Atlas

Podczas gdy Netflix odtrąbuje kolejny sukces, krytycy robią zbiorowego facepalma nad losem ludzkości. Uznali bowiem, że „Atlas” to gówno, a antywokeiści dorzucili swoje trzy grosze do całej awantury. Jennifer Lopez bowiem ma być silną, bez sensu babeczką, która ratuje cały świat.

Problem polega na tym, że ten film to najzwyklejszy na świecie średniak, taki na poziomie 5/10, przynajmniej pod kątem fabularnym. I szczerze mówiąc, to właśnie przebieg całej intrygi jest najsłabszym ogniwem tego filmu. I nie chodzi o to, że brak tu logiki (bo ona jest i tego się trzymają), a o to, że twórcy nie zadbali, by „Atlas” wyróżniał się scenariuszowo. Leon Sardarian i Aron Eli Coleite dali takie rozwiązania, by widz zaprawiony w SF mógł przewidzieć 1:1. Te osoby zaś, którym zależy tylko na odpoczynku mózgownicy, dostaną taką rozrywkę. Trochę żałuję, że „Atlas” poleciał po najoczywistszych tropach, bo to mógł być naprawdę znakomity film. A wielka szkoda, bo mógłby stanowić wspaniały argument dla wokeistów. Widzicie? Da się zrobić dobry film z agendą.

Może i się da, ale to nie ten przypadek. Choć powtórzę jeszcze raz – niewiele do tego brakowało.

Atlas (Jennifer Lopez) wraz z ekipą żołnierzy udaje się na jakąś-tam planetę pełną wrogiego AI. Ich zadaniem jest uratowanie Ziemi – zniszczenie wrogiego AI. Zadanko niewątpliwie trudne, skoro wcześniejsze doświadczenia wskazywały na przegraną ludzkości…

Atlas nie jest sama – korzysta z mecha o imieniu Smith (Gregory James Cohan). I teraz tak: nie wiem, czy można mówić o spojlerze, ale w sumie to nie. Bo gdy widz widzi mecha, który mówi, może się bardzo szybko domyślić dalszych konsekwencji. Co ciekawsze – nie psuje to akurat tego wątku. Znaczy się, przyjaźń pomiędzy Atlasem a Smithem jest na tyle realistycznie zaprezentowana, że pod koniec poczułam wzrusz! I to jest jeden z najmocniejszych punktów filmu.

Drugim z kolei jest Jennifer Lopez, która właściwie niesie na barkach cały film. I to nie dlatego, że inni grają słabo – raczej dlatego, że 90% czasu ekranowego to ona. I Smith. I podczas tych scen widać, że Lopez jest utalentowaną aktorką – potrafi grać oczami, naprawdę łatwo uwierzyć w to, że to Atlas, żywa i cała, a nie jakaś fikcyjna postać. Podobnie chyba zrobił Cohan – co prawda głosowo, i co prawda, nie miał trudnej roli, ale…

No właśnie film chce być filmem psychologicznym, głębokim. Nie udaje mu się przynajmniej w kwestii głębokości, ale już udaje mu się sprawić wrażenie, że to film o przyjaźni. Co prawda pomiędzy AI a człowiekiem, więc pierwsza myśl foliarki była taka: czy oni chcą nam powiedzieć, że współpraca z AI jest OK, że wygramy? Całkiem sprytne rozegrana partia, Hollywoodzie.

Trzecia sprawa to efekty specjalne. Nie ma się co oszukiwać – na ten film Netflix wydał krocie i to widać od pierwszej sekundy. A jak ktoś lubi przeglądać napisy końcowe, to zobaczy, że nad stroną wizualną pracowała niemalże armia speców od efektów specjalnych. Mało tego – udźwiękowienie, miksowanie muzyki i inne jej technikalia to także była wymagająca rzecz, przynajmniej wg napisów. Ale widz tego nie usłyszy. To znaczy może tam zagra kilka przyjemnych dźwięków, ale nie ma nic, co by zapadło w pamięć. Zresztą chyba film leci na kilku dźwiękach, żeby nie powiedzieć piosence xD.

Widząc gromy, jakie spadły od krytyków na „Atlas” spodziewałam się znacznie gorszego kina, niemalże paździerzowego. Okazało się jednak, że netflixiarzom dostarczono całkiem przyjemny dla oka obraz, który jest tak przeciętny, że niemalże nudny. A w związku z relacją Atlas-Smith, to powiem tak: zdecydujcie sami, czy chcecie na „Atlas” poświęcić dwie godziny swego cennego życia.

Sixteen Candles

4 maja 1984 roku do kin wkroczyły niezwykle urocze nastolatki w „Szesnastu świeczkach”. A przynajmniej tak było w USA, bo to jest młodzieżowy i kultowy film tamtych czasów. John Hughes odpowiedzialny był zarówno za scenariusz, jak i reżyserię. Wykonał kawał świetnej roboty: od instruowania aktorów, którzy wydają się, jakby grali samych siebie; przez muzykę, której tu utworów już nie będę przytaczać, ale hej – to jest muzyka z lat 80′, jest zajebista, OK?; a skończywszy na uniwersalnej historii o miłości, z wątkami, które nastolatki oznaczają jako „lubię to”.

Samantha (Molly Ringwald) ma szesnaste urodziny. I nic nie idzie tak, jak tego oczekuje: poranek staje się katastrofą, bo w domu wszyscy zapomnieli o jej święcie, a w szkole doszło do jeszcze większej katastrofy. Jakiej – tego nie powiem, ale zdradzę Wam, że Samantha podkochuje się w Jake’u (Michael Schoeffling), który już ma dziewczynę, ale jest w okresie dojrzewania, więc nie wszystko mu gra w tej relacji i wydaje się mieć zupełnie gdzieś Samanthę. Za to nie ma jej gdzieś Ted Farmer (Anthony Michael Hall), który podrywa ją w sposób co najmniej mało podrywający.

A to wszystko i więcej w półtoragodzinnym seansie. Seansie, który na pewno jest bardzo sympatyczny (żeby nie powiedzieć piękny) i który przyjemnie się dość ogląda. Może nie że urywa dupy – ale dość łatwo jest dać się historii wciągnąć. Jest tu warstwa komediowa i w zasadzie totalnie wszyscy – nawet bohaterowie drugoplanowi – wydają się tu być autentyczni. Dlatego bardzo szybko zrozumiałam, dlaczego „Szesnaście świeczek” odniósł sukces i stał się kultowy. Kosztował 6,5 miliona, a zarobił 23,6. No, w tamtych czasach taka sumka mogła robić wrażenie, zapewne.

Nie można powiedzieć, że pozycja ta się zestarzała. Nie, nie mam tu na myśli „złotej myśli” typu: nastolatki zawsze były takie same. Myślę po prostu, że bohaterowie są na tyle uroczy, że nawet obecnie młodzi mogą znaleźć coś dla siebie w tym obrazie, przy okazji dowiadując się pi razy oko, jak ich rodzice czy dziadkowie przeżywali młodość. To oczywiście nie jest dokument stricte, ale klimat lat 80′ i brak komórek tak bardzo.

PS.: Murzyna nie ma, ale za to jest totalnie komediowy Chińczyk (którego gra Gedde Watanabe xD), tradycyjnie zdezelowany dom po domówce oraz okres, którego nie da się przeżyć. To ostatnie w niby humorystycznym tonie, ale idzie to na karb programowania bolesnej miesiączki u kobiet.

Idle hands

Recenzja dedykowana Justynie Salskiej, bo zaproponowała seans 🙂❤.

Od pierwszej minuty widać, że to nie jest horror horrorowaty. Raczej slasher, ale szczerze mówiąc i z tym mam wątpliwości. To znaczy: dłoń zabija jak leci i mamy kilku naprawdę bardzo głupich nastolatków, którzy tylko ćpają, żrą chipsy i oglądają pornole w TV. Ach, te słodkie lata 90′ pełne erotyzmu… i to widać. Widać również, że ten film jest pro-satanistyczny, a przynajmniej, najbardziej w openingu. Zresztą – twórcy musieli się całkiem nieźle bawić konwencją i domyślam się, że w 1999 film był świeży pomysłem.

„Idle hands” / „Zręczne ręce” zaczyna się śmiesznie. Znaczy – dla bohaterów niezbyt, bo cnotliwe małżeństwo ginie w łóżku. A potem poznajemy Antona (Dewon Sawa), który jest tak naćpany i zryty lenistwem, że nie zauważa śmierci rodziców. A potem robi się jeszcze komiczniej. I ze śmiercią w tle.

Że co, powtórzyłam się? Widzicie – na tym cały pic polega. Bohaterowie mają co prawda przemianę, ale grunt to ćpanko i naparzanko, tyle można powiedzieć o psychologii i to wszystkich. Trochu szkoda, bo…

…to chyba nie jest do końca wykorzystany potencjał. Twórcy poszli w komedię, co teoretycznie było dobrym ruchem, ale postać kapłanki druidów (Vivica A. Fox) najpierw prezentowała się dość ciekawie i nawet budziła moje zainteresowanie, a potem jakby zeszła na drugi plan, stała się mało ciekawą bohaterką. Ja wiem, że tu psychologia leży i kwiczy i to w kałuży krwi – w końcu liczy się śmiech – ale, no… miałam wrażenie, że można było z nią zrobić coś więcej.

Seans generalnie lekki i przyjemny, zwłaszcza dla tych, co lubią slashery. I rocka-metal, bo ta muzyka towarzyszy bohaterom dość gęsto.

kaskader

RANDKA Z KASKADERKĄ

To jest najbardziej uroczy film tego roku. Po dwudziestu minutach dzieje się coś pięknego – nie chcesz się wyplątywać z tej historii. I absolutnie wspaniałe są wszelkie nawiązania do filmów, a założę się, że nie wychwyciłam ich tak wiele jakbym chciała. Ale przy „Thelmie i Louis” prawie popłakałam się ze śmiechu.

