Od razu informacja: to nie jest recenzja propagandowa. W ogóle niewiele zwracałam uwagi na politykę, zresztą – trudno to robić w filmie, który nie skupia się specjalnie na Kimach, a bardziej na przeciętnej mieszkance Korei Północnej.
https://fwcdn.pl/fpo/22/91/672291/7861714.3.jpg
Choć oczywiście, sekwencje widoczków na Pjongjang mogą sugerować, że bohaterka przyjeżdża do raju. W końcu jest taka szczęśliwa i zachwycona. Z drugiej strony – jakby Kowalska z kompletnej dziury pierwszy raz wyrwała się do Gorzowa czy innego Poznania, to też mogłaby wpaść w zachwyt. I to tylko dlatego, że widzi świat.
Wszyscy bohaterowie wydają się słodcy – bo robią takie rzeczy. Wspierają Young Mię i te ich reakcje bardzo mi się spodobały, bo to było takie… no, słodkie.
Jednocześnie prawda jest taka, że większość mieszkańców Północy nie może sobie pozwolić na tak obfite posiłki, jakie zaserwowano w filmie. A oczywiście stwierdzenie „wykonałaś 120% normy!” to też jest pewnego rodzaju wytrych w ramach jakiegoś normalnego funkcjonowania w nienormalnym państwie.
Więcej szczegółów w poniższej recenzji :).
Jeśli Ci się spodobał ten materiał, możesz go wesprzeć wtym miejscu. Z góry bardzo dziękuję!
PS.: Dziękuję za wpłatę Kat Skulik, dzięki czemu mogę obejrzeć filmy w ramach Pięciu Smaków. 🙂
To chyba pierwsza recenzja powieści na stronie. Wprawdzie „Truciciel” ma formę audiobooka, ale słucha się to to wspaniale. Dlaczego?
Przede wszystkim dlatego, że autor – Bruno Siak i od razu mówię, że to pseudonim – czyta bardzo dobrze, lekko od czasu do czasu wchodząc w aktorstwo. Chodzi o szepty czy modulację głosu, by słuchacz mógł odróżniać, kto mówi.
Truciciel opowiada o pewnym Tomaszu, który truje. Proste? Proste, sytuacja, w której poznajemy głównego bohatera również taka jest. Tylko że to się zmienia, gdy poznaje Ewę. I wtedy ich życie diametralnie się zmienia, ale nie będę Wam spojlerowała.
Minusy: prawie nie ma. Znaczy, ciężko coś rozwalać, gdy jest dobre. Może w jednym przypadku byłoby zdanie tuż przed kulminacyjnym zwrotem akcji, ale tak? Tak zdarzają się zdania wręcz perełki.
Akcja sunie szybko, zresztą jak przystało na kryminał. W połowie może słuchacz się nieco rozleniwia, ale z drugiej strony ma to całkiem poważny cel, który zresztą autor osiągnął. I od razu przejdę do kwestii zakończenia: moim zdaniem pasuje doskonale. Właśnie takie, a nie inne.
Wydaje się również, że imiona głównych bohaterów są celowe, szczególnie Ewy. Zresztą, w utworze znajdzie się kilka nawiązań religijnych.
Całość jest przyjemna i polecam na spacerach.
No dobrze, gdzie możecie posłuchać „Truciciela”? A tu, na YT:
87 lat po premierze „Nowy wspaniały świat” wydaje się bliższy, niż kiedykolwiek. Tak technologicznie, jak i społecznie. To już nie jest odjechana wizja Huxley’a, to jest całkiem dobre spojrzenie na współczesne społeczeństwo. Zaraz, powiedziałam współczesne?
Nie czytałam powieści, więc oceniać będę sam serial made in Netflix. Być może doszło do uwspółcześnienia jakiejś-tam technologii, ale trzeba pamiętać, że mówimy o science fiction. A ono bardzo specyficznie się starzeje. W przypadku „Nowego wspaniałego świata” nie widać jakiejś niesamowitej turbo-technologii, jest to jednak perspektywa człowieka XXI wieku. Kto bowiem w 1934 roku słyszał o soczewkach podłączonych do sieci, hologramach i sztucznej inteligencji jako takiej? No dobra, miał być sam serial, w którym technologia nie zaskakuje. Ale ona też jest tylko pretekstem do opowiedzenia o społeczeństwie, które niby jest szczęśliwe, ale nie jest szczęśliwe.
