velma sezon 1

Dzień dobereł.

Nie będzie recenzji „Velmy” publikowanej przez HBO. Mało mnie obchodzi to, jak bardzo zasłużeni są twórcy tej animacji i ile czasu zajęło im dogadanie się ze stacją, by zrobić to coś.

– To jest całkiem dobra opowieść. Sądzę, że gdyby zrobili całkiem coś nowego, to mogłoby się udać – pisze jakiś random z USA na profilu o filmach. Czemu tak ogólnie przytaczam? Bo po pierwsze, nie chce mi się szukać w stogu siana. A po drugie – takie opinie się powtarzają przy każdej jednej produkcji, która wykorzystuje daną markę do robienia jakiejś dziwnej story z LGBT.

Wracając do „Velmy”, to jej premiera odbyła się w weekend, albo coś w tym stylu. W każdym razie to nieistotne, gdyż nastąpiła akcja „oceniamy serial na 1 – nieważne, czy widziałeś, czy nie!”. I rzeczywiście, na IMDB widać to wyraźnie, „Velma” wczoraj cieszyła się niesamowitą oceną 1,5.

A teraz przeskakujemy do innej bajki – a w zasadzie do „Wiedźmina” Netflixa. Polacy byli pierwszymi, którzy głośno zaczęli mówić, że skopano twórczość Sapkowskiego. Ale dopiero gdy wydarzyło się to w Amazonie przy „Pierścieniach Władzy”, do ludzi chyba coś dotarło.

Otóż, dotarło to, że stacje chcąc zarobić niszczą swoje wielkie, piękne marki.

W jaki sposób? Tworząc historie z LGBT i przesadną poprawnością polityczną.

I niestety, ale w przypadku „Velmy” WCALE NIE CHODZI O KOLOR SKÓRY. Ale macie tu screen z tej animacji. Ja przetrwałam jakieś 5 minut, po czym wyłączyłam, czując się zmęczona, bardzo zmęczona samym klimatem produkcji.

To, co twórcy nam zaprezentowali to humor typu „Czy leci z nami pilot?” z lat 80′, a nawet gorzej. Dlaczego gorzej? Nie potrafię tego wyjaśnić, ale debilne gagi z filmów z Lesliem Nielsenem w jakiś sposób śmieszyły. Naprawdę, aż czuć było swobodę tej seksualności.

„To jest udawane” – przyszło teraz do mnie.

Czyli robimy gagi, które ludzie już widzieli tysiące razy, w każdej amerykańskiej animacji dla dorosłych. Niestety, jest to tak wtórne, że aż nudne.

A i spróbuj dodać do tego ogólny klimat USA – kraju, który najprawdopodobniej jest chyba najbardziej politycznie poprawnym krajem, jeśli chodzi o treści w kulturze. Nie? Bo mają „Boysów”? Rozumiecie chyba, że „Boysom” udało się tylko dlatego, że z natury są niepoprawni politycznie i ludzie to zaakceptowali? W dodatku było nie było, też można wychwycić te niuanse poprawności politycznej w produkcji. Ale o tym może kiedy indziej, gdy skończę pierwszy sezon.

Widzicie, ludzie są już bardzo zmęczeni.

Ja też, dlatego nie zdziwcie się, jeśli ten profil zamieni się w profil tureckich seriali.

zmowa 1988 polska

W 1988 roku wyprodukowano polski film trwający 1,5 godziny. Niby niewiele, ale ten szczegół przyda się dalej w tekście. „Zmowa” to obraz… właściwie nie wiem, jak go ocenić. Do rzeczy.

Lata 70′ XX wieku, jakaś wieś. Wita widza szczęśliwa wieś, weselna wieś i pan narrator. Zły znak? Może nie do końca – jego słowa wprowadzają w temat. I faktycznie, bez niego nie wiedzielibyśmy, że produkcja jest oparta na faktach, faktycznie miało miejsce morderstwo i faktycznie doprowadzono do końca sprawy.

A morderstwo? Oczywiście, narrator tego nie zapowiada, ale też film nie robi z igły widły, od razu mniej więcej wiadomo, kto jest sprawcą. Nie wiadomo jednak do końca, co tam się zdarzyło i śledztwo prokuratorskie ma nam to pokazać.

