Wodny świat

Jest 28 lipca 1995 roku, światu zostaje pokazana recenzja bardzo znanego krytyka filmowego z USA – Rogera Eberta*. Już pierwszy akapit w dzisiejszych czasach budzi albo niedowierzanie, albo śmiech. Ewentualnie płacz, ale o tym kiedy indziej. – Oto wreszcie „Wodny świat”, film powstały przez dwa lata i za 200 milionów dolarów. W dawnych czasach Hollywood lubiło chwalić się, ile kosztował film. Teraz przeprasza. Przez filmowy budżet „Wodnego świata” było tyle kontrowersji, że recenzowanie fabuły wydaje się bez sensu; powinienem po prostu wydrukować arkusze kalkulacyjne.

Tymczasem mamy masowo produkowane „hity”, które nie tylko kosztują bezsensownie dużo pieniędzy, ale są miałkie i bez sensu. A w dodatku czasem są podawane jako przykład sukcesu, bo takie produkcyjniaki to zwykle robota Netflixa, a wiadomo – jak dużo osób chce coś sprawdzić, to film musi się pokazać w TOP10, więc spirala się nakręca. Tak było z „Kolory zła: czerwień” (polski przykład) – fabuła koszmarna, wykonanie trochę lepsze, ale film mimo paździerzowości znalazł się w TOP10. I gdyby „Waterworld” wyszedł dziś, może nie musiałby czekać kilkunastu lat na to, by jego produkcja się zwróciła, a także zyskałby znacznie więcej fanów. A może nie?

Widzicie, ja wczoraj obejrzałam „Wodny świat” – nie bez obaw, bo pierwszy raz oglądałam film za dzieciaka i chyba go uwielbiałam**. Nie mniej – już w pierwszej sekundzie zorientowałam się, że ten świat jest po prostu epicki.

Mamy tu Marinera (Kevin Costner), który próbuje jakoś normalnie funkcjonować pomimo swojej odmienności od reszty i pomimo, że właściwie nie ma na świecie lądu: jest tylko woda, i woda. I przez całe stulecia ludzie zrobili wszystko, by się dostosować do postapokaliptycznych warunków.

Już w pierwszych minutach mamy akcję: nasz Mariner ucieka przed złolami, co go chcą dopaść, więc bohater trafia do miasteczka (tu zamiast „miasto” występuje „atol”) i tam – niestety, albo stety – czeka go kolejna przygoda, przy okazji której poznaje Helen (Jeanne Tripplehorn) i Enolę (Tina Majorino), dziewczynkę z dziwnym tatuażem. I jest legenda jego dotycząca: oto droga do suchego lądu…

Tak właściwie to mamy do czynienia z soczystym akcyjniakiem w postapo. Dużo się dzieje na ekranie i bardzo dobrze się to ogląda. Charakterologicznie może nie do końca jest wybitnie, ale spodobała mi się ta tradycyjność, konserwatyzm, patriarchalizm, bo po prostu pokazywało, że Costner to silna osobowość, wie, o co chodzi i umie ustawiać innych, kiedy trzeba. A konfliktów między nim a dziewczynami nie brakowało, ale nie to było najciekawsze z filmu.

W filmie najciekawszy jest świat.

To jest właśnie to, co zachwyca nawet do dziś. Pamiętać warto, że to wszystko było przed erą „Avatara” Camerona, a CGI się dopiero rozkręcało. Chociaż, po prawdzie, tu użyto głównie efektów praktycznych.

To, w jaki sposób wyprodukowano film to jedno, ale druga rzecz to poczucie, że ten świat jest tak niesamowicie dobrze zbudowany. Choć nie jest tak długi i szeroki jak ten z „Gry o tron”, to jednak scenarzyści powinni brać przykład z „Wodnego świata”. Mamy tu konkretne strony – przez złoli, miasto, a na Costnerze skończywszy. Ale mamy tu też znakomite stroje, staranność o szczegóły, a nawet zabawa językiem! Tak, bo już na początku orientujemy się, że to nie jest zwykły film, gdzie wszyscy wszędzie mówią po angielsku i już. Tu wpadają 2-3 momenty, gdzie odbiorca musi czytać napisy, bo inaczej nie ogarnie 🙂.

Nie chcę powiedzieć, że „Wodny świat” to jakiś wybitny film i zasługuje na ocenę 8.0. Tak nie jest – ale po prostu w swojej kategorii jest to świetna rzecz. W kategorii lekkich i rodzinnych seansów, więc nic dziwnego, że furorę zrobił dopiero wtedy, gdy wszedł do wypożyczalni wszelkiej maści.

Trochę o piekle na wodzie

„Waterworld” to było piekło produkcyjne. Trochę w tym wina Costnera, który chciał kręcić na prawdziwej wodzie, a nie w basenach, przez co dużo ludzi albo miało chorobę morską, albo ulegało wypadkom. Sam Costner niemal stracił życie w momencie, gdy był przywiązany do masztu, a rozpętała się burza. Jego dubler także trafił do szpitala, bo zachorował na embolię. Kierownictwo musiało zainterweniować i dopiero wtedy zdecydowano się na przeniesienie do zbiorników, wywalenie kilku scen i… któreś-tam przepisanie scenariusza na nowo. Do akcji jednak wkroczył jeden z najlepszych scenarzystów tamtych czasów, Joss Whedon. – Mają dobry pomysł, potem piszą generyczny scenariusz i nie dbają o pomysł – skomentował swoją przygodę z „Waterworld”. I wydawałoby się, że człowiek o nazwisku przy projekcie miał łatwo, ale nie. – Kiedy zostałem zatrudniony, w ostatnich 40 stronach scenariusza nie było wody. Wszystko działo się na lądzie, na statku, czy gdziekolwiek. Powiedziałem: 'Czy nie jest fajne to, że ten facet ma skrzela?’ I nikt mnie nie słuchał. Byłem tam tylko po to, by robić notatki od Costnera, który był bardzo miły, w porządku do współpracy, ale nie był scenarzystą. Napisał mnóstwo rzeczy, których nie pozwolili tknąć swojej ekipie. Miałem być tam przez tydzień, a byłem przez siedem tygodni i niczego nie osiągnąłem. Napisałem kilka kalamburów i kilka scen, których nie mogę oglądać, bo wyszły tak źle.

Jakby było tego mało, Costner i Reynolds się wielokrotnie kłócili. I może to nie byłoby tak istotne, gdyby nie to, że firma chciała z początku Zemeckisa, ale Costner stwierdził „tylko Reynolds, albo nici ze współpracy”. Tak więc – Reynolds musiał się wziąć za „Waterworld” i… panom, a szczególnie Costnerowi, wywaliło ego. Jemu nie podobała się ciągła akcja, a Reynoldsowi średnio chciało się wciąż i wciąż na nowo dokręcać i przekręcać akcję, ale koniec końców, zgadzał się na pomysły aktora.

– Martwisz się tylko o swoją postać – stwierdził Reynolds do Costnera.

Costner: dej to, zrobię montaż.

Aktor przejął ostatecznie montaż, zainwestował w film 22 miliony dolarów, a Reynolds sprawę tak spuentował: – W przyszłości Costner powinien występować tylko w filmach, które sam reżyseruje. W ten sposób zawsze będzie pracować z ulubionym aktorem i ulubionym reżyserem.

Ostatecznie, „Waterworld” zarobił 88 milionów w USA i 176 w światowym box office. Film oczywiście zarabia dalej, ze względu na streamingi itd. Jednak stwierdzenie Eberta dość dobrze podsumowuje seans tego filmu: – „Wodny świat” to przyzwoity futurystyczny film akcji z kilkoma świetnymi planami, ciekawymi pomysłami i kilkoma obrazami, które pozostaną ze mną. Mogło być więcej, mogło być lepiej, mogło sprawić, że zatroszczę się o postaci. To jedna z tych marginalnych produkcji, której nie żałujesz, że zobaczyłeś, ale nie możesz jej do końca polecić. (…) Powitałbym więcej takich szczegółów dotyczących globalnej pływającej kultury, której Mariner jest częścią. Ale jak wiele filmów science fiction, ten omija najlepsze możliwości gatunku: zamiast nauki i spekulacji, dostajemy wiele scen przemocy.

Także tak – „Waterworld” to niezły akcyjniak, czuć vibe światotwórstwa, ale nie jest to wybitne dzieło 🙂. A Wy jak oceniacie „Wodny świat”? Będę wdzięczna za komentarze 😃.

#waterworld#akcyjniak#postapo#film#recenzja#recenzjafilmu#wodnyświat#kinorodzinne#sympatycznyseans#kevincostner#piekłoprodukcyjne

* link do źródeł w komentarzu.

** to nie jest post o mnie, więc wątpliwości co do moich dziecięcych wspomnień (nie było tunelu z wodą!) zostawię na kiedy indziej.

Hudson Hawk

To jest film tak głupi, że aż śmieszny.

Hudson Hawk to artysta włamywacz – najlepszy na świecie. Właśnie wyszedł z więzienia i chce skończyć z przestępczością, ale ktoś znajomy manewruje go w akcję wykradania cennych rzeczy made by Leonardo da Vinci.

Trochę „Hudsonowi” zajęło, by mnie przekonać, ale w pewnym momencie w głowie coś kliknęło i zaczęło śmieszyć, bo po prostu śmieszyło. Może nie będę Wam opowiadać perypetii, ale podpowiem: tu się przydaje znajomość musicali, bo bohaterowie (Hudson ma przyjaciela od roboty) śpiewają właśnie hity z nich. I jeśli ktoś zna dobrze angielski, to może być tymi scenkami naprawdę nieźle rozbawiony. A jak nie zna? Cóż – to nadal będzie tak głupie, że aż śmieszne XD.

Nie wiem, czy z aktorów ktoś tu specjalnie błyszczy, ale miło było zobaczyć Bruca Willisa w dobrej formie. Formie, która pozwala mu się bawić rolą, robić sobie jaja na wszelkie sposoby i po prostu parodiować wszystko, co się da.

„Hudson Hawk” to po prostu bardzo przyjemna komedia, która da odpocząć mózgowi i zrelaksować się widzowi 🙂. A Wam, jak się podobało?

Primadonna

Udało się! „Pierwsza” (org. „Primadonna”) na Maxie ma już polskie tłumaczenie – zarówno w lektorze, jak i w napisach. W tym miejscu dziękuję serdecznie za pomoc Nocny Marek , bez niego by się nie udało 🙂.

Mam za sobą ledwie kilka seansów z włoskiego kina, więc wiedziałam mniej więcej, czego się spodziewać. Po prawdzie, nie za wiele się pomyliłam, sądząc, że w „Primadonnie” nie będzie ostrych walk na sali sądowej, chociaż może teraz spłycam. Po prostu ta historia skupia się na samopoczuciu Lii Crimi (Claudia Gusmano), dziewczyny ze wsi, która miała pecha napotkać na swej drodze typka spod ciemnej gwiazdy, ale za to z bogatej rodziny. Plus do tego weźmy Sycylię lat 60′ XX wieku. Lia została przez niego zgw*łcona i postanowiła zawalczyć o swoje prawa. Prawa podstawowe, bo we Włoszech do 1981 roku w prawie istniał zapis, że dziewczę zgw*łcone, to dziewczę zamężne z gw*łcicielem. Tak, ta historia jest oparta na faktach, ale pozostańmy jeszcze trochę przy filmie.

Marta Savina wyreżyserowała wcześniej krótki film o Francy Violi*. Teraz postanowiła zmienić imię bohaterki, ale wykorzystać potencjał historii. Być może przez wcześniejsze związki Saviny z Violą widz w „Primadonnie” doświadczy raczej delikatności, niż ostrych, mocnych obrazów wprost z kina amerykańskiego. Mamy tu bowiem gw*łt, który jest czymś oczywistym, jednakże scena została tak zrealizowana, że widzem ona nie wstrząsa. Cóż, może nie jest to do końca zła decyzja artystyczna, ale przez nią zachowanie Lii słabiej wybrzmiewa. A trzeba jasno powiedzieć, że psychologicznie się do bohaterki przyłożono.

Odnoszę też wrażenie, że Savinie zależało na ukazaniu Sycylii lat 60′. W sensie: tamtejszej mentalności. I myślę, że akurat to wypadło bardzo dobrze, bo wyraźnie widać, że ofiara musi się kryć i spada na nią cały ciężar świata. To ją ludzie we wsi wytykają, a mafiosi całkiem nieźle sobie poczynają ze straszeniem ewentualnych świadków.

„Primadonna” nie jest rasowym, sądowym filmem – owszem, sceny w sądzie są, ale z początku nieco z boku, a na końcu jakby finał drogi Lii. To nie są mocne uderzenia w widza, choć przyznaję, i tu udało się oddać mentalność tamtejszych Włochów. Ale sąd to jednak sąd i sprawiedliwy wyrok musiał wydać. To nie spojler, bo trudno zespojlerować coś, co wiadomo z samego opisu.

Trzeba wspomnieć o muzyce, ponieważ dzieje się. Gdzieś przy dwudziestej minucie filmu widzimy, jakby dźwięki nie pasowały do tego, co się dzieje na ekranie. Lia wygląda bowiem na zaciekawioną, zainteresowaną amorami potencjalnego męźa, Lorenza (Dario Aita), ale muzyka robi z tego niepokojącą scenę, jakby chciała władować do mózgu widza niepokój.

Za muzykę odpowiada Giacomo Mazzucato, który używa pseudonimu Yakamoto Kotzuga i tak też jest wpisany do filmu. Cóż, nazwisko mnie zdziwiło, ale gdy obczaiłam sprawę, to już dziwiło mniej. Manga i anime od wielu, wielu lat są bardzo popularne we Włoszech, a ja pamiętam, jak te 15 lat temu przełączałam na RAI cośtam i leciał blok z pindylionem animców. No, ale wracając do Giacomo, jest on znany z kilku produkcji, w tym „Baby” z Netflixa. Ma na swoim koncie dwie płyty, obecnie pracuje nad trzecią. Wygląda na to, że kariera idzie mu całkiem nieźle.

A sam film „Primadonna”? Cóż – w przeciwieństwie do Violi, raczej nie przejdzie do historii. To po prostu ładna historia o czymś ważnym dla Włochów i tyle.

—-

* aktorka Claudia Gusmano wcieliła się w rolę Francy zarówno w dokumencie, jak i w „Primadonnie”.

Amator

Jak nakręcić film o cenzurze, omijając cenzurę?

– To jest piękne, co robicie – powiedział Piotr (Marek Litewka), jeden z bohaterów „Amatora” Kieślowskiego. – Choć… człowiek już nie żyje, to ciągle jest. Piękne to jest.

Filip Mosz (Jerzy Stuhr) to zwyczajny pracownik, który ma zwyczajne życie. Żonę i córkę, a z okazji jej narodzin kupuje kamerę. Ruską oczywiście, bo to były lata 70′. Kontekst jest trochę ważny, ale mimo upływu czasu film wciąż pokazuje głębię i poza szczegółami typu stara lokomotywa czy codzienne butelki z mlekiem praktycznie się nie starzeje. Bowiem nasz Filip nagle zaczyna odnosić sukcesy artystyczne…

I teraz tak.

Z jednej strony można „Amatora” uznać za krytykę komunistycznego systemu. Zresztą, ona wybrzmiewa, gdy jest to ostre uderzenie w widza, czyli pod koniec. Ale wydaje mi się też trochę, że Kieślowski unaocznia tu absurdy świata „artystycznego”, bo – powiedzmy sobie szczerze – treść filmów, które są prezentowane na konkursie jest bez sensu.

– Ale na tym ekranie takich [dobrych – dop. ja] filmów nie było – stwierdza Andrzej Jurga*, jeden z filmowych jury w konkursie filmów amatorskich. – Za to to, co było, to było straszne, naprawdę było straszne, ponieważ z tych filmów wynika, że wy znacie życie tylko z Kronik Filmowych i Dziennika Telewizyjnego, a nie z tego, co was otacza.

I w tym momencie film uderza w cenzorów, jak mi się wydaje. Ale też zadaje naprawdę ciekawe pytania odnośnie życia artystycznego, znaczenia pracy i robi to aż do końca. Wiadomo, takie zagadnienia są nam bliższe, choć obecnie cenzura ma zupełnie inną formę, metodę działania, ale to nie jest tekst o tym.

Kieślowski w swoim filmie robi to, co zawsze. Wydaje się, że każdy kadr czy scena mają znaczenie i absolutnie wszystko jest przemyślane. Ba, sami bohaterowie zwracają uwagę na symbole (czarny samochód).

Jak dla mnie oznacza to tylko tyle, że „Amator” może być na kilka seansów, by po prostu podumać nad tym i owym. Na przykład nad tym, że obraz odnosił same sukcesy, w tym na moskiewskim festiwalu jako „komedia socjalistyczna”. Cóż – juror po prostu musiał mieć argument za tym, dlaczego Kieślowski otrzymał nagrodę, no i wymyślił.

Jeśli chodzi o rolę Jerzego Stuhra, to bez wątpienia jest ona kapitalna. A ostatnia scena? To efekt tego, że Kieślowskiemu nie podobało się pierwotne zakończenie „Amatora”, więc zrobili dokrętkę. – Nakręciliśmy jedną z najważniejszych i najpiękniejszych scen w powojennej polskiej kinematografii. Powoli odwracałem na siebie kamerę, naciskałem wyłącznik i w tak wycelowany w siebie obiektyw, zaczynałem opowiadać jeszcze raz swoje życie – wypowiadał się aktor w książce o Kieślowskim. Tak, ta scena przeszła do historii i ona jest niezwykła.

