Uśpieni

– Czy znasz kogoś, kto chciałby pisać o tym, jeśli to się nie wydarzyło? Wiesz, co mam na myśli? Jaka byłaby motywacja do tego? To po prostu się nie zgadza – stwierdził Barry Levinson, reżyser „Uśpionych” z 1996 roku. Film został stworzony na kanwie powieści Lorenzo Carcattera i wywołała ona małe zamieszanie w połowie lat 90′. Opowiada o czterech chłopcach, którzy trafili do poprawczaka, a następnie postanawiają się zemścić za tamtejsze bestialstwa. Brzmi ciekawie? W sumie to mnie przywiodło do tej historii, ale dobrze, że twórcy filmowi postarali się nieco zweryfikować historię. A potrzeba była taka, gdyż Carcattera twierdził i twierdzi nadal, że opisał prawdziwe wydarzenia. – Trzeba zmienić daty, imiona, miejsca, ludzi. To, jak wyglądali. Trzeba sprawić, by wyglądali inaczej. Jeśli coś wydarzyło się tutaj, trzeba sprawić, by wydarzyło się tam – tłumaczył, gdy zarzucano mu wymyślanie wszelkich możliwych faktów. A fakty, czy też „fakty” są wciągające…

🫣 Obserwujemy wszystkie wydarzenia w porządku chronologicznym, a więc od małolata do dorosłego. To mnie trochę zaskoczyło, ale historia była na tyle wciągająca, że się zdziwiłam, gdy okazało się, że minęła już godzina. Metraż nie jest długi – trwa tylko 2h i 26 minut. Ej, dobra – nie czuje się go po prostu, a od połowy to miałam wrażenie, że film wciągnął na amen. Mało tu piszę o fabule*, nie mniej… może im mniej Wam powiem, tym lepiej. Jest to bowiem rasowy dramat i widać tu jak na dłoni, że mógł wygrać Oskara.

Jednak „Uśpieni” zostali nominowani tylko w jednej kategorii – muzycznej, co zresztą nie dziwi, bo twórcą muzyki był John Williams. Trudno zatem spodziewać się innego efektu. Przegrał, bo miał bardzo mocną konkurencję w postaci „Angielskiego pacjenta” (zwycięzca), Hamleta, Shine i Michaela Collinsa. No cóż – niezależnie od tego, zescreenowałam utwory wykorzystane w „Uśpionych”, także możecie se poszukać na jutubie.

Tymczasem „Uśpieni” to jeden z tych filmów, które toczą się powoli i zaskakują na końcu. Nie spodziewałam się, że się popłaczę, ale tak się stało. Dlaczego? Myślę, że oprócz nastrojowej muzyki film spełnia jeszcze trzy warunki.

Pierwszy – to historia, ale o niej już wspominałam, to po prostu ciekawa i mocna rzecz, zwłaszcza dla rodziców.

Drugi – gra aktorska. Cóż, w tym filmie występują gwiazdy i szczerze mówiąc, większość z nich gra twarzą, gra znakomicie. Jestem jako widz w stanie uwierzyć, że ci ludzie cierpią. Robert de Niro oczywiście wdał się w rolę „Ojca chrzestnego” trochę, ale taki styl podpasował tej postaci, a zresztą, z jakiegoś powodu pomyślałam o „Desperado”.

Trzeci warunek: poważne podejście do historii. Widz nie jest traktowany jak idiota – wszystkie wydarzenia mają dość duży walor „zawieszenia nieprawdy”. Tak, jestem w stanie uwierzyć, że młodzi trafili do poprawczaka za to, co zrobili. Jestem w stanie uwierzyć, że działo się tam piekło, chociaż instytucje temu absolutnie zaprzeczają. Ale wreszcie… przede wszystkim jestem w stanie uwierzyć tym postaciom, bo aktorzy znakomicie grają twarzą. Tak właśnie wyglądają cierpiący ludzie, borykający się z pewnymi wątpliwościami. I cieszę się, że film jest na wysokim C do samego końca, bo widz tak naprawdę nie jest do końca pewny, jak to wszystko się skończy, choć narrator w pierwszej minucie filmu zdradza mniej więcej, jak bohaterowie skończą.

Choć nie są to decydujące rzeczy, to jeszcze o dwóch rzeczach wspomnę.

W filmie zastosowano efekty wizualne w odcieniu błękitu. Zimny, nostalgiczny kolor i wydaje mi się, że to było dość dobre rozwiązanie. Jest ono powiązane z PTSD, bo bohaterowie je mają i czasem ostro im się to daje we znaki… czasem? Właściwie od samego początku miałam wrażenie, że to, co się odjewapniło w poprawczaku na zawsze ich nie tyle odmieniło, co poniewierało. Traumę widać od razu, przez to, jak ci ludzie siebie i innych traktują. Nawet to, że dwóch bohaterów stało się mordercami również sprawia wrażenie, że to jest wszystko wina tego przeklętego poprawczaka. I narrator nie tyle nam to objaśnia ekspozycyjnie, ile najpierw zapowiada, a potem pokazuje twardą rzeczywistość. „Uśpieni” znajdują się na kilku listach TOP filmów o PTSD, dlatego śmiem twierdzić, że to rzeczywiście jeden z lepszych obrazów poruszających ten problem.

No i na zakończenie – „Uśpieni” zawierają kilka momentów, kadrów czy też scenek, które są po prostu interesujące. Może to nie Cameron, ale zobaczyłam w tych krótkich chwilach coś bardziej oryginalnego, niż zwykle.

Jeśli macie siłę na rasowy dramat, to „Uśpieni” Barry;ego Levinsona to ten właśnie adres.

* tak naprawdę chciałam wymienić wszystkich bohaterów z imion, ale się pogubiłam do kwadratu i nie jestem w stanie rozpoznać kto i kogo gra 🫣🤦.

