, bo ostatecznie duża ilość pieniędzy to czysta przyjemność. Oczywiście, nie demonizuję ego, choć może to tak brzmieć. Chodzi o to, że będąc na rynku bitcoinów ugrasz o wiele więcej i częściej, gdy zadziałasz z perspektywy zabawy, eksperymentu czy nawet czystej ciekawości.

Po trzecie – gdybym wszystko wiedziała, to nie byłoby fajnie. 🙂 Bo życie jest odkrywaniem, a nie nudą.

Jak to wygląda w praktyce?

W zasadzie to niespecjalnie się nad tym zastanawiałam, dopóki nie dostałam takiego pytania. Z perspektywy pisarskiej jest to ciekawe doświadczenie, no bo jak opisać jasnowidzenie / jasnoczucie?

Informacje w większości przypadków przychodzą z ZEWNĄTRZ. I jest się tego całkowicie świadomym. O tym, że Ela jutro sięgnie po papierosa, a nie po komputer, przyszło mi z zewnątrz, a nie z mojego umysłu czy serca. Takie odczuwanie jest po prostu odczuwaniem.

Może tak.

Jeśli masz jakąś osobę w pobliżu, poproś ją, by zrobiła KAMEHAMEHA w Twoją stronę. Dosłownie. Ale niech ona sobie wyobrazi, że bierze taki ogień jak Goku i że go wypuszcza z rąk. Jestem pewna, że poczujecie tę energię, jeśli staniecie blisko siebie. I w analogiczny sposób można opisać wszystkie – albo większość – informacji (=kulki ognia), które do mnie przychodzi.

Bardzo rzadko zdarza mi się, by to płynęło z umysłu, z wewnątrz mnie. Choć tak szczerze, ja po prostu przestałam na to zwracać uwagę. Dostałam informację – nie zastanawiam się zwykle, skąd ona jest. Może to błąd, nie wiem. Ale ktoś mądry powiedział mi (pozdrawiam serdecznie!), że to, co przychodzi wpierw jest właściwe, jest w pełni OK. I w sumie, w 100% się to sprawdza.

Ostrzeżenia dla potencjalnych klientów

Nigdy siebie nie nazwę profesjonalnym jasnowidzem. Być może wynika to z niskiej samooceny, ale dla mnie bardziej z pokory. Po prostu wiem, że nie mam tak wyrąbistych umiejętności jak Jackowski. Nie jestem w stanie przewidzieć tego, jaki kto ma do czego stosunek, czy kto wygra w Euro. Poza tym są ludzie, którzy mają o wiele więcej doświadczenia, niż ja i znacznie bardziej rozbudowaną intuicję.

Jednak jestem w stanie poradzić światu dwie rzeczy.

Po pierwsze, śledztwo NIGDY nie może się opierać na jasnowidzeniu. Bo śledztwo to logika, fakty i inne namacalne rzeczy. Jasnowidzenie zaś to uczucie, informacja z zewnątrz. To dlatego informacje o ciałach są tak ogólne. OK – jest w jeziorze, ale w którym? Bo na przykład w Lubuskiem czy na Mazurach jest ich pełno. Aaa, tym z czerwoną wiatą i tam coś jest? A co, jeśli tak pomyślał morderca, zostawił ciało przy jeziorze, a około północy zmienił zdanie, wrócił po nie i figa, bo jasnowidz sprawą zajmował się o 16:50, a nie o 1:00 w nocy?

Mnie osobiście udało się przewidzieć śmierć dwóch osób. Nawet o to nie prosiłam, po prostu widziałam artykuł, że Anglik zaginął. Pojawiła mi się informacja „nie żyje”. I byłam tego tak pewna, że mogłabym się założyć o stówę. Podobnie było z jakąś dziewczyną, ale szczegóły się już zatarły. Haha, wiarygodnie to brzmi, prawda? Mówiłam, że nie przywiązuję wagi do takich informacji, szczególnie jeśli nie dotyczą mojego otoczenia?