No i tu pojawia się mój problem, ponieważ to nie było o śledztwie. Kryminałem więc „Zmowy” nazwać nie mogę. To raczej film społeczny, film socjologiczny, czy jak to sobie chcecie nazwać – po prostu przedstawia relacje międzyludzkie we wsi, która jest podzielona i skrywa pewną tajemnicę.

Czy jest to ciekawe?

Powiem szczerze, że mi się „Zmowa” trochę ciągnęła. Mimo szybkich urywek i tak jakby „no, widz domyśla się, że cośtam”, to ja jednak… czułam, że te relacje nie są aż tak ciekawe, jak mogły by być.

Nie wiem, może przesadzam, może po prostu nie ten humor.

Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest zły obraz, tylko po prostu trzeba się nastawić na obserwację wiejskiego gówienka, a nie na śledczą intrygę.

Nie mniej, jako że jest to stary i polski film, i w dodatku z udźwiękowieniem jest bardzo w porządku, to myślę, że można sobie obejrzeć przy okazji. A, i jeszcze dodam, że film doczekał się kinowej premiery w 1990 roku.

czekaj na dalsze instrukcje

Dzień dobereł. Ponieważ „Czekaj na dalsze instrukcje” ma trailer, który właściwie opowiada cały film, to ja w tej recenzji pozwolę sobie na znaczne spojlery.

Ach, święta Bożego Narodzenia to czas spędzania z rodziną. Do domu więc zjeżdża rodzeństwo – dwóch synów ze swoimi partnerkami, w tym jedna w ciąży, a druga z Indii. Jest to ważne, ponieważ dziadzio zapatrzony w telewizor jest rasistą i bucem, i przez swoje durne komentarze wszczyna awanturę.

Ale spokojnie – to jest jeszcze light.

Następnego dnia mieszkańcy odkrywają, że dom jest otoczony jakąś substancją, metalowymi paskami i za cholerę nie mogą z niego wyjść, choćby skały srały. Jeden z bohaterów próbę przypłaca ucięciem palców, a drugi się trochę poddaje, bo ojca ma w stylu „słuchaj moich rozkazów”.

I teraz tak.

To produkcja z 2018 roku i ona WTEDY NIE RYŁA TAK BANI JAK RYJE TERAZ.

Znaczy, może i ryła – nie wiem, bo to trochę specyficzny obraz. Obraz… plandemiczny. I to dosłownie. W sumie z racji tego, że na Olimpiadzie w Londynie także były plandemiczne przesłanki (z czego ludzie i się śmiali, i byli oburzeni), i z racji tego, że media programują, nie powinno nas dziwić, ale tu jest to wręcz pokazane czarno na białym.

Otóż, nie tylko substancja wokół domu jest problemem.

Telewizja przestała nadawać programy – na każdym kanale jest napis, który się zmienia, gdy mieszkańcy coś robią.

Najpierw napis mówi: „czekaj na dalsze instrukcje”, zaś potem twierdzi, że w domu jest choroba i trzeba się zaszczepić. Domownicy niechętnie, bo niechętnie, to robią, traktując te komunikaty jako coś, co ma uratować ich życie, bo myślą, że to rządowy program ochrony obywateli.

No i dziadzio umiera pierwszy.

Potem zaczyna robić się coraz nieweselej, bo napis sugeruje, że jedną osobę należy poddać kwarantannie i właściwie wybierają ją na chybił trafił, tylko dlatego, że miała na początku katar. Widz jednak rozumie, że prawdopodobnie zarażonym jest ktoś inny, ale izolacja to najmniejszy problem mieszkańców.

Jak to w rodzinie, zaczynają się spory.

Czy telewizja mówi prawdę?

– Czy wiesz, że otwory w oknach dostarczają nam powietrze? – pyta dziewczyna Nicka.

– Nie wiem – odpowiada.

– Ja też nie wiem.

Awantury rodzinne doprowadzają do dość strasznych scen, a kobiety w ciąży nie powinny oglądać tego filmu, bo jedną z ofiar jest właśnie kobieta w ciąży.