„Amator” nie każdemu podejdzie. To po prostu film powolny, którego głównym tematem jest twórczość w czasach, gdy artyści swobody nie mają. Ale ci właśnie pod koniec seansu mogą się poczuć znacznie zaniepokojeni. Nie bez powodu „Amator” jest uznawany za film moralnego niepokoju. Mnie osobiście obraz się spodobał, choć nie wytrącił tak z równowagi, jak „Prosta historia o morderstwie”. Ale nie musiał. To jest film z głębią, której pozazdrościć mogą współczesne, i to widać od pierwszego kadru.

———————

* Andrzej Jurga i Krzysztof Zanussi zagrali samych siebie.

Tańczący z wilkami

– Żeby zrozumieć Costnera, musisz obejrzeć „Tańczącego z wilkami” – stwierdziła przyjaciółka Asia. A ja niewiele się zastanawiając, postanowiłam zafundować sobie trzygodzinny seans o żołnierzu armii USA, który odnalazł się wśród Indian. Tyle tylko, że to było po „Horyzoncie”. Ale prawdę powiedziawszy, jeśli nie znacie filmu z 1990, który w dodatku zdobył 7 Oskarów (w tym muzyczne), to z „Horyzontem” wyruszacie trochę na ślepo. I nie będzie się Wam tak podobał, jak po „Tańczącym”.

A skoro już tu jesteście, to przygotujcie sobie kawę/herbatę/jak-zwał-tak-zwał i może coś do wszamania, bo lektura będzie długa, oj długa.

TAŃCZĄC Z WILKAMI

Ten film to dziwny przypadek. Widać, że niektóre sceny błyszczą, że muzyka tworzy klimat, ale… no właśnie, to ale leży w fabule. Mamy tu Lieutenanta Dunbara (Kevin Costner), bardzo dobrego żołnierza, który zostaje wysłany na opustoszałą placówkę, przez co zaprzyjaźnia się z Indianami do tego stopnia, że praktycznie staje się jednym z nich. Tak, to dokładnie o tym film. Dlatego też znajdziecie tu sekwencje z przyrodą, znajdziecie tu mocno obyczajowe wątki i – szczerze mówiąc – nie bardzo wiadomo, co jeszcze. Trochę tu mamy klimat filmu kulturoznawczego, który niekoniecznie jest ciekawy. Ten metraż trochę mnie męczył, bo w większości minut niewiele się działo. To takie kino slowmotion…. no dobra, przesadzam, ale dla współczesnego widza ogarniętego tiktokiem tak to będzie wyglądać.

Muzyka dostała Oskary. Super, ale 40 lat po tym ja właściwie nie potrafię określić, na czym polegała jej magia; przecież to nie utwory z LOTR’a czy piosenki Queena. Za to w „Horyzoncie” już bardzo wyraźnie znalazłam więź między tym, co się dzieje na ekranie, a tym, co słyszę.

„Tańczący z wilkami” to dobry seans, jeśli się lubi długie historie niemalże o niczym, o przyrodzie, czy… no takim specyficznym klimacie. Trudno to określić. Ale jest spora szansa, że jeśli Wam się spodobał ten słynny film o matematyku*, to i „Tańczący z wilkami” się Wam spodoba.

HORIZON, CHAPTER 1.

„Horizon. Chapter 1” ma jeden, jedyny problem: to są WIDZOWIE. Tak, moi Drodzy, dotarliśmy do czasów, kiedy dobry – a nawet bardzo dobry – film musi się zmierzyć z widownią tik-tokową, zmcdoinaldowaną. Oznacza to ni mniej, ni więcej śmierć dla ambitnych filmów. I właśnie tak się dzieje z opowieścią od Costnera: mamy tu niesamowite rozpoczęcie sagi, ale co z tego, jak film – przepraszam, produkt – nie zarabia? A won stond, won z kin. A może druga część trafi do kin studyjnych? Za mało zarobi, jeśli w ogóle, a jeśliby miała trafić na streaming, to mogłaby być śmierć… moment.

Jestem zdania, że jeśli coś jest znakomicie zrealizowane pod względem obrazu, to nawet na małym ekraniku w laptopie będzie to dobrze widać. Właśnie tak – widać dobrze, ale nic ponad to. Seans w kinie, zwłaszcza w IMAXie w tym przypadku daje znacznie więcej wrażeń i satysfakcji. I uwierzcie, 'Horizon. Chapter 1″ trochę gra na widoczkach i trochę gra na muzyce.

Ten film to nie tylko bohaterowie (o tym za moment). To przede wszystkim ekspozycja. To danie widzowi wczuć się w klimat Ameryki za jej początków. Miałam wrażenie, że obserwowanie tych pięknych widoków – lasy, Wielki Kanion (czy jak mu tam), otwarta przestrzeń, wschody i zachody słońca, to jest właśnie po to, by dotknąć amerykańskiego serca. Prawie że pierwotność. Przy tym wszystkim jest zabawa ze światłem, cieniem, zapewne jest też nawiązywanie do scen z wielu znanych westernów, ale Wam o tym nie opowiem, bo się nie znam na nich.

W ogóle przed „Horizon” wydawało mi się, że nie lubię ich. No bo co gatunek w ogóle może mi pokazać? Otóż – wydaje mi się, że jeśli chce się zrozumieć, czym jest western, to warto podejść do „Horizonu”. Ale niestety, nie wszyscy dadzą radę.

Tak: widziałam, jak widzowie się nudzili. Czasami byłam znużona bardzo długim seansem. Ale ten metraż po prosu trwa 3h, a reklam przed seansem było co najmniej na 15 minut (nie sprawdziłam czasu). W dodatku godzina wyświetlenia też średnia: 19:15. Wiem, że to nie aż tak późno, bo zawsze mogli dać na 20 czy 21, ale wciąż to wieczór i wciąż film z reklamami. Byłam więc po prostu zmęczona, bo dodatkowo miałam średni dzień, żeby nie powiedzieć ciężki. Może inni widzowie też, ale hej – serio, naprawdę nie potraficie przesiedzieć tych 3h godzin bez internetów, tylko musicie zaglądać do ekraniku? Serio? Naprawdę musicie mlaskać, hałasować chipsami za moimi plecami, bo nie potraficie tych kilku godzin przetrwać bez podjadania? Halo, gdzie kultura w kinie?**

A tak, zapomniałam.