Dobrze, przyszły informacje o tym, że te osoby nie żyją, ale nie przyszło gdzie, nie przyszło jak, były to po prostu informacje BARDZO OGÓLNE.

Dlatego w śledztwach można korzystać z umiejętności jasnowidzów – ale tylko wtedy, kiedy jest ono w martwym punkcie. Jako dodatek, a nie główna oś sprawy.

To jest jedna sprawa, ale jest jeszcze inna, o wiele ważniejsza.

WIBRACJE.

Czy informacja o kolejnych ofiarach w palestyńsko-izraelskim konflikcie jest pozytywna? Na pewno nie. Ba, słuchając o tym w „Raporcie o stanie świata” czułam dużą ciężkość i przetrwałam jakieś 10 minut materiału. Mimo to pojawiła się informacja z pola – dojdzie do wojny. I to takiej serio. Z tego, co kojarzę, Jackowski również to przewidział.

Na razie konflikt w Palestynie / Izraelu jest, ale grubej awantury (to znaczy grubszej, niż obecnie) tam nie ma, bo nie wtrąciły się kraje ościenne.

Można odetchnąć, ale co się właściwie stało?

Dostałam informację z bardzo negatywnego pola informacji, w której wojna jest najbardziej prawdopodobna. I OK – nie sprawdziło się, to jest absolutnie spoko.

Ważne jest jeszcze jedno – w jakiej wibracji znajduje się sam jasnowidz. Jeśli w bardzo wysokiej, to możliwe, że jest w stanie opowiedzieć nam o rzeczywistości, w której Polska to kraj złotem i diamentami płynący. Serio, kiedyś słuchałam takiej fajnej dziewczyny i opowiadała o tym, jak to mój wspaniały, kartonowy kraj rozwija się superaśnie. Aż serce rosło.

Może tak jest teraz w jej rzeczywistości?

Tego jej i nam życzę, i życzę, byśmy wszyscy znaleźli się w wysokich wibracjach, które budują piękny, życzliwy świat.

DODATEK, czyli zonk, bo co się spełniło z moich wizji?

Czy coś z moich przewidywań się sprawdziło? Drobne rzeczy, ale jednak:

  • zmiana pokoju w akademiku,
  • pobyt w Gorzowie (nie byłam w stanie przewidzieć plandemii rok wcześniej),
  • brak złożenia papierów w pewnej sprawie (badałam dla znajomej),

Mało? J. stwierdziła: „było tego trochę, ale konkrety mi umykają”. No właśnie – wiemy obie, że mam lekki poślizg w czasie (ostatnio 48H xD), że było trochę spraw, które przewidziałam, ale… konkrety? To jest tak, jakby tamte kwestie nie były ważne, przestały istnieć, była tylko rzeczywistość. Nie zamierzam bić się ze ścianą, dlatego choćby nawet skały srały, nie jestem w stanie podać większej ilości danych. Naprawdę zależało mi na jak największej ilości konkretów. Wiarygodnych, a nie takich w stylu jednorożca rzygającego tęczą. Jeśli choć trochę sprawiłam, że milej spoglądacie na jasnowidza, to naprawdę się cieszę. A jeśli nie – cóż, trudno. 😉

Za inspirację dziękuję Marcie K. i Monice K. z grupy „Kryminatorium

Kategorie
świadomość

[ŚWIADOMOŚĆ] Trzy sposoby na choroby

Jeśli tytuł wydaje się clickbaitem, to muszę Cię wyprowadzić z błędu. W tym tekście przedstawię trzy sposoby na choroby, które stosuję. I które – o dziwo – są znane od zamierzchłych czasów. Zapraszam!

