[CZERWIEC] PO PROSTU KADR

PLUTON

Jest to jeden z pierwszych widoków, które widz ogląda w „Plutonie”. Pozornie nie pasuje do wojennego obrazu, ale kadr ma w sobie to coś, przez co poczułam „ej, to nie będzie zwykły seans”.

Poniżej moja próba uchwycenia tego, co wywołało takie wrażenie.

Nie da się wskazać dokładnie momentu, w którym motyw „raju zamienionego w piekło” pojawił się pierwszy raz w filmie, ale da się powiedzieć, który obraz był najbardziej znaczący dla tego typu wstawek. Oto „Czas Apokalipsy”.

Ale wróćmy do Olivera Stona, który postanowił nie wymyślać koła na nowo, tylko trochę to wszystko odświeżyć, żeby nie powiedzieć udoskonalić*.

Z pozoru powyższy kadr ma sugerować sakrum, piękność, przemianę i podobne. Z pozoru, bo przecież widz w „Plutonie” jest od razu włożony w akcję. I to akcję, gdzie dzieje się niewesoło, więc czar czegokolwiek mitycznego pęka.

Choć trzeba jasno powiedzieć, że w „Plutonie” jest mnóstwo pięknych kadrów – takich wręcz poetyckich. Więc twórcy trochę dźgają w widza nożem, zestawiając obok siebie piękno, jak i koszmar.

Niby to normalne w kinie antywojennym, ale żeby wywołać emocje w odbiorcy, trzeba jeszcze umieć w narzędzia.

A jednym z nich jest

Powyższe to moje zdjęcie wykonane w parku Kapias. To jakby próba ustawienia kadru z „Plutona”. Kamery ustawionej pionowo w górę. Zrobiłam po swojemu, bo uznałam, że z tego punktu widzenia obraz jest wspaniały. Po prostu linie drzew, ich barwy są podkreślone przez błękit, i daje to jakieś odczucie czegoś spokojnego i mitycznego.

Ale w „Plutonie” nie chodziło o relaks. Zresztą, mamy w scenie noc, a zamiast odprężającej zieleni mamy do czynienia z błękitem, który sam w sobie jest wieloznaczny, kojarzony z duchowością, a może i nawet – ujmę to prosto – z odchodzeniem człowieka. Wszak „niebo” da się rozumieć jako niebo, i raj po śmierci.

A tu zaraz widzimy młody narybek, który patrzy na nosze z trupami.

I tak sobie myślę, że zestawiając oba te zdjęcia – jak wyżej – dokładnie widać, co twórcy mieli na myśli. Bo błękitne ujęcie z „Plutonu” wcale nie tworzy czegoś przyjemnego. On nadaje ciężką atmosferę. Przytłoczenia. To różni znawcy interpretują różnie: przytłoczenie naturą, małość człowieka i podobnie. Ja po prostu uznaję jedno słowo: przytłoczenie. A co dalej, niech widz sam już sobie dopisze, bo „Pluton” jest bardzo wdzięcznym filmem do interpretacji.

I tu zaczyna nam się zabawa „co autor miał na myśli”.
Zdaniem sporej rzeszy recenzentów, Stone’owi po prostu zależało na ukazaniu żołnierzy nie jako herosów, a jako piechurów, ukazując ich doświadczenie od środka.

W zasadzie mamy tu warstwę narracyjną – taką jednoznaczną, bo jeden z bohaterów pisze listy z frontu. Są to więc wspomnienia, a one mogą być jak sen.

Tyle że tu koszmarny sen.

Robert Richardson – operator filmu – zastosował pewną sztuczkę. A właściwie dwie. Po pierwsze, stosował mocno rozproszone światło. Po drugie, wykorzystywał dym. To wszystko miało uwidocznić promienie słońca w kadrze, a jednocześnie kontury widocznych rzeczy – tu najczęściej dżungli – były lekko rozmazane. Wsadzając to wszystko w chłodne błękity, wiele kadrów „Plutonu” staje się poetyckie. Tak, nie lubię używać „mistycyzmu”, bo to od razu wywołuje pytania o Boga.


Wszystko to sprawia, że widz jest już na starcie rozrywany sprzecznością. Z jednej strony mamy poezję, a z drugiej – odczuwalne przez odbiorcę – zagrożenie. Nie mniej, to właśnie to sprawia, że „Pluton” nie jest zwykłym filmem.

Jest arcydziełem kina antywojennego.


* jestem przed seansem „Czasu Apokalipsy”.

Źródła:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *