[czerwiec] PO PROSTU KADR – WERDYKT

„Werdykt”, reż. Sidney Lumet, zdjęcia: Andrzej Bartkowiak

Powyższy kadr mnie zachwycił przez układ światła, ale chciałam zacząć od papierosa w ustach Franka Galvina. Z jednej strony – wydaje się być to szczegół mało znaczący; z drugiej zaś trudno o to, gdy się wie, że wybitni reżyserzy projektują przestrzeń w każdych szczegółach. A Sidney Lumet niewątpliwie do nich należał.

No więc – co z tym papierosem?

Papierosów pełno na ekranie, bo twórcy bawili się kadrowaniem?

Z jednej strony mamy bohatera, który po prostu jest nałogowym palaczem. Mało tego, że palaczem, Frank Galvin to także alkoholik, któremu nagle neurony weszły we właściwe miejsce. Jednak jego przypadek jest typowy dla pokazywania zabawy ze światłem na ekranie. I być może twórcom wcale nie chodziło o zaprogramowanie widzów „palcie papierosy, więcej papierosów” – jak chciałyby teorie spiskowe – tylko po prostu o walory artystyczne obrazu.

Jest jasne, że dym zmienia strukturę przestrzeni, układając się jak mgła. Wyjaskrawiał światło, które znajdowało się w kadrach. Tu akurat dymu nie widać, jest sam papieros, więc pytanie – czy on w ogóle ma jakąś symbolikę?

Być może to po prostu „zużywanie się rzeczy”. Papieros się spala – i to szybko. I niekoniecznie jest to przyjemny proces. Ale palacze to często ludzie zmęczeni życiem, po przejściach, a tych dwoje tu takimi na pewno są. To nie jedyny sygnał płynący z kadru, który to zaznacza; bo jest jeszcze kawa i ciężkie jak głazy płaszcze.

Przytłaczające tło

Płaszcze są jednym z elementów obrazu, które przytłaczają bohaterów. Są ciężkie i wiszą w nieco nieuporządkowany sposób na krzesłach. Ba! Krzesła są w jednej z najbardziej – przynajmniej symbolicznie – uporządkowanej przestrzeni, jaką jest biblioteka.

Co ciekawe, widz w pierwszej chwili ma jakby dwa punkty zaczepienia. Po pierwsze: światło, które jest u góry, w oknach i przy schodach. Po drugie: ciemność, która jest niżej.

Jeśli odbiorca wpierw spojrzy na schody, to zobaczyć może lekkość, która ciągnie w górę. Aczkolwiek ja widzę w ich spiralnym kształcie niekoniecznie lekkość; raczej konkretne zakręty drogi w drodze do celu.

Ale te płaszcze są kwintesencją całości kadru.

Od nich zaczyna się punkt ciężkości. Bo całe pomieszczenie takie jest. Choć okna są wysokie i wpuszczają światło, to jest to białe, a nie złote światło; a poza tym są w stylu ciężkim, ozdobnym. Ponadto stoły; a na końcu półka z książkami, która z definicji lekka nie jest.

A układ książek znowu wydaje się tym samym punktem wyjścia: czy autorzy zrobili to specjalnie, czy nie?

Bo biblioteka to symbolicznie miejsce wiedzy i tak dalej. Natomiast środkowe półki w kadrze nie mają większości książek, a pozostałe leżą krzywo.

Podobno Lumet nie lubił przestrzeni muzealnych, przestrzenie muszą żyć. Zaburzenie porządku jest właśnie takim wytrychem – bo przecież brak ksiąg oznacza ruch, bo ktoś je właśnie wziął, czyta i się z nich uczy. Czy to ma głębszy, symboliczny aspekt? No cóż – może mieć, ale nie musi.

Tak, ja wiem, moim wytrychem jest „może, ale nie musi”. Mam obawy przed tym, że nadinterpretuję obraz xD.

A co z kolorystyką?

Szczerze mówiąc – mózg mi trochę wyparował, a ciągłe spoglądanie na powyższy kadr sprawiło, że mi się on znudził. Więc, żeby nie było, że czegoś nie kończę, to podpowiem: zimny jest ten kadr. Nie ma w tym za wiele nadziei. Ta co prawda jeszcze nie umarła – wszak bohaterowie są w bibliotece, szukając rozwiązania – ale nie ma żadnego namacalnego znaku, że w tych ciężkich warunkach sprawę da się wygrać.

[CZERWIEC 26′] UTWORY MIESIĄCA

FIGHT CLUB / PODZIEMNY KRĄG

Siedząc w kinie nie sposób było oprzeć się wstępniakowi „Fight Clubu”. Energia tej muzyki aż wbijała w fotel, a odbiorca czuł jedno: to będzie genialny film.

Za design wstępniaka odpowiedzialny jest P. Scott Makela, a za utwór zespół The Dust Brothers. Z tego, co widzę, to byli odpowiedzialni za pełnowymiarowy soundtrack do filmu.

Mam jednak wrażenie, że choć genialna to była sekwencja, to w domowych słuchawkach/głośnikach efekt nie jest aż tak widowiskowy, jak w kinie.

Szukam więc dalej utworu miesiąca.

THE INSIDER / INFORMATOR

O matko i córko, kombinacja sceny z utworem doprowadziła mnie do jakiegoś mentalnego orgazmu.

Za ścieżkę dźwiękową odpowiedzialny był duet Lisa Gerrard i Pieter Bourke. Wyszło im to znakomicie. Jest jeszcze inny utwór, który – jak widzę – internauci polubili, ale mnie przeleciał bokiem jakoś. To „Meltdown”.

Jak się okazuje, nie bez przyczyny mam skojarzenia z Enyą od „Władcy Pierścieni”, bo Lisa cierpi na to samo, co ona – idioglosję. Obie panie śpiewają w wymyślonym przez nie języku. Tzn. system tak uważa, bo w ezo to jest uznawane za inne zjawisko. Tak czy siak, utwory do „The Insider” tworzą mocną i mroczną całość, wchodzącą w serce.

Toki o kakeru shōjo / O dziewczynie skaczącej przez czas

Anime Mamoru Hosody, które w 2006 wygrało. Oczywiście nie w Polsce, ale ważne, że produkcja zawitała do naszych kin i w 2026 roku. Dwadzieścia lat po premierze jednego nie da się odmówić filmowi – ma piękny soundtrack. A tytułowa piosenka w kinie dodawała mu ognia. Coś niesamowitego. Za utwór odpowiedzialna jest Oku Hanako, która właśnie świętuje dwudziestolecie kariery.

THE LEGEND OF VOX MACHINE / Legenda Vox Machiny, sezon 4

Muzyczny pojedynek z czwartego sezonu „Legendy” jest naprawdę zacny.

[CZERWIEC] PO PROSTU KADR

PLUTON

Jest to jeden z pierwszych widoków, które widz ogląda w „Plutonie”. Pozornie nie pasuje do wojennego obrazu, ale kadr ma w sobie to coś, przez co poczułam „ej, to nie będzie zwykły seans”.

Poniżej moja próba uchwycenia tego, co wywołało takie wrażenie.

Nie da się wskazać dokładnie momentu, w którym motyw „raju zamienionego w piekło” pojawił się pierwszy raz w filmie, ale da się powiedzieć, który obraz był najbardziej znaczący dla tego typu wstawek. Oto „Czas Apokalipsy”.

Ale wróćmy do Olivera Stona, który postanowił nie wymyślać koła na nowo, tylko trochę to wszystko odświeżyć, żeby nie powiedzieć udoskonalić*.

Z pozoru powyższy kadr ma sugerować sakrum, piękność, przemianę i podobne. Z pozoru, bo przecież widz w „Plutonie” jest od razu włożony w akcję. I to akcję, gdzie dzieje się niewesoło, więc czar czegokolwiek mitycznego pęka.

Choć trzeba jasno powiedzieć, że w „Plutonie” jest mnóstwo pięknych kadrów – takich wręcz poetyckich. Więc twórcy trochę dźgają w widza nożem, zestawiając obok siebie piękno, jak i koszmar.

Niby to normalne w kinie antywojennym, ale żeby wywołać emocje w odbiorcy, trzeba jeszcze umieć w narzędzia.

A jednym z nich jest

Powyższe to moje zdjęcie wykonane w parku Kapias. To jakby próba ustawienia kadru z „Plutona”. Kamery ustawionej pionowo w górę. Zrobiłam po swojemu, bo uznałam, że z tego punktu widzenia obraz jest wspaniały. Po prostu linie drzew, ich barwy są podkreślone przez błękit, i daje to jakieś odczucie czegoś spokojnego i mitycznego.

Ale w „Plutonie” nie chodziło o relaks. Zresztą, mamy w scenie noc, a zamiast odprężającej zieleni mamy do czynienia z błękitem, który sam w sobie jest wieloznaczny, kojarzony z duchowością, a może i nawet – ujmę to prosto – z odchodzeniem człowieka. Wszak „niebo” da się rozumieć jako niebo, i raj po śmierci.

A tu zaraz widzimy młody narybek, który patrzy na nosze z trupami.

I tak sobie myślę, że zestawiając oba te zdjęcia – jak wyżej – dokładnie widać, co twórcy mieli na myśli. Bo błękitne ujęcie z „Plutonu” wcale nie tworzy czegoś przyjemnego. On nadaje ciężką atmosferę. Przytłoczenia. To różni znawcy interpretują różnie: przytłoczenie naturą, małość człowieka i podobnie. Ja po prostu uznaję jedno słowo: przytłoczenie. A co dalej, niech widz sam już sobie dopisze, bo „Pluton” jest bardzo wdzięcznym filmem do interpretacji.

I tu zaczyna nam się zabawa „co autor miał na myśli”.
Zdaniem sporej rzeszy recenzentów, Stone’owi po prostu zależało na ukazaniu żołnierzy nie jako herosów, a jako piechurów, ukazując ich doświadczenie od środka.

W zasadzie mamy tu warstwę narracyjną – taką jednoznaczną, bo jeden z bohaterów pisze listy z frontu. Są to więc wspomnienia, a one mogą być jak sen.

Tyle że tu koszmarny sen.

Robert Richardson – operator filmu – zastosował pewną sztuczkę. A właściwie dwie. Po pierwsze, stosował mocno rozproszone światło. Po drugie, wykorzystywał dym. To wszystko miało uwidocznić promienie słońca w kadrze, a jednocześnie kontury widocznych rzeczy – tu najczęściej dżungli – były lekko rozmazane. Wsadzając to wszystko w chłodne błękity, wiele kadrów „Plutonu” staje się poetyckie. Tak, nie lubię używać „mistycyzmu”, bo to od razu wywołuje pytania o Boga.


Wszystko to sprawia, że widz jest już na starcie rozrywany sprzecznością. Z jednej strony mamy poezję, a z drugiej – odczuwalne przez odbiorcę – zagrożenie. Nie mniej, to właśnie to sprawia, że „Pluton” nie jest zwykłym filmem.

Jest arcydziełem kina antywojennego.


* jestem przed seansem „Czasu Apokalipsy”.

Źródła: