Spokojnie, wszystko gra

Dzień dobereł!

„Spokojnie, wszystko gra” to serial, który – wbrew przypisanej kategorii w @CANAL+ Polska – NIE JEST komediowy. Ba, nawet kategoria „czarna komedia” tu nie za bardzo wchodzi. To raczej typ serialu obyczajowego ze skłonnością do dramatu. I ten serial jest dziwny, ale po kolei.

Vivian (Thomasin McKenzie) dziedziczy po dziadku domek nad morzem. Z początku wszystkim się wydaje, że to tylko chałupka, ale już pierwszego dnia po przybyciu Vivian odkrywa, że kilkanaście metrów od niej jest tzw. klif samobójców, a jej dziadek codziennie ratował takie właśnie osoby. Sęk jednak w tym, że Vivian jest tzw. czarną owcą w rodzinie i jeden z jej braci – John (Rowan Witt) – totalnie jej nie ufa. Konflikt się dzieje… a jakby tego było mało, do Vivian przyplątała się niedoszła samobójczyni, Amy (Contessa Treffone). Nie chce odejść i twierdzi, że ona też musi ratować ludzi.

Był taki moment w serialu, który mnie wkurzył. Problem w tym, że kompletnie wypadł z pamięci. Dlaczego, za co? Być może dlatego, że historia ma w sobie coś lekkiego, coś, co każe obserwować perypetie bohaterów.

Oczywiście, musiał się w tej historii znaleźć OBOWIĄZKOWY wątek LGBT. John jest gejem, a jego partner to typowy przedstawiciel archetypu tegoż, czyli człowiek, który zawsze jest miły, delikatny i może być najlepszym przyjacielem kobiety. Aż zatęskniłam do „Przyjaciół” i stwierdzenia geja, że się zakochał w Rachel.

„Spokojnie, wszystko gra” z jednej strony chce psychologizować – i może nawet nieźle mu się to udaje. Z drugiej strony stara się bardziej wgłębić w naturę człowieka, czego przykładem jest Amy. O, chyba trochę sobie przypomniałam, na czym polegała moja złość. Bo widzicie, Amy to taka ciepła kluska, która papla o aurach, że ptak jest znakiem i tak dalej. Taki niby element komediowy. Bardzo polubiłam tę bohaterkę, ale miałam wrażenie, że serial trochę się boi dalej wyskoczyć, niż wymaga to polityczna poprawność.

Tak, są sceny łóżkowe gejów, ale spokojnie, jako rasowa homofobka po prostu je przewinęłam.

Są tu również elementy komediowe, ale jest ich znacznie mniej, niż przypisana kategoria sugeruje. Być może dlatego tak to odczuwam, bo diabelnie, cholernie, rozumiem Vivian. Właściwie to nie wiem – już w pierwszym odcinku wlazła mi gula na gardło i stwierdziłam „nie mogę oglądać takich rzeczy”, a mimo to oglądałam. Ta historia z pewnością coś w sobie ma. I w kolejnych epizodach – zwłaszcza ostatnich – byłam mocno wzruszona. Może nie potrzebowałam jakiejś dużej garści chusteczek, ale niewiele do tego brakowało.

Za to brakło czegoś końcówce – i kurczę, tu serial trochę próbował zaskoczyć, co niby się udało, ale nie udało się jednak. Finał ładnie zamyka historię i może ona być całością bez tworzenia drugiego sezonu. Nie mniej pozostawia niektóre wątki otwarte, przez co kontynuacja mogłaby powstać. I nie mam bladego pojęcia, co się z tym serialem dzieje, ponieważ widzowie sobie go cenią dość wysoko (patrz Rotten Tomatoes), a z drugiej strony nie ma żadnych wieści o ewentualnym drugim sezonie. Liczę jednak, że powstanie, choć z pewnością zadanie przed twórcami będzie dużo trudniejsze.

PS.: A co do psychologizowania, to znalazłam w tym serialu doskonałą radę do tego, jak zacząć obserwować myśli. Niech będą jak liście, które opadają. Problem w tym, że bohaterka szybko stwierdziła „to nic nie daje”. Cóż – może dla niej… bo uważam, że to doskonała myśl, by przestać wczuwać się w myśli. Dobra, miłego dnia.

El Mariachi

Trailer „El Mariachi” przypominał o „hicie” (cóż – dla wielu to film z jakiegoś powodu wybitny, ale na pewno Oskarowy) „Boy’z N’ The Hood”. Wtedy Columbia Pictures dała szansę 23-letniemu Johnowi Singlentonowi nakręcić film. Dwa lata później dała szansę Robertowi Rodriguezowi, który również miał 23 lata. Chodziło o dystrybucję raczej, bo o ile mi wiadomo, Rodriguez stworzył „El Mariachi” z własnych pieniędzy, a budżet wynosił 7 tys. dolarów. Na ekranie widzimy jego rodzinę i przyjaciół. Mówi się, że gdyby nie potrzeba trzymania kamery w ręku, to Rodriguez sam także by zagrał, no ale mus to mus. W „El Mariachi” stworzył niemal wszystko – od montażu, przez muzykę, na scenariuszu kończąc.

„El Mariachi” to pierwsza część „Desperado” – i nie martwcie się, jeśli nie widzieliście, to trochę straciliście, ale nie aż tak, by było tragicznie xD. Bo widzicie, pierwszy pełnometrażowy film Rodrigueza to jest prosta historia. Oto młody człowiek, El Mariachi (Carlos Gallardo), który chce być mariachim. Wstępuje więc do meksykańskiego miasteczka-zadupia (Jimenez), gdzie zostaje pomylony z lokalnym gangusem, Domino (Consuelo Gómez). Tak zaczyna się walka o życie…

Film trwa jakieś 79 minut, więc jest bardzo krótki, treściwy i jest przeżyciem. Zgarnął zresztą 7 nagród, w tym na Sundance (dramat). I powiem tak: z filmowcami dzieje się coś dziwnego, bo zwykle jest tak, że im młodszy, tym tworzy lepiej. „El Mariachi” to doskonały tego przykład, jeśli chodzi o pracę kamery szczególnie. Widać, że jej ruchy są trochę na intuicję, trochę nieokiełznane, ale jakie świeże, dynamizujące! Wystarczy sobie porównać z „Desperado” z 1995, czy z „Pewnego razu w Meksyku” z 2003, by zobaczyć różnice w narracji, w prowadzeniu kamery. Owszem, Rodriguez nadal nie boi się pewnych eksperymentów, ale… to już nie do końca to samo.

Jeszcze jedna rzecz mnie ujęła w „El Mariachi” i wcale nie był to meksykański, którym posługują się w filmie. To była muzyka. Niekoniecznie wybitna, ale świetna, i jeśli miałabym podać studentom filmoznawstwa przykład, gdzie muzyka gra drugą rolę, wbijając się w to, co się dzieje na ekranie, tworząc jego niezwykły klimat, to będzie to właśnie „El Mariachi”.

– Masz tu 7 milionów, nakręć jeszcze raz tę historię – powiedziała Columbia Pictures do Rodrigueza. I Rodriguez dał jeden z najlepszych akcyjniaków, a przynajmniej jeden z moich ulubionych filmów. W ogóle, przy „Cancion del Mariachi” mam wrażenie org.azmu, bo to jest niesamowita piosenka i jedno z lepszych, filmowych wejść. Zresztą, „Desperado” im starsze, tym lepsze.

Nie wiem w ogóle czy da się ten film zespojlerować, ale właśnie odkryłam, że to jest jeden z tych, które można oglądać pindylionowy raz i tak jakby się go widziało pierwszy raz. A to dlatego, że choć muzyka zostaje w głowie (niesamowite Los Lobos!), to fabularnie szybko z niej wychodzi. Ale to dobrze.

W „Desperado” – jak wiemy – El Mariachi gra już Antonio Banderas, co jest okazją do tego, by Rodriguez zabawił się nieco widzami. Ci, którzy widzieli jedynkę skapną się, że jedno wspomnienie było z poprzedniego filmu i… uwaga – tu teraz też gra Banderas. Tworzy to bardzo ciekawe wrażenie: z jednej strony, jakby od tamtego momentu minęło wiele lat; z drugiej – dla tych, co nie znali jedynki – wspomnienie jest takie trochę fikcyjne, no bo przecież El Mariachi poluje na kolesia, co zabił jego ukochaną, ne? No, przynajmniej tak myślałam do momentu obejrzenia jedynki. A przyznaję, nie było to łatwym zadaniem, bo ta część swego czasu miała słabą dystrybucję w Polsce.

I teraz tak – ruchy kamery są tu nadal ciekawe, ale to już nie jest to nieokrzesane filmowanie, co w jedynce. Nie przeszkodziło to jednak dać Rodriguezowi jedne z najlepszych scen w akcyjniaku.

I UWAGA, LEKKI SPOJLER:

W momencie, kiedy Banderas i Carolina (Salma Hayek) się kochają, ona postanawia zaśpiewać. Ten widzi, że oj, ktoś chce ich zabić. I to była po prostu iście genialna scena: raz, że muzyka znakomicie skomponowana w sytuację, dwa, że trzyma w napięciu.

KONIEC SPOJLERA

W ogóle dzięki „Desperado” odkryłam świetną kapelę – Los Lobos i zakochałam się w tej muzyce.

Z pewnością jeszcze nie raz sobie przypomnę „El Mariachi” i „Desperado”, ale nie wiem, czy to samo będę robić z „Pewnego razu w Meksyku”.

Wydaje mi się, że Rodriguez chciał za dużo opowiedzieć w dwóch godzinach. Z jednej strony mamy zamach na prezydenta Meksyku, z drugiej wątek zemsty, a z trzeciej bardzo ciekawego agenta CIA (Depp). Tylko że pierwsza połowa to jakieś drobne wprowadzenie do wielkiej akcji, przy czym miałam wrażenie, że gdzieś się ulotniła ta fantazja, w której kapela El Mariachi wybija wszystko, co się rusza. Owszem, w filmie nie brak chwytów a’la Rodriguez, ale… coś tu odeszło. To samo z tęsknotą Banderasa za Hayek – bo Carolina jest na ekranie kilka minut, a szkoda. To był ogromny i szalony potencjał, by opowiedzieć o parce, która rozbija wszystkich gangusów w Meksyku. No i nie ma. A nie ma dlatego, że Banderas chce się zemścić za śmierć ukochanej i córeczki. I może to by znacznie lepiej wybrzmiało, gdyby Rodriguez skupił się na samym Banderasie, a nie dał pindyliona nowych postaci, które rozpraszają akcję.

Co do muzyki – ta dziwnym trafem dopasowuje się najlepiej do filmu wtedy, kiedy na ekranie widać już pełną siekankę. Więc powiem tak: nie jest najgorzej, jest dobrze, ale i tak dźwięki nie przebijają się tak ekstremalnie fantastycznie, jak w „El Mariachi”.

„Pewnego razu w Meksyku” to najsłabsza część trylogii, ale za to jest jeszcze serial, który na tę chwilę ma już jakieś 116 odcinków. Columbia i Sony w 2014 roku postanowiły dać hiszpańskojęzycznemu światu taki właśnie serial, on ma na IMDB 7.4., ale… nie obejrzysz sobie bez VPN i na legalu.

Powiem tak: nie znam hiszpańskiego, a na streamingu serialowy „El Mariachi” nie bardzo jest do złapania. Próbowałam wyczaić, w którym kraju Amazon odpalił kilka odcinków, ale wygląda na to, że nigdzie. Cóż, pozostało wdrożyć plan B i uruchomić Dailymotion+VPN. Nie ma napisów, jak w jutubie, ale i tak zaryzykowałam.

I niemal natychmiast pożałowałam.

Spokojnie – Rodriguez nie robi tu paździerza. Wręcz przeciwnie!

Kamera czasem uchwyci jakieś zwierzątko na drodze, widać starania, by światło odgrywało ważną rolę w tych ujęciach. Już samo to buduje klimat pustki, klimat niezbyt przyjaznego Meksyku. A teraz dodamy do tego niemal znajome dla ucha dźwięki, bardzo charakterystyczne dla el Mariachi i jedziesz… Pierwszy odcinek zaczyna się od akcji: wchodzi do chałupy młody i widzi, że domownik jest umierający. Okazuje się, że ktoś mu wbił nóż w d. Tak to wyglądało. Czarny humor? Może trochę tak, bo młodego dopada policja i ląduje w więzieniu, gdzie ma odegrać pewną rolę. I przenosimy się do momentu, kiedy młody jeszcze nie wpakował się w poważne tarapaty. El Mariachi – w liczbie mnogiej – mieli podbić jakieś zadupie meksykańskie, ale jeden z nich miał bombę, a dzieciak pomylił ją z gitarą i jebło. W kontrze do tego wydarzenia złole porywają młodego i go torturują. Nie mam pojęcia, jak się dogadali, bo nie znam hiszpańskiego, ale gdy fabuła przeszła do dwóch barmanek, to trochę się ich gadaniną znudziłam i odpuściłam dalszy seans. Ufff.