Nie mniej, pozostaje jeszcze jedna rzecz – bardziej zrealizowana po stronie reżyserskiej, niż fabularnej.

Są zbliżenia na ekran telewizora – i to zwykle w momentach, gdy ten jest zakłócany, pojawiają się paski. Sprawia to wrażenie przekazu podprogowego, sugeruje, że „w telewizorze coś się kryje”.

Nie będę Wam opowiadała całości – bo to, co najważniejsze już Wam przekazałam. Ten film dla mnie ryje banię, bo przedstawia rodzinne relacje jako horror. I zdecydowanie to jest najstraszniejsze, a nie to, że jakaś istota zdecydowała się odizolować ludzi. Być może dzieje się tak, ponieważ jest to tak prawdziwe. No i te plandemiczne wstawki dziś, gdy wiemy, że to film z 2018…

Czy polecam? No to zależy – ja obejrzałam go dla tych wstawek plandemicznych. I jeśli chcecie oglądać, to na własną odpowiedzialność 🙂.

manhunter

W 1986 roku na świat przyszedł „Manhunter”, znany w Polsce pod dwoma tytułami: „Łowca” i „Czerwony smok”. Tym razem tłumacze wiedzieli, co robią – „Czerwony smok” to także tytuł książki Thomasa Harrisa, rozpoczynającej trylogię o Hannibalu Lecterze.

Niestety, albo stety, obraz Micheala Manna spotkał się z klapą finansową.

Postanowiono się jednak nie poddawać i zapomnieć o druzgocącej klęsce – koniec końców, żyć trzeba dalej, a fani Harrisa bardzo, bardzo chcieli zobaczyć na ekranie „Milczenie owiec”.

No i wyszło arcydzieło, a film „Czerwony smok” został zapomniany na wiele, wiele lat.

Chyba sam Mann machnął na to ręką, ale w sumie – po sukcesie „Milczenia” to nie dziwne, że go to przestało boleć. Jeśli w ogóle bolało.

Ale!

My tu gadu gadu, a Wy pewnie chcielibyście wiedzieć, jak film z 1986 roku się dziś prezentuje?

Otóż – prezentuje się przyzwoicie, choć w roli Lectera nie zobaczymy Anthony’ego Hopkinsa. Jest to po prostu film, który można sobie obczaić w wolnej chwili.

A idzie to tak: w USA jak to w USA grasuje seryjniak, więc pewien agent FBI musi złapać gościa. Tylko jak? Jak do cholery do tego dojść, skoro praktycznie nie ma żadnych sensownych śladów?

Odpowiedź jest prosta – dealować z Hannibalem Lecterem, który już jest w więzieniu i został złapany przez tego samego agenta, którego teraz widzimy.

Co ciekawe, widz wie, że morderca jest pojebany jak trzy furgonetki, ale film nie epatuje grozą, ani przemocą. Powiedziałabym, że mamy tu do czynienia ze zdjęciami ofiar i dwoma, może trzema brutalniejszymi scenami. Cała reszta to klasyczne dochodzenie do tego, kto co i jak.

I to robi klimat – zwłaszcza, że Mann wraz z autorem zdjęć zdecydowali się na naprawdę niezłe miejscami kadry, wśród których jest morze, ocean.

Niestety finał jest skapacony. Jak do tego doszło, nie wiem, chciałoby się zaśpiewać i może wyszłoby to podobnie, jak w filmie, bowiem mamy tu klasyczną muzę z lat 80′. Czy to źle? Eee… powiedziałabym, że to trochę nijak ma się do tego, co się dzieje na ekranie i w ogóle robi dziwne wrażenie. Mało tego, cięcia, ujęcia, szybkość akcji i tego, co tam się wydarzyło wygląda na trochę „byle jak”, „byle z głowy”. Nikt się tu nie starał chyba.

Ogólnie w skali 10 to oceniłabym ten film na 6.

A, no tak – jest jeszcze gra aktorska, ale… nią się zajmę przy „Czerwonym smoku” z 2002 roku 🙂.

milczenie owiec

To nie jest film, o którym da się opowiedzieć. To znaczy – owszem, napisać recenzję się napisze, przeanalizuje się te kadry, zbliżenia, gry cieni, mimikę Anthony’ego Hopkinsa, ale… to nic nie da. To jest film z kategorii jednego zdania.