Miss Sloane

Ten film prawdopodobnie Wam się spodoba, bo to film, który podoba się większości osób. Nic dziwnego: „Sama przeciw wszystkim” („Miss Sloane”) to thriller polityczny, kręcony bardzo dynamicznie i z bardzo przyzwoitą muzyką, tworzącą nastrój. W dodatku aktorzy też całkiem nieźli, błyszczy tu Jessica Chastain, a zresztą sam reżyser – John Madden – tak powiedział o niej:

– (…) miałem szczęście mieć aktorkę, która nie była zaniepokojona tym, jak bardzo widownia może być po jej stronie, po prostu bardzo interesowało ją zagranie tej postaci.

Elizabeth Sloane (Jessica Chastain) to bardzo wysoko ceniona lobbystka, która nie zna żadnych granic w dążeniu do celu. I to dosłownie. Jednakże na skutek pewnych działań zostaje oskarżona o niezbyt etyczne zachowanie, ściślej: przekupstwo senatora, za co grozi jej do pięciu lat więzienia. Sprawa ta wyszła na jaw, gdy Sloane walczyła o utrudnienie dostępu do broni.

A Ameryka ma z tym tematem niewątpliwy problem, bo broń można kupić w Walmarcie (market), a każdego roku w szkołach odbywają się strzelaniny. Również popkultura nie pozostaje biernym obserwatorem – żeby wspomnieć tylko słynny, animowany film „Jakby coś, kocham was” od Netflixa.

Mam problem z tym filmem, ponieważ jest on oparty na rozmowach. Oczywiście nie ma w tym nic złego; tym bardziej, że dialogi są żywe i wiarygodne, a dobry filmowiec potrafi oprzeć obraz na kanwie rozmów. Tak też zrobił Madden i wyszło mu całkiem zacne słuchowisko. No właśnie – słuchowisko, bo też brnęłam w ten film właśnie w taki sposób. Dlaczego?

Kobiety.

To na pewno wina kobiet.

Albo lewicujących filmowców z Hollywoodu.

Ewentualnie – dzieje się we mnie jakiś wewnętrzny proces, przez który nie mogę dobrze, komfortowo patrzeć na polityczkę, która zachowuje się jak rasowy psychopata/socjopata. Śmiem twierdzić, że pani Sloane to taki Dexter, ale pracujący w polityce.

Jest jedna dobra strona tego, że postanowiłam z filmu skorzystać w tle. Otóż, dowiedziałam się, że muzyka Maxa Richtera jest dobra, bo potrafi wybrzmieć między dialogami i zbudować napięcie, klimat. Toteż macie szczegóły muzyczne w obrazkach…

– Jak wcześniej powiedziałem, to mogłaby być mniej interesująca historia, gdyby to był mężczyzna, ale nie jest to mężczyzna – mówił John Madden. – To znaczy, wciąż uważam, że byłaby to interesująca historia, ale na pewno to, co czyni ją fascynującą, to fakt, że postać jest kobietą w przeważająco męskim środowisku, torującą sobie drogę – ale to nie jest feministyczny film w wąskim sensie, ponieważ nie definiuje siebie jako kobieta, po prostu definiuje siebie jako profesjonalistkę, i to też jest interesujące.

Właśnie widzicie; to jest jeden z powodów, dla których nie byłam w stanie zdzierżyć Sloane. Co więcej, reżyser wprost przyznaje, że ta postać jest napisana jak postać mężczyzny, ale teraz ma po prostu myszkę, zamiast koguta. Ekhem, za daleko pojechałam? Nie, ponieważ chyba każdy z nas zdaje sobie sprawę, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety są w swym zachowaniu, dążeniu do celu inni. Sloane to postać bardzo męska, powiedziałabym wręcz, że to mężczyzna w spódnicy. Właśnie dlatego wzbudziła we mnie antypatię i wbrew temu, co mówił Madden, nie udało mu się osiągnąć tego, by Sloane nagle stała się sympatyczna. Jasne; może pojawiły się cieplejsze uczucia; jasne… może ktoś jednak coś poczuje, jednak końcowy twist był niejako oczywistym twistem. Wszakże nasza wspaniała kobieta – czy też raczej facet w spódnicy – nie mogła tak do końca, na amen przegrać, musiała pokazać, że jest geniuszem w swojej branży i wygrywa niemal zawsze.

Wiecie – tu nie chodzi o to, że jestem przewrażliwiona na punkcie woke, choć może Wam się teraz tak wydawać. Wbrew pozorom, chodzi o duchową stronę mnie. Od lat staram się funkcjonować na wysokim poziomie kobiecej energii, i szczerze nie znoszę, jak filmy/seriale/cokolwiek próbują nam wmówić, że kobiety są silne tylko wtedy, kiedy zachowują się jak mężczyźni. Zaraz, zaraz – to przecież polityka, męski zawód, prawda? Tylko co z tego? Szczerze mówiąc, bohaterka „Wspaniałego stulecia” (tak, ta ruda) zachowywała się bardziej kobieco, od Sloane. Porównanie z dupy? No, nie – bo ruda baba była i okrutna, i władcza, i potrafiła całkiem ciekawych rzeczy dokonywać. Ale nikt z niej nie robił męskiego tyrana. Odnoszę wrażenie, że Hollywood nie umie i nie chce pokazywać kobiecych, silnych postaci w swoich kobiecych energiach. Powód? Cóż, zostawmy masonów na chwilę i przejdźmy do drugiego, najważniejszego wątku filmu.

Pozwolenie na broń.

– Rzecz w tym, że kwestia broni nie jest kluczową kwestią w filmie; film naprawdę dotyczy procesu politycznego, myślę, oraz studium postaci – fascynującego studium postaci – twierdzi Madden. – Ale byłoby nierozsądne nie przyznać, że jest to bardzo dzielący temat, więc jesteś zobowiązany do potraktowania go sprawiedliwie.

To coś poszło nie tak, ponieważ miałam nieodparte wrażenie, że ten film to taka wypowiedź w sprawie broni. Że to jest w pewnym sensie manifest, który usiłuje powiedzieć „Ameryko, mamy problem”. To prawda, USA nie potrafi sobie poradzić z tą sprawą i nie zanosi się na to, by kiedykolwiek sobie z nią poradziła. Mimo wszystko, gdy oglądam vlogerów z USA mieszkających w Polsce i proszących, żeby TO (zabijanie w szkołach) się wreszcie skończyło, coś we mnie pęka. Bo czuć, że ci wszyscy ludzie naprawdę nie czują się komfortowo z myślą, że w szkołach dochodzi do strzelanin i że pragną zmiany. A tymczasem „Miss Sloane” pokazuje wyraźnie, że lobby strzeleckie ma bardzo silne poparcie i właściwie niemożliwym jest, by ktokolwiek z nimi wygrał.