Colt Seavers (Ryan Gosling) jest kaskaderem zakochanym w początkującej reżyserce Jody Moreno (Emily Blunt). I powiem tak: Ryan błyszczy, ale i jego kaskader też! W napisach końcowych widać wyraźnie, że aktor miał kaskadera, bo reżyser pytał o jego stan. Generalnie, zdziwiłam się, że ktoś wychodził w trakcie napisów, mimo scenek z filmowania. OK. Jestem zboczona! Te urywki z nagrywania filmu są absolutnie urocze, ale wróćmy może do fabuły.

Colt ulega wypadkowi, przez który na rok zaszywa się gdzieś na jakimś zadupiu, w jakiejś byle-jakiej pracy. Jednak przeszłość nie chce odpuścić i producentka go zaprasza na plan, podając za przyczynę tęsknoty Jody do niego. No cóż, Colt postanawia zebrać swoje manatki, a na miejscu dowiaduje się, że aktor, którego dubluje – Tom Ryder (Aaron Taylor-Johnson) znika. Za namową producentki, Colt postanawia sprawą się zająć i wpada w niezłą kabałę, co skutkuje licznymi scenami kaskaderskimi. Czyste złoto!

Najlepiej na tym filmie bawią się kinomani, gdyż nawiązań tu bez liku i zapewne przy drugim seansie „Full Guy” zyskuje podwójnie. Aż żałuję, że nie mogę sobie na to pozwolić, ale trudno*.

Czy jednak film dla reszty będzie słaby? Nie – bo to nadal bardzo zabawna historia. W dodatku widać, jak reżyser, czy też twórcy, bawią się konwencją. Jedna ze scen – kiedy Colt jest pod wpływem nielegalnych środków – to moim zdaniem artystyczny majstersztyk. Jasne, że być może nie wybitny, ale za to jak to wyglądało na ekranie! Pełna frajda z ambarasu na ekranie! I o to chodzi!

Fani romansów również powinni być zadowoleni – gdyż są tu nawet dwa wątki miłosne. To taka „historia pudełkowa”. Jody bowiem tworząc swój film wymyśliła bohaterów, którzy są w sobie zakochani i… no właśnie. Czy się zejdą? I to samo pytanie można zadać w przypadku Jody i Colta. A mało tego, scenka, kiedy ona śpiewa, a w tle kaskaderskie popisy, to jest wspaniała scena!

Czy skończę zachwyty nad tym filmem?

Nie. XD

Bo co prawda nie nagrywałam ekranu kina, ale powiedzieć mogę jedno: muzyka znakomicie dopasowana i wykorzystano jej sporo. Stąd wiem, że patrzyłam jak wymieniają wszystkie utwory i ło lala, szykuje się niezły soundtrack.

Jest jednak najważniejsza rzecz, o której muszę wspomnieć.

MIŁOŚĆ.

Ten film to nie jest zwykły film. Owszem, jeśli jesteś niedzielnym widzem, Gosling w roli kaskadera może Cię mało obchodzić. Jasne, pewnie „Full Guy” nie dostanie Oskara. Och… Drogie Oskary – powinniście honorować kaskaderów! Serio! Skoro chcecie honorować osoby od castingu (czemu tak późno?), to tym bardziej powinniście honorować kaskaderów! I ja wiem, że pewnie ta branża ma swoje nagrody, ale kurde… ta scena, w której Gosling wspomina, że Oskary nie są przyznawane kaskaderom to chyba jest najbardziej gorzka w całym filmie.

Bo reżyserka starała się oddać szacunek kaskaderom. I wiecie, w zwykłym filmie są sceny kaskaderskie. Owszem, w dobrych hitach starają się, by wyglądały zajebiście. Ale tu… z ekranu czuć było miłość. Naprawdę, „Full Guy” to list miłosny do kaskaderów i to było czuć z każdego centymetra taśmy filmowej.

I ja wiem, że moi koledzy i koleżanki z branży recenzenckiej (pozdro 😘 ) już o tym pisali. ALE „Full Guy” jest po prostu tak uroczym filmem, że trudno inaczej napisać. Na moim seansie o 15:30 było ok. 8 ludzi włącznie ze mną. Spodziewałam się mniej, bo często bywają sale pustawe, ale tak znikoma ilość to nadal jest kropla w morzu potrzeb. I nie chodzi o to tylko, że olewając film nie dacie zarabiać producentom. Chodzi o to, że gdy pójdziecie na seans to:

😍 dacie kopa do robienia oryginalnych treści, a „Full Guy” z pewnością zasługuje na uwagę, bo zwyczajnym filmem bym go nie nazwała,

😍 wszyscy wygrywają. Od ludzi pracujących w kinie, po producentów, kaskaderów, statystów, kostiumografów, scenarzystów itd., itp., etc. Bo po prostu MAJĄ PIENIĄDZE NA ŻYCIE.

I jeszcze raz: wchodząc na nietuzinkowy film mówisz, że nie chcesz gówna, chcesz znakomite kino!

Jeżeli tylko możecie, to idźcie na „Full Guy”. Proszę – Gosling błyszczy, muzyka świetna, znakomity humor, kaskaderki i inne sceny błyszczą, w ogóle cały film błyszczy gdzieś tak od 20-30 minuty. Więc serdecznie, bardzo gorąco polecam „Kaskadera” i kończę już ten list miłosny do „Full Guy”, i czekam na opinie z Waszych seansów! ❤

* jeśli jednak chcecie mi pomóc w częstszym wychodzeniu do kina, to link w komentarzu.

