Mieliście ciężki dzień? Albo inaczej – jesteście po takim seansie filmowym/książkowym i chcecie odpocząć. Tak psychicznie, zupełnie. A przy tym nie oglądać totalnych głupot. No to macie – „Do wszystkich chłopaków, których kochałam”.
Film to ekranizacja jakiejś powieści młodzieżowej. Nie mam pojęcia, czy zadowolił fanów, ale „Do wszystkich chłopaków, których kochałam” to przyjemny seans. Dlaczego? No bo…
Bohaterka pisze listy do chłopaków, do których coś czuła. Właśnie – CZUŁA. Czyli PRZESZŁO. Pewnego jednak dnia okazuje się, że listy te dostają się w ręce adresatów. To – wiadomo – tworzy trochę problemów.
Nie wiem, czego to była wina, ale przez pierwszą godzinę tak oglądałam w sumie na zasadzie „aby coś leciało”. Raz się zaśmiałam, ale ogólnie to historia jakoś tak średnio mnie jarała. Tyle że gdyby nie jarała w ogóle, to bym ją wyłączyła na starcie. Tymczasem ta GIMBAZA leciała. Sobie. A ja oglądałam perypetie młodej pary, która dopiero się uczy życia. I im dłużej się im przyglądałam, tym mogłam wyciągnąć więcej nauki, że tak powiem. A to, że trzeba ze sobą rozmawiać, a to, że nie watro uciekać i tak dalej. Takie, no wiecie, sprawy szesnastolatków. I pewnie to im się film najbardziej spodoba.
Ostatecznie jestem dość zadowolona z obejrzenia tego filmu, dlatego przy okazji kolejnego zmęczenia ciężkimi tematami chętnie nadrobię dwie pozostałe części.
A – i chyba najważniejsze. TAK, WIDAĆ, ŻE BOHATEROWIE MAJĄ NAŚCIE LAT.
TUTAJ możesz mnie wesprzeć, jeśli podoba Ci się to, co wyprawiam na blogu / moje recenzje / chcesz, by były filmy spoza Netflixa. Dziękuję!
Pięć sezonów, 65 odcinków. Tyle liczą sobie „Przygody Merlina”, które lata temu mogliśmy oglądać na Polsacie w sobotnie południe. Teraz jest to możliwe dzięki Netflixowi i to była dla mnie czysta frajda, móc oglądać 43543423544325 interpretację legend o królu Arturze.
Jest to młodzieżowa produkcja, choć ogląda się ją bardzo dobrze. W głównych rolach obsadzono Colina Morgana (Merlina) i Bradleya Jamesa (Artur). Bohaterowie poboczni, którzy odgrywali i tak znaczącą rolę to Richard Wilson (Gajusz) czy Anthony Head (Uther Pendragon). Zapytacie, co z tego? Ano, nie wiem. Przejdźmy zatem do fabuły.
Na dwór Uthera Pendragona, króla Camelotu, przybywa pewien chłopak. Jest młody i nie znający świata, ale jego mama przyjaźni się z nadwornym medykiem, pod którego pieczę trafia. Merlin, bo tak się człek nazywa, nie zaskarbia sobie sympatii Artura, syna Uthera, ponieważ… no, ponieważ zachowuje się nierozważnie. Koniec końców jednak, pod wpływem innych wydarzeń, Uther łaskawie czyni z Merlina giermkiem swego syna. I tak zaczyna się wielka przyjaźń pomiędzy czarownikiem, a Arturem. No, tyle że następca tronu nie ma zielonego pojęcia o potędze swego giermka. I nic w tym dziwnego – czary są zakazane, co tworzy liczne problemy w postaci licznych wrogów Camelotu.
Męska przyjaźń?
Wiadomo – giermek to tylko giermek. Pokojowy to tylko pokojowy. Asystent nadwornego medyka to tylko asystent nadwornego medyka. Nie umywa się do władzy Artura. Nic więc dziwnego, że królewski potomek nie okazuje zbyt wiele szacunku innym. Z czasem się jednak to zmienia i twórcy serialu naprawdę dobrze zaznaczyli tę „przemianę”. No właśnie – „przemianę”. Bo o ile widać, że bohaterowie zachowują się znacznie dojrzalej i już nie wierzą z miejsca wszystkim naokoło, tak w kwestii przyjaźni pomiędzy Merlinem a Arturem mam bardzo mieszane uczucia. Możliwe, że to dlatego, że kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa. A możliwe też, że twórcy chcieli budować napięcie i dramatyzm. Sama nie wiem, bo podobno w męskiej przyjaźni przedrzeźnianie się na kilkanaście różnych sposobów to normalka. I mogłam to ogarnąć w pierwszym czy drugim sezonie – w końcu Artur to jeszcze bubek, nadęty pan tronu. Jednak te wszystkie przygody mają na niego wpływ. Tak więc… w trzecim sezonie co prawda widać, że Merlin może sobie pozwalać na trochę więcej słów, niż zwykły sługa, ale to nadal sługa. I miałam wrażenie, że w tej relacji jest coś toksycznego. Ciągle określali swoją relację jako „przyjaźń”, ale czy aby na pewno? Niektóre gesty czy nawet mimika twarzy Merlina wskazywały na to, że nie jest zadowolony z tego, że Artur włożył mu wiadro na głowę. Ale nadal – wiedząc, że magia jest zakazana – odgrywał rolę przybocznego idioty. Pomimo właśnie tego, że wielokrotnie ratował tyłek Arturowi. Ba – wątek ten i przyjaźni jest poruszany w ostatnich odcinkach przez samego Artura, już wówczas siedzącego na tronie. I te sceny mogą kroić serce, zwłaszcza, jak się ma te naście lat.
Poprawność polityczna
Jeśli myślicie, że dopiero Netflix wymyślił czarnoskórą królową na tronie Anglii, to się mylicie. Pierwszymi byli twórcy „Przygód Merlina”.
Mogli być również pionierami w obsadzeniu czarnoskórych rycerzy z Okrągłego Stołu.
Ale w kwestii silnych kobiet jest tu sprawa co najmniej ciekawa. Dlaczego? Bo same w sobie legendy o króle Arturze nie przedstawiają pozytywnie roli niewiast, raczej obrazują je jako złe i niebezpieczne. I o ile w pierwszych dwóch sezonach łatwo było to przełknąć, bo przecież czarnoskóra służka poszła walczyć, a w atakowanej wiosce walczą również kobiety, to jednak im dalej, tym trudniej było zachowywać pro-feministyczny charakter produkcji. Może i twórcy by chcieli, ale jednak nie bardzo mogą coś zrobić ze złą czarownicą Morganą, skoro tak było w legendzie. Ba, kryzys w związku Artura tylko wspomaga jakieś takie wrażenie „kobiety są złe”. Na szczęście to serial, więc poboczni bohaterowie mogą być płci męskiej i na równi spiskować z białogłowymi. Ale może jestem zbyt przewrażliwiona – no wiecie, za dużo treści pro-feministycznych na uczelni.
Zagrywki reżyserskie
Pewnie to nic nadzwyczajnego, ale jest różnica w kręceniu pierwszych a ostatnich sezonów. Spójrzmy na kolory – w beztroskich przygodach są nasycone, ale gdy sytuacja staje się nadzwyczaj poważna, to już dodano pewnego rodzaju szarość. Przykład:
Nie jest to może kadr specjalnie tęczowy, ale jest różnica z ich intensywnością – na przykład do tego:
Dobrze też wychodzi realizacja pro-horrorowych zagrywek, gdy odcinek tego wymaga. Tutaj szczególnie polubili zabawę z crumperami (czy jak to się pisze – chodzi o wyskakiwanie duchów z nagła) czy postacie z których leje się woda.
Czy wszystko zgrane?
Ogólnie, serial nawet po latach dobrze się ogląda. To zasługa muzyki i również tego, że im dalej, tym ciekawej. No, poza pewnymi wątkami w stylu „dźgnięta i uratowana, ale potem znowu tak samo dźgnięta i już umarła”. Ostatecznie można na to przymknąć oko, bo po co psuć sobie zabawę.
Na szczęście w dwóch innych kwestiach twórcy się spisali.
O ile w pierwszych odcinkach morał jest wręcz mówiony, o tyle im w głąb lasu, tym jest on mniej wypisany czarno-na białym. Innymi słowy, bohaterowie dorastają wraz z widzami.
