milczenie owiec

To nie jest film, o którym da się opowiedzieć. To znaczy – owszem, napisać recenzję się napisze, przeanalizuje się te kadry, zbliżenia, gry cieni, mimikę Anthony’ego Hopkinsa, ale… to nic nie da. To jest film z kategorii jednego zdania.

TO JEST GENIALNY FILM.

Cokolwiek o nim powiem – będzie tylko słowami. Nie poczuje się tego czegoś, co „Milczenie owiec” w sobie ma. I właściwie trudno powiedzieć, skąd taki mroczny nastrój, skąd takie granie na emocjach widza.

W końcu historia jest prosta jak budowa cepa – agentka FBI dealuje z seryjnym mordercą, żeby znaleźć innego mordercę… Im mniej wiesz o tym filmie, tym lepiej, a i tak wydaje mi się, że za dużo powiedziałam.

O rany, zaraz po seansie potrzebowałam się napić wody.

Jest w tym filmie kilka scen-pereł, które po prostu są genialne.

Gra psychologiczna?

Jest to film, którego pierwszy seans to będzie TEN SEANS. TAKI SEANS NIE DO POWTÓRZENIA.

Każdy późniejszy będzie grał na czymś innym – choćby i na wychwytywaniu kadrów, niesamowitości scen.

Ale kiedy nie wiesz, JAKI JEST FILM, to odkrywasz perłę.

„Milczenie owiec” to perła.

*

Jeśli nie oglądałeś/aś „Milczenia owiec”, to ten tekst nie jest dla Ciebie, ponieważ zawiera kluczowe spojlery do filmu. Miłego seansu.

.

SPOJLER ALERT

.

Michael Mann nakręcił „Manhuntera” (1986), ale „Milczenie owiec” zrobił Johnathan Demme. W obu mamy budowanie klimatu i budowanie napięcia, oczekiwania. I o ile montażowo „Manhunter” („Czerwony smok”/”Łowca”) jest pod koniec nieco dziwaczny, o tyle końcówka „Milczenia owiec” to mistrzostwo świata.

SPOJLER ALERT 👇

„Milczenie owiec” trwa dwie godziny, ale FBI już wie, kim i gdzie jest morderca, gdy jesteśmy mniej więcej na 90 minucie filmu. Przez następnych 20 minut Demme buduje oczekiwanie, że sytuacja jebnie. Tu mamy niesamowitą zagrywkę montażową aż do samego końca. Bo my widzimy wnętrze domu mordercy. I to, co u niego się dzieje jest przeplatane telefonem agentki „wiem, kto to jest i gdzie mieszka” do swojego szefa. On jej na to, że już tam lecą. Pokazuje nam się ładny domek. Tymczasem Foster węszy, rozmawiając ze znajomymi i ofiary, i mordercy. Widz czeka, czeka. Czeka, aż FBI dorwie się do drzwi. I oni się do nich dorywają, a ona dzwoni do drzwi tego gościa, który wynajął domek. I to jest moment, w którym wszystko wybucha. Absolutnie fenomenalna scena.

Montaż budował tę scenę przez około 20 minut, dlatego się udało.

I dopiero po tym, jak dowiadujemy się, że FBI wlazło do pustego mieszkania pokazuje się nam, jak wygląda domek mordercy.

To było takie WOW.

I teraz wtrącę o innym filmie – „Czerwonym smoku” z 2002 roku, tu również będzie spojler. Reżyser Brett Ratner chciał podobny numer widzowi wywinąć. Tym razem babeczka – niewidoma osoba, pracująca przy fotosach – widzi… no dobrze, nie widzi, ale słyszy strzał i dotyka rękami jakiegoś trupa. Więc wydaje się wszystkim – włącznie z widzem – że morderca popełnił samobójstwo.

Ale NIE.

On się zjawia w domu agenta FBI, który na niego poluje.

I to miało być takie WTF, ale w pierwszej chwili wydało mi się to takie naciągane.

W drugiej stwierdziłam, że to nie jest zły koncept – on jest prostu typowym dla gatunku zwrotem akcji. Więc ani to nadzwyczajne, ani nowatorskie. Choć, to film z 2002 roku, to może wtedy było to pewne novum, ale nie wiem, nie sprawdzałam. Tak czy inaczej film Ratnera zdobył trzy nominacje, ale nie wygrał Oskarów. I nie mógł, ponieważ tego filmu nie reżyserował Demme. Demme potrafi w mistrzowski sposób budować oczekiwania.

I wracając do „Milczenia owiec” – oni montażowo z widzem do końca się bawią. Myślisz, że znowu wytną taki sam numerek, jak z domkiem mordercy? Och, nie, tym razem serio to ta sama sceneria, po której porusza się pewien miły typek…

„Milczenie owiec” zdobyło pięć Oskarów w 1992 roku:

– najlepszy film,

– Anthony Hopkins,

– Jodie Foster,

– Jonathan Demme,

– scenariusz adoptowany.

Ufff, czy to wszystko?

