Fargo

Dzień dobereł! 🙂

Ten film braci Coenów obejrzałam z przyjemnością. Raz, że trwał proste 1,5 h, a dwa, że praktycznie nie było dłużyzn. Otrzymujemy tu konkret stworzony na podstawie prawdziwego dramatu z lat 80′ XX wieku.

Jerry (William H. Macy) znajduje się w finansowych tarapatach, więc postanawia nająć dwóch opryszków, którzy porwą mu żonę i zażądają okupu. Dzięki podzielonemu łupowi wyjdzie z kłopotów, jak się zdaje. No właśnie, zdaje się tylko, bo w rzeczywistości wszystko idzie nie tak. Pojawiają się trupy – dużo trupów – i widzimy to w pierwszym zdaniu w pierwszej sekundzie filmu, więc proszę nie gadać, że spojleruję.

I powiem tak: trochę nie rozumiem fenomenu tego filmu, ale ja prawdopodobnie mam tak z wszystkimi dziełami Coenów. Natomiast ten film wyróżnia się także zaznaczeniem, iż ze względu na szacunek do ofiar wszystkie pokazane wydarzenia miały miejsce. Innymi słowy, nie pokuszono się o artystyczne wkręty w ten obraz. W rezultacie dało to bardzo ciekawy film. Chodzi o jego prozaiczność. Nawet zwyczajne rozmowy między policjantką Marge (Frances McDormand) a jej mężem wydają się z jednej strony dziwaczne, jak na standardy kina, a z drugiej… no właśnie, nie powiecie mi, że tak nie mogłyby wyglądać w realu. Zróbcie sobie ćwiczenie: weźcie dwóch kumpli i poproście ich, by rozmawiali ze sobą. A Wy tę kwestię zapiszcie. Efekt? Dziwaczny!

Scenariusz został nagrodzony Oskarem i być może całkiem zasłużenie, ale wrócę do niego później. Film zgarnął jeszcze jedną złotą statuetkę, a właściwie to McDormand to zrobiła. I ten wybór jury jest jak dla mnie zastanawiający. Owszem, grała bardzo naturalnie i sprawiała wrażenie dość specyficznej osobowości, w dodatku z dzieckiem. I w moim mózgu wybuchł trochę szok „ale jak to, posyłać CIĘŻARNĄ do takiej sprawy?!”. No, ale jak to mawiają w „Kryminalnych” – bycie policjantem to tylko praca 🙂.

Wracając do scenariusza, „Fargo” zmusza do refleksji. I nawet jeśli nie przepadasz za braćmi Coen, to akurat w tej historii jest coś takiego… gdyby to nie było oparte na faktach, prawdopodobnie wszelkiej maści recenzenci ten film by zjechali. Ale życie pisze o wiele dziwniejsze scenariusze, niż nam się wydaje. Tutaj natomiast pojawia się taka refleksja, że to wszystko jest takie… głupie? A jakby widz miał jednak problem ze postawieniem sobie pytania „dlaczego ludzie robią durne rzeczy dla pieniędzy”, to Frances sama na końcu go na nie naprowadza 🙂.

Ciekawe jest to, że w niektórych scenach jest brutalność – i widz całkowicie wierzy, że ma do czynienia z dwoma bardzo niebezpiecznymi typkami, ale… to nie jest siekanka jak w slasherze, tu masz strzał i skrzywienie na twarzy widza, bo te sceny są trochę takie… z uczuciem, od serca robione. Nie chcę powiedzieć, że poruszyły, ani że zaskoczyły, ale wywołały we mnie po prostu reakcję, której przy zwyczajnych, fikcyjnych historiach nie mam.

Muzyka jest w stylu filmu obyczajowego, ja miałam wrażenie, że stapia się z tłem.

Chociaż nie rozumiem fenomenu „Fargo” (na IMDB ma 8.1), to doceniam tenże właśnie za to, że prezentuje w ciekawy sposób bardzo smutną historię.

Cudowne ręce: opowieść o Benie Carsonie

Dzień dobereł! 🙂

„Cudowne ręce: opowieść o Benie Carsonie” to prosty film, o którym można powiedzieć tyle: przyjemny film. Opowiada historię lekarza, który dokonał wielu wielkich rzeczy – od operacji na ofierze ciężkiej padaczki… a może by tak Wam nie opowiadać? Chociaż fabuła jest na tyle miła, że aż się chce, szczerze mówiąc. Generalnie, jak sobie wpiszecie w googlu Ben Carson, to powinna wyskoczyć informacja o pierwszej udanej operacji na bliźniętach syjamskich.

To znaczy wiecie – ja przed seansem wiedziałam tyle, że to człowiek, który ma jakieś niesamowite zdolności leczenia i osiągnął sukces i przez to wszystko stał się niesamowitym przykładem na połączenie z Bogiem/Źródłem/jak zwał tak zwał. Tyle tylko, że historia okazała się do bólu prozaiczna i na pewno nie taka, jakiej się spodziewałam.

– Ja też spodziewałam się nie wiadomo czego – stwierdziła Asia. – Dramy, kij wie czego.

No więc dramy tu nie było, a przynajmniej nie w takim hardcore, bo oczywiście dramę mieli rodzice, którzy przychodzili z prośbą o ratunek do Bena. Zwykle chodziło o wykonanie bardzo trudnej operacji na ich dzieciach. I trzeba przyznać, że przynajmniej w finale, kiedy on robi tę odważną operację, film pokazuje ją w bardzo dobry sposób. Przede wszystkim widać, że to był diabelnie trudny proces, nad którym czuwało wielu ludzi. Tak w samych technikaliach, jak i szczegółach typu „ile czasu do czegośtam”. I to mi się niewątpliwie podobało.