Przecież mamy społeczeństwo tik-tokowe. Takie, dla którego ważna jest szybka akcja, ważne, by w filmach ciągle coś się działo. No to przykro mi, nie ten adres.

Bo „Horizon. Chapter 1” ma szybką akcję. Jest tu wiele smutnych wydarzeń, wielkich i małych bitew o przetrwanie. Właściwie zaczyna się wielkim uderzeniem, a widz… cóż, jak widz ma się przejmować bohaterami, których nie zna? Ale moim zdaniem początek jest dobry. Po prostu wchodzimy do historii w sam jej środek, tak, jak w życiu. Zresztą poznajemy bohaterów w ważnych chwilach dla nich, które mają fundamentalny wpływ na ich późniejszy rozwój. No, wyjątkiem może jest sam Kevin Costner, który zjawia się dopiero po środku filmu i którego i tak jest mało na ekranie zważywszy na ilość bohaterów. Bo jest ich tu mnóstwo: od rdzennych Amerykanów, a na Chińczykach skończywszy. Chociaż prawdę powiedziawszy, nie grają oni (Chińczycy) jakiejś poważnej roli. Nie mniej, jeśli ktoś wyskoczy z twierdzeniem, że film Costnera jest rasistowski, to raczej nie ma na myśli tego, jak film pokazuje relacje Indianie-reszta. Raczej ma na myśli to, że murzyny występują przez 2 minuty i to raczej jako tło, a cała reszta jest biała.

Witajcie na filmie o białasach. I szczerze? Bardzo miło mi się to oglądało.

Jeszcze raz powrócę do widoczków, ponieważ FILM NA TYM STOI.

John Debney odpowiedzialny jest za muzykę. I ja powiem tak: to było doskonałe zgranie z tym, co słychać, a z tym, co widać. Szczerze mówiąc, niejednokrotnie miałam wrażenie, że to są naczynia połączone, w których rdzeniem jest serce. Tak, w „Horizon” czuć miłość. Do Ameryki.

Bohaterowie są zbiorowi, więc pozwolę sobie ominąć opowiadanie o ich losach, bo wyszłoby jakieś dziwne opowiadanie. Ale warto tu wspomnieć, że dawno nie widziałam na ekranie tak silnych kobiet i mężczyzn. I po prawdzie, w tym zestawieniu nikt nie jest idealny! W rezultacie film pozwala sobie na odrobinę humoru xD.

Natomiast, jeśli chodzi o relacje Indianie-reszta, to reżyser nie chce nikogo oceniać. I tu nawet nie chodzi o to, że każdy ma jakieś wady. Historia po prostu przedstawia to, co się działo. Bez nadawania niektórym wątkom jakiejś ważniejszej ważności, jeśli można to tak ująć. Po prostu to wszystko jest.

To o czym jest ten film? Ja bym powiedziała, że o wędrówce ludów, bo ostatecznie wszyscy zmierzają do ziemi obiecanej, do Horizonu, w którym ma być lepiej, gdzie dla bohaterów otworzą się nowe szanse.

I dlatego właśnie ostatnie minuty, które zapowiadają wydarzenia w dwójce są tak klimatyczne. Szczerze mówiąc, samo to było już jakimś przeżyciem. I nie tylko dla mnie, bo inni widzowie także z ciepłem wspominają o tym momencie. A ja przy okazji się zdziwiłam: chwila, to już koniec?

Nie zostałam na napisach, bo mi i tak gadali tuż obok (dzięki 😑), a nie chciałam też przedłużać pracy ludziom w kinie. Nie mniej, ta ścieżka dźwiękowa to istne złoto, ale że się nie znam na muzyce, to nie wiem, czy porównanie jakościowe do twórczości Ennio Morricone jest właściwe. Ale to i tak nadal złoto, zwłaszcza jeśli widzimy ekran z tymi wydarzeniami (a za zdjęcia odpowiada J. Michael Muro).

JA CHCĘ HORIZON. CHAPTER 2 W KINACH.

Poszłabym na niego, ale niestety dzięki tik-tokowej widowni nie jest to możliwe. Tak, ten film nie spodoba się widowni, która oczekuje morza akcji, braku budowania charakterów (bo to właśnie robią twórcy w Horizonie – pozwalają nam poznawać bohaterów między wydarzeniami). Nie spodoba się tym, którzy są przyzwyczajeni do wiecznego zjadania McDonaldsa w formie filmów i seriali. „Horizon” to nie bezmyślna rozrywka, a jeden z najbardziej przemyślanych, starannie przeprowadzonych filmów. I dawno czegoś takiego nie widziałam. Nawet powiedziałabym, że „Avatar 2” stoi pod tym względem niżej i to znacznie.

I widzicie: jeśli film przyrodniczy, jakim był „Avatar 2” potrafi zebrać 2 miliardy dolarów, to dlaczego dobry western nie? Ktoś powie, że nikt już nie lubi westernów. Ale to nieprawda, przecież na samym polskim fejsie mamy Westerny, które obserwuje 4,8 tysiące ludzi. Owszem, jest to mała widownia, ale przecież fanów filmów dokumentalnych także nie jest dużo, prawda?

A może ludzie nie znają Kevina Costnera i nie ogarniają klasyków? Niestety, to możliwe, bo „Tańczący z wilkami” jest dostępny w ciemnych czeluściach internetu. Tak, ani w czwartek, ani dziś ten film nie jest dostępny na legalnych VOD’ach, ani SVOD’ach***. A szkoda, bo gdyby widownia ogarnęła „Tańczącego z wilkami”, wiedziałaby, czego się spodziewać. I powiem tak: W Horizon dzieje się znacznie więcej, ciekawiej i lepiej, niż w „Tańczącym”. A przecież to „Tańczący” zdobył 7 Oskarów, w tym 3 za muzykę i 1 za reżyserię.