Ale tak – serial „El Mariachi” płynie i niesamowicie mi żal, że nie ma jak go obejrzeć z napisami po angielsku choćby i tylko. To jest co prawda akcyjniak i obraz wiele mówi, ale kurczę… to dobry serial.

Sisu

To wszystko przez Matthias Music District i jego muzycznych kolegów xD. ❤ Ostatnio coraz częściej oglądam napisy końcowe, by znaleźć tytuły utworów, które tworzą film. I się niepomiernie wkurzam, gdy tego nie znajduję – dotyczy głównie seriali, ale i pełnometrażówki się zdarzają. Tak na przykład w „Sisu” – fińskim akcyjniaku – znajdziemy jedynie nazwisko kompozytora. Jest to Juri Seppä, który ma 20 lat doświadczenia w branży, przy czym tworzył także rzeczy do różnych gier. Przy czym widzowie go najbardziej kojarzą z „Karppi” (serial sensacyjny na Netflixie) i właśnie z „Sisu”. Przyznaję, muzyka w obu jest bardzo klimatyczna, a w tym ostatnim właściwie scala się z filmem, tworząc jego niezwykły klimat.

Bo „Sisu” to nie jest zwykły, standardowy akcyjniak. To znaczy – owszem, jest wybijanie złoli, jest zabawa konwencją, ale miałam takie wrażenie, że film chce nam dać coś więcej.

Aatami (Jorma Tommila) to człowiek, który postanowił skończyć z wojaczką, a jest rok 1944. Czasy więc niełatwe, Finlandia w ogniu i to dosłownym, nazistów nie brakuje, a on stwierdza, że pójdzie se do banku, da pindyliand złota – znalezionego w rzece – i się ustatkuje. Zadanie okazuje się niełatwe, gdy Aatami napotyka na swej drodze nazioli, którzy stwierdzili, że skoro i tak zostaną wcześniej czy później powieszeni, to warto zawalczyć o złoto. No i…

Dla widza oczywistym jest, że mamy tu do czynienia z jednostką nie do powstrzymania, kozakiem, który najprawdopodobniej wywinie się z wszystkich perypetii. Widz zaczyna to rozumieć w okolicy piętnastej minuty, gdy Aatami robi niezłą rozwalankę z nazioli.

„Sisu” podzielony jest na rozdziały i z początku myślałam, że będą długie – ale nie, to po prostu szybkie, proste epizody, które mają doprecyzować, z czym bohater musi się zmierzyć. Jest to raczej ukłon w stronę komiksowości, czy stylu Quentina Tarantino, niż pokazanie widzowi „ej, jesteś głupi”. Także doceniam.

Mamy tu też smutne, puste pejzaże, które tworzą taki specyficzny, cichy i skandynawski klimat. A jeśli dołożymy do tego muzykę, to ło panie – wychodzi na to, że film niesie na swoich barkach narodowy charakter. Chociaż, wszystkie prawie dialogi są nagrane po angielsku (pod koniec tylko nagle się pojawia się fiński), ale rozumiem zabieg: „Sisu” miał wejść na rynek międzynarodowy z przytupem. I wszedł.

„Sisu” to krótki metraż, bo ledwie 1,5, ale ogląda się go zacnie. Z jednej strony mamy wspomniany już klimat, z drugiej nawalankę – i to krwawą. Zresztą aktorstwo jest tu bardzo dobre, a pieseł skardł moje serduszko ❤.

W głowie się nie mieści

UWAGA – RECENZJA JEDYNECZKI.

Ja: mam ochotę na coś lekkiego, przy czym mogę się odprężyć

diabeł: może puść sobie „w głowie się nie mieści”, jest na disneyu

ja: ale to bajka dla dzieci

diabeł: no i właśnie dlatego będzie lekkie i odprężające

ja: ok

[puszcza]

[gdzieś od 40 minuty]

ja i moje mokre policzki

…przejdźmy może do recenzji.

Riley ma 11 lat i właśnie coś sprawia – nie jest wyjaśnione, co – że rodzina musi zrezygnować z pięknego, dużego domu, wyjechać z Minnesoty i zamieszkać w San Francisco. Rzecz jasna, taka sprawa nawet dla dorosłego może nie być łatwą rzeczą, a co dopiero dla małej istotki. Choć podejrzewam, że takie sytuacje w USA to całkiem normalna, codzienna wręcz rzecz. Nie mniej, na początku wszystko wydaje się być OK, ale im dłużej Riley jest na obcym terenie, tym gorzej się czuje. I my to obserwujemy wewnątrz głowy. Brzmi abstrakcyjnie? Owszem – i uważam, że przedstawienie tego pomysłu tak, by ktokolwiek zrozumiał, a zwłaszcza dzieci, było trudne. Dlatego nie dziwne, że animacja zgarnęła Oskara za najlepszy film animowany w 2016 roku.

Dodatkowo, nie wiem, co tu się stało, naprawdę. Bo fabularnie to wszystko wygląda na znane i lubiane, po prostu emocje przeżywają przygody, chcąc osiągnąć jakiś cel. Ale… kurczę. W pewnym momencie po prostu musiałam poczuć na policzkach łzy. I to nawet nie to, że sceny były wzruszające, a po prostu czułam się, jakby twórcy grali na harfie emocje. Treść tego filmu coś we mnie wywoływała i może jakby się coś we mnie przepracowywało… nie wiem, bo nagle się po prostu uruchomił ten wzrusz. I pewnie mi napiszecie, że przy filmach Pixara to normalne xD.

W każdym razie – film wartościowy. Nie wiem, czy Was zrelaksuje, ale na 99% wzruszy, coś w Was wywoła. I dlatego bardzo bym chciała pójść na dwójeczkę do kina. Ta w tej chwili sprzedaje się jak ciepłe bułeczki. To jest głównym motywatorem do seansu, bo recenzje staram się omijać z daleka (póki co). No dobra, miłego dnia 😉.

Kingsman: the golden circle

„Kingsman: the golden circle” to druga część z uniwersum, która… no, jest niezła, chociaż nie aż tak dobra, jak jedyneczka. I to nie chodzi o muzykę czy reżyserię, bo te dalej są świetne, ale scenariusz nieco nawalił.

Mamy tu do czynienia z tym samym co zawsze: trza uratować świat. Tym razem jednak sytuacja jest na tyle chora, że dwie tajne organizacje szpiegowskie muszą połączyć siły…

I w tym momencie kończę RECENZJĘ BEZSPOJLEROWĄ. Poniższe akapity więc możecie ominąć, jeśli nie chcecie wiedzieć więcej, niż w zwyczajnym opisie.

Ja wiem, że to akcyjniak, a w akcyjniaku mnóstwo rzeczy może być naciągane. Nie mniej, zmartwychwstanie jednej z postaci uważam za rzecz, która niezbyt mi spasowała; wiecie, to takie „aby dobrze było na serduszku”. Rozumiem, że potem to może się fabularnie przydać, nie mniej… nie wiem, coś w tym mi nie podpasowało.

Czy jest więcej takich nie trzymających się kupy wydarzeń? Być może, to akcyjniak, ale akurat te szczegóły nie walą między oczami.

Szczególnie, że Golden Circle to wciąż film pełen akcji.

Fabularnie jest słabiej, ale dalej jest to przyjemna wizja, a jak dokopiemy się do finału, to – moim zdaniem, finał to scena-złoto. Działa tu wszystko: od choreografii, po muzykę.

Jak ktoś ma ochotę na przyjemny seans, to „Golden Circle” może być w sam raz 🙂.

Ludzka stonoga

Szczerze mówiąc – straszniejszy od samego filmu jest plakat. Ale,, tak po prawdzie: nie da się go oglądać na trzeźwo, dlatego zdecydowałam się na seans wtedy, kiedy byłam pijana w 3 dupy. Tak obejrzałam godzinę z 1,5. I trochę żałuję, że poszłam spać i musiałam dokończyć o poranku, gdyż ponieważ albowiem nie byłam w stanie w pełni docenić kunsztu Toma Sixa, który ponoć nakręcił film… właściwie dla beki.

Lindsay (Winter Williams) i Jenny (Ashlynn Yennie) mają pecha, jakiego świat nie widział.

BĘDĄ SPOJLERY, CHOCIAŻ – JEZUS MARIA, TEN FILM JEST TAK OBJĘTY LEGENDĄ, ŻE I TAK TO WAM NIE ZEPSUJE ZABAWY. DAJCIE SPOKÓJ, OCENA NA IMDB TO 4.4.

Wracając do dziewczyn: najpierw psuje im się samochód, ale inteligencję mają taką, że nie umieją wymienić opon, więc zachodzą do jakiegoś domu. W domu wita ich zwariowany profesorek a’la doktor Mengele, dr Heiter (Dieter Laser). Zrobił z dziewczyn ludzką stonogę, ale przód i tak stanowił mężczyzna, Katsuro (Akihiro Kitamura). Żeby było śmieszniej – na końcu Katsuro gada po japońsku, a jego gadanie chyba jest najbardziej realistyczne z całego filmu, bo miałam wrażenie, że typowo japońskie.

Cóż – horrorek nie kończy się dobrze dla nikogo, ale Tom Six i tak nakręcił Ludzką Stonogę 2. Dodam, że chyba Williams nie bardzo była zadowolona z roli w filmie typu G, ponieważ jest zapisana jako Ashley C. Williams, no ale to szczegół.

O „Ludzkiej stonodze” nasłuchałam się legend. Że to jeden z najbardziej pojebanych filmów, jakie można zobaczyć. Tyle że… nie. No, po prostu: nie. Owszem, koncepcja jest straszna, jednakże dało się ją zrealizować 10x bardziej. A tak mamy coś, co chce być horrorem, ale przez sporą część czasu wydaje się na tyle głupie, że… serio, tego na trzeźwo się nie da oglądać. Please, zaufajcie mi. NIE WARTO.

Atutów ten film nie ma żadnych, bo tu ani reżyseria oryginalna, ani muzyki żadnej, ani niczego ciekawego w tym holenderskim chyba tworze nie ma.

Dobra, idę dotrzeźwieć, a Wam życzę miłego dnia!

#ludzkastonoga#horror#horrorklasyc#głupifilm#idiotycznyfilm#durnyfilm#złyfilm#filmlegenda

PS.: Tak, wiem, że i trzecia część powstała, ale… jezu, serio?

Colors of evil red

No, Kieślowskiego z tego nie będzie…

Leopold (Jakub Gierszał) jest trójmiejskim prokuratorem. Pewnego dnia znajduje się trup w postaci córki sędziny Heleny Boguckiej (Maja Ostaszewska). Córka owa – Monika (Zofia Jastrzębska) – była niegrzeczną dziewczynką, wdała się w jakieś towarzystwo mafiosów i nie udało jej się przetrwać.

Wydaje się, że sprawa jest prosta jak budowa cepa, niestety – nie, bo Leopold jako niepokorny pracownik, wbrew swojemu szefowi, grzebie w sprawie i się okazuje, że wcześniejsze mordy to nie ten facet, którego skazali za nie xD.

Idę się poło… a nie, jeszcze nie.

Lepiej mi się oglądało „Atlas”, bo przy „Kolorach zła” byłam totalnie znudzona. Do tego stopnia, że już nie tylko Netflixa ustawiłam na 1,5x, ale sama przewijałam spacją. Cóż, jak świadczy to o filmie?

Dla fanów gatunku ten film nie prezentuje niczego. Ani zgrabnej historii, która by przynajmniej zaciekawiła, ani czegoś całkiem nowatorskiego.

No więc, pytacie, czemu ten film jest popularny w Hiszpanii? Bo to jest film skrojony pod gusta Hiszpanów, oni nie potrafią w kryminał xD.

Poza tym to żadna rewelacja, że coś jest w topce, bo tak działa streaming. Utrzymuje się w topce, bo ludzie są po prostu ciekawi, co zaproponował algorytm. A że obliczenia takie są, że wliczają ledwie kilka minut jako „obejrzane”, to no cóż.

Nie mam sił nawet na wstawianie tagów. Jestem mocniej podziębiona i po obejrzeniu tego czegoś poczułam się gorzej. Chyba z kolejnymi reckami poczekam, aż nieco wydobrzeję.

Miłego wieczoru.