Gorzej film wypada w jednym momencie – momencie przemiany bohatera. Cóż, pewno książka to jakoś rozkręca, ale mówimy o obrazie trwającym 1,5 h. I tak się zastanawiałam, czy przypadkiem nie za mało pokazano tego zmieniania się; powód oczywiście podano bardzo dobry, ale… no właśnie. Zabrakło jakiejś dodatkowej sceny, choć może i to lepiej. A to dlatego, że przy dzisiejszym stylu pisania filmów, ten albo by trwał 3h albo wiałby nudą. Więc może to i lepiej, że zrezygnowano z dodatkowej sceny.

Dobrą robotę tu robi też muzyka: widać, że chce wpływać na film i widać również, że pewne sceny bez niej tak dobrze by nie wybrzmiały.

Ogólnie, „Gifted Hands” to bardzo ciekawy, przyjemny seans, który pozwala na odetchnięcie od mocniejszych i mroczniejszych emocji.

PS.: A do seansu polecam Paluszki Beskidzkie. Jak ktoś nie wie, to wspieramy polską firmę, której się fabryka spaliła, a szef nie chce zwalniać czy zmniejszać wypłat pracownikom. Smacznego 🙂

Elegia dla bidoków

„Elegia dla bidoków” to całkiem sympatyczny dramat, z którego łatwo jest czerpać inspirację. To opowieść o gościu, który całe życie miał pod górkę, ale koniec końców wygrał. W nagrodę za to opublikował swoje pamiętniki zatytułowane „Elegia dla bidoków”, a Ron Howard zdecydował się nakręcić dla Netflixa film. Dobry? Ano – całkiem niezły.

J. D. Vance (dorosły Gabriel Basso i młody Owen Asztalos) finansowo ledwo daje ciągnąć studia prawnicze. W tygodniu ma zaplanowane parę rozmów z kancelariami, ale wydaje się, że wszystko skończy się katastrofą, bo ciągle ma jeden problem: matka, która weszła w opioidy, co skończyło się uzależnieniem od heroiny. Tym razem również Vance musi zdecydować, co wybrać… ale czy dokona właściwego wyboru?

Pierwsza godzina – z 1,56 h – upłynęła mi bardzo szybko, właściwie obejrzałam go jednym tchem. Przy drugiej trochę zaczęłam się męczyć, ale w dalszym ciągu chciałam się dowiedzieć, czy Vance się powiedzie, czy nie.

Miałam tylko jeden zawód: za mało było wątku historycznego. W sensie owszem, widzimy w sumie trzy pokolenia, w jaki sposób się one zmagają z życiem. Ale na początku jest taka scena, gdzie młodzi ludzie – ubrani tak w stylu lat 30-50 XX wieku jadą se do nowego miasta, za lepszą przyszłością. I choć dowiadujemy się ostatecznie, jacy byli i co robili, jak przeszli przez życie, to problem w tym, że ja zatęskniłam za filmem kostiumowym xD.

„Elegia dla bidoków” jest przyjemnym seansem, który daje do myślenia. Przede wszystkim w tym, że życie to nie same tęcze – ale każdy może wyjść cało z burzy i być dumnym z siebie. Chyba potrzebowałam takiego obrazu, a jak ktoś szuka motywacji/inspiracji, to tak, to ten adres.

My lady Jane

JAK DZIAŁA OKNO OVERTONA W PRAKTYCE

Okno Overtona to taki myk, dzięki któremu coraz bardziej ludzie akceptują dane zjawiska. Zaczyna się od głupich żartów o gejach, a kończy się na murzyńskich królach gejach, przy czym słowo „pedał” zostaje zastąpione dżentelmeńskim „homoseksualista” czy „gej”. Czy to coś złego? Oczywiście, tolerancja jest najwyższą formą cywilizacji. A to, że XV-wieczny król Anglii jest murzynem? To tylko fantastyka, prawda? PRAWDA???

Moi drodzy, w serialu „My lady Jane” – który w czwartek wylądował na Amazon Prime – król Edward jest murzynem i w dwóch scenach widzimy, że jest także gejem. To ostatnie spłynęło po mnie jak po kaczce, tym bardziej, że TO MA SENS. Wyższy cel: uświadomienie odbiorcom, że miłość jest ponad podziałami i różnicami, że nieważne, czy kochasz się z Ewianinem, czy gejem. Tak, mamy do czynienia z powieścią fantasy, która dzieje się w czasach Edwarda. A narrator nie ukrywa, że w serialu trochę zmienimy historię. A zresztą, sam serial jest iście zabawny.

Więc na czym w tym przypadku polega okno Overtona? Otóż, na tym, że Edward jest murzynem. Dowiadujemy się tego w pierwszym odcinku i szczerze? Ten fakt tak walił w oczy, że musiałam zrobić przerwę. Ale chwila, przecież narrator mówi, że zmieniamy historię i Ewianin to taka istotka, która potrafi się przemienić w zwierzę, a Anglia ma z nimi konflikt. No więc fantasy! Czego ja chcę? A w dodatku nie jestem Angielką, więc to, że WSZYSTKIE filmy i seriale zmieniają historię królów angielskich NIE JEST MOIM PROBLEMEM.

Czy ja właśnie zaakceptowałam fakt, że angielscy murz… znaczy, królowie, to murzyni? Tak, bo chcę obejrzeć wreszcie jakiś dobry serial. A „Moja lady Jane” JEST dobrym serialem, pochłonęłam go od razu.

I to jest właśnie okno Overtona – z czasem na niektóre głupoty machasz po prostu ręką, bo chcesz się – na przykład – dobrze bawić.

Ale główną bohaterką jest biała, piękna kobieta ze szlacheckiego rodu, która ma na imię Jane i nie chce wychodzić za mąż. Niestety, czasy były takie, że musi. Trochę się los do niej uśmiecha i Jane zyskuje męża, który może nie jest ładny, ale za to biały, i który skrywa pewną tajemnicę… tymczasem król Edward jak to król, ma klasyczny problem: ktoś czyha na jego życie…

Nie będę wchodziła w szczegóły historii, bo po co mam Was obdarzać spojlerami, gdy historia jest naprawdę pomysłowa. Trochę przewidywalna, fakt; ale jakże sympatyczna. To nie tylko krzywe zwierciadło tamtych czasów, ale po prostu fabuła jest tak poprowadzona, że ciężko się oderwać od odcinków i bardzo chciałam wiedzieć, co dalej. W każdym z odcinków dzieje się coś ważnego i finał zawiera jedną z piękniejszych scen, jakie ostatnio widziałam.

Niestety, produkcja nie jest pozbawiona wad. Choć na pierwszy rzut oka widać woke, to z racji tego, że serial nie ukrywa zmieniania historii, można mieć to całkowicie w zadku. Co innego jest tu słabostką i niestety, jest to muzyka. Co prawda na początku mogło się wydawać to dobrym pomysłem, bo tu mamy rockowe, nowoczesne rytmy, chyba nawet hip hop jest, ale… nie, jednak ja bym wolała soundtrack bardziej dostosowany do czasów Edwarda. Ale to tylko moje zdanie.

I również uważam, że stroje to także najsłabszy punkt „Mojej lady Jane”. Nie są one jakoś specjalnie wyróżniające się, choć przynajmniej widać, że ubrania chcą być z jednego czasu, by wszystko było dopasowane do siebie (przytyk do Brigdetonów czy jak im tam).

„Moja lady Jane” to historia na kanwie powieści Brodi Ashton, Cynthii Hand i Jodi Meadows. W Polsce książkę wydało Wydawnictwo SQN – więc jeśli ktoś czytał, to niech da znać, jakie różnice i czy była fajna 😉.

The Bodkin

Bodkin to tylko trochę lepszy serial od przeciętnego. Fakt, ma pozytywne elementy, ale też i swoje problemy. I zaczniemy od nich, bo jest tu chyba najwięcej do opowiedzenia.

Fabuła jest z pozoru prosta: grupa dziennikarzy w liczbie trzech chce zrobić podcast kryminalny. Problem w tym, że zadupie, w którym pracują – Bodkin – jest kompletną, irlandzką dziurą. A to oznacza mnóstwo trupów w szafach.

Charakterologicznie mamy tu trzy kompletnie różne charaktery i jest to siła tego siedmioodcinkowego serialu. Dove Maloney (Siobhán Cullen) to bezwzględna dziennikarka śledcza, która została zesłana z racji tego, co narozrabiała, ale ciekawość nie pozwala jej ustać w miejscu i drąży tam, gdzie nie wolno. I tak sobie człowiek jedzie na pełnej do piątego odcinka i… przewraca oczami, wzdychając ciężko. Serio, naprawdę musieliście z niej zrobić lesbijkę? Choć o tyle dobrze, że wątek ten jakoś wspiera fabułę, więc nie jest jakoś tragicznie. Reszta bohaterów ewidentnie jest hetero, ale wróćmy do ich prezentacji.

Emmy Sizergh (Robyn Cara) to typowa, młoda dusza w zawodzie, która podziwia Dove, chce być taka jak ona i jednocześnie nie bardzo wykazuje się cechami, które powinien posiadać dziennikarz śledczy. No – ale jest młoda, więc może nabierze jeszcze wprawy.

Gilbert Power (Will Forte) to narrator, jak i pomysłodawca podcastu. I cóż, serial chyba najbardziej ciekawie rozwija jego postać, bo z jednej strony widzimy, że stara się być etyczny, a z drugiej… Jednocześnie bardzo wkurzał mnie charakter tej postaci, ponieważ mamy do czynienia z mężczyzną. Problem w tym, że często sprawiał wrażenie miękkiego i raczej słabego, niż silnego, walczącego o swoje. Jasne; każdy człowiek jest inny, a prawdopodobieństwo spotkania takiego typka w realu jest dość duże. Tylko problem w tym, że ja jestem nieco przeczulona na to, co nam serwuje kinematografia, więc… zestawienie silnych femin i słabych mężczyzn trochę mnie irytuje. Ale ogólnie, dobrze się oglądało Gilberta.

Te wszystkie postaci prezentowały się dobrze, ale jakimś cudem stwierdziłam, że to nie oni błyszczą. Znaczy – aktorzy są bardzo dobrze poprowadzeni, wiarygodni i człowiek może nawet się z nimi zżyć, ale… to drugoplanowa postać skradła moje serce. David Wilmot zagrał Seamusa, który był jednym z ciekawszych bohaterów. Lawirował między sympatycznym gościem, a skurwysynem. I to się Wilmotowi niewątpliwie udało, bo tam, gdzie widz miał czuć do Seamusa sympatię, tam czuje; a tam, gdzie być na niego wściekłym, tam także to czuje.

Niestety, mamy do czynienia z kryminałem, a to oznacza typowe dla tego gatunku chwyty narracyjne. I szczerze, mnie jako osobie szczególnie lubiącej ten gatunek zaczynają męczyć wizualia typu „główna bohaterka zobaczyła wilka”. Dzizas, serio – w co drugim serialu pojawia się tajemniczy wilk, którego widzi tylko główny bohater. Jest to męczące i jak rozumiem, ma pełnić pewną symbolikę. Wszystko fajnie, ale ileż można? Nie, nie chodzi o to, że można to lepiej przedstawić; raczej o to, że to już jest mocno wyświechtane i zazwyczaj nie prowadzi do czegokolwiek. Ot, taka postać do zbudowania klimaciku.

Drugą rzeczą, którą poczułam się zmęczona, a jest gatunkowa, to retrospekcje. Gdzieś tak do połowy serialu ich nie było, a potem wpada narrator i widzimy, co bohaterowie robili kilka godzin wcześniej. I niby to okej, ale jakoś tak… nie wiem, może wpychanie w te rzeczy jakiejś ideologii typu „rozszczepienie światła” nie przypadło mi do gustu. Trochę może się czepiam, bo twórcy wyraźnie chcieli się trochę pobawić historią.

I wicie, rozumicie, ten serial ma być komedią także. I ja widzę sceny, które są obarczone komizmem, ale w zasadzie raz się tylko uśmiechnęłam czy parsknęłam śmiechem. To nie znaczy, że jest źle; raczej mój mózg dość słabo zajarzył, że „to było śmieszne”. Choć z drugiej strony – na „Spaceballs” bawiłam się dobrze, więc… no dobra, o gustach się nie dyskutuje. Może sprawdzicie sami, czy się będziecie śmiać, czy nie.

„Bodkin” ma jeszcze jeden plus – intro. Jest naprawdę klimatyczne i w sumie to dobrze, że serial stara się oddać irlandzki klimat, wykorzystując do tego także tamtejszy, regionalny język. Lubię irlandzkie pieśni, więc ich słuchanie było dla mojego ucha bardzo przyjemne, chociaż treść niekoniecznie była bardzo mityczna.

Czy polecam „Bodkin”? No cóż – jest to przyzwoity serial kryminalny z jednym przynajmniej aktorem, który błyszczy w swej roli. I chyba zapodam Wam linka do soundtracka.

Dżentelmeni

Po filmie przyszedł czas na serial i nie zawiodłam się. Od razu powiem: niezły, lepszy od kinówki i… tyle.

Eddie Horniman (Theo James) pewnego, pięknego dnia dowiaduje się o śmierci ojca. To jednak okazuje się pryszczem, bo wraz ze śmiercią wychodzi na jaw, że rodzinka uprawia zioło. I to na masową skalę, wraz z rodziną Glassów, giganta w tego typu sprawach. Mało tego, brat Eddiego – Freddy (Daniel Ings) – wpakował się przez długi w niezłą kabałę, z której trochę ciężko wyjść obronną ręką…

W ciągu ośmiu godzin – odcinków – śledzimy najróżniejsze zwroty akcji, często zabawne. Przyznaję, że dla mnie najlepszymi odcinkami były trzy pierwsze, bo to takie bardzo sprawne wprowadzenie do klimatu. Mamy tu dużo trupów i zamieszania, ale obserwujemy też, że Eddie jest idealnym przestępcą i pomimo małego doświadczenia w branży tegoż pana widz nie ma co do tego żadnej wątpliwości. A skoro tak, to w połowie zaczęłam pytać: skoro mu tak dobrze idzie, dlaczego chce zrezygnować z tak intratnego biznesu?

Miejscami serial chce robić sobie jaja – choć czarny humor niekoniecznie jest tu wyszukany, raczej autorzy stosują chwyty znane wszystkim już od dawna i… szczerze? Jakoś nie bardzo mi to przeszkadza. Dobrze się po prostu bawiłam: aktorzy dają radę, zwroty akcji również, a muzyka jest tym, co trzyma w kupie klimat. No właśnie, jeśli chodzi o muzykę, to mam tu małego mindfucka. Być może wykorzystano utwory, które występowały w filmie, ale jestem pewna, że przynajmniej dwie piosenki zostały stworzone na potrzeby nowych „Dżentelmenów” i zamiast pójść do wikipedii, zdecydowałam się obejrzeć napisy końcowe. Zero informacji xD. Ale może akurat ślepota dała się we znaki.

Tak czy inaczej, wydaje mi się, że „Dżentelmeni” to całkiem miła, zgrabna i dobra historia o branży narkotykowej. Oczywiście, trochę w krzywym zwierciadle, oczywiście, nie jest to na serio, ale wciąż wszystko trzyma się dość wiarygodnie i po prostu miło się to-to ogląda. Gorzej, że nie jest to wybitne. Czy mogło? Nie – ale ocena 8.1. na IMDB sugeruje, że jakościowo jest przynajmniej do „Mayor of Kingstown”, a nie jest. Ot, zwyczajny sensacyjniak, trochę lepszy od przeciętnego produktu i tyle. 🙂

PS.: Jak widać po samym zdjęciu, bohaterów mamy tu zupełnie innych, niż w filmie. 🙂

Dość milczenia

Zwykle mówi się, że to droga jest najważniejsza, a nie samo zakończenie. Być może, ale tu coś nie wyszło, bo… to zakończenie okazało się najciekawsze i najlepsze. A może to po prostu mnie na starość coś poszło w dekiel, bo sam „Dość milczenia” to bardzo przyzwoity serial, który ma zacne zakończenie. Ale po kolei 🙂.