Zaczyna się od trupa. Czekaj, a miało być o szczęśliwym świecie. No, jednak w Nowym Londynie jakiś koleś spadł z wysokości i no, zmarł na miejscu. Przez chwilę jest zaskoczenie i zdziwienie, ale po chwili wszyscy o tym zapominają. No przecież, mają być szczęśliwi. Dwójka głównych bohaterów, Lenina i psycholog (tak, ma imię), wybiera się do rezerwatu, by odpocząć, odprężyć się. Ale to nie jest taki zwykły rezerwat – są tam umieszczeni ludzie zwani „dzikusami” i okazuje się, że „dzikusy” nie są szczęśliwe, bo w dzień w dzień muszą odgrywać te same bzdety. Ku uciesze przybyszów z Nowego Londynu. Tym razem impreza zamienia się w coś, co oficjalnie nie było planowane – w jatkę. Z jatki tej udaje się uciec dwóm „dzikusom”, przy okazji ratując nowolondyńczyków. W takiej sytuacji władze miasta muszą się zgodzić, by nieplanowany przybysz się zadomowił. Ale czy socjalizacja przebiegnie pomyślnie? I czy wszystko skończy się dobrze?
Huxley napisał antyutopię, wobec czego logiczne, że w dalszych odcinkach widz zobaczy wszystkie wady i patologie „szczęśliwego” społeczeństwa. Na dodatek jest tylko jeden krytyk – „dzikus”, który w pewnym momencie przestaje wybitnie odstawać od reszty społeczeństwa. Ale czy na pewno?
Na pewno Netflix zrobił to dobrze.
Może po kolei i może zaczniemy od najtrudniejszego tematu – seksu. Tu twórcy nie mieli większego wyjścia, bo książka również pełna jest jego, pokazując, że to świat, w którym wszyscy mają być szczęśliwi, a orgie są doskonałym sposobem na to. Tyle że aktorzy, a szczególnie ta odgrywająca Leninę, musiała się często rozbierać i przynajmniej udawać seks. To mogło być trudne, ale nagich scen ze współżyciem jest całkiem sporo. A co na to widz? Widz początkowo akceptuje, a potem nieustanne współżycie na ekranie zaczyna go nudzić. Być może, taką intencję mieli twórcy. A być może nie, bo poza współżyciem dzieje się całkiem sporo.
Kolejna kwestia to muzyka. Nie jestem znawcą, ale przede wszystkim to napisy końcowe mają inne utwory, ale pewnie mało kto zwrócił na to uwagę. Jeśli jednak zwrócił, to zapewne miał wrażenie, że te wszystkie piosenki są może nie tyle stare, co raczej w stylu retro, lata 50-60 może. Jeśli się więc wsłuchaliście lepiej niż przeciętny Kowalski, dajcie znać, co tam dokładniej się dzieje, z góry dzięki :).
Wyraźne retro widać już w reklamach, jakie serwuje się nowolondyńczykom. Wiadomo, że nie będzie to sponsoring pasty do butów, tylko będzie to reklama przyjemności, gdzie seks i uciecha ogólnie. Jednak sposób tworzenia reklamy jest znowu w stylu lat 50-60, może wcześniejszych. Dla mnie to takie puszczenie oczka do bardziej świadomych widzów, którzy mają już za sobą powieść. Spodobała mi się ta stylistyka.
A i jeszcze jedna sprawa – intro. Jest naprawdę krótkie, trwa ledwie kilka sekund, a czasem w ogóle go nie ma. Ładne, stylistyczne. Cóż mogę więcej dodać :).
Czy produkcja ma jakieś wady? No oczywiście – ja zauważyłam dwie. Pierwsza to wynik tego, że przeniesiono książkę na ekran. I o ile „Gambit królowej” dość łatwo było zrealizować, o tyle w przypadku science fiction jest to większe wyzwanie. A to wszystko dlatego, że tu potrzeba było jakiś cięć, skrótów czy może po prostu zrealizowania fabuły tak, by widz nie odpadł po pierwszych odcinkach. Wszystko jest ściśnięte i to trochę widać, bo przyznam, że brakowało mi tu głębszego spojrzenia na to społeczeństwo, ale częściej się gubiłam w niektórych wątkach. Znaczy, nie wstawili wszystkiego na raz, na chama, do jednego worka. Chodzi o to, że miałam wrażenie, jakby pewne tematy padły ofiarą „ciach!”. I już, nie ma ich, zapominamy i jesteśmy szczęśliwi. Przypuszczam, że w książce niektóre elementy są bardziej rozbudowane.
Drugą trudnością, z jaką widz się zmaga jest znudzenie się tematyką seksu. No, że sam seks występuje w nadmiernej ilości to już nie wina Netflixa, tak po prostu jest w książkowym pierwowzorze i pokazuje pewną patologię nowolondyńczyków. Chodzi jednak o to, że w pewnym momencie się zacięłam i ciągła golizna buchająca z ekranu wydała mi się nudna i ciężkostrawna. Zastanawiam się, czy oni nie zrobili za dużo odcinków (9), czy też takie zatrzymanie ma uwydatnić to, jakie niezbyt ciekawe życie prowadzi tamtejsze społeczeństwo. W końcu „dzikus” sam pyta „nie masz dość tego samego?”.
I wreszcie dochodzimy do orgazmu, znaczy odpowiedzi, czy warto się za to zabrać. Odpowiedź może być tylko jedna: TAK. To jest świetna analiza społeczeństwa nastawionego tylko na przyjemności i nicnierobienie. To jest dobre spojrzenie na to, co może z nami robić Internet, i zaraz ostrzeżenie, by uważać na sztuczną inteligencję, bo może poważnie zaskoczyć. Ale jest to też doskonała opowieść o człowieczeństwie. O tym, jak to nim być, co się z tym wiąże. Dlatego uważam, że niezależnie od tego, czy obczailiście powieść, czy też nie, warto wziąć się za „Nowy wspaniały świat”.
Nie trzeba dwóch, trzech godzin, by historia nabrała wielowymiarowości. Szumowskiej starczyło ledwie półtorej godziny, a mam wrażenie, że głębia tego obrazu jest większa od niektórych znacznie dłuższych hitów.
To jest zdecydowanie film dla dojrzałego widza. Mamy tu prostą historię: ona, córka prokuratora cierpi na bulimię. Niby jest leczona, ale wiadomo jak to jest z tego typu chorobami. Ojciec zaś nie jest ciepłym typem, wręcz przeciwnie, ale to nie dziwi zważywszy na rodzaj jego pracy. Trupy w niej ścielą się gęsto, a tymczasem jego relacja z córką jest fatalna, co zauważa terapeutka. Ta natomiast nie stosuje klasycznych metod w psychiatrii, pozwala sobie na korzystanie ze swoich paranormalnych umiejętności. Co z tego wyniknie, warto po prostu zobaczyć.
Ciała
Film jest naturalny. Obserwujemy ludzi, którzy noszą normalne ciuchy, a nie gwiazdorskie, za miliony. Widzimy kobiety, które mają różne ciała – bardzo nieidealne. Zresztą, to dotyczy również i Gajosa. Oglądając „body/ciało” miałam wrażenie, jakbym weszła nie do filmu, a do rzeczywistości, tyle że w Warszawie. To mi się bardzo podobało, bo czułam się prawdziwie.
Jest jeszcze jeden aspekt, na który na pewno zwracają uwagę osoby w anoreksji/bulimii: przedstawienie ich świata. To są gesty, momenty, a jednak widać, że tu bohaterka opisuje, jak widzi ciało terapeutki, tu coś innego się wydarza. Takie subtelności budują intymność.
I chyba ten film jest intymny.
Osobisty
A przynajmniej osobisty. Ba, to nie jest tylko film o walce z chorobą, a można wręcz powiedzieć, że choroba to tylko pretekst i film nie ma na celu opowiedzieć nam o zwyciężaniu a’la Hollywood. Ba, „body/ciało” w ogóle sprawia wrażenie, jakby chciało tylko pokazywać, co się dzieje, ale nie robić z tego jakiejś opowieści. Trochę to tak właśnie, jakbyśmy na chwilę weszli do cudzego życia i byli najzwyczajniej w świecie obserwatorami. Brak oceny jest tu ważny jeszcze z jednego powodu.
Wątek paranormalny, czy też raczej spirytualistyczny, czy też… no, terapeutka ma zdolności, twierdzi, że może porozumiewać się z duchami. Tyle że film nie ocenia tej metody, tylko pokazuje życie tej pani. Tak po prostu. Gajos – ojciec pacjentki – jest bardzo sceptyczny wobec takich rzeczy, ale tu znowu nie ocenia się, tylko obserwuje się poczynania.
I teraz tak. To stary film, sprzed kilku lat. Abstrahując już od tego, że rodzime kino rozwija się w bardzo szybkim tempie i w dobrym kierunku, to w „body/ciało” można zobaczyć jedną, niezwykle ważną rzecz. Osoba będąca medium nie jest przedstawiana jako oszust, co jest niezwykle rzadko praktykowane w Polsce. Żeby się o tym przekonać, wystarczy włączyć pierwsze lepsze „Trudne sprawy” z odcinkiem o wróżce. Powiecie, przecież to nie są ambitne tytuły. Niby nie, tyle że właśnie one częściowo budują mentalność społeczeństwa.
Ale wróćmy do filmu, w którym nie ma żadnych jumperów czy nawet zjawisk nadprzyrodzonych jako takich.
Aktorzy
Właściwie nie ma do czego się przyczepić, ale niewątpliwie trzeba wspomnieć o Gajosie. Ta rola chwyta za serce, choć bohater nie jest sympatyczny. Jest w nim tyle emocji, że w pewnym momencie zaczyna mu się kibicować.
Uwolnić emocje
Głębia tego filmu zmusiła mnie do zostania z nim na dłużej. Mało tego, w trakcie seansu wzruszyłam się, a na sam koniec po prostu się popłakałam. Uważam, że końcówka jest jedną z najpiękniejszych scen w kinie, jakie widziałam. Mało tego, jak już poszły łzy, to zasiedziane emocje się uwolniły, a przecież o tym jest „body/ciało”.
Jeśli czujesz, że chciałbyś/łabyś wesprzeć bloga, możesz zrobić to tu – dziękuję!
Bardzo długo zabierałam się do tego filmu. Tak długo, że „Saturday Night Fever” wylądował na moim ekranie dopiero wczoraj, czyli w ostatnim dniu jego pobytu na Netflixie. I jak?
Zaczynamy od przyjemnego tonu, lekko zepsutego przez rodziców. Normalka, starzy zawsze narzekają, co? Wciągamy się w taneczne popisy, muzykę i BANG. To nie jest lekki film. To jest poważne kino społeczne, poruszające wiele problemów: rasizm, seksizm i wszystko to, co w 1977 mogło się napatoczyć autorom jako problem społeczny. Na szczęście nie zabrakło czarnego humoru, który był zarazem pokazem niesamowitej wręcz durnoty.
„Gorączka sobotniej nocy” mi się nie spodobała. Więcej, niż fabuła robi muzyka, zresztą i w okresie premiery filmu była popularniejsza od niego. Bee Gees. Tak czy inaczej, dlaczego film nie przypadł mi do gustu?
Zanim krytycy i historycy filmu wyleją na mnie wiadro pomyj, powiem, że oglądałam go bez większej wiedzy na temat lat 70′, bez większej wiedzy o samym „Saturday” i po prostu, najbardziej łyknęłam obraz jako widz. Czy też raczej widzka, co w kontekście „Saturday” jest ważną uwagą. W końcu porusza on tematykę seksizmu i tak – mamy tu przemocowość i gwałt.
Z jednej strony film zaznacza, że takie sceny się dzieją. Że trudno oczekiwać, by bad boy nie był bad boyem, a jednak John Travolta rozegrał tę postać na dwa sposoby. Jako tego złego i jako tego miłego, z lekka zagubionego faceta, który ma szansę pracować przez następne piętnaście lat w sklepie z farbami. Świetlana przyszłość, co?
No dobrze, film pokazuje, ale nie ocenia. Moim zdaniem, gdyby „Gorączka sobotniej nocy” zadebiutowała dopiero w 2021, zostałaby okrzyknięta jednym z najbardziej szowinistycznych obrazów. Bo niby twórcy chcą pokazać, że jednak w społeczeństwie jest coś nie tak, ale nie do końca to robią. Znaczy, nikogo tak naprawdę nie osądzają. Zamiast tego stosują co innego – w jakiś sposób przesadnie naznaczają seksualność i brzydkość, choć na ekranie wcale nie jest brzydko. A nie, przepraszam, jest brzydko, tylko brzydko jest w głowach bohaterów, którzy odrzucają jakąś laskę, która chce z nim – Travoltem, bo to w końcu ciacho – tańczyć, no ale ona nie jest Sharon Stone.
Z takim podejściem jednak otrzymaliśmy coś, co chce poruszać ciężkie tematy, ale… nie bardzo to idzie? Jasne, można powiedzieć: „artystyczna wizja bycia obiektywnym”, tyle że widz najbardziej zapamiętał tańce Travolty i muzykę. I chyba do dziś pokutuje przekonanie o tym, że „Saturday” to właśnie film o tańcu. Jasne, Tommy chce wygrać konkurs w jakiejś dyskotece. Lecz więcej obserwujemy relacji między postaciami, niż swingów na parkiecie.
Jest jeszcze jedna kwestia, na którą chyba niewielu zwróciło uwagę. Praca kamery. Po części jest to związane z tym, jak się robiło filmy w latach 70′, ale po części nie; dlatego, że gdy bohaterowie idą czy tańczą, czy w ogóle się ruszają, to praca kamery jest bardzo, bardzo dynamiczna. Ciągle coś się dzieje, ciągle coś jest w ruchu. I to jest tak ustawione, by widz miał wrażenie, że jest np. Travoltą, który trzyma partnerkę.
Obraz porusza tak wiele spraw, że po seansie chce się zatrzymać na chwilę, by odpocząć od tej ciężkostrawności. Chyba nawet do pewnego stopnia mnie ten film wkurzył. Może dlatego, że to, co się tam dzieje jest pokazywane bez osądu? A może właśnie takie emocje miał wywołać?