https://unsplash.com/photos/6SNbWyFwuhk

Było kiedyś takie piękne powiedzenie: lecz przyczynę, a nie skutek. Co z tego zrobiła medycyna konwencjonalna i farmakologia, każdy widzi. Na szczęście z pomocą przychodzi medycyna alternatywna, w której to jest dużo bałaganu, bo wszystko się ze sobą miesza, jest bardzo dużo różnych teorii i punktów widzenia. Jednak jedną z najskuteczniejszych alternatyw jest biologika, siostra totalnej biologii. Ja co prawda zaczęłam od tej ostatniej, lecz w pewnym momencie poczułam, że to manowce. Przyczyna prozaiczna: nieustający maraton mówienia ciała i poszukiwanie przyczyn w głębi siebie. Wydawało się to niekończącą historią, szczególnie, że fora od TB są trochę… nie, nie specyficzne. „Uderzyłam się w lewy palec, co to oznacza?” – a no, nic nie oznacza, bo zarówno TB, jak i biologika leczą choroby, a nie wypadki. O tym się w tym środowisku niestety zapomina, a ja Wam zapominam napisać, z czym to się je.

Otóż, każda przypadłość to skutek tego, co dzieje się wewnątrz nas. Przykładowo – problemy z bólem gardła to „czego nie możesz powiedzieć”. Albo haluksy – problemy ja-rodzic, relacja. I tak dalej. Gdy już sobie uświadomisz przyczynę choroby, to ona mija. Dlatego znamy przypadki, kiedy osoba, która uświadomiła sobie gniew na mężczyzn i go przerobiła nagle wyzdrowiała z raka. Bo świadomość uzdrawia. Oczywiście, są i znacznie bardziej skomplikowane przykłady. Na przykład: otyłość i dziąsła. W obu przypadkach podejście powinno być bardzo indywidualne, bo powody takie są. I gdy już wiesz, co się do tego przyczyniło… no właśnie, trzeba wyjść z danej sytuacji, by to całkowicie uleczyć :). Czasem niestety – jak w przypadku dziąseł – sprawa jest tak skomplikowana jak sznur gordyjski i wtedy posłużyć mogą inne metody…

https://images.unsplash.com/photo-1528715471579-d1bcf0ba5e83?ixid=MnwxMjA3fDB8MHxwaG90by1wYWdlfHx8fGVufDB8fHx8&ixlib=rb-1.2.1&auto=format&fit=crop&w=770&q=80

No i właśnie, przykład dziąseł jest doskonały, by przedstawić inny sposób na bóle. Jak wiemy z nauki, ciało gromadzi stresy i różne takie emocje, w związku z tym się spina i często gęsto prowadzi to do różnych przypadłości i bólów. Dlatego starożytna chińska metoda masażu miejsca związanego z bólem działa. Co prawda tymczasowo, ale jednak wprawa i wiedza o punktach wrażliwych, łączących wszystkie nerwy to szansa na przynajmniej spokojny wieczór. Ale, ja nie o tym. Ja o medytacji. Haha, zdziwieni? Nie? To dobrze. Osobiście praktykuję pranajamę. Nie jestem wybitnie w tym zaawansowana, ale z grubsza chodzi o świadomy oddech. Przy regularnej praktyce, prawidłowym oddychaniu jest spora szansa, że te bóle, które nagromadziliśmy w ciele zaczną się wreszcie uwalniać i odchodzić. Tak więc, w przypadku dziąseł można powiedzieć: bye, bye! Jest to fajna praktyka, bo pozwala pozbyć się problemu bez wchodzenia w wiedzę, co skłoniło nasze ciało do takiej a siakiej reakcji. Może to trochę potrwać, jednak samo w sobie świadome oddychanie daje mnóstwo różnych korzyści.

https://images.unsplash.com/photo-1499810631641-541e76d678a2?ixid=MnwxMjA3fDB8MHxwaG90by1wYWdlfHx8fGVufDB8fHx8&ixlib=rb-1.2.1&auto=format&fit=crop&w=750&q=80

No, a teraz przechodzimy do najprostszego i zarazem najszybszego sposobu, który… jest najtrudniejszy. Wszystko przez umysł, co to nie chce uwierzyć w wyrąbistą prawdę: żyjemy w hologramie. Książki, na które patrzysz nie istnieją. Słońce na które patrzysz nie istnieje. Ba, nawet ciało nie istnieje, bo też należy do hologramu. A skoro tak, to i ból nie istnieje. Uświadom to sobie, że ból i choroba to czysta fikcja filmowa. Tego nie ma. I nie, nie zasypię Cię formułkami w stylu „bo jesteś boską istotą i bla bla”. Po prostu – świadomość życia w hologramie zmienia bardzo wiele. I podam przykład. Ostatnio coś w nodze zaczęło mi się robić. Medycyna konwencjonalna: AAAA!!!!1 BADANIA TO NA PEWNO JAKIŚ ZATOR BLA BLA BLAAA!!111111, ja: to iluzja. Efekt? Efekt taki, że tego nie ma. Wszystko wróciło do stanu zdrowia. Zatem nie muszę się przejmować głosem medycyny konwencjonalnej, bo i po co, skoro żyję w hologramie, a ból nie istnieje… hehe, jak Ci się czyta ten tekst? Średnio? A widzisz, wystarczy 1 zdanie: „to fikcja” i – co też bardzo często robię – podziękowania (dotyczące danej iluzji) idące do świadomości, podświadomości i nadświadomości. To naprawdę wystarcza. I mogę o tym zaświadczyć swoim samopoczuciem, bo dziś odczuwam, że moje dziąsła są w całkowitym porządku, a ja bez stresu i spięcia mogę się skupić na tworzeniu tego tekstu :).

Jeśli tekst Ci się spodobał i chciałbyś/łabyś się odwdzięczyć – możesz to zrobić tu. Dziękuję 🙂

Kategorie
świadomość

[ŚWIADOMOŚĆ] Wszechświat się naprawdę starał

Czasem wolno myślę. To powoduje, że oczywistości czekają na odkrycie nie kilka dni, a kilka lat. Albo potrafię zmarnować cały dzień na płacze i jęki, po czym stwierdzam: „pomedytuję!”. A po wszystkim: szkoda, że nie zrobiłam tego rano XD.

Wszystkie te problemy nie zmieniły tego, że wczoraj wszechświat się naprawdę postarał. Miał powód – lubi mnie uśmiechniętą i miło, jak osoba cieszy się, bo ma urodziny.

– 33 lata, piękny wiek – usłyszałam od kasjerki. – Będzie pięknie.
Odpowiedź roku: „wyjdzie w praniu”.

Dodatkowa stówka „na radość”, która pokazała mi się na koncie sprawiła, że z początku chciałam oszczędzać, a na końcu chciałam nie zbankrutować. Bo oczywiście udałam się do księgarni internetowych, gdzie kupiłam tomiszcza z fantasy. I sądzę, że jak wreszcie książki znajdą się w moich rękach, to będzie mega radocha.

Życzenia na tablicy były miłe i sprawiły mi przyjemność. Może nie było tego milion, ale jednak takie akcenty potrafią zmienić nastrój. Chociaż na chwilę.

Nawet wydawnictwo ogarnęło, by wysłać mi trochę wcześniej zamówione w połowie maja książki (bo premiera ich miała być 2 czerwca), dzięki czemu mogłam je odebrać w Dzień Dziecka.

Ale przez cały dzień czułam się fatalnie.

Wróciłam ze sklepu – w płacz. Ktośtam cośtam – w płacz. Oczywiście nikt w kamerki, ale nie spodziewałam się, że będzie inaczej. Bo u mnie zawsze jest to poczucie samotności rodem z życia siedemdziesięciolatki. Ktoś coś powie – w płacz.

I taki maratonik całodniowy.