TO JEST GENIALNY FILM.

Cokolwiek o nim powiem – będzie tylko słowami. Nie poczuje się tego czegoś, co „Milczenie owiec” w sobie ma. I właściwie trudno powiedzieć, skąd taki mroczny nastrój, skąd takie granie na emocjach widza.

W końcu historia jest prosta jak budowa cepa – agentka FBI dealuje z seryjnym mordercą, żeby znaleźć innego mordercę… Im mniej wiesz o tym filmie, tym lepiej, a i tak wydaje mi się, że za dużo powiedziałam.

O rany, zaraz po seansie potrzebowałam się napić wody.

Jest w tym filmie kilka scen-pereł, które po prostu są genialne.

Gra psychologiczna?

Jest to film, którego pierwszy seans to będzie TEN SEANS. TAKI SEANS NIE DO POWTÓRZENIA.

Każdy późniejszy będzie grał na czymś innym – choćby i na wychwytywaniu kadrów, niesamowitości scen.

Ale kiedy nie wiesz, JAKI JEST FILM, to odkrywasz perłę.

„Milczenie owiec” to perła.

*

Jeśli nie oglądałeś/aś „Milczenia owiec”, to ten tekst nie jest dla Ciebie, ponieważ zawiera kluczowe spojlery do filmu. Miłego seansu.

.

SPOJLER ALERT

.

Michael Mann nakręcił „Manhuntera” (1986), ale „Milczenie owiec” zrobił Johnathan Demme. W obu mamy budowanie klimatu i budowanie napięcia, oczekiwania. I o ile montażowo „Manhunter” („Czerwony smok”/”Łowca”) jest pod koniec nieco dziwaczny, o tyle końcówka „Milczenia owiec” to mistrzostwo świata.

SPOJLER ALERT 👇

„Milczenie owiec” trwa dwie godziny, ale FBI już wie, kim i gdzie jest morderca, gdy jesteśmy mniej więcej na 90 minucie filmu. Przez następnych 20 minut Demme buduje oczekiwanie, że sytuacja jebnie. Tu mamy niesamowitą zagrywkę montażową aż do samego końca. Bo my widzimy wnętrze domu mordercy. I to, co u niego się dzieje jest przeplatane telefonem agentki „wiem, kto to jest i gdzie mieszka” do swojego szefa. On jej na to, że już tam lecą. Pokazuje nam się ładny domek. Tymczasem Foster węszy, rozmawiając ze znajomymi i ofiary, i mordercy. Widz czeka, czeka. Czeka, aż FBI dorwie się do drzwi. I oni się do nich dorywają, a ona dzwoni do drzwi tego gościa, który wynajął domek. I to jest moment, w którym wszystko wybucha. Absolutnie fenomenalna scena.

Montaż budował tę scenę przez około 20 minut, dlatego się udało.

I dopiero po tym, jak dowiadujemy się, że FBI wlazło do pustego mieszkania pokazuje się nam, jak wygląda domek mordercy.

To było takie WOW.

I teraz wtrącę o innym filmie – „Czerwonym smoku” z 2002 roku, tu również będzie spojler. Reżyser Brett Ratner chciał podobny numer widzowi wywinąć. Tym razem babeczka – niewidoma osoba, pracująca przy fotosach – widzi… no dobrze, nie widzi, ale słyszy strzał i dotyka rękami jakiegoś trupa. Więc wydaje się wszystkim – włącznie z widzem – że morderca popełnił samobójstwo.

Ale NIE.

On się zjawia w domu agenta FBI, który na niego poluje.

I to miało być takie WTF, ale w pierwszej chwili wydało mi się to takie naciągane.

W drugiej stwierdziłam, że to nie jest zły koncept – on jest prostu typowym dla gatunku zwrotem akcji. Więc ani to nadzwyczajne, ani nowatorskie. Choć, to film z 2002 roku, to może wtedy było to pewne novum, ale nie wiem, nie sprawdzałam. Tak czy inaczej film Ratnera zdobył trzy nominacje, ale nie wygrał Oskarów. I nie mógł, ponieważ tego filmu nie reżyserował Demme. Demme potrafi w mistrzowski sposób budować oczekiwania.

I wracając do „Milczenia owiec” – oni montażowo z widzem do końca się bawią. Myślisz, że znowu wytną taki sam numerek, jak z domkiem mordercy? Och, nie, tym razem serio to ta sama sceneria, po której porusza się pewien miły typek…

„Milczenie owiec” zdobyło pięć Oskarów w 1992 roku:

– najlepszy film,

– Anthony Hopkins,

– Jodie Foster,

– Jonathan Demme,

– scenariusz adoptowany.

Ufff, czy to wszystko?

Ano, nie. Widzicie, rola Foster wydaje się prosta, bo ona tam z reguły rozmawia z różnymi ludźmi, węszy w sprawie. Ale moment, w którym znajduje się domu mordercy, to och, co za moment! Strach jest bardzo widoczny na jej twarzy, pot również widać, po prostu widać i czuć, widz czuje, że agentka bardzo, ale to bardzo się boi.

A Anthony Hopkins? Stworzył nową jakość grania seryjnych morderców. Ten aktor jest bardzo charyzmatyczny i dlatego mu to wychodzi.

shahmaran

„Shahmaran” to nie paździerz w stylu „Blood origin”. To po prostu telenowela z wątkami fantasy.

Fabuła zaczyna się od tego, że Sahsu czy jak to się tam pisze, przybywa do zadupia nad zadupiami, by rzucić pewne słowa w twarz dziadkowi i nauczać na tamtejszej uczelni.

Już przy pierwszej scenie miałam lekkie „ale co ona miała na myśli”, ponieważ jej matka miała stres pourazowy, a ona to opowiada tak dziwnie, że się pogubiłam – nie wiedziałam, czy facet to jej ojciec, czy dziadek, i to, że to chodzi o dziadka wychodzi dopiero później.

W pierwszym odcinku jest kilka momentów „haha”.

Drugi zaczyna się z przytupem, czyli turyści sobie skaczą do randomowej studni przy zabytku. Oj, o sprawie zrobiło się głośno, ponieważ ktoś to nagrywał na telefonie.

Niestety, ten serial zdaje się być jakiś nieogarnięty, albo ja mam przesyt telenowel – ponieważ dotarłam do 18 minuty drugiego odcinak (z ośmiu) i czułam się znudzona. Owszem, jest jakieś zawiązanie akcji, widać tajemnicę, a fani telenowel tureckich mówią „ciekawe”.

Czy dokończę?

Nie wiem, bo trochę mi się nie chce.

sharknado

Co ja właśnie obejrzałam? O_o

* * *

Pierwszy film „Sharknado” to był paździerz. Zarówno dialogi, montaż, jak i efekty specjalne zasługiwały na Złotą Malinę.

Tak, to jest film o rekinach. Trąba powietrzna z rekinami i teraz całe miasto jest nimi zalane.

Właściwie – to ja się przy tym dobrze bawiłam, ale prawdopodobnie dlatego, że wiedziałam, że to paździerz. I ci ludzie, którzy to widzieli i zrobili szeptaną reklamę filmowi chyba to zczaili… albo wyczuli ciepło w filmie.

Więc nagle się okazało, że niskobudżetowa produkcja o rekinach z tornada chce być oglądana. I była, bo stworzono 6 filmów.

Niestety, na Amazonie – bo na reszcie nie ma wcale – dostępna jest tylko jedynka i trójka. No i obie mam za sobą.

I właśnie się zastanawiam, co ja do cholery jasnej obejrzałam XD.

Oczywiście – efekty są nieco lepsze, ale nie na tyle, żeby popsuć kamp.

Dialogi lepsze – jednak tu przechodzimy do kwestii „czy jak wiesz, że piszesz paździerz, to piszesz paździerz?”. Twórca świadomie bawi się konwencją filmu i wszyscy, nawet widzowie to wiedzą. Tak więc czasem durnotki w dialogach się trafiają, ale mam wrażenie, że są to durnoty właśnie takie, które narodziły się durnotami, ich przeznaczeniem jest być durnymi i taka jest świadoma wizja artystyczna tychże. Czy więc to jest paździerzowe?