No i logika pewnych oddziaływań – to było szczególnie ważne w ostatnich dwóch odcinkach. Z początku wydaje się, że skoro taki silny i mocny, to czemu Artura nie uratuje? Ano właśnie temu – za chwilę pada odpowiedź.
Całość ma wydźwięk w stylu „uwierz w siebie”. Ciekawe też było dla mnie zobaczenie, jak bardzo ten serial poszedł mi w dekiel, ale to może zostawię dla siebie.
Jeśli Ci się recenzja spodobała lub chciałbyś/łabyś, bym zrecenzowała coś spoza Netflixa lub po prostu masz na to ochotę, to możesz mnie wesprzeć tutaj. Dziękuję, za wszelkie wsparcie jestem wdzięczna! <3
Na Netflix wszedł kolejny serial. Tym razem z Luksemburga. Dziś ma drugie miejsce w najpopularniejszych serwisu. Ale czy „Capitani” rzeczywiście na to zasługuje?
Moim zdaniem – nie. Co nie znaczy, że jest on kiepski; po prostu fani kryminału nie dostaną tu jakiejś wyjątkowo wartkiej akcji czy zaskakujących momentów. Ba – koneserzy gatunku będą mogli przewidzieć scenariuszowe „niespodzianki”. Co zatem skłoniło mnie do obejrzenia wszystkich 12 odcinków?
Tysiąc i jedno pytanie
Odpowiadając, to są następujące rzeczy:
język. Luksemburski mnie odrobinę zaciekawił, bo to jednak ani nie niemiecki, ani nie francuski, ani nawet nie włoski czy skandynawski. Sprawiał wrażenie, jakby wszystkie cechy z tych języków były wrzucone do jednego wora i tak to się toczy właśnie. Pogrzebałam i okazało się, że luksemburski przez dłuższy czas był uznawany za dialekt niemiecki, ale w 1984 się to zmieniło. Wtedy wpisano go do języków urzędowych kraju. Mimo to wieści głoszą, że francuski – drugi urzędowy – go wypiera.
Ale wróćmy do serialu. Jest tu wszystko przyzwoite, od montażu, oświetlenie, po grę aktorską. Ba, główny bohater – Luc Capitani – wyróżnia się na tle mieszkańców nie tylko tym, że przychodzi od zewnątrz. Także aktor się postarał i postawa tego policjanta jest taka kamienna, lekko gburowata czy lekceważąca. Zauważyłam to dopiero w ostatnim odcinku, ale tak – wszyscy pozostali bohaterowie byli grani tak bardziej miękko, co nie dziwi, skoro mieszkają w małej wioseczce, nieopodal stolicy. Wobec tego wszyscy się tu znają i są w jakiś sposób ze sobą zżyci.
Muzyka… powiedzmy sobie szczerze – nie zauważyłam, by wyróżniała się czymś nadzwyczajnym, ale spełnia swoje zadanie.
Intryga. Mamy morderstwo. Sprawa wydaje się dość prosta, ale właśnie nie. Oczywiście, mieszkańcy miasteczka zdają się wiedzieć doskonale, co zaszło, ale zdają się nie chcieć mówić. Typowe? Tak. Dobrym rozegraniem scenariuszowym było to, że Luc w hotelu poznaje… no właśnie raczej rozpoznaje starą znajomą, z którą łączy pewną tajemnicę. I szczerze mówiąc, wałki, jakie się wokół niej tworzą zdają się być odrobinę ciekawsze, niż rozwiązywanie śmierci nastolatki, jednej z bliźniąt (spod znaku bliźniąt).
Wątki poważne. Jest tam sprawa pewnego pana, który ma niepełnosprawność umysłową i najprawdopodobniej coś widział. Mieszkańcy starają się go kryć, bo jest łatwym celem. Zbyt wielkie obawy? No, niekoniecznie, bo przypomina się taka sprawa Tomka Komendy…
…a propos polskiego wątku. To jest tam nawiązanie, tyle że dość niejasne. No bo mamy takiego delikwenta, który nazywa się Jerry Kowalska. Nazwisko znajome, prawda? No to – niezaprzeczalnie Polak! Tyle że nie. W serialu stwierdzono, że gościu pochodzi z Białorusi i musiał stamtąd spadać, bo reżim. Dajcie znać, czy są jacyś Kowalscy na Białorusi, kto wie, widział :).