Jumanji

To było ciekawe zmierzenie się ze wspomnieniami. Z filmu zapamiętałam tylko dwie rzeczy: przygody, przy których siedziałam jak zahipnotyzowana i dosłownie ostatnią scenę, gdzie dwie dziewczynki nad morzem odkrywają „Jumanji”. Czy film przetrwał próbę czasu?

Lata 60′ XX wieku. Alan (Adam Hann-Byrd) jest typowym, nieśmiałym dzieckiem, atakowanym przez zgraję szkolnych chuliganów. Pewnego dnia – w dość przypadkowych okolicznościach – odkrywa tajemniczą grę, Jumanji. Jeszcze nie wie, że to spowoduje problemy. Duże problemy.

26 lat później – w roku 1995 – do dawnego domu Alana wprowadza się kobieta z dziećmi swojego brata. Ona idzie do pracy, one zaś na wagary, bo również całkiem przypadkowo odkrywają tajemniczą grę. Jeszcze nie wiedzą, że zaraz spadną na nich dziwne rzeczy w postaci zwierzątek i spotkają zupełnie zdziwaczałego, dorosłego już Alana (Robin Williams).

Chyba nie zespojlerowałam w jakiś straszny sposób, bo wydaje mi się, że większość kojarzy jak nie ten film, to przynajmniej nowe wersje. Jestem bardzo ciekawa, co z tego wyszło, bo „Jumanji” z 1995 to ekranizacja powieści Chrisa Van Allsburga, wydanej w 1981 roku. Najwyraźniej ta obrazkowa książka przyniosła dość spory sukces, a w 2002 nadeszły kolejne dwie części, najwyraźniej także zekranizowane.

Tak czy inaczej, film… ogląda się dziwnie. Fabuła dość powoli się rozkręca – choć podejrzewam, że to uczucie było związane z moją wiedzą, iż Alan będzie dorosły i wyląduje w 1995 roku. Bo jakby nie było, niemal na samym początku zostaje wciągnięty do gry. Choć, może to i dobrze, bo miałam wrażenie, że reżyser – Joe Johnston – robi taki quasi horrorowy klimat. Wiecie, śledzimy powolne tempo akcji, w dodatku w świeżo kupionym domu… brzmi znajomo? Muzyka trochę wspomaga, choć niestety nie jest jakaś niezwykła; po prostu przyzwoite utwory, wpasujące się w akcję.

Dużo ciekawszą kwestią od muzyki jest kwestia humoru. Powiedziałabym, że mamy tu typowy humor z lat 90′, który się nieco zestarzał. Mniej więcej do połowy nie wybuchnęłam śmiechem, a wręcz powiedziałabym, że znalazły się tzw. cringe’owe sceny. Chociaż – akurat tu bardzo dobrze oddano różnice pokoleniowe. I dlatego mam ochotę na inny film z Robinem Williamsem – „Stowarzyszeniem umarłych poetów”.

Ostatecznie to przyjemny seans, można odetchnąć po ciężkim Neon Genesis Evangelion, ale moim zdaniem… spodziewałam się czegoś ciekawszego, bardziej zabawnego. Takie 6,5/10 rzekłabym.

No cóż, dajcie znać, jakie macie wrażenia po „Jumanji”, czy dobrze to wspominacie? I miłego dnia!

Teściowie 2

Dzień dobereł 🙂

Właściwie to bym se nawet walnęła trzecią część, bo „Teściowie 2” okazali się dość znośną, przyjemną historyjką. Może pupki nie urywa, ale nie jest to komediowe dno, które zwykle dzieje się w polskich komediach. Nie mniej, do jedynki nie do końca dorasta.

Ponieważ poprzednia impreza się nie powiodła, musiała nastąpić druga próba. Teściów zaprosili do hotelu i w zasadzie obserwujemy ich przygody. Jest trochę śmiesznawo, jest trochę żenująco i jest trochę nudno, nie mniej „Teściowie 2” zebrało parę uśmiechów z mojej strony. Tradycyjnie: zakończenie jest najlepsze, bo po prostu musiało się coś odwalić.

Komedia na poziomie MAX (HBO) to to nie jest, ale ktoś oglądający TVN pewno może się dobrze bawić. Właśnie – odnoszę wrażenie, że więcej zabawy znajdzie tu nieco starsze pokolenie, niż młodsze. Nie mniej, na plus należy zaliczyć metraż filmu – to tylko 1,5 h, więc można sobie z sympatią pooglądać dziwne rzeczy u teściów.

Jak Wam się bardzo nudzi – możecie włączyć, ale jak ominiecie „Teściów 2”, to świat się nie zawali. A jak nie widzieliście jedynki, to idźcie nadrabiać, bo naprawdę warto. A ja se tymczasem poczekam na trzecią część, nad którą trwają prace.

Pies

„Pies” („Dog”) reklamowany był jako komedia i co prawda zawierał zabawne sceny – bo raz, czy dwa się uśmiechnęłam – jednakże nie, to nie jest komedia. To jest powolny film drogi, w trakcie którego śledzimy losy żołnierza Jacksona Briggsa (Channing Tatum) oraz psa Lulu (Lana, Britta, Zuza). Briggs nie jest jednak właścicielem owczarka niemieckiego, ma on po prostu przywieźć psa na pogrzeb jego pana, również żołnierza. Zresztą, wszyscy oni służyli razem na misjach na Bliskim Wschodzie, więc sunia jest straumatyzowana i stwierdzono, że należy ją uśpić ze względu na bezpieczeństwo, ale czy aby na pewno to trzeba zrobić?

Ten film ogląda się dość specyficznie. Ja na przykład nie czułam się jakoś wielce zaangażowana w relację Briggs-Lulu, nie mniej jakoś nie bardzo miałam ochotę wyłączać opowieści. Czułam po prostu, że w filmie jest serce, chociaż to film nierówny. Ma prawo, w końcu to debiut reżyserski Channinga Tatuma i Reida Carolina, więc jak na ten fakt panowie poradzili sobie całkiem dobrze.

Skoro już zaczęłam od problemów w tym filmie, to dokończę tę kwestię. Jak widzicie po wstawkach, trochę wykorzystano tu utworów. Niestety, nie do końca wykorzystano potencjał tych melodii. Muzyka staje się tu takim tłem sytuacji, przez co niemal jest niewidzialna. Niemal, bo trochę jednak buduje nastrój – przede wszystkim w ostatnich trzydziestu minutach. I naprawdę dobrze wybrzmiewa na napisach końcowych, co też nie jest niczym nadzwyczajnym, bo i mamy tu orkiestrę, i Thomasa Newmana, a on całkiem dobrą muzykę filmową tworzy.

Film mnie wzruszył, bo miałam wrażenie, że jest pretekstem do opowiedzenia o żołnierzu, jest pretekstem do opowiadania o wspaniałym psie. Nie mniej, rzadko oglądam filmy, gdzie jedną z głównych ról to zwierzaki, więc bądźcie wyrozumiali. Ale… rzeczywiście, ta historia może mieć coś w sobie, bo nie tylko ja mówię o sercu w kontekście tego filmu. „Dog” to rzeczywisty hołd dla psa – Lulu właśnie, którego właścicielem był Tatum. Znalazł ją w schronisku i zamieszkała z nim przez 10 lat, a zmarła na raka w 2018. Także obraz zawiera wiele scen, których doświadczył Tatum, na przykład ta, gdzie wspólnie jadą przez Amerykę… ale dobra – dziwnie mi się pisze o „Dog”. Dlaczego? Być może nie ma zbyt wiele do opowiadania w kontekście samej historii, warto ją po prostu sprawdzić. Bo choć jako komedia „Dog” może nie wydawać się najlepsza, tak jako historia o docieraniu się dwóch istot jest już całkiem zgrabną opowiastką. A, i widziałam na IMDB narzekanie na dialogi. Ale wierzcie mi – po „Akolicie” żadne dialogi już nie będą tak bolały, jak przed.

* * *

Tym filmem chcę rozpocząć krótki cykl recenzji filmów z żołnierzami. W planach jest „Demony wojny wg Goi”, choć być może bardziej powinnam się skupić na USA. Bo to właśnie w tym kraju czerwiec jest narodowym miesiącem PTSD. Zastanawiałam się, czy dać do profilowego wstążkę, ale nie chcę aż tak bardzo wchodzić w egregorka, a poza tym to nie mój problem. Nie mój, choć moja inteligencja emocjonalna podpowiada: wesprzyj ich, bo PTSD to straszne [autocenzura].

Chwała żołnierzom, zwłaszcza tym, którzy pomimo wszystko bronią naszych granic. Dziękuję ❤