Jeśli masz ochotę, możesz wesprzeć tego bloga tutaj. Dziękuję <3
Na ten dzień czekali chyba wszyscy fani polskiego komiksu i animacji. Oto bowiem na Netflix wszedł Kajko i Kokosz, produkcja oparta na legendarnych komiksach Janusza Christy. Tylko właśnie: czy twórcy stanęli na wysokości zadania?
Fabuła
Produkt jest przeznaczony dla dzieci, więc nie powinno dziwić, że zamiast piwa mamy miód*. Epizody są dość krótkie, bo 13 minut. To jest niby mało, ale okazuje się, że w tak niewielkim czasie antenowym da się stworzyć ciekawą, wartką przygodę, której niczego nie brakuje.
Animacja i muzyka
Czołówka wydaje mi się zbyt szybka, ale podobne wrażenie odniosłam przy „Hildzie”, więc nie wiem, czy jest ono słuszne. Za to muzyka! Bardzo mi się spodobała, bo jest dynamiczna, wpada do ucha. W każdym razie, wracając do animacji, to widać, że wykonano z pomocą komputera. To oczywiście nie psuje zabawy, bo choć kreska jest dość prosta, to wartka akcja, humor w stylu „lelum polelum, o ja biedny” i ogólnie przygody, wciągają. A nawet, rzekłabym, poprawiają humor.
Dużo. Dużo osób przy tym pracowało
Uważam, że Netflix, czy też raczej wykonawcy zlecenia, stanęli na wysokości zadania. I nic dziwnego, bo po pierwsze – czuwała nad tym Fundacja Janusza Christy. Po drugie, pracowało nad tym polskie studio EGoFILM, więc mamy w czymś polskim polskość :).
Pięć sezonów, 65 odcinków. Tyle liczą sobie „Przygody Merlina”, które lata temu mogliśmy oglądać na Polsacie w sobotnie południe. Teraz jest to możliwe dzięki Netflixowi i to była dla mnie czysta frajda, móc oglądać 43543423544325 interpretację legend o królu Arturze.
Jest to młodzieżowa produkcja, choć ogląda się ją bardzo dobrze. W głównych rolach obsadzono Colina Morgana (Merlina) i Bradleya Jamesa (Artur). Bohaterowie poboczni, którzy odgrywali i tak znaczącą rolę to Richard Wilson (Gajusz) czy Anthony Head (Uther Pendragon). Zapytacie, co z tego? Ano, nie wiem. Przejdźmy zatem do fabuły.
Na dwór Uthera Pendragona, króla Camelotu, przybywa pewien chłopak. Jest młody i nie znający świata, ale jego mama przyjaźni się z nadwornym medykiem, pod którego pieczę trafia. Merlin, bo tak się człek nazywa, nie zaskarbia sobie sympatii Artura, syna Uthera, ponieważ… no, ponieważ zachowuje się nierozważnie. Koniec końców jednak, pod wpływem innych wydarzeń, Uther łaskawie czyni z Merlina giermkiem swego syna. I tak zaczyna się wielka przyjaźń pomiędzy czarownikiem, a Arturem. No, tyle że następca tronu nie ma zielonego pojęcia o potędze swego giermka. I nic w tym dziwnego – czary są zakazane, co tworzy liczne problemy w postaci licznych wrogów Camelotu.
Męska przyjaźń?
Wiadomo – giermek to tylko giermek. Pokojowy to tylko pokojowy. Asystent nadwornego medyka to tylko asystent nadwornego medyka. Nie umywa się do władzy Artura. Nic więc dziwnego, że królewski potomek nie okazuje zbyt wiele szacunku innym. Z czasem się jednak to zmienia i twórcy serialu naprawdę dobrze zaznaczyli tę „przemianę”. No właśnie – „przemianę”. Bo o ile widać, że bohaterowie zachowują się znacznie dojrzalej i już nie wierzą z miejsca wszystkim naokoło, tak w kwestii przyjaźni pomiędzy Merlinem a Arturem mam bardzo mieszane uczucia. Możliwe, że to dlatego, że kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa. A możliwe też, że twórcy chcieli budować napięcie i dramatyzm. Sama nie wiem, bo podobno w męskiej przyjaźni przedrzeźnianie się na kilkanaście różnych sposobów to normalka. I mogłam to ogarnąć w pierwszym czy drugim sezonie – w końcu Artur to jeszcze bubek, nadęty pan tronu. Jednak te wszystkie przygody mają na niego wpływ. Tak więc… w trzecim sezonie co prawda widać, że Merlin może sobie pozwalać na trochę więcej słów, niż zwykły sługa, ale to nadal sługa. I miałam wrażenie, że w tej relacji jest coś toksycznego. Ciągle określali swoją relację jako „przyjaźń”, ale czy aby na pewno? Niektóre gesty czy nawet mimika twarzy Merlina wskazywały na to, że nie jest zadowolony z tego, że Artur włożył mu wiadro na głowę. Ale nadal – wiedząc, że magia jest zakazana – odgrywał rolę przybocznego idioty. Pomimo właśnie tego, że wielokrotnie ratował tyłek Arturowi. Ba – wątek ten i przyjaźni jest poruszany w ostatnich odcinkach przez samego Artura, już wówczas siedzącego na tronie. I te sceny mogą kroić serce, zwłaszcza, jak się ma te naście lat.