The hunt for Gollum (fanowskie)

Skoro wszyscy wiedzą, że Andy Serkis będzie reżyserował film, a Peter Jackson go produkował, to ja może trochę z innej beczki.

„The Hunt For Gollum” to film od fanów dla fanów i to widać. Zacznijmy od muzyki, która jest najsilniejszym elementem tego 40-minutowego prawie filmu. Czuć, że autor się postarał, by była epicka, ale wybitna oczywiście nie jest. Przyzwoita do takiej historii, to już tak.

Mamy tu Aragorna i Gandalfa, którzy umawiają się, by sprawdzić Golluma. Aragorn go złapie, a czarodziej wybada, skąd ta istota ma Pierścień. No i… początek ciekawy, ale w którymś momencie fabuła mnie znużyła. Być może powolne tempo filmu się do tego przyczyniło. Nie znaczy to, że nie ma w nim walk – bo są, oczywiście. O, i nawet Arwena i jakiś blondyn elf jest. W sumie to twórcy postarali się o to, by widz miał ładne widoczki. I cool.

„The Hunt for Gollum” został wstawiony na jutuba 9 maja 2009 roku – czyli dawno po premierze hitów Petera Jacksona. I no… przyznam, że nie jestem wybitnym znawcą świata Tolkiena. O wiele lepiej na ten temat wypowie się Middle-Earth Geek – której niniejszy wpis dedykuję – ale… mam wrażenie, że image bohaterów było ostro wzorowane na dziele Jacksona. Czy to wada? Oczywiście, nie. A to dlatego, że miło oglądać sobie znanych bohaterów.

Of course, raczej w nowym filmie Andy Serkisa Aragorna będzie grać kto inny, niż Viggo Mortensen, choćby i z racji wieku. No chyba, że wykorzystają do odmłodzenia twarzy jakąś technologię.

O czym nowy film będzie – można tylko przypuszczać, ale jego budżet zapewne będzie kilkadziesiąt razy większy, niż dzieło Chrisa Boucharda, reżysera i producenta tego fanowskiego filmiku (4 tys. USD). Facet znany jest z paździerzy, np. z „Małej syrenki” z 2018 roku (ocena na IMDB: 4,3).

Przyznam, że ogólnie „The Hunt for Gollum” może być dobrą rozrywką, ale ja jakoś nie miałam na niego nastroju. A jakość filmu – bo sorry, ale ta kopia była tyle razy wyświetlana, że zrobiła się pikseloza trochę – nie pomagała mu. Ale… tak, to jest o 7 nieb lepsze, niż „Pierścienie Władzy” Amazona 😃. Najlepiej tego dowodzi brak bólu głowy w trakcie seansu 😉.

Nowy film z LOTR’a – jeśli wszystko dobrze pójdzie – zadebiutuje w 2026.

PS.: Jestem ciekawa, czym przekonali Petera Jacksona, by wrócił do zajmowania się światem Tolkiena. Podejrzewam, że otrzymał dość sporą swobodę. A Serkis? Mam nadzieję, że się popisze i przyznam, że za specjalnie nie znam jego filmów. Chyba czas nadrobić, ale patrząc na IMDB to może być ostra impreza 😅🫣😆

Ballada o białej krowie

Dzień dobereł, mam problem z „Balladą o białej krowie”, prawdopodobnie dlatego, że jako zachodni widz nie jestem w stanie w pełni zrozumieć, co autor miał na myśli. A może to po prostu dlatego, że nie jestem feminazi, ale po kolei.

Mina (Maryam Moghadam) ma siedmioletnią córkę Bitę (Avin Poor Raoufi) i męża skazanego na śmierć. A chwilę potem jest już po egzekucji. Problem w tym, że facet został niesłusznie skazany i zabity, a nasza bohaterka żyje w Iranie. To się okazuje być problemem, bo oczywiście Mina musi sobie radzić sama, ale na zasadzie „musisz zamieszkać z rodziną”, „nie możesz przyjmować do mieszkania obcego mężczyzny”, a w szczególności – nie ma, że dostanie jakieś super przeprosiny od państwa. Co prawda Iran wypłacił jej rodzinie jakąś sumkę, ale słowa „przepraszam” za śmierć męża nie usłyszała, chociaż bardzo by tego chciała. I nawet dążyła, tyle że to Iran. Tu kobiety nie mają lekko.