„Uwaga. W środku ukrywa się gwa.ł.ciciel” – taki napis na gigantycznej płachcie zawieszonej nad wejściem do szkoły mogli zobaczyć wszyscy nauczyciele i uczniowie tejże. Przy okazji mogli obczaić osobę, która za tym wszystkim stoi – oto 17-letnia Alma (Nicole Wallace), która uchodzi za dość rozpustną i słabą uczennicę. Nie mniej, zrobiła to, co zrobiła i trzeba było wezwać policję. A zatem zjawia się policjantka Mercedes (Sara Rivero) i zaczyna kolesiówę przesłuchiwać. A historia okazuje się nie tak prosta, jakby się chciało, bo sięgająca kilka miesięcy wstecz…

Nam narracja pozwala dowiedzieć się o wiele więcej, niż dowiaduje się Mercedes. I ja jako osoba dorosła pomyślałam: ale walnięte te nastki, jakaś zupełna patologia, ale może się nie znam? Bo tu mamy wszystko: od dragów, przez se…s, a skończywszy na męskim szowinizmie wobec kobiet.

Całość to ma chyba mieć pedagogiczny wymiar, tak żeby nastki, które oglądają historię zobaczyły, że takich rzeczy się nie powinno robić. Na przykład wysyłać zdjęć pe….sów do dziewczyn. Popieram, bo to jest istnie wk$##@$@#$. Jest tu jeszcze parę wątków typu trauma, przestępstwo, se…s…. czyżbym się powtarzała? No, może – bo mi się wydaje, że treści w tych przygodach nastków nie ma za wiele, bo to się kręci wokół dragów, s….u i buntu. Na szczęście, relacje między przyjaciółkami są bardzo wiarygodne, a podkreślają to sceny, które można zinterpretować na dwa sposoby.

Pierwszy – po prostu przyjaźń między kobietami taka jest…

Drugi – propaganda LGBT. Cóż, no… można się kłócić, ale tak, uważam, że to raczej było dość wyraźnie zaznaczone i Netflix musiał się bardzo cieszyć, że dwie przyjaciółki bardziej wyglądają na lesbijki, niż przyjaciółki. Swoją drogą, ja mam z tym problem. W sensie takim, że rozumiem, co to jest przyjaźń damsko-damska albo męsko-męska, ale… właśnie popkultura, wszelkie filmy i seriale skutecznie oduczyły mnie widzenia przyjaźni na rzecz widzenia LGBT. Trochę mnie to boli, bo czuję się lekko pogubiona w temacie.

Anyway, wracając do serialu, to nie bardzo wiem, co można tu dodać. Bo widzicie, rzecz jest taka, że obserwujemy, co odjewapniają nastolatki, przez co stają się po prostu dojrzalsze. I zakończenie jest nieco teatralne, ale tak, to właśnie jest ten powód, dla którego warto przejść przez całą historię, bo jest ono po prostu ładne. Oczywiście, feministyczne, oczywiście, temat przemocy se…alnej wobec kobiet jest zaznaczony w tym serialu, ale wydaje się to być takim trochę dodatkiem, stwierdzeniem „kobiety, nie dawajcie się tak, me too”. Nie wiem, czy rozumiecie, co mam na myśli; że to nie jest główny temat, ale jest taką podpowiedzią, że to ważna sprawa.

Zgodnie z obietnicą dodaję też spis utworów, które tu wykorzystano. Chyba wszystkie są w języku hiszpańskim i są to dość takie pop-balladowe utwory, często w smutnej, zamyślonej tonacji, cokolwiek to znaczy. Tak, spodobały mi się – ale obawiam się, że znaleźć konkretne utwory na YT jest trochę ciężko przez bogactwo hiszpańskiej sceny muzycznej. Nie mniej, macie w komentarzu linka do jakiegoś soundtracka, bo faktycznie, owe dźwięki były obecne w historii.

A sama historia powstała na podstawie powieści Miguela Saeza Carrala, hiszpańskiego pisarza, który po prostu czasem tworzy historie dla młodzieży. Niestety, wszystko wskazuje na to, że w Polsce nie jest ona wydana. Cóż, szczęściem mamy przynajmniej serial…

Neon Genesis Evangelion

O „Neon Genesis Evangelion” napisano już chyba wszystko, dlatego trzeba stworzyć kolejny tekst w temacie. 26-odcinkowy serial anime JEST arcydziełem – i to niezależnie od tego, czy Ci się historia spodoba, czy nie. Posiada on muzykę, która jest wybitna, a samo dzieło ostro wpisało się w fandom mangi i anime, wywierając wpływ na kolejne produkcje.

Zacznijmy od końca

Głównym reżyserem serii był Hideaki Anno, a Shinji Ikari odzwierciedlał jego wewnętrzny stan. A ponieważ twórca zmagał się ze stanami depresyjnymi, sam bohater również się z tym boryka, Zresztą, atmosfera tego serialu od początku była ciężka, a warunki traumatyczne, więc niech rzuci ten kamieniem, kto by nie miał po tych wszystkich porąbanych wydarzeniach depresji. Ale Hideaki nie dlatego, że kierował Evą 03 miał depresję – raczej dlatego, że warunki i projekty temu sprzyjały. Na przykład, produkcyjnie „Nadia: Secret of the Blue Water” (pierwotnym twórcą był Hayao Miyazaki) to było istne piekło na Ziemi. Raz, że relacje między kreatorami były koszmarne, a dwa, że to była typowa, piekielna praca produkcyjna w typowym, japońskim studiu animacji. Dla nieobeznanych z tematem: było koszmarnie. Na dodatek załamała się produkcja pełnometrażowa filmu „Royal Space Force Honneamise” – więc, gdy Gainax zrezygnowało z projektu, Hideaki się załamał na cztery lata i wycofał się z życia. Mimo to miał on przyjaciela, który podarował mu pindylion książek psychologicznych, a Hideaki postanowił walczyć ze swoimi demonami i koniec końców skupił się na lekturach, gdzie „znalazł to, co chciał powiedzieć”. Między innymi: nie uciekaj.

„Neon Genesis Evangelion” był właśnie tym anime, w którym Hideaki Anno mógł się wreszcie wyrazić. I było dobrze aż do 16 odcinka, bo stany depresyjne wówczas wróciły. Nic dziwnego – Evangelion nagle zebrał liczne kontrowersje z powodu brutalizacji serii (tak, mówimy o Japonii), a potem z powodu zakończenia tejże. Żeby było zabawniej, jest ono jednym z powodów, dla którego NGE stał się fenomenem.

Od 16 odcinka… Gainax nie miało dobrego budżetu na animację. I niestety, to bardzo widać, jak na przykład w scenie, w której Shinji swoim mechem ściska kapsułę z istotą. Leci piosenka, widz widzi pozycję mecha i… to wszystko. Tak się dzieje, aż muzyka się skończy. Choć NGE miał wcześniej statyczne elementy, to one zaczęły być widoczne na dobre dopiero od sceny s.e.k.s.u. dla dorosłych, bo wtedy widzimy kubki i rozmowy słyszymy. Nie mniej, może to i wywołało kontrowersje, ale chciałam zwrócić uwagę, że nastolatki to nie idioci, temat s….u nie jest dla nich czymś nadzwyczajnym i taka scena nie powinna budzić kontrowersji.

Ale był 1995 rok.

Animacja komputerowa dopiero zaczęła raczkować – czego pokłosiem była produkcja „Toy Story”, ale wracajmy do anime. NGE zaczęło dopiero wykorzystywać CGI, mieszać komputer z tradycyjnymi technikami animacyjnymi. To było wręcz nowatorskie, bo studio Ghibli jęło tak kombinować w 1997 roku. Wprawdzie Miyazaki nie musiał się bać o budżet, ale to już inna historia.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której muszę wspomnieć. „Shojo Kakumei Utena” to może bardziej pokłosie „Sailor Moon”, niż NGE, ale nie do końca. Przyjrzyjmy się scenom, w których bohaterowie są w windzie. Obie są zakratowane. Co prawda NGE nie tworzył ze swojej sceny jakiegoś turbo-widowiska, ale dynamika widoczna, a inspiracja w Utenie również widoczna jak na dłoni. Rzecz jasna, w Utenie jest to niesamowita chwila, którą zawdzięczamy muzyce głównie.

Ale! Być może NGE otworzył drzwi tym produkcjom, które chciały bardzo mocno eksplorować psychikę w przedziale produkcji dla nastolatków. Dlatego Shojo Kakumei Utena, a przede wszystkim psychodelia, 'Wirtualna Lain” (leciała na Canal+ kiedyś). Bo w pewnym momencie NGE naprawdę staje się psychodeliczny, a animacja tylko w tym pomaga.

I choć stało się tak, że zakończenie fanom się nie spodobało, więc wysyłali do studia liczne groźby karalne, a Hideaki miał nawrót depresji z tego powodu, Neon Genesis Evangelion dzięki niemu właśnie zyskał na znacznej głębi. Ta prostota tylko dodaje smaczku. Mało tego, znakomicie wtapia się w opowieść o Shinjim Ikarim i jego ekipie. Bo choć widzowie nie otrzymali spektakularnej walki, to… NGE docenia się właśnie za psychologiczne ujęcie problemów.

A serial od początku jest psychologiczny. Kiedy wjeżdżałam w ten świat, czułam, że te postacie są żywe. Że mamy tu do czynienia z prawdziwymi nastolatkami, a nie z jakimiś dziwnymi klonami (hehe), które walczą dla samej walki. Mamy tu dorastanie, mamy tu tęsknotę za byciem zaopiekowanym, stany depresyjne, właściwie… czego my tu nie mamy? Hideaki chyba wtłoczył w tę historię absolutnie wszystko, co można. Mało tego – dwa ostatnie odcinki można interpretować na milion sposobów, co też i sami twórcy zrobili. Ale o tym pewno przy okazji filmów NGE.

NGE przyczyniło się do ogromnego finansowego sukcesu studia Gainaxu, jednakże to nie on był przyczynką do padnięcia tegoż. Gainax borykało się z problemami od 2012 roku, a było to założenie restauracji, pożyczanie pieniędzy czy dziwna firma spod znaku CG i inne kwiatki. Mimo wszystko, „End of Evangelion” nie był ostatnim filmem z uniwersum, ale kolejne powstały już w nowym studiu Hideakiego, Khara.. Cóż, to tylko szczegół, bo mam wrażenie – a nie tylko ja – że Hideaki próbował tymi wszystkimi filmami oddać szacunek fanom, głównie tym narzekającym na brak bitwy w 25-26 epizodzie. Cóż, złośliwi nazywają to „nie kończącą się historią” xD.

MUZYKA

DreamStream – popowo, alternatywnie, sugestywnie @Słodko-gorzkieFilmo Granie Wydarzenia Muzyka i Czytanie.Joanka98 KLIK Music News Matthias Music District i nie pamiętam, kto jeszcze, ale… jeśli kochacie muzykę, to przynajmniej RAZ W ŻYCIU PRZESŁUCHAJCIE SOUNDTRACK NEON GENESIS EVANGELION. Na jednym razie raczej się nie skończy, ale… chodzi o to, że ona jest wybitna. W mózgu zostaje na zawsze.

Jest tak między innymi dlatego, że część utworów to po prostu klasyka – od Bacha począwszy, przez Johanna Pachelbela, Georga Friedricha, Verdiego, a na Beethovenie skończywszy. Jednakże to opening rozwala mózg.

– Muzyka jest w dechę – stwierdziła Asia. – I czuć troszkę tą psychodelę w niej.

„The Cruel Angel’s Thesis” (残酷な天使のテーゼ, Zankoku na Tenshi no Tēze)” to utwór rozpoczynający Neon Genesis Evangelion. Został napisany przez Neko Oikawę, skomponowany przez Hidetoshiego Satę i zaśpiewany przez Yoko Takahashi. I teraz tak: o samej piosence znajduje się w kij długi wpis na Wiki. Link w komentarzu, jak i również do soundtracku. Szczerze mówiąc, ten wpis to jest nic w porównaniu do tego, co mogłabym o NGE napisać. Ale…

GDZIE TA RECENZJA?!?!?!

RECENZJA

Shinji Ikari (Megumi Ogata) jest czternastolatkiem żyjącym w post-apokaliptycznym świecie. Świat został zniszczony w trakcie tzw. Drugiego Uderzenia, gdzie Anioł – istota, która wygląda dość masońsko-demoniczno-ezoterycznie (sorry, nie mogłam się powstrzymać) rozwaliła miasta, w tym Tokio. Teraz, po piętnastu latach Shinji ma objąć stery mecha – Eva 02. To, co jest tu zauważalne, to niepewność Shinjiego, ale hej – mamy tu w końcu do czynienia z nastolatkiem. I wiecie, fabularnie, pozornie jest to walka między mechami a Aniołami, ale… no, nie.

Pierwsze odcinki są wybitnie psychologiczne, a przedstawiony świat wydaje się zniszczony, pusty, postapokaliptyczny. Sceny, gdzie obserwujemy protagonistów i właściwie nikogo innego tylko nasilają to uczucie. Ponoć też nowatorskie podejście w kwestii animacji było, jeśli chodzi o rysowanie światła, cieni. No, ale wracając do fabuły, ekipa gdzieś od 5-6 odcinka zaczyna się nieźle powiększać, a widz ma wrażenie, że już jest lekko… Shinji ze swoimi stanami depresyjnymi na chwilę się uspokoił, ale nie. Zresztą, są jeszcze inni równie – jak nie bardziej – straumatyzowani bohaterowie.

Nie byłoby NGE bez muzyki.

Po pierwsze – sceny walk między Aniołami a Evami to jest coś genialnego. I o ile można stwierdzać „eee tam, animacja z 1995 nie jest tak super jak obecnie”, o tyle przy NGE to się nie sprawdza. Oczywiście, walczący robią dość dynamiczne ruchy, nie mniej, nawet jeśli widz zdąży się przyzwyczaić do walk, to… rozbrzmiewa pierwsza nuta piosenki. I już, Drogi Widzu jesteś położny całkowicie na ziemi. To, co te nuty wyprawiają z tymi scenami to wręcz mistrzostwo świata.

I one również przyczyniają się do tego, że na tym serialu jesteśmy w stanie płakać. Nie żartuję – wzruszyłam się wielokrotnie. Z jednej strony mamy głęboką jak ocean psychologię postaci, a z drugiej mamy wybitne nuty soundtracka. To daje takie combo, że nawet wiedząc, iż bohater przetrwa, po prostu popłakałam się.

Serial zawiera też jeden z najlepszych – jeśli nie najlepszy – filler, czyli odcinek „ok, zrobimy 20 minut dla zyskania czasu”. W większości przypadków kończy się to na przypominaniu poprzednich odcinków, ich streszczaniu lub podobne, męczące głupoty. Jednakże NGE zrobił to inaczej. To znaczy tak: podsumowywał, co się działo do tej pory, ale poprowadził tak narrację, że to było ciekawe doświadczenie, sprawiając wrażenie dynamizmu. No i dał dodatkowe scenki, które nieco rozszerzały perspektywę sytuacji.

„Neon Genesis Evangelion” jest jak wino. Im starsze, tym lepsze. Z jednej strony jako nastolatka mogłam się identyfikować z bohaterami – w końcu to rówieśnicy – a z drugiej strony… jako osoba dorosła, w dodatku pracująca z tematem wewnętrznego dziecka miałam efekt wow. Najpierw było to wrażenie, że NGE po prostu je w jakiś sposób opisuje, że opowiada o mnie, o moich emocjach, wszystkim tym, z czym mi się kojarzy dzieciństwo i tak dalej. I tak dotrwałam do 21 odcinka (nie śpiąc przez 48 h). Gdy wstałam, pomyślałam se: skoro NGE wspiera mój proces zaprzyjaźniania się z wewnętrznym dzieckiem, to po dzisiejszej medytacji będę miała na niego inne spojrzenie. Ale, jeśli to arcydzieło, to i tak się wzruszę. Dlatego zrobiłam medytację i dokończyłam serial. Wniosek?

NEON GENESIS EVANGELION TO ARCYDZIEŁO ANIMACJI.

Zabójczy paradoks

Dzień dobereł, właśnie skończyłam ośmioodcinkowy serial „Zabójczy paradoks”. Zgadza się, ale zarwana nocka była tego całkowicie warta.

Lee Tang (Choi Woo-sik) jest najzwyklejszym w świecie studenciakiem, który marzy wyjechać za granicę, najlepiej do Kanady. Tymczasem pracuje w sklepie i pewnej ponurej nocy zabił człowieka. W pierwszej chwili spanikował, ale gdy odkrył, że w sumie zabił złola, to to w sumie jest w porządku i warto zabijać dalej.

Opis przygotowuje nas na koreańskie „Świętych z Bostonu”, nie mniej w połowie pierwszego odcinka byłam niepomiernie zdziwiona. Ale jak to, tak niewiele się dzieje? Gdzie te zabójstwa wszystkie? Jesteśmy na drugim odcinku, a tu do Lee Tanga wpadł niezbyt miły gość i nie była to policja, gdzie są ci święci z Seulu?

Najsłabszym ogniwem jest pierwszy odcinek, chociaż to zależy od gustu. W tym serialu dużo się dzieje, jest masa fantastycznych – bo nie do końca takich oczywistych – zwrotów akcji, a psychologia jest na dość wysokim poziomie. Można powiedzieć, że wszystkie postaci są wiarygodne, być może dlatego, że serial daje czas na to, by widz się z nimi wszystkimi zżył i w miarę je zrozumiał. Najlepsze jest to, że „Zabójczy paradoks” traktuje widza poważnie. Bo mamy tu klasyczne pytanie – czy wolno zabijać złoli, bo to złole? A zamiast prostej, jednoznacznej odpowiedzi otrzymujemy całkiem ciekawe wywody bohaterów, którzy są uwikłani w bardzo trudną sprawę.

Więc, pierwszy odcinek jest najwolniejszy. Ale jeśli dacie szansę temu serialowi, to naprawdę nieźle możecie się na nim bawić. Zwłaszcza, że jest tu czarny humor i to w sporej ilości. Tyle że ja niezupełnie zdążyłam się nim nacieszyć, bo akcja w pewnym momencie tak szybowała w górę, że nie było czasu na dywagacje.

Co najlepsze, nie chciałam zarywać nocki. Znaczy najpierw stwierdziłam, że obejrzę sobie 1-2 odcinki, przy trzecim byłam już zupełnie w rękach serialu, a że była czwarta nad ranem, to stwierdziłam, że się położę, no ale nie, bo przecież muszę się dowiedzieć, co się stanie z Lee Tangiem i jego ekipą.

Całkiem niezły klimat „Zabójczego paradoksu” czyni muzyka – oczywiście, link w komentarzu.

Miłego dnia 🙂.

Namacalne dowody

Skończyłam oglądać „Namacalne dowody” i… i nie wiem. Przyznam, że pod koniec się męczyłam, ale wynikać to mogło z choroby. Albo i nie – po kolei jednak.

Bong Ye-bun (Han Ji-min)* mieszka na totalnym prawie że zadupiu, miasteczku liczącym 30 tys. mieszkańców, a sama dzielnica jest taka, że wszyscy wszystkich znają. Największe przestępstwo to ukatrupienie cebuli.

Jednak przychodzą zmiany. Prosto z Seulu przybywają dwaj mężczyźni. Jeden to policjant: Moon Jang-yeol (Lee Min-ki) i Seon Woo-Kim (Andrew Grace), stolarz pracujący w sklepie. I nagle, jak z grom jasnego nieba pojawiają się w mieście trupy. I medium, bo okazuje się, że Bong ma zdolności, przez które może poznać przeszłość człowieka/zwierzęcia. Wystarczy, że dotknie jego pupy.

Śmieszne?

Do dziesiątego odcinka ta drama jest bardzo cukierkowo-komediowa. Serio, można się pośmiać, bo ilość gagów całkiem pokaźna, a zakończenia odcinków takie, że łatwo włączyć kolejny.

Od 10-go odcinka jest gorzej, bo czułam, że powinno coś się zacząć dziać. I rzeczywiście, drama nagle zmienia nastrój z głupiej komedyjki na mroczniejszy kryminał, thriller nawet. Dobrze poznane postacie nagle zaczynają ginąć, a morderca… no właśnie: dużą zaletą tego serialu jest to, że niemalże do końca nie wiadomo, kto nim jest. Podobało mi się, jak twórcy sobie pogrywają w tym temacie z widzem.

Udało się jeszcze stworzyć dość charakterystycznych bohaterów, przy czym w k-dramie nie jest to nic nadzwyczajnego. Za to to są postacie, których łatwo polubić. Na przykład Bae Ok-hui (Joo Min-kyung), która miała charyzmę i ubierała się z tych wszystkich postaci najlepiej 😂.

Jako drama, „Namacalne dowody” mogą się poszczycić jeszcze dość przyzwoitą ścieżką dźwiękową – dwa, trzy numery bardzo mi się spodobały, a link do całego soundtracku w komentarzu.

No, ale napisałam, że miałam problem z tą dramą. Więc, kwestia jest taka, że sama zmiana nastroju nie byłaby tragedią, gdyby nie to, że jakoś od 11 do 13 odcinka obserwowałam serial, byle obserwować. To były takie… nudniejsze zwroty akcji, miałam poczucie, że niewiele się z tym dzieje. No, ale chciałam już doobejrzeć do końca, skoro tyle się działo. I… Przy trzynastym odcinku znowu mamy lepszą akcję i…

…i prawie im się udało zrobić dobry, szesnasty odcinek. To bardzo rzadko w koreańskich serialach wychodzi, bo to takie podsumowanie jakby całości i często jest bardzo nudne. I tu też było takie – mniej więcej od połowy 16 epizodu się nudziłam.

To nie jest zły serial, ale dla kogoś, kto widział całą masę seriali koreańskich, ten nie będzie niczym odkrywczym. Można się dość przyjemnie pośmiać, i ma się wrażenie, że sami twórcy też się przy jej kręceniu nieźle bawili. Ot, taki miły serialik dla odetchnięcia.

Przy okazji przypomniały mi się dramy, przy których bawiłam się o wiele lepiej. I chyba zrobię o tym posta 🙂.

* posiłkuję się danymi z IMDB. To tak, jakbyście byli zdziwieni, czemu nagle do tekstów wstawiam imiona koreańskie xD.