12:04 – następnym razem napiszę: „posprzątaj coś, ale Drogi Wszechświecie, nie mam na myśli sprzątania po Twoim pierdolnięciu”.
Stety albo niestety, szafka w kuchni nam spadła. Tak, dobrze myślicie – ta wisząca na ścianie i ta z kubkami. Jebło. Wszyscy przeżyli, ponieważ nikogo nie było na miejscu.
Dwie myśli mnie naszły po wczorajszym wieczorze. Pierwsza: wszyscy niepełnosprawni, którzy narzekają na swój los i obwieszczają, że „wszystko jest możliwe to bzdury” mają jakiś syndrom ofiary. Ja rozumiem, że Nickowi Vujcicowi na przykład nikt nie da rąk i nóg, nie mniej… on zamiast się zamartwiać, działa. Po prostu działa. Nie myśli o problemach w sposób użalający się. I choć nie stosuje Prawa Przyciągania w taki perfidny, jobczy sposób, to jednak go stosuje – w znacznej większości swojego czasu Nick Vujcic skupia się na dobrych, pozytywnych myślach. A choćby i na tej: „całe szczęście, że istnieje Niebo”. Jest mocno wierzącym chrześcijaninem, który przynajmniej woli być szczęśliwym człowiekiem, niż sfrustrowanym typkiem, że tego a tamtego nie może zrobić. Tak, zaczęłam czytać jego „Niezwyciężony!”, ale skala pro-religijnego paplania trochę mnie umęczyła w tym wszystkim. Nie mniej, to właśnie komentarz Sylwii Blach (sic!, bo wiem, że latała po Pyrkonie i tak dalej) skusił mnie na jego literaturę. I chyba będę ją brała za każdym razem, gdy natknę się na taką osobę, co narzeka na swoją niepełnosprawność.
Druga myśl – ale o tym szerzej nagram filmik – jest ta o medytacji w matrycy życia :).
I trzecia, gratis: zaczynam dostrzegać efekty swoich codziennych praktyk wewnętrznych. I to bardzo motywuje!
No dobrze, a co dziś mamy?
Moje wewnętrzne ja: znowu? Co za nudy… Bo co prawda polubiłam tę praktykę, ale ostatnio miałam ją bardzo często, więc czuję się znudzona. Dobra, losujemy jeszcze raz:
Jutro przyjeżdżają do nas goście, w związku z tym – trzeba było ogarnąć taras. To cudowne zadanie spadło na mnie i w sumie, wiecie: i tak zamierzałam go umyć, ale nie zdążyłam. Teraz są tego skutki w postaci zakwasów. Szorowałam go ze trzy godziny i nie dlatego, że był w kij brudny, a dlatego, że mój perfekcjonizm odezwał się ponad miarę i musiałam usłyszeć od kogoś, że wystarczy. Na szczęście usłyszałam, więc misja poprawnie wykonana.
Poszłam po kebaba, ale… kwestia taka, że się zadaniem zmęczyłam, a tymczasem potańczyć trzeba było. Postanowiłam, że będzie to nagrodą po tym, jak wyślę CV i list motywacyjny do pracy. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Ale – jak się domyślacie – energia tak ruszyła, że w tej chwili zastanawiam się, czy nie zamanifestować tej pracy. Bo powiem szczerze, lądując na Akademii Lusto Ja jestem, dostałam powiedzmy zaproszenie do tego, by rzeczywiście zamanifestować pracę.
I to dobrą, przyjemną pracę.
Co ciekawe, pojawiła się też jakaś motywacja do ruszenia projektu FilmS. Ciekawe, bo wydawało mi się, że mam jakiś felerny zastój, a tu niespodzianka. Hm.
Tymczasem zadanie wykonania tańca zostało wykonane! Albowiem po wszystkich tych radościach wykonałam taniec – malutki, bo zakwasy, ale jednak taniec i prezentował on się tak:
Pamiętam jak to było. Pamiętam… więc w sumie sama sobie ją zrobię, taki eksperyment. Ale wpierw to ja muszę się wytrzeźwieć po wczorajszym. Eh xD.
22:53 – zadanie wykonane, chociaż znalezienie medytacji matrycy życia u Czarko wiązało się z włączeniem jego webinarów i przesłuchaniem kawałków. Miało to w kij mocną energetykę, więc zaprzestałam poszukiwań i sama se zrobiłam.
No więc włączyłam na 6 minut taką muzyczkę:
I powyobrażałam sobie, że jestem scalona z życiem, światłem, że jestem w świetle itd. I to było fajne przeżycie – takie właśnie kilkuminutowe doświadczenie mi wystarczyło, bo nie lubię długich medytacji. To ma być konkret i to skuteczny konkret.
No i jest.