No i kończywszy ten niby-esej, trzeba wspomnieć, że kilka dosłownie szczegółów w tym tytule nie trzyma się kupy. Choćby to, że jedna z bohaterek – przeciwniczka posiadania broni – nagle rezygnuje z pomocy Sloane, ale… nie przekonała mnie logika tegoż zachowania. Tak samo – a może bardziej – słaby jest motyw twistu, jaki wykonała Sloane. Ale to już jest całkowite czepialstwo z mojej strony.

Niestety – ten film można także podciągnąć pod kategorię normowania prostytucji, ponieważ bohaterowie w nim nie tylko o niej mówią, ale także jeden z nich jest prostytutką. Cóż…

Pozwolę sobie przypomnieć, że na IMDB „Miss Sloane” ma 7.5, więc przypuszczam, że wielu z moich czytelników bawiło się/bawić się będzie na nim dość dobrze. Ot, ta recenzja to po prostu takie marudzenie podstarzałej panny z trzema kwiatkami na parapecie*…

Spaceballs

Dzień dobereł. 🙂

Mel Brooks chce zaryzykować, więc zapowiedział kontynuację „Spaceballs”. Cóż – przydałaby się nam porządna parodia Star Wars, prawda? Niestety, czasy mamy takie, że zamiast się cieszyć nową produkcją, to ludzie stwierdzają: „ale czy da się zrobić taki film w dobie poprawności politycznej?”. To jest smutne, tym bardziej, że „Spaceballs” z 1987 roku nie jest jakimś turbo deptającym po świętościach filmem. No dobra, może i jest, w swoich czasach…

* * *

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce mamy dwóch typków: Samotną Gwiazdę (Bill Pullman) oraz Barfa (John Candy). Są oni zadłużeni, więc na wczoraj potrzebują pieniędzy. Tymczasem Kosmiczni Jajcarze czyhają na powietrze z Planety Druidy, skąd zbiegła z własnego ślubu księżniczka Vespa (Daphne Zuniga). To wszystko brzmi aż nadto znajomo, prawda?

Cóż – film nie ukrywa, że jest parodią Star Wars. Łapie się właściwie prawie wszystkiego, co znamy ze słynnej serii, ale jakoś w połowie filmu dotarło do mnie, że „Spaceballs” stosuje naprawdę sprytne chwyty. Czy świetne? Cóż – kwestia humoru. A ten jest prosty jak budowa cepa i zalicza się raczej do „tak głupie, że aż śmieszne”, dlatego nawet osoby, które nie kojarzą SW powinny się na tym dobrze bawić. Jednakże, im dalej w głąb tego prostackiego nawet miejscami humoru, tym widz bardziej ogarnia, że oni tu sparodiowali Obcego (tak), Planetę Małp (znakomity numer), a ponadto miałam wrażenie, że twórcy naśmiewali się z samych siebie, czyli – z Amerykanów, tak ogólnie rzecz mówiąc. I korpo. Plus „Spaceballs” wydaje się być takim trochę filmem meta, ponieważ nikt nie ukrywa, że bohaterowie także kręcą film xD.

Brzmi to wszystko rewelacyjnie, prawda?

Jednak, gdy się to wszystko ogląda, to niekoniecznie ma się wrażenie, że to jest komedia wszechczasów. Owszem – jest bardzo śmiesznie, zwłaszcza wtedy, kiedy wiemy, czego się spodziewać. Jednakże obawiam się, że „Spaceballs 2” może zostać źle przyjęte na skutek zbytniego idealizowania jedynki. Bo umówmy się – Mel Brooks i pozostali scenarzyści (Thomas Meehan, Ronny Graham) wcale nie stosują jakiś bardzo odkrywczych elementów, wcale nie są to jakieś super zabiegi, czy też odważne. To po prostu bardzo prosty humor, który w jakiś sposób śmieszy. Być może właśnie przez jego prostotę.

Ale o jedno chciałabym prosić Mela Brooksa: żeby tytuł dwójeczki, którą podał w filmie faktycznie się ziścił. Tak, wiem – humor lat 80′ czy 90′ mógł się nieco zestarzeć, ale… to by było bardzo meta nawiązanie, śmianie się z samych siebie.

Co do muzyki, to również w dźwiękach słyszymy wyraźne podteksty do Star Wars. Ponieważ mieliśmy lata 80′, a także to, że film na jednym motywie nie mógł jechać, stworzono fantastyczną, rockową piosenkę „Spaceballs”. Innych, podanych w napisach nie bardzo kojarzę 😅.

Miłego dnia 😉.

Dżentelmeni

Było mi przykro, kiedy Netflix zafundował serial „Dżentelmeni”, powiązany z filmem z 2019/20 roku, którego reżyserią zajął się Guy Ritchie. Co ma piernik do wiatraka? Ano – pełnometrażówka była dostępna na VOD, tyle że za opłatą. Średnio mi się widziało inwestować w akcyjniaka, chociaż na IMDB „Dżentelmeni” zebrali 7.5, więc całkiem przyzwoitą ocenę. I chyba właśnie dlatego się zawiodłam.

Zwalić na nastrój do końca nie mogę, gdyż szukałam dokładnie czegoś takiego, jak „Dżentelmeni” – z akcją i humorem, jednym słowem: film ma być lekki. I ten akurat taki jest.

Michael Pearson (Matthew McConaughey) prowadzi niezbyt legalny biznes w Wielkiej Brytanii, a wspiera go całkiem sympatyczny z pozoru pan – Ray (Charlie Hunnam). Niestety, pewnego dnia wszystko się pierniczy. My poznajemy bohaterów w momencie, kiedy pewien detektyw – Fletcher (Hugh Grant) – składa Rayowi całkiem ciekawą propozycję biznesową. Więc przez prawie cały film śledzimy retrospekcje, które do tego doprowadziły i jest w nich trochę akcji, przyznaję.

Ale film generalnie dupy nie urywa.

Właściwie nie wiem, co poszło nie tak, bo teoretycznie mamy gwiazdy na ekranie, humor (i tu można się zaśmiać), no i robienie sobie jaj z dosłownie wszystkiego, jak leci. Może było w tym wszystkim za mało Johna Wicka i trochę za dużo dialogów. Cóż, chyba po „Miss Sloane” czuję się wymęczona filmowymi rozmowami i bardzo, bardzo potrzebuję Johna Wicka…

Natomiast niezależnie od tego, ścieżka dźwiękowa to dość przyjemne przeżycie i chyba najlepsze z „Dżentelmenów”. Może nie daje się we znaki w każdej chwili, ale przynajmniej trzy utwory: „Shimmy Shimmy Ya”, „Count Your Blessings” czy „Cumberland Gap” Davida Rawlinga to dla mnie czysta przyjemność. Takie pop-ballady, jeśli się nie mylę. Fani hip-hopu też trochę znajdą tu dla siebie miejsce, ale ja akurat za tym gatunkiem nie przepadam.

No i ostatecznie nie wiem, dlaczego „Dżentelmeni” zbierali i zbierają tak dobre oceny. Cóż, może stałam się zbyt wymagająca po tych wszystkich dramatach…

Kontakt

Przypuszczam, że moje pierwsze zetknięcie z „Kontaktem” było fatalne w swych skutkach, bo nie rozumiałam ni w ząb, czemu ten film jest tak powolny, pomimo oznaczenia „science fiction”. Okazuje się jednak, że dla widza dorosłego to jest film bardzo głęboki i chyba uznam go za jeden z piękniejszych w tym roku.

Ellie Arroway (Jodie Foster) jest naukowcem, którego marzeniem jest nawiązanie kontaktu z obcą cywilizacją. Oczywiście, cel dla wielu wydaje się być bezsensowny, to też trudno zdobyć pieniądze tak od samego rządu, jak i od prywatnych sponsorów. I w momencie, kiedy Jodie dawała pokazówkę-przemowę przed jednym z nich zdałam sobie sprawę: ej, ja ten film oglądałam! Ten właśnie moment zapamiętałam!

Ale momentów w „Kontakcie” jest znacznie więcej.

Bo choć widz ogląda historyjkę o próbie kontaktu z obcą cywilizacją, to tak naprawdę jest to tylko pretekst do przekazania o wiele głębszych treści. Film stawia pytanie nie tylko, czy jesteśmy sami, ale w ogóle – jacy i kim jesteśmy, zadaje pytania filozoficzne typu „czy Bóg istnieje”. I wiecie, z pozoru to może wyglądać jak agenda religijna, ale… koniec. Ostatnia godzina to jest przeżycie. Nie chcę spojlerować Wam za bardzo, ale moim zdaniem stworzono tu jedną z najpiękniejszych scen w historii kina amerykańskiego, taką… kurde, jeśli Wam opowiem, to zdradzę szczegół tejże xD. Z drugiej strony – przypuszczam, że to, co pokazuje ekran jest o wiele lepsze od słów.

Nie czytałam powieści Carla Sagana, na której bazuje film. Nie mniej, przypuszczam, że kino opowiedziało o wiele lepiej historię. Nie dlatego, że pan literat to grafoman, a właśnie dlatego, że kino posługuje się obrazem i dźwiękiem. W tym przypadku kluczem są wizje kosmosu, jakie znamy ze zdjęć NASA. I powiem Wam, że one zachwycają mimo upływu czasu. Jest to wszystko – fabuła, gra aktorska Foster, obraz, dźwięk – tak ze sobą skomponowane, że człowiek po seansie myśli sobie „o Boże, jakie to było piękne”. Tak po prostu, mimo że „Kontakt” wyszedł w 1997, a więc efekty powinny już ostro trącić myszką. A może po prostu film wygrywa, bo nie silono się tu na jakieś wydumane efekciarstwo, a leciało po najprostszych rzeczach? Co nie oznacza, że przy produkcji nie pracowało stado specjalistów. Pracowało, a za dodatkowe efekty wizualne odpowiedzialny był PETER JACKSON. Tak, ten Jackson! Po zobaczeniu jego nazwiska stwierdziłam: to już wiem, czemu ten film tak urzeka. 😉

Jodie Foster niewątpliwie błyszczy na ekranie. Zawsze była dobrą aktorką, ale ona potrafi grać emocje, twarzą, głosem i szczerze? Może nie dostała za rolę Oskara, ale oddała postać Ellie w przejmujący sposób. Pozostała ekipa była przyzwoita, myślę, że się spisali.

Jako ciekawostkę podam Wam, że w filmie wystąpił Bill Clinton jako on sam. Podobno to nagrania archiwalne, ale wow, bardzo się zdziwiłam, gdy go pierwszy raz w „Kontakcie” zobaczyłam, bo to było bardzo realistycznie rozegrane 😃. Aż musiałam obejrzeć napisy, ale niestety, nie został w nich wymieniony XD.

W 1998 roku „Kontakt” uzyskał nominację za najlepszy dźwięk. I szczerze? Nie było szans wygrać z „Titanicem”*. Jednakże uważam, że warstwa dźwiękowa „Kontaktu” jest bardzo ciekawa. Przede wszystkim dlatego, że muzykę słyszymy głównie w pierwszych i ostatnich sekwencjach, a reszta to jest właściwie dźwięk tła, wypowiedzi aktorów. Gdy bohaterowie namierzają sygnał od obcych, scena zostaje rewelacyjnie poprowadzona, bo z jednej strony widać, że film gra samym dźwiękiem, a z drugiej widz odczuwa niepokój i ekscytację. To było takie wow.

Zresztą, reżyser – Robert Zemeckis – bardzo sprawnie opowiada, tak że film płynie i praktycznie nie chce się go przerywać.

Polecam 😉.