Poprawność polityczna
Jeśli myślicie, że dopiero Netflix wymyślił czarnoskórą królową na tronie Anglii, to się mylicie. Pierwszymi byli twórcy „Przygód Merlina”.
Mogli być również pionierami w obsadzeniu czarnoskórych rycerzy z Okrągłego Stołu.
Ale w kwestii silnych kobiet jest tu sprawa co najmniej ciekawa. Dlaczego? Bo same w sobie legendy o króle Arturze nie przedstawiają pozytywnie roli niewiast, raczej obrazują je jako złe i niebezpieczne. I o ile w pierwszych dwóch sezonach łatwo było to przełknąć, bo przecież czarnoskóra służka poszła walczyć, a w atakowanej wiosce walczą również kobiety, to jednak im dalej, tym trudniej było zachowywać pro-feministyczny charakter produkcji. Może i twórcy by chcieli, ale jednak nie bardzo mogą coś zrobić ze złą czarownicą Morganą, skoro tak było w legendzie. Ba, kryzys w związku Artura tylko wspomaga jakieś takie wrażenie „kobiety są złe”. Na szczęście to serial, więc poboczni bohaterowie mogą być płci męskiej i na równi spiskować z białogłowymi. Ale może jestem zbyt przewrażliwiona – no wiecie, za dużo treści pro-feministycznych na uczelni.
Zagrywki reżyserskie
Pewnie to nic nadzwyczajnego, ale jest różnica w kręceniu pierwszych a ostatnich sezonów. Spójrzmy na kolory – w beztroskich przygodach są nasycone, ale gdy sytuacja staje się nadzwyczaj poważna, to już dodano pewnego rodzaju szarość. Przykład:
Nie jest to może kadr specjalnie tęczowy, ale jest różnica z ich intensywnością – na przykład do tego:
Dobrze też wychodzi realizacja pro-horrorowych zagrywek, gdy odcinek tego wymaga. Tutaj szczególnie polubili zabawę z crumperami (czy jak to się pisze – chodzi o wyskakiwanie duchów z nagła) czy postacie z których leje się woda.
Czy wszystko zgrane?
Ogólnie, serial nawet po latach dobrze się ogląda. To zasługa muzyki i również tego, że im dalej, tym ciekawej. No, poza pewnymi wątkami w stylu „dźgnięta i uratowana, ale potem znowu tak samo dźgnięta i już umarła”. Ostatecznie można na to przymknąć oko, bo po co psuć sobie zabawę.
Na szczęście w dwóch innych kwestiach twórcy się spisali.
O ile w pierwszych odcinkach morał jest wręcz mówiony, o tyle im w głąb lasu, tym jest on mniej wypisany czarno-na białym. Innymi słowy, bohaterowie dorastają wraz z widzami.
No i logika pewnych oddziaływań – to było szczególnie ważne w ostatnich dwóch odcinkach. Z początku wydaje się, że skoro taki silny i mocny, to czemu Artura nie uratuje? Ano właśnie temu – za chwilę pada odpowiedź.
Całość ma wydźwięk w stylu „uwierz w siebie”. Ciekawe też było dla mnie zobaczenie, jak bardzo ten serial poszedł mi w dekiel, ale to może zostawię dla siebie.
Jeśli Ci się recenzja spodobała lub chciałbyś/łabyś, bym zrecenzowała coś spoza Netflixa lub po prostu masz na to ochotę, to możesz mnie wesprzeć tutaj. Dziękuję, za wszelkie wsparcie jestem wdzięczna! <3
Na Netflix wszedł kolejny serial. Tym razem z Luksemburga. Dziś ma drugie miejsce w najpopularniejszych serwisu. Ale czy „Capitani” rzeczywiście na to zasługuje?
Moim zdaniem – nie. Co nie znaczy, że jest on kiepski; po prostu fani kryminału nie dostaną tu jakiejś wyjątkowo wartkiej akcji czy zaskakujących momentów. Ba – koneserzy gatunku będą mogli przewidzieć scenariuszowe „niespodzianki”. Co zatem skłoniło mnie do obejrzenia wszystkich 12 odcinków?
Tysiąc i jedno pytanie
Odpowiadając, to są następujące rzeczy:
język. Luksemburski mnie odrobinę zaciekawił, bo to jednak ani nie niemiecki, ani nie francuski, ani nawet nie włoski czy skandynawski. Sprawiał wrażenie, jakby wszystkie cechy z tych języków były wrzucone do jednego wora i tak to się toczy właśnie. Pogrzebałam i okazało się, że luksemburski przez dłuższy czas był uznawany za dialekt niemiecki, ale w 1984 się to zmieniło. Wtedy wpisano go do języków urzędowych kraju. Mimo to wieści głoszą, że francuski – drugi urzędowy – go wypiera.
Ale wróćmy do serialu. Jest tu wszystko przyzwoite, od montażu, oświetlenie, po grę aktorską. Ba, główny bohater – Luc Capitani – wyróżnia się na tle mieszkańców nie tylko tym, że przychodzi od zewnątrz. Także aktor się postarał i postawa tego policjanta jest taka kamienna, lekko gburowata czy lekceważąca. Zauważyłam to dopiero w ostatnim odcinku, ale tak – wszyscy pozostali bohaterowie byli grani tak bardziej miękko, co nie dziwi, skoro mieszkają w małej wioseczce, nieopodal stolicy. Wobec tego wszyscy się tu znają i są w jakiś sposób ze sobą zżyci.
Muzyka… powiedzmy sobie szczerze – nie zauważyłam, by wyróżniała się czymś nadzwyczajnym, ale spełnia swoje zadanie.
Intryga. Mamy morderstwo. Sprawa wydaje się dość prosta, ale właśnie nie. Oczywiście, mieszkańcy miasteczka zdają się wiedzieć doskonale, co zaszło, ale zdają się nie chcieć mówić. Typowe? Tak. Dobrym rozegraniem scenariuszowym było to, że Luc w hotelu poznaje… no właśnie raczej rozpoznaje starą znajomą, z którą łączy pewną tajemnicę. I szczerze mówiąc, wałki, jakie się wokół niej tworzą zdają się być odrobinę ciekawsze, niż rozwiązywanie śmierci nastolatki, jednej z bliźniąt (spod znaku bliźniąt).
Wątki poważne. Jest tam sprawa pewnego pana, który ma niepełnosprawność umysłową i najprawdopodobniej coś widział. Mieszkańcy starają się go kryć, bo jest łatwym celem. Zbyt wielkie obawy? No, niekoniecznie, bo przypomina się taka sprawa Tomka Komendy…
…a propos polskiego wątku. To jest tam nawiązanie, tyle że dość niejasne. No bo mamy takiego delikwenta, który nazywa się Jerry Kowalska. Nazwisko znajome, prawda? No to – niezaprzeczalnie Polak! Tyle że nie. W serialu stwierdzono, że gościu pochodzi z Białorusi i musiał stamtąd spadać, bo reżim. Dajcie znać, czy są jacyś Kowalscy na Białorusi, kto wie, widział :).
Długość odcinków. Słowo daję, to była jedna z przyczyn, dla której łatwiej było mi oglądać ten serial. Mamy do czynienia z 25 minutami, a więc niecałe pół godziny. Znaczy, dla odcinka. Gdyby to było godzinne, to raczej trudniej byłoby mi się skupić na historii, wydawałaby się rozwleczona. A tak, mamy cięcie. To także zmusza scenarzystę/reżysera do cięć końcowych scen, które wymuszają „ej, ale co się tu stało? Chcę dalej!”.
Szczerze, wciągnęłam się dopiero od czwartego odcinka. Chciałam zobaczyć, co się naprawdę stało, bo wyglądało na to, że z każdym kolejnym faktem dostajemy nie rozwiązanie, a pytanie.
Mimo wszystko, nie żałuję, że obejrzałam „Capitaniego”. To serial, który może zadowolić przede wszystkim świeżo upieczonych fanów gatunku. No i zawsze jest to historia, która… eee, no może odprężyć. W sensie, wiecie o co chodzi xD.
Zastanawiam się, co tu napisać. Szczerze? Piękna prostota – tyle wystarczy. Ale ten film zasługuje na kilka jeszcze słów jak żaden inny z lunarnej wersji Pięciu Smaków.