Za „Sharknado” odpowiedzialny jest Anthony C. Ferrante, a sam film należy do specyficznego dość gatunku filmowego. Jest to horror, który sam siebie parodiuje. Satyra, groteska? Nazywać to można jak się chce, nie mniej właśnie na tym polega szaleństwo tego typu wizji.

W trzeciej odsłonie „Sharknado” podobał mi się przede wszystkim początek – bo było sporo oczywistych, ale jednak nawiązań do znanych dzieł. Im dalej, tym trochę… nudniej? Ale może nuda była zamierzona, bo to nie ma być dobry film, to ma być film tak zły, że aż chce się go oglądać. Poza tym zarwałam nockę, a teraz dzień, więc. No, ale wracając do „Sharknado”, to końcówka jest w stylu „czy mogę to odzobaczyć?”.

Teraz pytanie: czy polecam?

Cóż, jeśli lubicie zwariowane wizje spółki Quentina-Rodrigueza, to chyba właśnie macie niskobudżetowego kuzyna, w domyśle „paździerz”. 🙂

The Bastard Son&The Devil Himself

Miałam iść spać o szóstej i w ten sposób jakoś ogarnąć mój dobowy rytm.

– A weź sobie obejrzyj The Bastard Son&The Devil Himself – powiedział ktoś.

W ten sposób wylądowałam o 9 rano z seansem co prawda dokończonym, ale wzbudzającym bardzo dużo apetytu na kolejne przygody Natana, Annalise i Gabriela. Te zapewnia trylogia Sally Green „Zła krew” i chyba sobie ją kupię, ale do brzegu.

Anglia. Natan niedługo kończy siedemnaście lat, a w międzyczasie musi się zmagać ze „sławą” – jego ojciec, czarnoksiężnik, kilkanaście lat temu zaaplikował masakrę Czystym, czyli przeciwnemu teamowi do Czarnoksiężników.

A ci są uważani za potwory – więc Natan jest pilnowany.

I szkolony.

Przez jakiś czas – czytaj dwa pierwsze odcinki – myślałam, że to będzie standardowa impreza „ojej, młody się szkoli, akceptuje przeszłość”, ale w trzecim odcinku wszystko wyrywa się spod kontroli. I to absolutnie wszystko, bo się okazuje, że Natan musi uciekać, Annalise jest wystraszona swoją mocą, więc też decyduje się na ucieczkę, a tak w ogóle gej Gabriel ma za zadanie dostarczyć pewnej czarownicy Natana.

I powiem Wam, że tak się wciągnęłam w historię, że nawet nie zauważyłam, kiedy minęło te kilka godzin.

Bardzo, ale to bardzo dobrym elementem serialu jest muzyka. Buduje klimat tajemniczości i nostalgii, a kiedy trzeba zasuwać z akcją, to to robi. Playlista: https://youtu.be/WRiFYtZ6iJo

Druga rzecz, która zwracała moją uwagę to widoki. Oczywiście, że serial skupiał się na bohaterach, ale przy zmianie lokacji często witał nas ładny widoczek z zaróżowionym niebem czy mgłą.

I jeśli chodzi o strukturę akcji, to mogłabym się jedynie doczepić do drugiego odcinka, kiedy jest bardzo, bardzo dużo retrospekcji. Widz może trochę stracić cierpliwość, jeśli ogląda serial ciągiem, bo sporo scen widział wcześniej. Nie mniej, podejrzewam, że reżyser próbował jakoś ogarnąć narrację powieści, gdyż w książkach przypominanie o pewnych wątkach 100 stron później jest całkowicie normalne. Tak czy inaczej, i w tych retrospekcjach znalazło się rozwinięcie sytuacji, w której się znalazła Annalise.

Więc tak trochę do tej wizji artystycznej mam mieszane uczucia, ale przyznać trzeba, że jednak buduje to mocny wątek w całkiem uporządkowany sposób, a akcja toczy się wartko.