Gdy wyszłam z medytacji poczułam, że MUSZĘ napisać CV i list motywacyjny do pracy w bibliotece. Tak, na tą ofertę trafiłam wcześniej, ale miałam wątpliwości, takie wiecie: no… jest okazja, zobaczę, co dalej. Ale teraz? Mam wrażenie, jakbym wykonywała ruch do przodu!
Mam czas do ósmego sierpnia, ale chciałabym mieć to najpóźniej jutro z głowy, także życzcie mi powodzenia :).
Ajajaj. Czy lecę sobie w kulki? No – niezupełnie. Poszłam na koncert pianisty, a wróciwszy zastanawiałam się nad medytacją w sprawie rodu. I wiecie, co? Czułam, że na tę chwilę JEST TO ZBĘDNE.
Natomiast – i tak postanowiłam pomedytować. A że akurat Joanna Parysz Lustro ja jestem robiła, to wzięłam w niej udział xD.
A co dziś mamy?
No, wreszcie coś miłego i prostego ;). Aż się ciepło zrobiło na serduszku i mam taki dobry humor, bo już się przytuliłam ^_^. Ach…
Bardzo dziękuję za wczoraj Iwonce, która cały dzień – jak przystało na przyjaciółkę – mnie wspierała. Bo najpierw żem pomarudziła na blogasku, że mam kryzys, a potem – no, działo się.
Wywaliło mi z rana emocjonalnie, to postanowiłam pomedytować na złość i gniew. Oczywiście, o oddechu ognia zupełnie zapomniałam, tym bardziej, że różne bodźce z Sekwencji Zmian do mnie docierały, w tym – propozycja medytacji. Spróbowałam, ale dość słabo wyszło.
A oprócz tego…
Otrzymałam wyraźny znak, żeby popracować nad finansami. Spokojnie, sierpień pojutrze i od tego momentu zaczynam zbierać paragony. Poważna rzecz, przydatna w budżetowaniu. A za dwa tygodnie mam w planach ustawienia Rodowe z Czarko.
No i właśnie.
I wiecie, co? Walczą ze mną teraz dwa wilki.
Jeden z nich jest biały i mówi: „zajrzyj do Wrzesińskiej i spisz sobie tę podstawową medytację”. Drugi mówi: „nie chce mi się, nic mi się nie chce, jestem zmęczona, mój portfel…”.
Tylko popatrzyłam teraz na ten wpis. Nawet nie na bloga. A, i piję kakao – może to ważne. To, że Iwonka mnie wspierała, to jedno. Ale… koniec końców udało mi się wczoraj pomedytować bez względu na moje „nie chce mi się”. To jest sukces – duży sukces.
Co prawda wpisy do Złotego Dziennika znowu się zrobiły nieregularne, ale sądzę, że przypomnę sobie o nich wtedy, gdy przyjdzie odpowiedni moment.
„Do niczego się nie chcę zmuszać”, ale… życie i tak będzie trwało. Czy nie lepiej zatem spędzić je na czymś produktywnym – a choćby i tylko na leżeniu, gdy przy filharmonii gra pewien pan na pianinie?
Oj, pojawił się kryzys. Dlatego, że jedyne, co chce mi się, to siedzieć/leżeć, a ogólnie czuję się bez sił. Marnie to wygląda, ale chyba trochę końcówkę miesiąca przejebałam.
I nie tylko to. Z rana miałam małego wkurwika (kto wie, ten wie), którego trochę się nie spodziewałam. W czystej teorii mogłabym to zrzucić na PSM, ale to nie takie łatwe. Szczególnie, gdy sytuacja jest… długa i kręta. I uzdrowiona, ale coś mi się wydaje, że sporo na sumieniu ma mój wewnętrzny perfekcjonista. I ten jebany strach.
Ten jebany strach zawsze pojawia się gdzieś z boku – i zawsze w tych samych warunkach. Mam już tego dość, choć niby wydawałoby się, że już jest po wszystkim.
A wiecie, co jest najśmieszniejsze?
Po ustawieniach sprzątanie wydaje się być czymś naturalnym. Ale perfekcjonista musi być doskonały. Szlag.
Ponieważ biorę udział w wyzwaniu Sekwencji Zmian, to zrobię chyba dziś notatki o tzw. Diecie Mentalnej. I to by było tyle, jeśli chodzi o wewnętrzny proces.
Bo widzicie – w portfelu pustka (poza paroma groszami), więc czuję się bez siły. I tak do pierwszego.
Bardzo polubiłam tę technikę, więc do mojej skrytki z zadaniami trochę tejże dołożyłam. No i masz – znowu wylosowałam, ale to może i lepiej. Okazuje się, że wdychanie miłości zapewnia mi i lepszy humor, i więcej energii.