Niby nic się nie działo, a jednak zleciał najszybciej. Jakoś tak proza życia Sajgonu lat 80′ XX wieku po prostu wciągnęła, mimo że historia jest dość prosta. On – ściąga długi. On – gra w operze i to nie byle jakiej, bo tradycyjnej, wietnamskiej. Spotykają się i… popłakałam się. Nie wiem, kim trzeba by było być, żeby się nie wzruszyć. Jest to tak subtelnie, artystycznie ukazane, że chyba nie w sposób. Co więcej, to nie jest wymuszone, jak w „Żonie”, tylko jakoś tak wypływa naturalnie, z ciepła.
Chyba nie ma sensu opisywać gry świateł, bo to widać na powyższym screenie. Dodajmy do tego stylizację otoczenia retro. Upływ czasu, starzenie się i tak dalej.
Muzyka to jeden z największych atutów filmu, jest spokojna, operowa, nostalgiczna. Nic więcej nie umiem na ten temat powiedzieć, ale doskonale zgrywa się z tym, co widać na ekranie.
Żałuję, że w najbliższym czasie nie będę miała jak sobie odświeżyć tego filmu. To dzieło na przynajmniej dwa seansy.
Shunji Iwai stwierdził, że nie zastanawiał się nad sensem tytułu. Ucieszył mnie ten policzek w krytyczne analizowanie, ale…
Biedne rybki ;(. Pamiętajcie, by trzymać je w dużym akwarium i broń Boże okrągłym!
„Żona dla Rip Van Winkle” ma kilka wersji długości – my dostaliśmy tę, co trwa 179 minut. I powiem Wam, że bardzo mnie one wymęczyły. Zastanawiałam się nawet, czy dać sobie spokój, bo ta japońska mentalność mnie po prostu wk…. Jednak po przeczytaniu „jest to film dekady” (z 2016) uznałam, że „Żona” to must have.
Ojej, jaka ta Japonia wyzwolona i w ogóleeee oeneonenene!!1111
Nie? Cơm Tàu, vợ Nhật, nhà Tây – wietnamskie przysłowie, które tłumaczy się tak: „jedzenie – chińskie, żona – Japonka, mieszkanie – po europejsku”*. I tak, Japonki jako żony są uległe, wręcz do przesady. Być może młode pokolenie już się nieco inaczej zachowuje, ale widząc „Żonę” i datę powstania, można mieć spore wątpliwości. I nie jest niczym nadzwyczajnym, że Nanami zaraz po wyjściu za mąż godzi się z byciem gospodynią domową. Oczywiście, wykorzystuje do tego pretekst zwolnienia z pracy, ale mimo wszystko, nikogo ta decyzja nie dziwi. I jasne, że coraz więcej małżeństw wspólnie pracuje (w sensie, ona i on), jednak chyba nie jest to jeszcze tak społecznie usankcjonowane, jak w Polsce. Ta ciapowatość, niezdarność i uległość bohaterki mnie wkurzała, ale jeszcze bardziej wkurzało mnie podejście facetów do niej. Miałam ochotę w pewnym momencie wywalić ten ekran za okno.
A tymczasem w fabule
Nanami ma pracę, poznaje w internetach swego jedynego jak się zdaje, po czym wszystko kończy się wielką jedną katastrofą. Jest zagubiona, więc pomaga jej jakiś kolega i przypadkowa kobieta, którą zagrała piosenkarka Cocco. Przyjaźń między kobietami się zacieśnia…
Każda godzina to tak jakby inny film – inny etap w życiu bohaterki. Niektórzy twierdzą, że Nanami doznaje przemiany, ale czy ja wiem? I na początku ma tajemnice przed mężem, i na końcu bierze trochę więcej inicjatywy w swoje ręce.
Właśnie, trochę więcej
Ale nie aż tak bardzo, by ta przemiana w filmie została ostro zaznaczona. I raczej nie o to tu w tym chodzi.
Myślę, że twórca przedstawił jedną wielką metaforę statusu kobiet w japońskim społeczeństwie. Począwszy od patriarchatu, a skończywszy na wyzwoleniu się spod niego. No bo nie czarujmy się, w pewnym momencie zarówno Nanami, jak i Cocco stają się partnerkami, żeby nie powiedzieć lesbijkami. Hmm, a może to jest też film o samotności…
.
.
.
Im więcej się myśli o tym filmie, tym więcej się rodzi interpretacji. Podejrzewam, że najlepszą recenzję napisałabym jutro, ale jutro będzie futro i będę zajęta czym innym.
Tak czy siak, „Żona dla Rip Van Winkle” to jedna wielka metafora czegośtam. I aż boję się uściślać, bo mogę od Shunjiego usłyszeć „a nie wiem, tak sobie napisałem”. Ogólnie, film raczej dla cierpliwych i chyba średnio przypadł mi do gustu.
* – informacje wzięte z grupy Pięciu Smaków. „Żonę” można obejrzeć w ramach festiwalu.