Nie wiem, czy w tym serialu nie ma zbędnych scen, ale wiem jedno – dobrze się to ogląda. Bardzo dobrze i to pomimo wątków LGBT, które pewnie były i w książce.

Netflix nie zdecydował się na kontynuację serialu, a to wielka szkoda. Jednak pomimo cliffhangera na końcu zachęcam do obejrzenia, bo wciąż jest to jakaś historia z zakończonymi wątkami.

nigdy więcej

Dla Argentyny ten film jest ważny z dwóch powodów. Po pierwsze, tamtejsza kinematografia była nieobecna przez siedem lat na konkursie oskarowym, a teraz walczy o trzecią statuetkę w kategorii filmu międzynarodowego. Ale po drugie i najważniejsze, „Argentyna. 1985” to film o traumie narodowej i tego, jak Argentyńczycy sobie z nią radzą, zresztą – do dzisiaj muszą ogarniać skutki tamtejszej punty wojskowej, która rządziła w jakiś tam latach.

Ano, właśnie – nie muszę znać historii tego kraju, by dobrze się czuć na tym dramacie sądowym, ponieważ film jest przeznaczony na rynki międzynarodowe. Widać to przede wszystkim w stawkach pisemnych w stylu „Tylko jeden człowiek może wnieść akt oskarżenia i jest nim Julio Strassera”. Oczywiście, na ekranie widzimy to w mniej stabloidoizowany sposób, nie mniej, daje się wyraźny znak widzom, że nie są idiotami, ale muszą być wprowadzeni do sytuacji. No bo faktycznie – w pierwszych minutach poznajemy pana prokuratora, który jest niezwykle zestresowany tym, co go czeka.

Pierwszy akt jest może i powolny, ale nie łudźmy się – to dzięki niemu poznajemy bohaterów i mamy szansę na zżycie się z nimi.

Więc w sumie… nie wiem, czy jest taki najgorszy… powolne tempo co prawda może być wymagające dla widza, bo nie mamy tu przebojowego i młodego prokuratora, który chce sprawiedliwości, a starszego i doświadczonego życiem ojca.

W dodatku wojsko, jak to wojsko nadal ma siłę.

Proces napotyka na trudności, bo doświadczeni ludzie w prawie nie chcą mieć w tym udziału. Ale za to niedoświadczeni? Młodzi? Jak najbardziej!

I powiem Wam, że aktorzy odgrywający młodych gniewnych, którzy zbierają te wszystkie materiały, jeżdżą tu i tam, są po prostu genialni. Zwłaszcza ten rudy, żartowniś. Tym scenom daje to taką energię „yeah, jedziemy, wywalczymy!” i to się bardzo czuje. A im bliżej końca, tym widz czuje się coraz bardziej zżyty z tym, co widzi na ekranie.

Aktor odgrywający rolę zastępcy prokuratora również był młody, ale powiedzmy sobie szczerze – miał pewien wątek do odegrania. To „jezu, boję się, może mi coś zrobią?”. Bo rzeczywiście junta i ich przyjaciele zastraszali prokuraturę i świadków. Niby zlewano, ale scena, gdzie zastępca prokuratora rozgląda się wokoło, patrzy nerwowo na salę sądową rzeczywiście oddaje powagi sytuacji.

Gdy aktor odgrywający Julio Strasserę – prokuratora – Ricardo Darin – odtwarzał przemowę końcową, to ja faktycznie czułam tę charyzmę. Sam Strassera – wnioskuję po zdjęciach – miał ładną energetykę i wydaje mi się, że był najlepszym człowiekiem do tego, co zrobił, a raczej, czego dokonał.

„Argentyna. 1985” zdobył trzy nagrody na festiwalu Kina Latynoamerykańskiego – 43. podejście – odbywającego się na Kubie. To nagrody za kierownictwo artystyczne (Micaela Saiegh), Ricarda Darina i za scenariusz (Santiago Mitre, Mariano Llinás). I powiem co do artystycznych wizji… Bardzo podobają mi się te wstawki z nagrywania TV, w takim klimacie mocno retro, jakby rzeczywiście wstawiali archiwalne nagrania, to było bardzo przekonujące. Na końcu filmu mamy jednak zdjęcia z tego, co było i widać różnice na niektórych ujęciach, ale wciąż – dam tu przykładowe zdjęcie ukradzione z argentyńskiego internetu, gdzie młody prokurator stoi ze starym prokuratorem 🙂. Także casting się spisał.