Bo widzicie, z tą energią to jest tak: jak masz pieniądze, to masz jej dużo. Jak ich nie masz, to masz jej niewiele. Wiem, niby niewielki argument do tego, żeby nic nie robić, ale jednak wyzwania to wyzwania.
Na razie z tego oddychania przyszedł mi wniosek, po którym należy zaliczyć facepalma roku.
Otóż – dotychczas niewiele się udawało, bo zakładałam, że niewiele się uda. Mówię tu o mojej twórczości. Oklaski dla Aleksandry Jurszy za pozytywne nastawienie do życia! >.< xD
Ale co było wczoraj?
Ano właśnie – bo może to trochę ciekawsze jest dla Was, niż dzisiejsze wyzwanie. Do 16 robiłam wdzięczność i mi się nawet udawało, ale zdałam sobie sprawę, że czasem mi się to uczucie blokuje. W związku z tym trzeba będzie trochę pokombinować z fantem, by był dobry przepływ. Zdanie masło maślane, idziemy dalej.
Od 16:09 miałam zauważać, ile moje działanie daje innym. To było nawet przyjemne, ale trochę mi tak przepłynęło bokiem. Nie, że nie skupiałam się jakoś na tym zadaniu, a nawet jeśli, to nie bardzo wiedziałam, jak to poprowadzić. Mówiłam sobie „a tu skomentuję, a tu dam poradę, a temu złożę życzenia, a siamto”. Było przyjemne, ale czy zwiększające moją świadomość, to jakoś chyba nie bardzo.
Od 20:00 jest najciekawiej. Albowiem o 19:00 wylądowałam na webinarze Wrzesińskiej i skończyła o 20:30. Spoko, cała noc przed nami, ale ja zapomniałam o tym zadaniu. Może coś pogadałam z Iwonką na ten temat, ale nie, że się na tym wybitnie skupiałam. W kulki se leciałam, że tak powiem. I nagle dostaję to:
No – przy takiej dawce wsparcia i miłości od życia trudno już było zlekceważyć zadanie. Poświęciłam więc większą chwilę, by sobie to pomantrować, co mnie wprowadziło w tak znakomity humor, że rozbawiałam znajomego głupimi memami – swoją drogą, jeśli to czyta, to pozdrawiam. A zresztą, pozdrawiam wszystkich tu czytających ;).
OK – wypisane, telefon się ładuje, idę czytać „No logo” Naomi Klein.
Jeśli chcecie wyjść z postawy ofiary, to kurs pewnego Rosjanina o imieniu Oleg z pewnością Wam w tym pomoże. Żałuję jedynie, że dostęp do niego jest ograniczony czasowo, bo taki styl działania firmy Wrzesińskiej. Nie mniej, co skorzystałam, to moje. I zrobiłam notatki, które bardzo ratują.
A dlaczego od tego zaczynam – ano, dlatego, że wylosowałam dziś nową postawę.
Oferuje ona kilka punktów widzenia, a zresztą, zobaczcie sami:
Nie wiem, czy to wszystko, co oferował kurs Olega – bo po prostu nie mam jak do tego wrócić. Nie mniej, na podstawie tego wybiorę sobie trzy postawy, które będę dziś trenować:
do 16:00 – wdzięczność, bo chciałabym sobie w tym stanie pobyć, mam wrażenie, że jest to ostatnio u mnie stan zaniedbany (!),
od 16:09 – zaczynamy z przerwą na tron, a potem… zobacz, ile twoje istnienie daje innym :).
od 20:00 – istnieje siła, która zawsze się mną opiekuje ;).
No – zobaczymy, jak to wyjdzie. Relacja z tego wyzwania będzie pewnie jutro. No to jedziemy!
Dziś chyba dalej odpoczywam i w sumie czuję się zrelaksowana :). Oczywiście dbam o utrzymywanie nawyków, bo to niezwykle ważna sfera życia. Chciałam się zabrać za kolejne ustawienia, ale – chyba poczekam do jutra. Odpocznę sobie, może coś poczytam (!), poproszę słuchawki o to, by nie zmniejszały głośności i tak się żyje.
Zobaczmy, co tym razem tu siedzi…
Z małą ilością ludzi dziś rozmawiałam, więc czuję się lekko niespełniona w realizacji tego zadania. No, ale starałam się pamiętać: błogosławiłam garnek, szafę, siebie, porzeczki i znajomych.
Okazuje się, że życzenie komuś szczęścia – a ściślej błogosławieństwa – ma wysokie energie. Jak zaczęłam z tym zadaniem, to czułam, że nie tylko innym daję, ale też i sobie. Taka wspaniałość mnie wypełniała, jakby głębia światła. W sumie to można powiedzieć: „przecież ludzie często życzą sobie wszystkiego dobrego”… ostatnio tak, ale często mam wrażenie, że jest to trochę wyprane, taka naleciałość, nawyk kulturowy. No niestety, tak to jest ze słowami, że część z nich ulega pustce, gdy za dużo razy jest powtarzana.