Jeśli zatem lubisz starannie prowadzone historie, odczucie, że film tworzony z serca, piękną muzykę i scenerię, to „Horizon. Chapter 1” jest czymś dla Ciebie. Baw się dobrze! (Niedługo będzie na VOD).

——–

* no ten, co sprzątał, ale odkryto, że potrafi rozwiązać zadanie z matmy, nad którym naukowcy się biedzili… za ciula nie umiem se przypomnieć tytułu, pomocy xD.

** Czwartkowy seans „Horizonu” był ostatnim dla niego seansem w kinie, dlatego też na salę przybyło trochę luda.

*** SVOD to wypożyczalnia.

Szpieg

Dzień dobereł!

Południowokoreański „Szpieg” Yoon Jong Bina premierę miał w Cannes 2018 roku. Pomimo tego, że właściwie nie grał o wielkie nagrody, to nie można zaprzeczyć, że to bardzo dobry film. W dodatku opowiadający o prawdziwej historii człowieka, który był tak zajebisty, że każden system go nie lubił. Ale po kolei i może bez spojlerów.

– Program nuklearny przyśpieszono po upadku Bloku Wschodniego w 1989 roku. Mieści się w Akademii Nauk w Pjongjangu. Nadzorują go naukowcy z Uniwersytetu Kim Chaek. Więc teraz, cztery lata później, pytacie, czy Północ pracuje nad bronią jądrową? Nie pracują nad nią. Oni już ją mają.

Taką kwestię wypowiedział profesor Kim Jang Hyeok (Park Jin Young), który współpracował zarówno z Pekinem, jak i Północą, a teraz rozmawia z Południem. Średnio chętnie, bo po prostu wzięli go z zaskoczenia w ramach jakiejś durnej imprezy dla jajogłowych. Skutkiem tego wszystkiego Czarna Wenus – Park Seok Young (Hwang Jung Min) musi zinfiltrować Północ, by się dowiedzieć, jak ona stoi ze swoimi planami. Zadanie jest trudne, a w jego trakcie dowiaduje się, że zarówno Północ, jak i Południe knują wspólnie w sprawie wyborów prezydenckich na Południu…

– To pierwszy raz, kiedy adaptuję prawdziwą historię – mówił reżyser Jong Bin. – Ale, co jest najbardziej inne, to to, że starałem się opowiedzieć tę historię w inny sposób, niż zwykłe filmy szpiegowskie lub akcji. Nie chciałem, aby widzowie mogli przewidzieć, jak potoczy się fabuła ze sceny na scenę.

Pierwsze 45 minut zleciało mi jak z bicza strzelił. Ale to nie jest skutek akcji; raczej tego, że film buduje napięcie przez inne elementy. Nasi bohaterowie uprawiają bardzo niebezpieczną i trudną grę – co się czuje, bo to z ekranu aż wypływa. Reżyser postawił na zbliżenia twarzy, co dodatkowo wzmaga nastrój. Kręcił on poszczególne sceny na dwa razy, że tak powiem. Najpierw normalnie, scenę dialogową, a potem osobno – zbliżenia na twarze i to daje bardzo dobry efekt. Dodatkowym atutem jest to, że twórcy udało się zgromadzić aktorów, między którymi jest chemia. Choć, po prawdzie, kobiety tu grają rolę raczej tła, czyli właściwie żadną. Natomiast oko i tak ma czym się cieszyć.

Korea Północna jest zamknięta i z tego powodu kręcenie filmów w niej jest nieprawdopodobne. Tak było i w latach 90′, tak jest teraz – nawet, jeśli reżim tamtejszego „raju” twierdzi co innego. Tak czy siak, twórcy nie chcieli ryzykować i zagrali innymi sposobami, by odtworzyć Pjongjang.

Trochę użyli CGI (lekko może widać), ale w większości były to prawdziwe lokacje, zbudowane dekoracje. Żeby jednak zadbać o najdrobniejsze szczegóły, trzeba było skonsultować się z uciekinierami z Północy. Tak czy siak, efekt przeszedł chyba najśmielsze oczekiwania, bo jeden z aktorów stwierdził „czułem się jak w Pjongjangu”, a ja zadawałam sobie pytanie „jak oni to zrobili”. Bo rzeczywiście, Pjongjang wyglądał niesamowicie realistycznie.

Co więcej, gra psychologiczna prowadzona jest do samego końca i rzeczywiście odbiorca nie bardzo wie, czy Czarnej Wenus się uda. Przyznam, że miałam momenty pełne napięcia i szczerze mówiąc, podziwiam gościa. Trzeba mieć prawdziwe jaja ze stali, żeby nie dać się przyłapać w takich warunkach.

Oprócz tych elementów warto zwrócić uwagę na muzykę. Tak, to ona dodawała smaczku do scen, a odpowiedzialny za nią jest Cho Young Wuk. Może nie jest wybitna, ale robi to, co powinna robić muzyka w każdym dobrym filmie.

Z końcówki filmu dowiadujemy się paru ciekawych rzeczy o Czarnej Wenus, jednak to był stan na 2018. Co się z tym tematem obecnie dzieje – nie wiem, nie znalazłam na ten temat żadnych informacji w sieci, więc.

I choć film zbudowano na dialogach – a więc praktycznie jest bez akcji – to ja go polecam. To nie tylko gra psychologiczna, to również niezwykle ciekawa historia. A ci, którzy mało wiedzą o Koreach, mają dodatkowy walor edukacyjny, bo tak: zadbano nawet o to, by urzędnik państwowy miał psa popularnej rasy na Północy. Także jest co podziwiać.

Na płytce znajdują się trailery, prezentacja postaci, fotosy, pozdrowienia od aktorów i krótka historia o tym, skąd taki film i w jaki sposób został on stworzony. Te wszystkie materiały są ledwie kilkuminutowe, więc nie do końca zaspokajają ciekawość. Ale może to tylko moje filmowe zboczenie.

