[33 dni] #14 – idź na imprezę xD

Po to są pewne narzędzia, żeby sobie ułatwiać życie. Tak jest na przykład z sublimalami, czyli z muzyczką, która wsadza do podświadomości różne fajne afirmacje, a nasz świadomy umysł tego nie widzi. Dzięki takiemu zabiegowi nie jesteśmy znudzeni, gdy włączamy sobie taki konstrukt na na przykład godzinę. I chociaż wiedziałam, który zapodać – bo po nim miałam całkiem niezłe oczyszczanie organizmu – to jednak stwierdziłam, że skorzystam z krótszego, bo siedmiominutowego. Oto i on:

Tak, trwa siedem minut i w momencie pisania tego tekstu sobie leci (i działa, bo muszę do kibelka). I dzień przebiegł całkiem ciekawie, ponieważ znajomi wyrazili chęć zobaczenia się na Wartowni, gdzie jest niby atrakcyjnie dla młodych. Chcieli przyjść na stand-upera, to przyszli, ale zanim do tego dojdę, opowiem Wam wcześniejsze przygody.

No więc – tak się ładnie przygotowywałam do wyjścia, że spóźniłam się na tzw. koncerty Chopinowskie. A oto efekty:

No dobra, potem dołożyłam do tego bransoletkę, kolczyki, naszyjnik i makijaż. Jakoś to miło wyglądało. Chyba.

W każdym razie koncert zaczął się około 17, ja się na niego spóźniłam około 20 minut. No cóż – trzeba było zasuwać spacerkiem, a i tak ostatecznie nie byłam pewna, czy chodzę dobrą trasą, choć wiedziałam, że teoretycznie tak. Na szczęście ludzie zmierzający w tamto miejsce mnie natchnęli i trafiłam ;).

Ten koncert był naprawdę piękny, chociaż zaczęło padać (mżawkowo tak) i byłam bardziej na przerwie, niż koncercie, bo musiałam się zmywać do Wartowni na spotkanie. Trochę żałowałam, ale przez całe lato u nas grają te koncerty i zamierzam to wykorzystać. Można naprawdę pomedytować. A, i zaczęłam pisać wiersz, jego wstawię na końcu.

Z Wartowni nie mam zdjęć i było średnio. Głównie przez to, że nie miałam na czym usiąść, a więc biodro mnie napierdalać zaczęło i to ostro, a pan stand-uper wykazywał się humorem pokroju sucharów. Wytrzymałam trzydzieści minut i wróciłam do centrum.

Przyszłam na samą końcówkę tegoż i zaczęłam się zastanawiać… wrócić do domu czy zostać jeszcze na mieście? A – jak wracałam z Wartowni to powtarzałam sobie „kocham Cię, Olu”. Wszak to dzisiejszy quest! No i jak sobie tak powtarzałam, to w końcu poczułam w sercu takie jakieś miłe ciepło. Zaskoczył mnie też pączek!

On smakował jak kawiarenkowy pączek i był za pięć złotych. To wydaje się dziwne głównie dlatego, że kompletnie nie czułam stresu przy jego zakupie. A sam posiłek zdał mi się pewnego rodzaju rytuałem. Powiedziałam sobie „Daję Ci, Olu tego pączka w imię miłości”, czy podobnie. Wow, to było taaaaaaaakie przyjemne!

A potem mnie tknęło – przecież Natalia Ślizowska (tak, TA Natalia) robi dziś pokaz mody na mieście. Podobno rozchwytywany. I naprawdę piękny, chociaż na moich fotkach to gówno widać:

Ale była muzyka, był pokaz, było wspaniale. Nawet ból biodra nie przeszkadzał.

Dobrze, pokaz się skończył, wszystko się skończyło – czas iść do domu. Czekając na tramwaj, zaczęłam majstrować przy wierszu i efekty są takie:

Kocham Cię

Na randce ze sobą próbuję wymyślić poemat
ale ja go nie stworzę
TO
ciepłe krople deszczu spadające na nos
pączek
wesoły gwar ludzkich serc
zebranych by posłuchać
Siebie
muzyka co gra całym tchnieniem
by randki ze Sobą
wybrzmiewały nie tylko z umysłów
ale i z serc
Kocham Cię, kocham Się

Tak. Dziś to wylosowałam. A jest poniedziałek w Gorzowie Wielkopolskim, w sezonie wakacyjnym, więc wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że na mieście nic się nie dzieje. Za to stwierdziłam, że nie będę losować drugiej opcji, tylko… zrobię u siebie imprezę. Będę na niej ja i ja, ponieważ 99,9% osób jest albo daleko, albo pracuje, albo… no albo cośtam. Natomiast wciąż mam internetową publikę, w związku z tym następnym razem wierzę, że ktoś z Was będzie chciał wpaść.