Długość odcinków. Słowo daję, to była jedna z przyczyn, dla której łatwiej było mi oglądać ten serial. Mamy do czynienia z 25 minutami, a więc niecałe pół godziny. Znaczy, dla odcinka. Gdyby to było godzinne, to raczej trudniej byłoby mi się skupić na historii, wydawałaby się rozwleczona. A tak, mamy cięcie. To także zmusza scenarzystę/reżysera do cięć końcowych scen, które wymuszają „ej, ale co się tu stało? Chcę dalej!”.
Szczerze, wciągnęłam się dopiero od czwartego odcinka. Chciałam zobaczyć, co się naprawdę stało, bo wyglądało na to, że z każdym kolejnym faktem dostajemy nie rozwiązanie, a pytanie.
Mimo wszystko, nie żałuję, że obejrzałam „Capitaniego”. To serial, który może zadowolić przede wszystkim świeżo upieczonych fanów gatunku. No i zawsze jest to historia, która… eee, no może odprężyć. W sensie, wiecie o co chodzi xD.
Zastanawiam się, co tu napisać. Szczerze? Piękna prostota – tyle wystarczy. Ale ten film zasługuje na kilka jeszcze słów jak żaden inny z lunarnej wersji Pięciu Smaków.
Niby nic się nie działo, a jednak zleciał najszybciej. Jakoś tak proza życia Sajgonu lat 80′ XX wieku po prostu wciągnęła, mimo że historia jest dość prosta. On – ściąga długi. On – gra w operze i to nie byle jakiej, bo tradycyjnej, wietnamskiej. Spotykają się i… popłakałam się. Nie wiem, kim trzeba by było być, żeby się nie wzruszyć. Jest to tak subtelnie, artystycznie ukazane, że chyba nie w sposób. Co więcej, to nie jest wymuszone, jak w „Żonie”, tylko jakoś tak wypływa naturalnie, z ciepła.
Chyba nie ma sensu opisywać gry świateł, bo to widać na powyższym screenie. Dodajmy do tego stylizację otoczenia retro. Upływ czasu, starzenie się i tak dalej.
Muzyka to jeden z największych atutów filmu, jest spokojna, operowa, nostalgiczna. Nic więcej nie umiem na ten temat powiedzieć, ale doskonale zgrywa się z tym, co widać na ekranie.
Żałuję, że w najbliższym czasie nie będę miała jak sobie odświeżyć tego filmu. To dzieło na przynajmniej dwa seansy.
Shunji Iwai stwierdził, że nie zastanawiał się nad sensem tytułu. Ucieszył mnie ten policzek w krytyczne analizowanie, ale…
Biedne rybki ;(. Pamiętajcie, by trzymać je w dużym akwarium i broń Boże okrągłym!
„Żona dla Rip Van Winkle” ma kilka wersji długości – my dostaliśmy tę, co trwa 179 minut. I powiem Wam, że bardzo mnie one wymęczyły. Zastanawiałam się nawet, czy dać sobie spokój, bo ta japońska mentalność mnie po prostu wk…. Jednak po przeczytaniu „jest to film dekady” (z 2016) uznałam, że „Żona” to must have.
Ojej, jaka ta Japonia wyzwolona i w ogóleeee oeneonenene!!1111
Nie? Cơm Tàu, vợ Nhật, nhà Tây – wietnamskie przysłowie, które tłumaczy się tak: „jedzenie – chińskie, żona – Japonka, mieszkanie – po europejsku”*. I tak, Japonki jako żony są uległe, wręcz do przesady. Być może młode pokolenie już się nieco inaczej zachowuje, ale widząc „Żonę” i datę powstania, można mieć spore wątpliwości. I nie jest niczym nadzwyczajnym, że Nanami zaraz po wyjściu za mąż godzi się z byciem gospodynią domową. Oczywiście, wykorzystuje do tego pretekst zwolnienia z pracy, ale mimo wszystko, nikogo ta decyzja nie dziwi. I jasne, że coraz więcej małżeństw wspólnie pracuje (w sensie, ona i on), jednak chyba nie jest to jeszcze tak społecznie usankcjonowane, jak w Polsce. Ta ciapowatość, niezdarność i uległość bohaterki mnie wkurzała, ale jeszcze bardziej wkurzało mnie podejście facetów do niej. Miałam ochotę w pewnym momencie wywalić ten ekran za okno.
A tymczasem w fabule
Nanami ma pracę, poznaje w internetach swego jedynego jak się zdaje, po czym wszystko kończy się wielką jedną katastrofą. Jest zagubiona, więc pomaga jej jakiś kolega i przypadkowa kobieta, którą zagrała piosenkarka Cocco. Przyjaźń między kobietami się zacieśnia…
Każda godzina to tak jakby inny film – inny etap w życiu bohaterki. Niektórzy twierdzą, że Nanami doznaje przemiany, ale czy ja wiem? I na początku ma tajemnice przed mężem, i na końcu bierze trochę więcej inicjatywy w swoje ręce.
Właśnie, trochę więcej
Ale nie aż tak bardzo, by ta przemiana w filmie została ostro zaznaczona. I raczej nie o to tu w tym chodzi.
Myślę, że twórca przedstawił jedną wielką metaforę statusu kobiet w japońskim społeczeństwie. Począwszy od patriarchatu, a skończywszy na wyzwoleniu się spod niego. No bo nie czarujmy się, w pewnym momencie zarówno Nanami, jak i Cocco stają się partnerkami, żeby nie powiedzieć lesbijkami. Hmm, a może to jest też film o samotności…
.
.
.
Im więcej się myśli o tym filmie, tym więcej się rodzi interpretacji. Podejrzewam, że najlepszą recenzję napisałabym jutro, ale jutro będzie futro i będę zajęta czym innym.
Tak czy siak, „Żona dla Rip Van Winkle” to jedna wielka metafora czegośtam. I aż boję się uściślać, bo mogę od Shunjiego usłyszeć „a nie wiem, tak sobie napisałem”. Ogólnie, film raczej dla cierpliwych i chyba średnio przypadł mi do gustu.
* – informacje wzięte z grupy Pięciu Smaków. „Żonę” można obejrzeć w ramach festiwalu.
Opis nie nastrajał optymistycznie. No dobra, z niego nie wynika jeszcze, że będzie o zboczeństwach. A przynajmniej nie wprost.
Przeczucie mi mówiło jednak, że można się spodziewać występowania pewnych zbereństw, na przykład: podglądanie majteczek dziewczynom. Ma to oczywiście swoją japońską nazwę, ale na tapetę Sion Sono bierze i inne przywary tamtejszego społeczeństwa.
Zastaw się, a postaw się
Chrześcijaństwo w Kraju Kwitnącej Wiśni nie jest dominujące, ale jest. Ktoś mi zresztą kiedyś wyjaśnił, że w Japonii religie funkcjonują trochę na zasadzie „zastaw się, a postaw się”, czyli – jak jest jakaś fajna, duża ceremonia, jak chrzest czy coś innego, to wtedy bierzemy taką religię. Dochodzi do tego, że Japończyk potrafi w ciągu życia zmieniać wyznanie 2-3 razy. Czy to prawda, nie wiem, ale faktem jest, że Japończyków jara zabawa symboliką. Głównie chrześcijańską, co łatwo zauważyć w anime. A kolejnym faktem jest, że nasz bohater – Yu – jest chrześcijaninem. Jego matka była bardzo kochająca i widz tak sobie ogląda normalne kino, aż… do drugiej godziny. Takie wprowadzenie widza do sytuacji młodego, bo przecież mowa o licealiście, ma sens. Nie jakiś głęboki i filozoficzny, ale powoduje łyknięcie bakcyla, pozwalającego na przebrnięcie przez DWIEŚCIE TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ MINUT. Cztery godziny.
Majteczki w kropeczki, ohoho
Aż dziwne, że żadna japońska gwiazda pop nie postanowiła zrealizować utworu Akcentu z majteczkami. No dobra – może przesadzam, ale akurat to zboczeństwo (podglądanie ich) jest bardzo silnie zaznaczone. Na szczęście nie jest to zrobione w głupi sposób, bo Sion Sono po pierwsze, stawia tezę, dlaczego ludzie zaczynają się zniżać do takich rzeczy, a po drugie, to tylko początek. Z niego przechodzi do innych problemów, już nie tylko zbereństw, bo mamy tu sektę i mamy tu zaznaczenie homoseksualizmu. Jak myślicie, LGBT jest tam mile widziane? :>
Sam Siono sporo bierze inspiracji z własnego życia, zresztą, pierwsze napisy seansu to: „na podstawie prawdziwych wydarzeń”. No, w to, że ksiądz, ojciec Yu, znęca się nad chłopakiem jestem w stanie uwierzyć, bo młodzież w Japonii ma przerąbane i to często. Zresztą, młody nie jest jedynym przypadkiem tego stanu rzeczy, bo tu zaraz na scenę wchodzi Yoko i druga panna, które to obie w jakiś sposób były udręczone.
Samoświadomość to jedno, drugie to mentalność
Eh, jak napisałam na grupie Pięciu Smaków, że mam problem, by zaczynać „Miłość obnażoną”, to większość zaczęła mnie do seansu zachęcać. Wygrali i nie żałuję. Pojawiły się jednak uwagi, że to niedobrze, że film nie krytykuje wprost zamachów bombowych czy pedofilii. Mnie się jednak wydaje, że twórca stara się nie osądzać bohaterów – żadnych. Z drugiej jednak strony, mamy mocne zaznaczenie „przecież podglądanie majtek to zboczeństwo! To złe!”. I młodzi bohaterowie zastanawiają się też, czy homoseksualizm i transwestytyzm także się zaliczają pod tę kategorię. Bo to, że w anime widzimy lesbijki, to jedno, a życie drugie. Mam wrażenie, że odpowiedź na pytanie, co autor miał na myśli, może być trudniejsza, niż się wydaje.
Ktoś też skrytykował uwięzienie Yoko, by się zmieniła. Powiem tak: było to uzasadnione fabularnie, ale jeśli wziąć stronę tego, że pokazano pozytywnie aspekt przemocowy, to mnie to wcale nie dziwi. Bo z jednej strony mamy silny patriarchat, gdzie kobiety mają przerąbane, a z drugiej strony mamy Azję. A w Azji przemoc nie dziwi, występuje nawet w bajkach dla dzieci.
Jeszcze się zastanawiam, co tu obnażył Sion Sono. Tytuł to chyba gra z widzem, bo o ile miłość w filmie występuje, tak nie do końca wiem, czy pełni główną rolę. Biorąc pod uwagę te wszystkie przygody, jakie mieli bohaterowie, to chyba reżyser obnażył co innego. Obnażył przywary, a nie miłość.
Aha – kto wrażliwy na krytykę Kościoła Katolickiego, ten może niech lepiej sobie daruje ten film, bo tu ostro po nim jadą. Dlatego tym bardziej cieszy mnie, że mogłam sobie pozwolić na seans „Miłości obnażonej”, bo pewnie cenzura Watykanu nie pozwoliłaby ujrzeć filmu na wielkich ekranach. Inna rzecz, że o ile jestem zadowolona z tego, że to obejrzałam, to nie mam pojęcia, jak wprost odpowiedzieć na pytanie „oglądać czy nie”. Wydaje mi się, że dla każdego coś się znajdzie, ale też wydaje mi się, że akcja jest na tyle rozbudowana, że film trochę się wymyka tej ocenie.
Film obejrzany w ramach mini-festiwalu Pięciu Smaków. Polecam serdecznie! I pozdrawiam także serdecznie uczestników wydarzenia, szczególnie rozmówców z wczoraj 😉 – dzięki!
Nie mam sił na intelektualne potyczki, dlatego ta recenzja będzie prosta. A może to po prostu prosta historia z bardzo dobrymi akcentami muzycznymi?
On – bokser, ona – czirladerka na MMA. Połączy ich przypadek: w trakcie jednej z gal bokserskich ekipa gangsterów orientuje się, że dziewczyna ma długi do spłacenia. Kukułka więc zwiewa, ale daleko nie ucieka i wpada w jego ręce – Tygrysa. Ten widać, że lubi się bawić w życiu i… no właśnie, czy pomoże jej zrealizować największe marzenie życia, czyli zostania wokalistką? A on, czy spełni swoje?
Właściwie ten film nie jest niczym nadzwyczajnym, ale pewnie nie wychwyciłam wszystkich akcentów nawiązań do innych dzieł. Więcej nawet, nie wychwyciłam żadnych XD. Więc pozostało mi tylko samo delektowanie się obrazem Johnniego To, który stwierdził, że idzie na współpracę z Chinami. Niby wydaje się to naturalne, że Hong Kong współpracuje z nimi, ale w kontekście politycznym już tak kolorowe nie jest.
Zresztą, i w samym „Ścigając marzenie” są mroczniejsze chwile. Jakby na boku, ale jednak coś tam się pojawia. Jak poprosicie w komentarzach, to może rozwinę kwestię ;p.
Ogólnie to przyjemny seans, taki – no – na piątkowy/sobotni i relaksujący seans. Aha, i warto zwrócić uwagę na ścieżkę dźwiękową, bo ta jest świetna. Problem w tym, że po angielskim tytule w ogóle nie idzie znaleźć tych utworów, ale może grupa Pięciu Smaków pomoże.
Dobra, a teraz idę się szykować na czterogodzinny rollecoaster w postaci „Miłości obnażonej”.
Był sobie chłopak i ni z tego, ni z owego przyczepiła się do niego dziewczyna. Brzmi znajomo? Zapewne, bo tak zaczyna się wiele mang shonen, które kończą się na haremie z nieskończoną ilością dziewczyn.
„Wilgotna kobieta na wietrze” to jednak nie anime, a film. Produkcją zajęły się kobiety w ramach odświeżenia „pinku eiga”, czyli kina erotycznego z lat 70′ XX wieku. Wtedy to okazało się, że erotyka może służyć czemuś więcej, niż tylko podniecaniu widzów. Nie bano się trudnych tematów.
Film Akihito Shioty (mężczyzny) już we wstępie nawiązuje do klasyki kina – kiedy randomowa pani wjeżdża rowerem do wody. I o ile polskiemu widzowi ciężko skojarzyć sobie taką scenę, jeśli nie jest fanem azjatyckiego kina, o tyle Japończykowi już będzie łatwiej. Scena z wodą to puszczenie oczka do „Wilgotnych kochanków” z 1973 roku. Jak widać, i w tytule jest powiązanie.
Co powiecie na męski harem?
„Wilgotna kobieta na wietrze” jest krótka – trwa 79 minut. A jednak, twórcom udało się zmieścić w tym czasie wyjątkowo dużo zwrotów akcji. Ba, pierwsze minuty mnie nie przekonały, ale dałam szansę filmowi i nie żałuję. Sporo scen erotycznych, ale też i sporo parodiowania japońskiego społeczeństwa.
Mniej więcej od połowy nie mogłam przestać się śmiać!
Po pierwsze – kobiety. Sam reżyser podkreśla, że lubi kobiece, silne postacie. Jest to przewrotne, zważywszy na fakt, że społeczeństwo japońskie jest patriarchalne i raczej niemiłe w stosunku do płci żeńskiej. To w „Wilgotnej” także widać, ale nie do końca. Bo potem zaczyna się jazda bez trzymanki pod tytułem
ONA: TO JA MAM HAREM!!!11111
Oczywiście, teraz idę nieco na łatwiznę, tak przedstawiając sprawę. Ale kluczem jest odnajdywanie tych scen, które odwracają sytuację: to nie mężczyźni rządzą światem, ale kobiety. To nie płeć żeńska jest słaba, a płeć męska. Kto oglądał dużo anime, ten będzie dobrze wiedział, co mam na myśli, gdy zobaczy te sceny.
Po drugie… dotknął mnie fakt bycia singielką. Po „Wilgotnej” mam ochotę i jestem podniecona. Jak żyć?
„Wilgotną kobietę na wietrze” można oglądać w ramach mini-festiwalu Pięciu Smaków z okazji Nowego Chińskiego Roku. Cały czas dostępne są karnety, także polecam.