I kiedy w końcu jako tako się ogarnęłam, stwierdziłam, że idę medytować nad swoimi życiowymi problemami babci. Pomyślałam, że samotność to iluzja. Wbrew pozorom, to bardzo piękna myśl, a w momencie, gdy tak stwierdziłam, to zadzwonił telefon xD.

Jak wreszcie sobie pomedytowałam, to nagle zachciało mi się żyć. Ha – kupię w końcu ten statyw do aparatu fotograficznego, bym mogła nagrywać filmiki o Gorzowie. Ha, życie jest piękne, więc w sumie może i straciłam jeden dzień, ale przecież w czwartek jest wolne i mogę sobie nadrobić radość, której nie miałam we wtorek. Wszystko ładnie i pięknie, tyle że na zegarku była 23:30.

A dziś rano kupiłam wyrąbisty szampon w kostce za jedyne 45 złotych. Serio, naturalny skład i taka forma robi swoje, bardzo długo trzyma. A jak sobie pomyślałam, że w Yves Rocher dokładnie za ten sam koszt dostanę wątpliwej jakości produkt, to mi nawet ulżyło.

I co z tym statywem, w końcu po angielskim miałam jechać na miasto i go kupić? Ano, nic – pojawił się strach o pieniądze.

Doskonale.

I’m genius.

Jestem zgorzkniała i nieszczęśliwa? Nie doceniam życia? Zachowuję się jak stetryczała babcia?

W poniedziałek przyszło, bym znalazła archetyp młodości. Ba, nawet wiedziałam, jak cały proces powinien wyglądać.

No to sobie medytuję wczoraj.

– Nie jesteś jeszcze na to gotowa – powiedziała Królowa. – Procesuj.

Czekaj, chwila, nie jestem gotowa na co? Aaa, na życie nie jestem gotowa, bo wewnętrzna Pani Babcia przejęła nade mną kontrolę. Teraz trzeba ją przetransformować. Dokładnie tak poczułam – tu nie trzeba szukania czegoś archetypowego, tylko potrzeba mi transformacji. I jest to logiczne, biorąc pod uwagę, że nie wolno spychać emocji czy przekonań na sam dół, bo to się skończy bardzo źle. Trzeba się do nich dokopać i je pokochać.

Miłość i wdzięczność transformuje.

W poniedziałek zastanawiałam się, czemu uzdrawianie moich kochanych dziąseł idzie mi powoli. Odpowiedź prosta: nie robię tego z serca, tylko z umysłu. A umysł wciąż jeszcze ma wątpliwości.

I to pomimo dowodów, bo odkąd zaczęłam stosować Proces na to naprawdę czuję zmiany w swoim fizycznym stanie.

Te słowa wdzięczności za cokolwiek, które są podane w Procesie są magiczne. Od razu wprawiają mnie w dobry nastrój.

I rzeczywiście, jeśli mam w głowie program w stylu: strach o pieniądze, samotność i więzienie, to trudno, bym wzięła się za życie. Mogę spróbować, ale z takimi programami może się to różnie i niekoniecznie wesoło skończyć.

Dlatego potrzebna jest transformacja.

Której mogę dokonać ja.

Haha.

Jeśli oczywiście chcę.

Bo Proces to nie tylko magiczna formułka. To wdzięczność i uświadomienie sobie brutalnej prawdy – WSZYSTKO JEST ILUZJĄ. Ten komputer, ten wpis, totalnie wszystko, nawet słońce i światełko z niego płynące.

Informacje o Procesie TUTAJ.
Szampon w kostce możesz kupić TUTAJ.

I wiecie, co? Jeśli Wam się spodobał ten wpis, to możecie wesprzeć moją osobę TUTAJ. Dziękuję :).