Recenzja możliwa była dzięki prezentowi od NuclearPunk – dziękuję serdecznie za dobry i bardzo ciekawy film! ❤

W głowie się nie mieści 2

Nie wiem, czy to wina reklam, czy metrażu filmu. „W głowie się nie mieści 2” to długi film i dłużył mi się bardziej od „Horizonu 1”, chociaż wrażenia są zupełnie inne. Oba jednak filmy łączy bardzo dobra muzyka. W przypadku „inside out 2” wprowadzający utwór wprowadza wrażenie, że ten film będzie czymś wielkim. Niestety – dla mnie nie okazał się takim. Ale może jestem po prostu za stara na takie opowieści?

Nasza bohaterka ma już 13 lat i stoi przed wyzwaniem, jaki jest weekendowy jak rozumiem obóz treningowy w hokeju. A jakby tego było mało, uaktywnia się dojrzewanie. No i właśnie.

Każdy film.

W 99% filmach dojrzewanie jest pokazywane w bardzo głupi sposób. Tutaj twórcy popełnili błąd, który dawał się we znaki już w pierwszej części. Otóż, nasza koffana bohaterka zachowuje się sprzecznie z tym, co chwilę zaprezentowała. Niby ma w sobie te emocje, ale dzizas… chyba mieliśmy dojrzewanie i one nie zjawiło się nagle na białym koniu? Bo tu sytuacja wyglądała tak: jednego wieczoru bohaterka jest radosna i supcio, idzie spać. Budzi się i jest zupełnie inną osobą, oświadczającą nagle, że ma wk**** i nie chce jechać na obóz. I w czystej teorii twórcy próbowali pokazać przyczyny takiego zachowania, ale mnie nie przekonali. Zabrakło… czegoś. Głębi? Nie wiem, ale mam wrażenie, że w „inside out” czegoś brakuje. Duszy? Zrobienia filmu wg wytycznych hollywoodu?

Nie wiem.

W życiu bohaterki pojawiają się nowe emocje, a ich designy są naprawdę ładne! Jest odraza, która w jedynce w polskiej wersji językowej inaczej się nazywała, ale to szczegół, bo bohaterka się naprawdę ładnie prezentuje i to widać, że twórcy nad nią posiedzieli.

O ile cały weekend u bohaterki jest przedstawiony w miarę realistycznie, o tyle nie spodobało mi się programowanie. Będą spojlery? Czy ja wiem – gra po prostu toczy się o przekonania.

Jeśli w jedyneczce bohaterowie musieli wędrować po głowie, by odzyskać jakąś kulkę, to tu muszą znów wędrować, by odzyskać stare przekonania.

To taka powtórka z rozrywki, ale zgrabnie zrealizowana, więc niekoniecznie jest to wada. Czasem chodzi o to, by odbiorca czerpał przyjemność z gapienia się na ten sam schemat po raz pindylionowy.

Nie, nie było gejów i lesbijek, chociaż nie wiadomo dlaczego się tego spodziewałam. A szkoda, główne bohaterki mogłyby…

Dobra, nie zrobiły tego. Za to dojrzewanie twórcy nam pokazują jako chwiejny i depresyjny czas, bez radości, bo tak musi być. Może zbyt uogólniam, bo niby na końcu się wsio prostuje (No kto by się spodziewał!), ale… mam dość. Kultura widzi ten okres w życiu tylko na jeden sposób: bunt, niestabilność, depresyjność. I o ile mogą to być fazy dojrzewania, tak wszystko jest na jedną modłę i jeśli obejrzycie 1 randomowy współczesny film o tym, to obejrzycie wszystkie. I to mnie wkurza, bo przecież jesteśmy różni.

Skończę mówiąc o przekonaniach, bo to też mnie trochę wkurzyło.

– Przekonania tworzą osobowość – stwierdzono w filmie.

I teraz zapytacie, co w tym jest nie tak, skoro to historia dla nastolatków, więc trzeba upraszczać?

Otóż, nie trzeba upraszczać nastolatkom pewnych tematów, ale choć „inside out 2” porusza kwestię przekonań, to znacznie temat uprościł i możliwe, że w szkodliwy sposób.

My nie jesteśmy przekonaniami. Posiadamy je, ale nie musimy się z nimi utożsamiać. A niestety, ten film tak to podaje.

Być może jestem niesprawiedliwa i szukam dziury w całym. Być może czegoś nie ogarniam, ale to nie do końca film na dwa seanse. Owszem, temat przekonań czy dojrzewania nadaje się do dyskusji, ale naprawdę chyba zdążyliśmy wyprodukować ciekawsze o tym opowieści (np. Sixteen cośtam, jest u mnie recenzja). Bo fabularnie jest wtórnie i mimo kilku ciepłych, zabawnych momentów ten film jest taki sobie.

Ps.: ale na napisach końcowych dzieciaki tańczyły xd i czekały do końca. Tak czy siak, ja na „inside out 2” trochę się nudziłam, ale był to przyjemny nawet seans. I być może, na pewne filmy jestem już po prostu za stara…

Ta recenzja mogła powstać dzięki wsparciu patronów. Dziękuję! I Ty możesz do nich dołączyć:

Kod zła

Longles, longles… to krótki seansik na którym dostałam jakiegoś skoku insulinowego dzięki wcześniej zjedzonemu rollo kebab. Szczerze? W pt jadłam kebsa i nic takiego się nie działo, ale dobra, w sumie to było i minęło, ale skok trochę trwał. Musicie to wiedzieć, bo o Longles chcieliście obczaić reckę, a ja chciałam Wam dać pełnoprawny tekst.

Od razu mówię i tego jestem pewna: to nie jest „milczenie owiec”, choć film baaaardzo się stara budować mroczną stylistykę i nawet mu się to trochę udaje. Ale… nawet na młodszych ide mnie widzach widziałam nieco rozbawienia na końcu.

Film próbuje być horrorem?

Raczej szuka nowej drogi dla siebie, porusza się między thrillerem a horrorem. W tym, że to drugie dodaje smaczku i może lekkiego komizmu. Nie przegiął pary, choć niewiele mu do tego brakowało.

I powiem tak: aktor grający Longlesa – bo to nasz główny złol na którego poluje dzielna agentka FBI – błyszczał najbardziej. Ten aktor był niezwykle charyzmatyczny i fantastycznie śpiewał.

Czy film jest dobry? Yyy, uważam, że trzeba mieć na niego nastrój. Bo tu thriller chce być wręcz noirowy i to wysokiej klasy. Gra świateł, powolna akcja… choć, po prawdzie nwm czy tu się dzieje powoli. Raczej nie, ale ten klimacik czegoś poważnego jest zbudowany.

Nie zostałam po napisach, ale w sumie muzyka z pierwszego utworu była taka w stylu swobodna, bardziej rockowa? Mniejsza, jakoś ścieżka dźwiękowa się nie wyróżniała.

Chyba czuję się już lepiej. Gdy Longles trafi na streaming, to go sobie odświeżę, by być w porządku z tym filmem. Obawiam się jednak, że i tak zadam pytanie, jakie zadałam na końcu: o co tu =_%€(;$_ chodziło?

Recenzja powstała dzięki patronom – dziękuję, jesteście wielcy!

Gliniarz z Beverly Hillis: Axel F

Dzień dobereł! 🙂

Jeżeli chcecie zobaczyć trzydniowy, odgrzewany pięciokrotnie kotlet, to jest to właśnie ten adres. I filmu nie ratuje ani Eddy Murphy, ani muzyczka, którą widz wyraźnie zna z poprzednich części.

To jest takie 4/10.

Mamy tu Foleya, który wraca do Beverly Hillis, ma córkę i… już na starcie widzimy, że on po prostu lubi rozwalać miasto. I robić sobie jaja z kolegi, który jest białym detektywem, ale nie do końca udaje mu się nim być. To ma być komedia, ale jest sucha jak wyschnięte jezioro.

Uwielbiamy „Gliniarza z Beverly Hillis” nie dlatego, że to były wybitne filmy, a dlatego, że miał doskonałą muzykę i jest reprezentantem lat 80-90′ XX wieku. Filmy z tego czasu to filmy, które automatycznie niemal płyną, są bardzo przyjemne i niezmiernie śmieszą. Tym właśnie wyróżniała się ta seria. Ale mamy rok 2024 i NIE DA SIĘ odtworzyć lat 80 czy 90′. Zresztą, w „Axelu F” tego nie chcą robić, choć starają się cisnąć w nostalgię. Z tą uwagą film zaprocentował właśnie na 1 punkt.

Axel F (Eddie Murphy) wraca do Beverly Hillis, zmartwiony sytuacją, w której córce ktoś groził. Ta jednak ma focha dziewczynki na tatusia i nie chce z nim gadać. Po drodze dzieją się różne perypetie i wiecie, co? Nudziłam się do tego stopnia, że postanowiłam pobawić się w budżetowanie. Tak, film leciał w tle.

Bo niestety, ale większość fabuły jest przewidywalna, a znajoma muzyka jest przetykana nowymi, niezbyt zapadającymi w ucho kawałkami. No, przynajmniej dla mnie.

Drugi punkt „Axel F” zbiera za znajome rytmy z poprzednich odsłon, choć chyba nieco uwspółcześnione, ale mimo wszystko uważam, że tamta główna piosenka Gliniarza tego nie potrzebowała, bo już była doskonała.

Trzeci punkt „Axel F” zbiera za to, że… głowa przy oglądaniu tego czegoś mnie nie bolała. Piję do „Akolity”, przy której mój mózg niestety już na początku 6 odcinka informował, że ten serial go boli. A zatem, wygląda na to, że w „Axelu” postacie są mimo wszystko bardziej wiarygodne i głębokie, niż w „Akolicie”. A na pewno dialogi nie są paździerzowe – no to kolejny punkcik.

Jeśli ktoś mało ogląda akcyjniaków, to może „Gliniarz z Beverly Hillis” być czymś, co go zadowoli. A to, że będzie to odgrzewany kotlet? Cóż, o gustach…

PS.: Scena, w której Axel robi w balona swojego białego kolegę była dla mnie niesmaczna. Rozumiem, że to miał być humor, ale – jak prawie wszystko w tym filmie – nie wyszło. Żal tylko Eddiego, który wziął rolę chyba tylko dla samych pieniędzy, bo nie widziałam, by jakoś specjalnie widać było jego kunszt aktorski. I nie zauważyłam, by któryś z aktorów jakoś błyszczał, ale grali w miarę przyzwoicie.

Upadek

Dzień dobereł! 🙂

„Upadek” z Michaelem Douglasem to film nie na jeden, a przynajmniej na dwa seanse. W tym moja gwarancja, że za każdym razem odbiór będzie inny. Do rzeczy: przez pierwszą godzinę obserwowałam to jako dramat, a przez drugą jako soczystą, rasową czarną komedię.

D-Fens (Michael Douglas) to biały mężczyzna w białej koszuli i w krawacie. I ma bardzo zły dzień, a jego córka obchodzi urodziny, więc stwierdził, że na nie pójdzie. W dość niekonwencjonalny sposób.

Tymczasem detektyw Prendergast (Robert Duvall) ma mieć swój ostatni dzień w roli policjanta, ale jak na złość, akurat w tym dniu D-Fens postanawia w dość niestandardowy sposób udać się na spacerek. A sprawa nie jest taka prosta, bo sylwetka D-Fensa jako złola po prostu się nie klei, ale Prendergast nie w ciemię bity i swoje wie…

Im mniej wiecie o tym filmie, tym lepiej, ale muszę to powiedzieć: to jest znakomita, czarna komedia. Twórcy obnażają absurdy współczesnego świata, także te rasistowskie. Żeby było zabawniej – może właśnie przez upływ czasu „Falling Down” nabrało smaku. xD

Co do muzyki, to bardzo dobrze ona uwypukla to, co się dzieje na ekranie. Odpowiadał za nią James Newton Howard.

A jak Wam się spodobał „Upadek”? A może dopiero się za niego zabieracie?