#contact#sciencefiction#kontakt#adaptacja#pięknyfilm#głębokifilm#jodiefoster#filozofia#kosmos

* o Oskara w tej kategorii walczyły jeszcze: „Con Air” (Kevin O’Connell, Greg P. Russell, Art Rochester), „L.A. Confidential” (Andy Nelson, Anna Behlmer, Kirk Francis), „Air Force One” (Paul Massey, Rick Kline, Doug Hemphill, Keith A. Wester). Titanic (Gary Rydstrom, Tom Johnson, Gary Summers, Mark Ulano – jak widać, jedni z najlepszych speców w swojej branży). W „Kontakcie” za najlepszy dźwięk odpowiedzialni byli Randy Thom, Tom Johnson, Dennis S. Sands, William B. Kaplan.

Kingsman: the secret service

Ależ to była dobra rzecz! I na podstawie komiksu, może to ważne 😉.

Eggsy (Taron Egerton) nie ma łatwego życia. Jednak po licznych perypertiach udaje mu się trafić do tajnej organizacji, która jest tak tajna, że nie podlega jakimkolwiek rządom – podlega tylko sobie. To są Kingsmani…. którzy mają pewien problem w tej chwili – stowarzyszenie Valentina chce zniszczyć ludzkość, bo wicie, rozumicie, ocieplenie klimatu.

I w zasadzie – tu powinnam przestać gadać o fabule. Ja wiem, że film dawno, ale prosiliście o nie spojlerowanie, więc trzymam się tego. Bo im mniej wiesz o filmie, tym lepiej. No, dodam jeszcze na koniec, że niektóre zwroty akcji były dość zaskakujące – oczywiście jak na tamte czasy, ale i dziś wzbudzają ciekawość.

Tak czy inaczej, ten film jest zrealizowany bardzo dobrze. Posiada znakomitą muzykę (link do soundtracku w komentarzu), świetną – bo dynamiczną – pracę kamery, wspaniałą choreografię walk i fabularnie, to jest bardzo smaczny kąsek wśród akcyjniaków. Dla fanów gatunku rzecz obowiązkowa.

I tyle xD. Miłego dnia ;)).

PS.: Tak, jest tam dość zabawnie, mam wrażenie, że twórcy sobie trochę robili jaja z teorii spiskowych, jak i z samego gatunku (patrz: pierwsze minuty filmu, to jest parodia do któregoś filmu, ale nie pamiętam, jakiego xD).

El caso Asunta

Mam problem z tym serialem, ponieważ trochę się od niego odbiłam, ale… to nie wina serialu. To wina historii, którą wybrano do opowiedzenia.

W 2013 roku Hiszpanią wstrząsnęła sprawa Asunty – adoptowanej Chinki, która została zamordowana przez… no właśnie, przez kogo? Sprawa wydaje się być z pozoru prosta: oto mamy małżeństwo, które nie ma zbyt udanych relacji, a kluczem do rozwiązania jest zniknięcie Asunty. Ale czy aby na pewno? Powiedzmy wprost: to jest sprawa poszlakowa i to w dodatku taka, w której z kilku kilometrów widać, że absolutnie NIC SIĘ NIE KLEI.

Wiemy w zasadzie tylko dwie rzeczy. Rosario Porto (Candela Pena) i Alfonso Basterra (Tristan Ulloa) podawali dziewczynce prochy, dzięki którym dziewczynka – mająca wówczas 12 lat – stawała się bardziej ospała, mniej żywiołowa i to miało im pozwalać na zajęcie się sobą. Z perspektywy singla, którym jestem wydaje się to być ciekawe, bo zawsze mi się wydawało, że im mniejsze dziecko, tym więcej roboty. A para była z Asuntą praktycznie od samego początku, bo wzięli ją do siebie, gdy ta miała kilka miesięcy. Serial niezbyt wyjaśnia, jak przebiegała adopcja, ale w sumie nie jest to takie ważne – ważne, że w telewizji rodzice mogli poszpanować dobrym uczynkiem. I tak też jest. Te postacie są przedstawione z jednej strony jako osobowości niezbyt przyjemne, a z drugiej, jako osobowości pełne emocji i ciepła.

Produkcja nie staje po niczyjej stronie, ale szczerze mówiąc to, w jaki sposób zagra Candela Pena i Tristan Ulloa powinno być w jakiś sposób nagrodzone. Ci bohaterowie błyszczą, dają omamić sobą widza. Wierzymy pani Rosario Porto, wierzymy panu Alfonsowi Basterrze, bo pokazują sobą pełny wachlarz emocji. I szczerze mówiąc, wygląda na to, że aktorka w jakiś sposób oddaje hołd Usancie, a może i matce? Ta bowiem w 2020 roku popełniła samobójstwo. Nie mniej – serial znakomicie pokazuje, w jaki sposób niestabilny psychicznie człowiek może sobie zniszczyć życie.

Para została skazana na 18 lat więzienia. On utrzymuje, że jest niewinny i z tego też powodu odsiedzi cały wyrok. I problem w tym, że nie mam powodu, by gościowi nie wierzyć. Tak, wiem, socjopaci czy psychopaci potrafią sprawnie manipulować, ale z perspektywy historii, jaką tu ukazano wiadomo tylko jedno.

HISZPAŃSKIE INSTYTUCJE SĄ CHUJOWE!!!!!!!11111

Wiem, że to była sprawa bardzo trudna, bo nic się w niej nie kleiło. I wybór tej story jest największą wadą opowieści, ponieważ widz ma wrażenie, że nic się tu nie klei, a że nic się tu nie klei… to mogli iść dalej, prawda? I tak zaznaczono, że serial został lekko udramatyzowany, by był lepszy efekt. Ale… przez to, że nie chce się opowiadać po żadnej stronie, widz nie dostaje tortu z wisienką. Serio. Gdyby bardziej przyjebali w system, gdyby bardziej pokazali, to może by coś z tego było. Twórcy – którzy już wcześniej zrobili dokument o sprawie – utrzymują, że jest to historia o rodzinie, o ważnej jej funkcji. Ale ja jako widz – w dodatku singiel – nie poczułam tego. Nie poczułam tej tęsknoty za więziami rodzinnymi czy coś. Po prostu… nic. Pokazano, co miano pokazać, zachowując szacunek do osób, które wzięły udział w sprawie. I tyle. To błąd narracyjny, że serial nie chce wbić się jak nóż w żaden konkret. Oczywiście, można to zrozumieć „szacunkiem do ofiary”, ale to za mało. Bo widzicie – im serial nośniejszy, tym więcej osób poznaje sprawę, a to z kolei może przyczynić się do lepszego upamiętniania ofiary. Ufff, długi wywód.

Przez ten rozkrok niektórzy widzowie mogą stwierdzić, że „Sprawa Asunty” jest nudna. I trochę się z tym zgadzam, ponieważ serial nie zawiera czegoś, co ewidentnie zapada w pamięć. A szkoda. Ale mimo wszystko polecam zobaczyć przynajmniej dwa pierwsze odcinki, bo one są najlepsze i widać fenomenalną grę aktorską Candeli Peny (o której zrobiło się z tego powodu głośno w Hiszpanii) i Tristana Ulloy, którego rolę niektórzy krytycy oceniają jako rolę życia.

Psych

Dzień dobereł. Pierwszy plakat to prawdopodobny winowajca zaistniałej sytuacji, a drugi obrazek to stan mojego interneta z Playa. I nie, nie mam dostępu do światłowodu.

O „Psych” już pisałam wcześniej, ale myślałam, że skończę na ośmiu odcinkach pierwszego sezonu. Plan nie wypalił, bo się skończyło na obczajeniu ośmiu sezonów. To trochę duży kaliber, bo serie mają od 22 do 16 odcinków (ostatni ma 10). I myślę, że warto powiedzieć sobie o paru sprawach, przez które skończyło się to tak, jak się skończyło. Zapraszam.

🤣 Humor to chyba główna przyczyna, bo niemal nie było odcinka, na którym bym nie rąbnęła śmiechem. Owszem, oglądanie ciągiem może spowodować, że formuła będzie nudniejsza, nie mniej nadal ten serial bardzo śmieszy. Szczerze mówiąc, na niektórych odcinkach niemal płakałam ze śmiechu.

😍 Nawiązania do kina. Nie przebiję wiedzą Shawna Spencera (James Roday Rodriguez) w tym zakresie, ale kiedy zauważałam odniesienia, to robiło się jeszcze bardziej śmieszniej, niż było śmiesznie. Właściwie to w każdym odcinku jest jakieś odniesienie i tylko szkoda, że nie wiem, czy Spencer ma na myśli seriale, czy film „Partnerzy”. Reszta da się odnaleźć – jak na przykład „Ostatnie lato” z 1969 czy „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Tak, serial ewidentnie zachęca do sięgania po inne twory kultury i chwała mu za to, bo to bardzo szlachetne i tak się to powinno robić. A „Psych” bardzo często parodiuje formuły, ale o tym może za chwilkę.

😊 Muzyka jest wbrew pozorom bardzo ważna. Nie ma tu jakiegoś bardzo czaderskiego budowania klimatu rodem z „Gry o tron” HBO, ale za to mamy proste rzeczy, typu: zmieńmy opening. I tak na przykład w paru odcinkach opening jest w innym języku czy aranżacji, co znacząco wprawia widza w klimat. Żałuję tylko, że było tak mało eksperymentów, ale rozumiem – czuwanie nad produkcją ogólnie to ogrom pracy, a czasu niekoniecznie dużo.

🫣 Politpoprawność, która jest jak kot Schrodingera. Serial produkowany w latach 2006-2014 nie jest produkcją Disneya, czy innego Netflixa, więc może politpoprawność aż tak bardzo nie uwiera. Ale mam wrażenie, że twórcy tu poszli zupełnie po bandzie i tak naprawdę robią sobie jaja ze wszystkiego, a już chyba najbardziej z woke. Gus (Dule Hill, czarnoskóry aktor) w pewnym odcinku stwierdza, że Shawn jest rasistą, a w innych jest kompletna parodia tego wszystkiego. Ale to jest możliwe tylko dlatego, że absolutnie wszyscy bawili się konwencją „Psych”. I pod tym względem, im dalej w las, tym lepiej. Tak, najbardziej zwariowane, zabawne epizody to te, które powstawały już w późnej fazie serii.

😲 Jak nie lubię, gdy coś jest opisywane jako kryminał/cokolwiek i nagle w połowie zaczyna się coś innego, fantastycznego, tak w przypadku „Psych” mogłabym taki zabieg wybaczyć. Jasne, zabawa konwencją to jedno. Ale twórcy sami przyznają, że na planie panowała bardzo kreatywna atmosfera, często też zabawna. Tak na przykład, Steve Franks przyznał, że chciałby zrobić odcinek o podróży w czasie. I jeszcze parę innych pomysłów, ale problemem była telewizja, bo nie byli pewni, czy ta by klepnęła pomysły. Były one tak odjechane, że to zakrawało na abstrakcję. Jednakże udało się wykombinować jeden z najbardziej kreatywnych odcinków, w którym Shawn zastanawia się nad alternatywną wersją wydarzeń. To było bardzo ciekawe doświadczenie i mi się kojarzyło z prawem założenia. Nie wiem, czy warto tu ten temat rozwijać, ale nie jest to jedyny interesujący przypadek. Mamy jeszcze totalną parodię niektórych hitów, na przykład „To nie jest kraj dla starych ludzi”, dwa musicalowe odcinki i kilka mroczniejszych. Całkiem zgrabna historia z tego wychodzi.

🧐 Nie ma tu Oscarowych ról, nie mniej znowu – im dalej w las, tym lepiej. Być może wynika to z zażyłości ekipy, bo w serialu naprawdę widać, że ci bohaterowie do siebie docierają. Dwóch głównych protagonistów – Shawn i Gus – grają całkiem nieźle, ale… myślę, że na końcu przede wszystkim błyszczeli Carlton Lassiter (Timothy Omundson), Juliet O’hara (Maggie Lawson) – w ostatniej, finałowej scenie ma się wrażenie, że Lawson nie tyle gra, co staje się O’harą.

🫣 Przyznaję – seria ma na tyle dużo odcinków, że pod koniec postanowiłam iść na skróty, co nie zawsze mi się udawało, a to przez to, że atmosfera „Psych” wprawia mnie w totalne odprężenie. Nie mniej, poszłam na stronę IMDB i leciałam wg najlepszych epizodów, co nie było łatwe, bo większość odcinków waha się między 7.+ a 8.+. Mimo to mam wrażenie, że niektóre wątki zostały pourywane i jakoś tak splecione na szybko, jakby aktorzy musieli się wycofać z projektu ze względu na inne projekty aktorów. Tak było z postacią Rachael (Parminder Nagra), która pojawiła się tak szybko, jak szybko zniknęła, choć widz miał wrażenie, że wszystko idzie w jak najlepszy scenariusz. Trochę też taki los czekał samą O’harę – była, ale nagle jakby zniknęła. I oczywiście przeniesienia w policji się zdarzają, ale tu nie czułam, by sytuacja była w pełni jasna. Ale może się czepiam i po prostu w którymś ze słabszych epizodów sytuacja jest całkowicie wyjaśniona. Dobra, bo sama zaczynam krążyć wokół tematu, jak po orbicie planety…

🥲 Finał – i tu będzie trochę spojlerowo, a trochę nie. Z opisu odcinka wynika, że Shawn przeprowadza się tam, gdzie jest O’hara, czyli bodaj do San Francisco. Uważam, że zmiana miejsca bohatera to jest najgorszy typ zakończenia długiej, wieloletniej serii. I wiele hitów już się tak kończyło, poczynając od „Ally McBeal”, a skończywszy na „Friends”, ale, no… człowiek by chciał, by na końcu było jakieś pełne walnięcie. I w „Psych” tego walnięcia nie ma, niestety. Jest za to coś innego, i w sumie w klimacie całego serialu. Bo okazuje się, że Gus i Shawn w San Francisco nadal będą kontynuować swoje kariery detektywów, i to mi się spodobało. Nie spodobało mi się natomiast, że nie ma ciągu dalszego.

Tu powinnam postawić kropkę nad i, ponieważ zastanawianie się nad materiałem, który robi sobie jaja z woke w czasach woke jest trochę stratą czasu. Bo otóż, wiadomo, że „Psych” dziś nie mógłby powstać z taką swobodą, jak w tamtych latach.

„Psych” to bardzo dobry, komediowy serial z nutką kryminału. Polecam każdemu na chandrę. I nie, nie żałuję, że przez niego oglądanie czegokolwiek ograniczyło się tylko do Netflixa, bo Netflix sobie radzi z niskimi szybkościami internetowymi. Reszta niestety nie.

PS.: Postaram się dokończyć „To nie jest kraj dla starych ludzi”, choć z takim tempem sieci może być ciężko. I zastanawiam się też, co z seansem „Na południe”, bo to jest bardzo długi serial z bardzo ciekawym, kanadyjskim klimatem lat 90′. Jutro postaram się zrobić recenzję „Ostatniego lata” z 1969 roku. Trzymajcie się i miłego dnia!

Algorytm miłości

CANAL+ Polska dawajcie mnie drugi sezon „Algorytmu miłości”!

Jestem zdziwiona, że na Filmweb ten komediowy, dziesięcioodcinkowy serial ma tylko 6,6/10 (stan na 23.05.2024), gdyż uważam, że zasługuje na 7.0. To naprawdę dobry relaks – nie tylko dlatego, że odcinki trwają pół godziny, ale także dlatego, że praktycznie w każdym z nich się pośmiejemy. Wprawdzie twórcy formatu to już weterani, bo mają za sobą Office PL, ale komedia to wciąż jeden z najtrudniejszych gatunków.

Na skutek pewnych perturbacji stacja TV zmuszona jest do urządzenia piątego sezonu „Algorytmu miłości” na podwarszawskim wygwizdowiu, mimo że wcześniejsze sezony odbywały się za granicą, w ciepłej Hiszpanii. Cóż – miejscówka to najmniejszy problem uczestników, którzy mają do zgarnięcia milion złotych i miłość swojego życia.

Szczerze? Wspaniale się przy tym odprężyłam. Serial wciągnął prawie od pierwszego odcinka. Na początku było trochę sucharowo, nie mniej – im dalej, tym lepiej. Ta parodia ma chyba wszystko, czego potrzeba: durne questy, zabawne momenty i przede wszystkim znakomite aktorstwo postaci, które są żywe. Tak – wierzymy w tych bohaterów i przy piątym odcinku skapnęłam się, że właściwie to ja im wszystkim kibicuję. Niektórzy są bardzo stereotypowi, inni bardzo sympatyczni. Ponoć aktorzy trochę ćwiczyli do tego show i szczerze mówiąc: widać ogrom pracy włożonej w projekt, widać bardzo staranną realizację. Gratsy dla nich, jak i całej ekipy, odwaliliście kawał dobrej roboty!

Nie bardzo oglądam reality show, więc tym bardziej należy docenić, że „Algorytm miłości” śmieszy bez znania jakiegoś większego kontekstu. Rozumiem, że gdybym śledziła te wszystkie „Hotele miłości”, to pewnie gagi by mnie śmieszyły nieco bardziej. Nie mniej… Serial idzie chyba trochę dalej, niż reality show. Pod koniec mamy trochę takie jakby uświadamianie widzów, że tego typu programy to są ustawiane, i właściwie niekoniecznie jest to dla uczestników w porządku. Eeeh, tak, jeszcze pamiętam początki reality show w Polsce. A dziś? To żadna tajemnica, dlatego takie edukowanie może trochę za bardzo wybrzmiewało. Na szczęście, „Algorytm miłości” w pewnym momencie jakby się przebudził i dołożył wyśmiewanie się z wszelkich durnych gal FMA czy innych Oktagonów. To było dla mnie szczególnie śmieszne, bo przez dłuższy czas śledziłam losy patoinfluencerów (commentary).