Kategorie
świadomość

[ŚWIADOMOŚĆ] Koszyk pełen iluzji

Nieważne, co wiemy. Ważne jest to, czego jesteśmy świadomi. To stara prawda, którą pokażę Ci na przykładzie. Kilka lat temu przyszła do mnie wiadomość: samoocena to iluzja. Problem polegał na tym, że nie byłam wówczas w stanie sobie tego uświadomić. I wstałam wczoraj, i powiedziałam sobie: kończymy tę dramę.

Stworzyłam tak wyrąbiste traumy, że w nie uwierzyłam. Stworzyłam takie przeżycia, które na w kij długo zakotwiczyły się w mojej świadomości, w mojej osobowości. Do tego stopnia dało mi się to wszystko we znaki, że zrobienie kroku dalej stało się ciężkie.

– Nie mówi się „ciężkie”, tylko „trudne” – powiedzą ci na studiach językoznawczych. Ale „trudne” nie ilustruje tak wspaniale, jak „ciężkie”. Bo mnie chodzi o ten krok. Krok, który jest ciężki, bo w iluzji wymaga on siły, determinacji, wiedzy i innych cudów. Na przykład psychologa, terapii.

Tak, ostatnio trochę słyszałam „idź na terapię”.

Ale madko, ja byłam na terapii 7 lat temu. I co? I pstro. Nawet dogłębna wiedza psychologiczna, wiele książek o samoocenie nie dały mi odpowiedzi na zajebiście ważne pytanie:

JAK POPRAWIĆ SAMOOCENĘ?

Mówią, żeby siebie chwalić. No spoko, ale przychodzi taki dzień, w którym absolutnie nie masz ochoty na wyrwanie się spod kołdry, bo wiesz, że wszystko jest z dupy właśnie.

Ale wszystko jest też iluzją.

Ponieważ temat mojej samooceny (która nie istnieje) powraca jak bumerang, stwierdziłam, że poszukam czegoś mądrego w mądrej filozofii, jaką jest transfering.

I co?

I trochę pstro, bo ten mówi po prostu, by skupić się na działaniach. A ja wiedziałam, że ta sprawa jest czymś innym, niż kwestią działania.

Wow.

To był tak zaawansowany obraz: BLOKADA. WIARA W NIĄ. PRZEKONANIA, KTÓRE TO WSZYSTKO WZMACNIAJĄ. TKWICIE W PODŚWIADOMOŚCI. Tak zajebiście to wszystko stworzyłam, że tak bardzo w to uwierzyłam!

Teraz pytanie za sto punktów:

jeśli potrafię stworzyć tak wyrąbiste iluzje, dlaczego mam negować swoje historie, swoje książki i wyzywać je od niedopracowanych, złych, wadliwych i do śmieci?

I wczoraj wstałam. I zmęczona już tą iluzją, zmęczona graniem w tę grę, zapytałam siebie… a co, jeśli te wszystkie trałmy wymyśliłam…

Haha.

Jak sobie uświadomisz pewną rzecz, to już Ci się nie chce opowiadać o iluzji. Rozmywa się, przestaje istnieć. Mówienie o tym, co było sprawia tylko, że znowu wchodzimy w tę grę. W grę, w której nie jesteś kierowcą.

Ja wiem – ten wpis może dla Ciebie brzmieć dziwnie i skomplikowanie. Ale dziękuję Ci, że go przeczytałeś/aś. Podziękuj też Sobie, że jesteś tak wspaniałym Twórcą, że go stworzyłeś/aś. Podziękuj tej wyrąbistej iluzji, za to, że uwierzyłeś/aś, że ten wpis jest. Podziękuj swojemu wewnętrznemu Bogu za stworzenie tego.

I – jeśli Ci się spodobał – to możesz wesprzeć moją działalność kulturalną, co by na tym blogu i YT było wincyj recenzji wyrąbistych rzeczy ^_^. Dziękuję!

PS.: Wpis ten dedykuję Asi. Bez niej nie byłoby go. Dziękuję, kochana ;*