Wczoraj nagrałam bardzo fajny filmik na mój kanał – niestety, dźwięk się nie nagrał. Ale dziś se myślę… mam opory przed ruszeniem dalej, a może się wygadam? Co z tego, że jeszcze raz, może ludzie potrzebowali więcej wskazówek co do miłości własnej?
No więc macie filmik:
A tymczasem wszystkiego dobrego, błogosławię Was z serca i dobrze się bawcie ;).
Wczorajsza impreza skończyła się zalaniem Gorzowa Wielkopolskiego:
No, ale jak to stwierdzili Lubuscy Łowcy Burz: „W życiu są pewne tylko trzy rzeczy: śmierć, podatki i zalany Gorzów Wielkopolski”.
No dobrze, ja w tym czasie siedziałam sobie smacznie w chałupie i czułam się upojona i przeszczęśliwa potańcówką. Taki spokój. I szczerze, to się zastanawiam, czy nie zacząć chodzić po jakiś klubach, bo ja lubię tańczyć. A ten taniec był inny – bo generalnie zawsze miałam tak, że były ostre ataki astmy. Teraz się jakoś ładnie zgrało i chociaż nie były to najciekawsze wygibasy, to jednak było zacnie :).
Zaczynam dochodzić do wniosku, że obecność ludzi jest mniej ważna od tego, czy lubię ze sobą przebywać. Czy umiem się ze sobą bawić. Ale wiecie – jest różnica między podejściem do sprawy w trybie mhrocznym, że jestem samotna, a w trybie wesołym. Nie powiem… a raczej powiem: w trakcie imprezy było parę momentów, które chciały ściągnąć mnie w dół. Głównie było to widoczne na samym początku, gdy zaczął się punkt programu o nazwie wystawa. Tyle tylko, że zamiast wchodzić to głębiej, ucięłam. Zajęłam się relacją na blogu, bo – po prawdzie – znakomicie to wyglądało!
Potem było już lżej, bo dołujące myśli były głównie myślami, a nie emocjami. I występowały może raz, dwa razy. W sumie nie miały się kiedy pojawić, bo trudno nie być radosnym, gdy się tańczy.
Tak, mam dziś zakwasy. Tak, to było bardzo dobre przeżycie, ale teraz mam zagwozdkę.
JAK DO CIULA WYMYŚLIĆ COŚ CO NIE JEST WYMYŚLANE?!
Rozumiecie – wylosowałam „zrób coś spontanicznego”, ale na spontana oznacza, że robisz to… no… tak na spontana, bez zbędnej filozofii. Więc jeśli wymyślę wypad na Mazowsze, to już to nie będzie spontan, bo wymyślę wypad XD. Eh, jak żyć… chyba, że wylosuję drugą rzecz, ale czy to nie będzie formą ucieczki? Ułatwienie, ułatwieniami, ale coraz bardziej kocham takie wyzwania, które po prostu się zjawiają i ja się z tym mierzę. To świetne przeżycie i bardzo rozwojowe!
No więc – jak zrobić coś spontanicznego…
18:45 – a najlepszą definicję na spontana wywaliła Zuzia:
No więc pierwsze, co mi wpadło do głowy to odpoczynek. Weekend z poniedziałkiem miałam całkiem intensywny, a jeszcze w nocy z jakiegoś dziwnego powodu nie mogłam zasnąć. W związku z tym… odpoczynek na spontanie! W końcu usnęłam, wypoczęłam i zrobiłam se kakao. Tym boskim napojem postanowiłam zastąpić kawę. I wcale nie muszę mieć mleka, by było pyszne :).
Następnie – na skutek wizyty M. – wzięło mnie na porzeczki. W tym roku są przepyszne!
A potem dzięki pewnej sympatycznej rozmowie naszło mnie na fotografowanie okolicy.
Dawno nie robiłam zdjęć, więc no to nie są jakieś zdjęcia, które by zapierały wdech. Ale jakąś taką przyjemność sprawił mi pomysł, by zająć się fotografią – co prawda bardzo amatorsko, bo mam tylko komórkę i nie chce mi się fotoszopować, nie mniej odpowiedź na pytanie „czy takie zdjęcie chętnie bym oglądała” jest uniwersalne.
A po wczorajszej ulewie mamy klasykę, czyli jeziorka!
W betonie oczywiście. Nie mniej, zajebiście jest chodzić po tym na boso, taka fajna impreza dla stóp…
Czyli ogólnie – odpoczynek, trochę spontanicznych rzeczy i… chyba na koniec wieczora włączę sobie jakiś film ;).