Ano, nie. Widzicie, rola Foster wydaje się prosta, bo ona tam z reguły rozmawia z różnymi ludźmi, węszy w sprawie. Ale moment, w którym znajduje się domu mordercy, to och, co za moment! Strach jest bardzo widoczny na jej twarzy, pot również widać, po prostu widać i czuć, widz czuje, że agentka bardzo, ale to bardzo się boi.

A Anthony Hopkins? Stworzył nową jakość grania seryjnych morderców. Ten aktor jest bardzo charyzmatyczny i dlatego mu to wychodzi.

Ufff, dobra. Idę se włączyć jakiś film/odpocząć. Analiza porównacza „Manhuntera” i „Czerwonego smoka” na dniach 🙂. Miłego dnia xD.

nigdy więcej

Dla Argentyny ten film jest ważny z dwóch powodów. Po pierwsze, tamtejsza kinematografia była nieobecna przez siedem lat na konkursie oskarowym, a teraz walczy o trzecią statuetkę w kategorii filmu międzynarodowego. Ale po drugie i najważniejsze, „Argentyna. 1985” to film o traumie narodowej i tego, jak Argentyńczycy sobie z nią radzą, zresztą – do dzisiaj muszą ogarniać skutki tamtejszej punty wojskowej, która rządziła w jakiś tam latach.

Ano, właśnie – nie muszę znać historii tego kraju, by dobrze się czuć na tym dramacie sądowym, ponieważ film jest przeznaczony na rynki międzynarodowe. Widać to przede wszystkim w stawkach pisemnych w stylu „Tylko jeden człowiek może wnieść akt oskarżenia i jest nim Julio Strassera”. Oczywiście, na ekranie widzimy to w mniej stabloidoizowany sposób, nie mniej, daje się wyraźny znak widzom, że nie są idiotami, ale muszą być wprowadzeni do sytuacji. No bo faktycznie – w pierwszych minutach poznajemy pana prokuratora, który jest niezwykle zestresowany tym, co go czeka.

Pierwszy akt jest może i powolny, ale nie łudźmy się – to dzięki niemu poznajemy bohaterów i mamy szansę na zżycie się z nimi.

Więc w sumie… nie wiem, czy jest taki najgorszy… powolne tempo co prawda może być wymagające dla widza, bo nie mamy tu przebojowego i młodego prokuratora, który chce sprawiedliwości, a starszego i doświadczonego życiem ojca.

W dodatku wojsko, jak to wojsko nadal ma siłę.

Proces napotyka na trudności, bo doświadczeni ludzie w prawie nie chcą mieć w tym udziału. Ale za to niedoświadczeni? Młodzi? Jak najbardziej!

I powiem Wam, że aktorzy odgrywający młodych gniewnych, którzy zbierają te wszystkie materiały, jeżdżą tu i tam, są po prostu genialni. Zwłaszcza ten rudy, żartowniś. Tym scenom daje to taką energię „yeah, jedziemy, wywalczymy!” i to się bardzo czuje. A im bliżej końca, tym widz czuje się coraz bardziej zżyty z tym, co widzi na ekranie.

Aktor odgrywający rolę zastępcy prokuratora również był młody, ale powiedzmy sobie szczerze – miał pewien wątek do odegrania. To „jezu, boję się, może mi coś zrobią?”. Bo rzeczywiście junta i ich przyjaciele zastraszali prokuraturę i świadków. Niby zlewano, ale scena, gdzie zastępca prokuratora rozgląda się wokoło, patrzy nerwowo na salę sądową rzeczywiście oddaje powagi sytuacji.

Gdy aktor odgrywający Julio Strasserę – prokuratora – Ricardo Darin – odtwarzał przemowę końcową, to ja faktycznie czułam tę charyzmę. Sam Strassera – wnioskuję po zdjęciach – miał ładną energetykę i wydaje mi się, że był najlepszym człowiekiem do tego, co zrobił, a raczej, czego dokonał.

„Argentyna. 1985” zdobył trzy nagrody na festiwalu Kina Latynoamerykańskiego – 43. podejście – odbywającego się na Kubie. To nagrody za kierownictwo artystyczne (Micaela Saiegh), Ricarda Darina i za scenariusz (Santiago Mitre, Mariano Llinás). I powiem co do artystycznych wizji… Bardzo podobają mi się te wstawki z nagrywania TV, w takim klimacie mocno retro, jakby rzeczywiście wstawiali archiwalne nagrania, to było bardzo przekonujące. Na końcu filmu mamy jednak zdjęcia z tego, co było i widać różnice na niektórych ujęciach, ale wciąż – dam tu przykładowe zdjęcie ukradzione z argentyńskiego internetu, gdzie młody prokurator stoi ze starym prokuratorem 🙂. Także casting się spisał.

Co do muzyki, to nie wiem… jest taka… minimalna, ale miło posłuchać argentyńskiego zaśpiewu.

Ostatecznie wolałabym, żeby Oskara za międzynarodowy film zdobyła „Argentyna.1985”, niż nasze polskie „IO”. Dlaczego? Bo porusza NAPRAWDĘ WAŻNY TEMAT i czuć, że absolutnie wszyscy starali się sprostać zadaniu – nie tylko odtworzeniu tego, co było, ale również, żeby HISTORIA BYŁA GODNIE NAKRĘCONA. I im się udało, moim zdaniem.