I ja rozumiem, że kobietom w krajach arabskich jest ciężko. Bardzo ciężko, bo wchodzą tu kwestie tzw. honorowe, które są wymysłem religii islamskiej. Ba, sam film nawet w tytule odnosi się do białej krowy, a więc jakiejś-tam części Koranu, a Mina widzi białą krowę na placu więziennym w swoich marach. I twórcy podają te wszystkie kwestie kulturowe jak na tacy, żeby właśnie zachodni widz mógł zrozumieć, co tu się popieprzyło. Ale dam se uciąć paznokcia, że w Koranie nie ma mowy o tym, by kobieta miała prawo do zemsty. Jest za to o opiece. Otóż, mężczyzna musi się zaopiekować: a) kobietą, b) osobami starszymi, c) dziećmi. Ogólnie chodziło o to, by czynić dobro słabszym istotom. I nie, nie chciało mi się po Koranie zaglądać do hadis, bo bym pękła ze śmiechu. Ups. Ale, bardzo szanuję sufizm, żeby nie było. Ekhem, wracając do filmu…

To Reza (Alireza Sani Far) – mężczyzna w średnim wieku – był sędzią sądu karnego. A ponieważ wydał wyrok śmierci na niewinnym człowieku, poczuł się winny sytuacji Miny. I chce jej pomóc. I robi to w bardzo materialny sposób, ale dzięki temu Mina może dobrze żyć. Problem w tym, że nie jest ona świadoma roli, jaką odegrał w zabiciu jej męża…

I ja Was bardzo przepraszam, że w zasadzie wyszło bardziej streszczenie, niż recenzja „Ballady o białej krowie”, ale ten film jest dziwny. W kwestii narracji – na pewno surowy i minimalistyczny, ma inny charakter od amerykańskich hitów. Tu nie ma babeczki, która przebojowo dąży do wygrania procesu z państwem (na co miałam nadzieję xD). Tu jest raczej stawianie pytań filozoficznych na temat potrzeby kary śmierci w Iranie i tak dalej. Akcja porusza się powolnym tempem, a końcówka jest przewidywalna w momencie, gdy się dzieje. Jednakże, całość jako dochodzenie do tego wydarzenia jest bardzo takim… inteligentnym podejściem do widza. Tego czasem brakuje w amerykańskich hiciorach.

Ale wciąż Wam nie powiedziałam, dlaczego ten film jest dziwny i co ma wspólnego z feminazi. Ano – „Ballada o białej krowie” jest odbierana jako obraz ucisku kobiet, ich ograniczeń w Iranie. Tyle że… mnie sytuacja kobiety nie poruszyła, ale za to sytuacja dziecka już tak. Zwłaszcza w kontekście końcówki. Stwierdziłam, że Mina jest głupią bohaterką (łagodnie rzecz ujmując), a Reza jest właśnie tym bohaterem, któremu należy się współczucie, smutek w trakcie seansu.

Tak – nie znoszę, gdy w filmach mężczyzna płacze. Uważam, że jeśli mężczyzna płacze, to jego serce musi być naprawdę okrutnie potraktowane. Może to dziwne, ale tak jest, przez to stanęłam po stronie Rezy. On może nie był niewiniątkiem (wszak skazał człowieka na śmierć), ale z pewnością starał się być dobrym człowiekiem i dwa ostre momenty, kiedy widać go w kryzysie, poruszyły mnie.

A Mina?

Nie. Więcej, nawet – uważam, że zrobiła wielką krzywdę dziecku. Mogę zrozumieć małe kłamstewka w stylu „tata gdzieś pojechał” (bo go zabili), ale końcówka filmu… WTF? DZIECKU? GŁUCHEMU? W IRANIE?!

Ja wiem, że te postacie są tylko pretekstem do opowiedzenia o pewnych problemach społecznych Iranu. A konstrukcja filmu powoduje, że nie można go nazwać ani paździerzem, ani filmem wybitnym, czy nijakim. Ten film PO PROSTU JEST. Porusza w widzu emocje, być może ma aspekt feministyczny, ale… wymyka się temu czemuś, co nakazuje go ocenić jako dobry czy zły film.

🤷‍♀️

A Wy – widzieliście już „Balladę o białej krowie”? Spodobała się Wam? Możecie dać znać w komentarzu, dziękuję 😘

#balladaobiałejkrowie#dramat#jakiśfilm#film#recenzja#irańskiekino#iran#karaśmierci

PS.: Im dalej od seansu, tym bardziej podoba mi się narracja, dochodzenie do TEGO momentu, bo – po prostu – jest to styl thrillerów psychologicznych 🙂.

Godzilla minus one

Po pierwsze – recenzje „Godzilli Minus One” wskazywały na to, że będzie smutno i wojenno. A po drugie to dzień dobereł i po trzecie, postanowiłam dołączyć do imprezy Godzillowej. Zapraszam, bo warto.

– Nie wierzę, że nie oglądałaś „Godzilli Minus One”! – ofuknęła mnie przyjaciółka, która nawijała któryś wieczór o tym fantastycznym filmie. W zasadzie, nie ma co się dziwić, bo o tym oskarowym hicie można mnożyć eseje.

A może by tak z początku o fabule?

1945 rok, końcówka II WŚ. Kamikadze wymiguje się od swojego obowiązku samobójstwa, ale trochę mu się wydarza spadnięcie z deszczu pod rynnę. Widzi bowiem Godzillę i widzi jej grozę. Wydaje się, że to jednostkowy przypadek, a on już może żyć tylko dalej, bo wojna się skończyła. Tyle że po jakimś czasie Godzilla wraca, wywołując jeszcze więcej szkód…

Tak, to prawda – przez większą część filmu obserwujemy portret psychologiczny pokolenia, które miało nieszczęście obczaić wojnę. Obserwujemy ich troski, obserwujemy też zmianę świadomości.

Bo „Godzilla Minus One” to przede wszystkim film

ANTYWOJENNY.

Japończycy w tym temacie zrobili coś moim zdaniem niezwykłego – zrobili film, który owszem, dotyka brzegu wojny. I oczywiście, wszystkie filmy, które opowiadają o latach powojennych mogą być antywojenne. Rzecz jednak w tym, że tu jest to namacalne aż do bólu kości. I nie mamy tu do czynienia z jakimiś ciężkimi klimatami, które by czyniły z „Godzilli Minus One” smuta. No właśnie – to nie jest smut. Film ogląda się bardzo płynnie i właściwie nie chce się od niego odchodzić.

Tak, żałuję, że nie poszłam na to do kina. Uważam, że Godzilla jako postać byłaby znacznie piękniejsza. Co więcej, sposób jej przedstawienia, ba! – sama sylwetka kojarzyć się może z… „Alien”. Tak, z tym Obcym, który jest tak przerażający, że aż piękny. Myślę, że na IMAXie bardzo łatwo byłoby to dostrzec, a tu – na ekranie kompika – jest trudniej, ale da się. To robią dobre filmy i chyba efekty specjalne, za które została doceniona, naprawdę są tego warte. Ale druga rzecz, która znacznie lepiej by wybrzmiała z ekranu IMAX’a to muzyka. Ta jest epicka, choć nie towarzyszy widzowi przez cały czas. Raczej twórcy postanowili stworzyć klimat i tam, gdzie jest cisza, tam jest cisza. A tam, gdzie jest epicka scena, tam ukazuje się typowa, japońska nutka do tego typu scen. I mi to nie przeszkadza.

🤦‍♀️

Popłakałam się na samym końcu filmu. I chciałabym powiedzieć, że ta ostatnia minuta jest naciągana, ale nie mogę. Bo to całość antywojenna. Może na chwilę oddam głos Asi…

– Bo w tych japońskich filmach to te ludzie giną jak głupi: popełniają samobójstwa, itp. Ten film od początku do końca pokazuje, że ludzkie życie jest ważne i że jeśli przetrwałaś, to ma to w sobie jakiś cel, a nie hańbę. To wręcz szokujące jak na japoński film.

Tak: w „Godzilli Minus One” czuć, że życie jest ważne. I może kilka momentów zapisze się w mojej głowie, ale jest jeden, w którym wojenne pokolenie przemawia do rozumu Młodego:

Pokolenie: Ej, Młody, to że nie byłeś na wojnie jest powodem do dumy.

To było pokazane w tak piękny, japoński sposób. Bo ten film jest bardzo japoński – widać tę ich emocjonalność, teatralność może niektórych scen… zresztą, co ja mogę mówić; warto samemu zobaczyć. Kto nie siedział w japońskiej kulturze, ten mało zrozumie, co mam tu na myśli.

Ale tak.

Popłakałam się nie dlatego, że to jest ciężki jak „Grobowiec świetlików” obraz, ale popłakałam się dlatego, że to jest lekki film, opowiadający o PIĘKNIE ŻYCIA.

Miejcie dziś piękny dzień!

PS.: Ale rozumiem te wszystkie interpretacje w stylu „Godzilla to taki posttraumatyczny obraz, wyrażenie strachów” itd. I szczerze mówiąc, zrozumiałam to dopiero oglądając to dzieło. Bo to jest dzieło, które może nie każdemu przypadnie do gustu, ale twórcom należy się uznanie za pokazanie wartości życia.

Whiplash

Dzień dobereł, sytuacja z internetami chwilowo opanowana. Wobec tego zapraszam na recenzję filmu

WHIPLASH (2014).

Andrew (Miles Teller) jest studentem muzyki na najlepszym muzycznym uniwerku w USA. To niestety albo stety okazuje się bardzo trudnym doświadczeniem przez niezwykle bucowatego buca w postaci nauczyciela Fletchera (J. K. Simmons), który to bierze chłopinę do swej orkiestry na konkurs. I fabuła właściwie na tym stoi, ale ona jest pretekstem dla muzyki.

W tym filmie jest tylko jeden bohater i jest nią MUZYKA. Wszyscy pozostali to tylko pionki stawiane przez dźwięki. Ale za to jakie!

Andrew musi się zmierzyć z dwoma utworami – „Whiplash” i „Caravan”, a to nie jest takie proste. Oba utwory są trudne, ale piękne. I wiecie – posłuchacie sobie ich na YT, ale to dopiero film pokaże Wam ich wspaniałość. Emocjonalność.

Finał to koncert, ale to nie jest to, co myślicie, jeśli nie oglądaliście „Whiplash”. Że co, że spojleruję? W sumie nie – w tym obrazie nie ma czego spojlerować, ponieważ w dalszym ciągu historia jest mniej znacząca, niż dźwięki. Może jestem niesprawiedliwa, wszak film porusza kwestię „czy kariera czy miłość”, „ile możesz znieść dla kariery” i tak dalej, ale…

Koncert na którym Andrew sobie poczyna, jak mu się zachce (hehe) można odbierać jako walkę psychologiczną dwóch osób, ale tak naprawdę to nie. Myślę, że każdy artysta widząc w akcji chłopaka rozpozna TO:

TRANS.

I tu dochodzimy do dwóch rzeczy. Niezwykle zdziwiło mnie to, że reżyseria nie została uhonorowana Oskarem, bo ona w tej scenie jest wprost niesamowicie poprowadzona. Ja się na filmach muzycznych nie znam, przyznaję, ale ruchy kamery były przysłowiowo epickie. To wzmagało emocje, których nie brakowało, i to zarówno w widzu, jak i aktorze odgrywającego Andrewa.

Właśnie – druga rzecz to aktorstwo. W sumie to w pierwszym odruchu stwierdziłam, że Miles Teller miał więcej do zagrania, bo w sumie widać wszystkie jego uczucia i wierzymy, że jest w takim stanie, jaki widać na ekranie. Jednak po odświeżeniu sobie finałowej sceny (wspominałam, że jest cudowna?) zaczynam rozumieć, dlaczego J. K. Simmons zgarnął Oskara. On zdaje się niesamowicie prowadzić młodego przez meandry muzyki. I widz jest go w stanie nienawidzić za to, co robi uczniom. A finał… Jezu, to chyba jeden z najcudowniejszych finałów w historii kina.

Ponieważ mam tu fanów kochających muzykę, to wypada chyba wspomnieć o tytułowym utworze jako takim i Caravanie. Otóż, „Whiplash” to kompozycja Hanka Levy’ego, która znalazła się na płycie „Soaring” Dona Ellisa z 1973 roku. Co ciekawe, samo słowo „Whiplash” to określenie na pewien uraz kręgu szyjnego. To jest teraz znacznie ciekawsze, biorąc pod uwagę to, co się wydarza w połowie filmu. Z kolei „Caravan” powstało w 1936 roku i było komponowane przez Juana Tizola i Duke’a Ellingtona, i to ma nawet słowa spisane przez Irvinga Millsa. Tak czy siak, oba utwory to obecnie klasyki jazzowe.

Idę obejrzeć jeszcze raz finał „Whiplasha”, bo jest on niesamowity. I szczerze mówiąc, film pokochają ci głównie, którzy kochają muzykę – reszta może się nudzić. A recenzję dedykuję Matthias Music District, Joanka98 i KlikRadio, bo wiem, że muzykę kochacie.

Linki do utworów czy też playlisty w komentarzu.

Miłego dnia!

W nich cała nadzieja

EDIT: recka spojlerowa

Dzień dobereł, na CANAL+ Polska ukazał się polski film SF. „W nich cała nadzieja” to produkt niskobudżetowy, z dwoma aktorami – w tym, że jeden z nich to głos. Wstępujemy do świata postapokaliptycznego i widzimy Ewę (Magdalena Wieczorek), która sobie mieszka i sama sobie jest panią, bo nikt na planecie nie przeżył. Za towarzysza ma robota Artura (Jacek Beler), który w pewnym momencie żąda hasła, którego Ewa nie zna. To stwarza problemy, bo dziewczę nie ma jak się dostać do mieszkania po wodę i toczy z Arturem zaciekłą walkę o przetrwanie.

Widząc napis na samym początku „ta historia mogłaby być prawdziwa” już czułam, że coś tu jest nie tak. Autor – w tym przypadku Piotr Biedroń (reżyseria, scenariusz) – stawiać będzie konkretną tezę, konkretnie będzie chciał programować. A twórca jest fanem współczesnej, dobrze wszystkim znanej z głupoty ekologii. W filmie funduje nam więc zagładę świata, która wynikła przez zmiany klimatu. Spoko, ta koncepcja mogłaby jeszcze być OK, gdyby była rozwinięta. Owszem, wiemy, że były wojny ekologiczne.

I tyle.

A w dodatku czułam, że autor chciałby wciskać większą agendę ekologiczną, ale – niestety – zabrakło chyba odwagi. Bo widzicie, historia tego świata budzi ciekawość, ale w półtora godziny… można było to spokojnie zademonstrować. Zwłaszcza, że przez pierwsze 30 minut jest nudno i serio byłam bliska wyłączenia tego hitu. Gdyby nie to, że „W nich cała nadzieja” jest polskie i bardzo czekałam na ten film, odpuściłabym go sobie już po tych 20 minutach. Zwłaszcza, że w pewnym momencie zastanawiałam się: co chce powiedzieć ten film, bo ja na razie nie wiem?

Poznajemy Ewę i jej życie. Czy to miało być drugie „Jestem legendą”? Problem w tym, że – no proszę wybaczyć, ale takie są fakty – Magdalena Wieczorek zagrała trochę drewniano swoją postać. W ogóle nie widać tej samotności, która miała być; ba – reżyser w sumie nawet nie chce poruszać tego tematu. A szkoda, bo metraż mógłby być o wiele ciekawszy. Przez 20 minut nic się nie dzieje, a mamy z prostą jak budowa cepa historią do czynienia.

Im bliżej końca, tym lepiej, aczkolwiek niezupełnie skumałam ten świat. Ewa mieszka na górze, a na dole jest miasto, w którym jest skażone powietrze, i w którym trza nosić maskę. No ale powietrze nie jest zamknięte w krysztale, więc trochę nie kumam, czemu Ewcia na górze nie musi nosić maski. Nie wiem, może się czepiam, ale to nie jedyne mankamenty.

Choć przyznaję, Biedroń starał się zachować pewną logikę w świecie: w mieście jest skażona woda, więc laska nie pojedzie po nią, ale za to woda w elektrowni już może być bezpieczna, bo w końcu za murami… aczkolwiek dostanie się do samej elektrowni uważam za zbyt czasochłonne jak na 40 minut, które miała bohaterka w masce z powietrzem – bo wspina się przez komin (i to chyba dwukrotnie), nie mówiąc już o chodzeniu po elektrowni.

Co autor chciał powiedzieć? Umrzemy przez roboty? Klimat sami sobie psujemy? A może chciał stworzyć historię o samotności?

Najgorsze, że samo zakończenie miało wywołać mnóstwo łez, bo bohaterka – tak, SPOJLER – umiera. I nie wywołało. W ogóle nie czułam się z nią zżyta, mimo że przedstawiono jej życie. Czegoś zabrakło, i to chyba jest właśnie ten element aktorstwa, który Will Smith w „Jestem Legendą” potrafi przedstawić. A może za mało retrospekcji, w końcu Biedronia bardziej obchodzi klimat, niż główna bohaterka.

Z jednej strony koncepcyjnie fabuła stoi na dość dobrych założeniach, idealnych na opowiadanie. Z drugiej strony jest w „W nich cała nadzieja” niewykorzystany potencjał, przez co najlepsze elementy filmu to jego stylistyka i muzyka. Niestety, to nie broni tego dzieła zwłaszcza w przypadku, kiedy wiemy, że Polacy umieją wyrąbiście robić zdjęcia do filmów.

„W nich cała nadzieja” to średnia pozycja, która mogłaby być dobra, gdyby trwała – powiedzmy – 40 minut, a nie pełen metraż. Mogłaby być dobra, gdyby pozwolono Wieczorek rozegrać to bardziej emocjonalnie. Mogłaby być dobra, gdyby opowiedziano w niej więcej o klimatycznym konflikcie. Nie jest to oczywiście paździerz, bo film może przypaść do gustu tym, którzy lubią baaaaaaaaaaaaaaaaaardzoooooooooooooooooooo pooooooooooooooooowoooooooooooooooooolnyyyyyyyy kliiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiimaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaat w fabule i lubią sobie pooglądać ładne zdjęcia polskich twórców w filmach.

M3GAN

Jakim cudem to-to otrzymało drugą część, to ja nawet nie.

M3GAN dwa lata temu była dość dochodowym horrorem, a w związku z tym za niedługo wejdzie dwójeczka. Zaplanowana jest na przyszły rok, ale, no…

M3GAN jedzie na jednej sekwencji scen – i to wszystko. To znaczy można lubić trudny temat, jakim jest AI i jaki niewątpliwie film stara się poruszać. Problem polega na tym, że robi to przez prawie półtorej godziny. Tak, tyle trzeba czekać, by naprawdę coś się działo.

Cady (Violet McGraw) traci rodziców, na skutek czego musi dealować z ciotką. Ta natomiast jest geniuszem inżynierii robotycznej i ma na sumieniu projekt, którego budżet nie jest wpisany w oficjalne papiery firmy. Ups. Na szczęście udaje jej się wybrnąć z tego i nasza Gemma (Allison Williams) przekonuje firmę, by na serio zajęli się M3GAN – robotem o wyglądzie dziewczynki. Jak się łatwo domyśleć, robot nie będzie grzeczną maszyną…

I tak sobie obserwujemy powolną akcję…

Serio.

Tam się dużo zaczyna dziać dopiero pod koniec filmu, jakieś pół godziny przed napisami. Reszta to opowieść o relacjach ciotka-siostrzenica, czy geniusz-pracodawca.

Nie tego chciałam po tym horrorze.

Czy też raczej „horrorze”, bo nie czułam się za specjalnie wystraszona.

Chciałam krwi niczym w najlepszych slasherach, ale chyba pomyliłam nie tylko gatunki, ale także nastrój i adres. Krwi było niewiele, i te sceny co prawda próbowały być „dajmy wyobraźni pracować”, ale no… to wyglądało jak kino dla nastolatków. Tak, wiem, M3GAN miała dotrzeć do jak najszerszej publiki.

Mimo to wydaje mi się, że w pierwszym lepszym slasherze jest więcej zamieszania, niż w tym dziele.

Poznęcałam się nad tym filmem… może by wyszło lepiej, gdybym nie miała nastroju na typową rozwałkę. A że mam to idę dokańczać pierwszy sezon Boysów, bo jestem na szóstym odcinku i pamiętam z tego tyle, co z zeszłej zimy.

Do jutra!