Co do muzyki, to nie wiem… jest taka… minimalna, ale miło posłuchać argentyńskiego zaśpiewu.

Ostatecznie wolałabym, żeby Oskara za międzynarodowy film zdobyła „Argentyna.1985”, niż nasze polskie „IO”. Dlaczego? Bo porusza NAPRAWDĘ WAŻNY TEMAT i czuć, że absolutnie wszyscy starali się sprostać zadaniu – nie tylko odtworzeniu tego, co było, ale również, żeby HISTORIA BYŁA GODNIE NAKRĘCONA. I im się udało, moim zdaniem.

idiokracja

Fox został oskarżony o porzucenie filmu „Idiocracy”, choć leciał w kinach. A przez pomysł pełen potencjału film stał się kultowy i od 2006 roku zarobił już 9,9 miliona dolarów.

Ale to nie jest dobry film.

Zacznijmy od tego, że pewien koleś – Joe – wraz z prostytutką Ritą biorą udział w amerykańskim, tajnym eksperymencie wojskowym. Zostają zamrożeni i mieli się obudzić po roku. Jak zapewne przypuszczacie, plan ten nie powiódł się, w rezultacie czego obudzili się 500 lat później.

Świat, w którym się odnajdują to świat pełen idiotów. I to dosłownie, bo kto idzie do kina na kadr z dupą, który trwa 1,5 h?

No właśnie.

Joe i Rita chcą wrócić do przeszłości, ale ponieważ nie mają obowiązkowych tatuaży i nie znają tego świata, to się wplątują w tarapaty. Czy też bardziej – on się wplątuje.

A ponieważ wyszło w więzieniu, że jest najinteligentniejszym człowiekiem na świecie, to prezydent wzywa go do siebie i czyni ministrem spraw wewnętrznych. A jest co robić, bo się okazuje, że upraw nie ma, żywność się kończy, śmieci są wszędzie, elektrownia jądrowa jest zniszczona i nikt nic z tym nie robi…

Widzicie?

Ten pomysł zawiera naprawdę wiele elementów, które sprawny reżyser potrafiłby wykorzystać i zrobić z tego historię petardę. Od pełnokrwistego dramatu, przez satyrę…

Czekaj, „Idiokracja” miała być satyrą!

Niestety, pomysł polany sosem typowej, „głupiej komedii” nie zdaje egzaminu. Żarty, które tu znajdziemy są żartami tak czerstwymi, że aż miło popatrzeć na czerstwy chleb.

Ani razu się nie zaśmiałam, co najwyżej prychnęłam, a niektóre wątki są bardzo przewidywalne.

Jednak widz już od pierwszej minuty wie, że to nie może być dobre kino. Widzimy bowiem jakąś prezentację i słyszymy pana narratora, który opowiada właśnie, jak do tego doszło, że Joe wylądował tam, gdzie wylądował. I najpierw wydawało mi się, że zrobią coś więcej ze sceną w muzeum, że od tego się zacznie i sceny pofruną, ale nie. Pokazali kadr na ten budynek, gdzie prezentacja się skończyła i tyle widzieli lotu.

Gra aktorska również nie powala.

A muzyka? Muzyka… jaka muzyka? Toż to „głupia komedia”.

Dużym plusem filmu jest jego trwanie – to godzina i 24 minuty. Prawda, że mało? No właśnie, to chyba właśnie pozwoliło mi na obejrzenie tego czegoś do końca.

Jeżeli lubicie oglądać paździerze – TAK, to jest film, który jest paździerzem. Nie jakimś super tragicznym, ale jednak paździerz. Jeśli chcecie obejrzeć coś mądrego, to… owszem, tu są mądre wstawki, typu „wielkie korpo niszczą świat”, ale… ten sos. Bardzo żałuję, że film, historia z takim potencjałem jest polana tak nieapetycznym sosem.