To, na co zwróciłam uwagę to muzyka. Tak – jest jej tu trochę, bo opening musi jakąś prezentować. Wpada w ucho i tworzy bardzo przyjemną, lekką atmosferę, a odpowiedzialny za nią jest Alberto Greco.

„Algorytm miłości” to bardzo przyjemny i szybki seans, w którym można się dużo pośmiać. I szczerze, jeszcze raz powtórzę: gratulacje dla ekipy, która pracowała nad serialem. Widać tu kawał znakomitej roboty, i widać, że mieliście do tego serce. Czekam zatem na drugi sezon 😃.

Der Pass

„Der Pass” / „Granica zbrodni” to niemieckojęzyczny serial, w którym wszystko dzieje się baaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzoooooooooooooooooooooooooooo poooooooooooooooooooooooowoooooooooooooliiiiiiiiiiiii i to jest jedyna wada tego serialu. Oczywiście, taka impreza leży w korzeniach gatunku, jakim jest kryminał detektywistyczny czy noir. Tu mamy do czynienia z rasowym kryminałem noir, zawierającym wszystkie elementy tego, co tygryski lubią najbardziej.

Ellie Stocker (Julia Jentsch) i Gedeon Winter (Nicholas Ofczarek) pracują w policji, ale ona w Niemczech, on w Austrii. Niestety, ich szlaki się przecinają przez grasujących, seryjnych morderców.

I teraz tak: serial zaczyna się widokiem trupa na pełnym mrozie, ale to nie to co myślisz. Znaczy – jasne, to jest ofiara jednego z wyrodnialców. Sęk w tym, że „Granice zbrodni” mniej obchodzi samo polowanie na mordercę, a to, jacy są policjanci, ich charaktery, ich radzenie sobie z traumami, z bardzo trudną nie raz rzeczywistością. Właściwie to praca w policji jest tylko pretekstem do ukazania znakomitych profili psychologicznych głównych bohaterów.

Pierwszy sezon przyzwyczaił widza do powolnego tempa, ale od razu widać było, że „Der Pass” zawiera świetną muzykę. Jak się zdaje, w pierwszym i drugim sezonie za muzykę odpowiedzialny był Jacob Shea, a producentem wykonawczym był… Hans Zimmer. I o ile ten fakt, jak i samo brzmienie ścieżki dźwiękowej spowodowało, że postanowiłam dokończyć „Granicę zbrodni”, o tyle w drugim sezonie to już jest odjechany poziom. Mało tego – doceniono to także w USA, gdzie Shea zgarnął nominację Hollywood Music in Media Awards (HMMA) w 2022. Zresztą, w innych kategoriach, szczególnie w krajach niemieckojęzycznych, „Granica zbrodni” była uznawana za jeden z najlepszych seriali kryminalnych w latach 2018-2022.

I o ile pierwszy sezon pozwalał krążyć między policjantami, a ofiarami, tak w drugim sezonie historia okazała się o wiele ciekawsza. Znaczy – pod względem psychologicznym, chociaż krytycy zdaje się nie do końca byli z tego zadowoleni. Bo owszem, dość późno – bo w trzecim odcinku – zbrodnia staje się ważna i prowadzi do czegoś mocniejszego.

Niestety, nieeeeeeeeeeezwyyyyyyyyyyyyyyyyykleeeeeeeeeeeeeee poooooooowoooooolneeeeeeeeeeeeee teeeeeeeeeeeeempoooooooo hiiiiiistoooooooriiiiiiiiii sprawiało, że się wkurzałam. Z jednej strony – znakomita opowieść, ale z drugiej… rany, ja oglądam. Nie czytam, tylko oglądam! Piękne zdjęcia – a i owszem, wspaniała muzyka, a i owszem, ale co z tego, skoro na ekranie przez pięć minut widzimy szeleszczące liście i nic się nie dzieje? Wymęczyłam strasznie ten sezon, i miałam tylko jeden problem.

Zwał się on trzecim sezonem, a historia była tak dobra, że postanowiłam kontynuować przygodę z „Der Pass”. Niestety, albo stety – twórcy nie zmienili tempa. Ja po 10 minutach już nie miałam sił obserwować dalszych przepychanek między Winterem a Stocker i postanowiłam zrobić coś, czego się nie powinno robić. A na niekorzyść sezonu przemawiała zmiana kompozytora. Owszem, nadal niezła, jednakże Matthias Jakisic i Markus Kienzl musieli trochę grać tak, jak im poprzednik zagrał, a zresztą – nie wprowadzili jakiejś niezwykłej, nowej rzeczy. Co najwyżej trochę stylówka się zmienia i dam paznokcia se uciąć, że końcówka brzmiałaby inaczej, gdyby na miejscu nadal stał Shea. A może nie? Bo ostatnie momenty serialu były naprawdę klimatyczne.

Tak, przyznaję: postanowiłam ominąć wszystkie 8 odcinków i obejrzeć ostatnie 10-20 minut. Wiem, że się tak nie robi, ale tempo było tak koszmarnie wolne, że mój mózg tego nie mógł znieść. I wiecie, to też dlatego, że C+ nie oferuje przyśpieszenia streamingu, jak w Netflixie. Ale ogólnie, nie żałuję przeskoku. Warto było zobaczyć te sceny.

Czwartego sezonu nie będzie, bo raz, że krytycy zaczęli pisać o spadku jakości serialu („ofiara własnego sukcesu” – Oliver Kaever, Der Spiegel), a dwa, że kończy się w ten sposób, iż go po prostu nie może być.

Jestem ciekawa też, na jakiej podstawie polscy tłumacze stwierdzili, że „Granica zbrodni” brzmi lepiej od „Przepustki”, bo – „Der Pass” to właśnie przepustka z niemiecka. Ale to tylko takie moje ciekawskie zapytanie.

Cóż, „Granica zbrodni” to bardzo dobry serial kryminalny, w którym powolne tempo sprawia, że historia raczej bardziej sprawdziłaby się jako książka, niż serial. A może to po prostu kwestia tego, że lubię szybką akcję, konkrety. Tak czy siak, muzycznie jest to mały kryształ i link do soundtracku znajdziecie w komentarzu. Rzecz jest dostępna na CANAL+ Polska🙂.