Program imprezy musi być jednak szybko wymyślony, a oto i on:

Relacja z imprezy będzie prowadzona na żywo w tym oto wpisie! Zapraszam serdecznie :). Widzimy się o 17:00!

HOME PARTY EDITION, 24.07.2023

Relacja na żywo – wystarczy co jakiś czas odświeżać stronę ;), a najlepiej co godzinę :D. Program imprezy tak się prezentuje:

17:24 – Od 17:00 można podziwiać moje obrazy – wszystkie! I te dokończone, i te niedokończone, a tymczasem na wystawę weszłam tak:

I wiecie, mogłabym narzekać, że mój tusz do rzęs się zbuntował i średnio się nadaje do użytku, oraz mogłabym narzekać, że udało się tylko jednego balona zrobić, ale ej! Udało się! A w tej kiecce pięknie wyglądam i jeszcze organizatorka nie poskąpiła sobie jakiś ładnych ozdób tu i ówdzie:

Tak – to widzimy, gdy się wchodzi na wystawę 😉 A potem tak się to wszystko prezentuje:

Prawda, że to wszystko się zacnie prezentuje? Oczywiście, nie brakowało wstępu na wstępie imprezy!

– Za imprezę i za zdrowie Iwonki, która ma dziś imieniny i która duchem jest ze mną! Dziękuję, a teraz zapraszam do oglądania obrazów :D.

Ten jest chyba najdziwniejszym obrazem, bo jest trzecim, za który się zabrałam i który później był podmalowywany. Bardziej dodałam te kropki, nie pamiętam, czy coś jeszcze kombinowałam. Ja tu widzę wszystko na raz, taki uporządkowany chaos.

Ten obraz jest dziwny, bo go lubię, ale był malowany – mazakami – w trakcie ogromnego dołka, bo internety.

Ten za to jest niedokończony, ale chyba go nie skończę – bo nie wiem jak. Z jednej strony, wyklejanie go sprawiło mi ogromną frajdę, a z drugiej widzę mocno seksualny wydźwięk.

Ten raczej przez znawców tematu (?) nie jest uznawany za jakieś super dzieło, ale ja go lubię. Głównie przez ten złoty efekt a’la jezioro ;). Zresztą obraz jest stary :D.

Ten jest o tyle, ciekawy, że znalazł swojego fana, aczkolwiek… no, jakoś ciężko mu się u niego zadomowić. Może zdąży?

Ten bardzo bym chciała sprzedać, ale coś nie idzie. Zresztą śniło mi się ostatnio, że zamalowywałam swoje obrazy na biało – tak, ten też, choć go bardzo lubię – i po tym śnie poczułam, że muszę kupić nowe płótno. W sierpniu mam nadzieję będzie malowanko ;).

18:00 – iii zaczynamy kolejną część imprezy, tym razem muzyka taneczna i fortepianowa, a za jakieś 20+ minut będzie gotowa zapiekanka! Widzimy się z relacją za jakieś pół godziny :).

19:06 – Na horyzoncie maluje się mała zmiana programu, ponieważ odkryłam, że taniec jest zajebisty i chcę więcej! A przy muzyce z lat 80/90′ to się musi udać! Leci taka:

A to ja próbująca aparatem uchwycić siebie w tańcu:

No dobrze, tu jest lepszy obrazeł:

Choć chyba muszę przeczyścić kamerkę :). Tak czy inaczej – pląsów-filmów nie będzie, bo mi się nie chce. Co mi się chce, to tańczyć!
A tak wyszła zapiekanka: ziemniaki, pomidor, ser, jakieś mięso za 4 złote i kapusta :).

Wiecie, na początku imprezy – z wystawą – miałam lekkie przymulenie, ale… teraz zaczynam być przekonana, że tu nie chodzi o towarzystwo innych, tylko o to, czy LUBISZ ZE SOBĄ PRZEBYWAĆ.

Wypijmy więc za udane spotkanie ze sobą… idę potańczyć i zobaczymy, co dalej z tego wyniknie ;)).

[33 dni] #13 – co godzinę afirmuj coś

Wczoraj tak się wyszykowałam, że zachciało mi się iść na miasto, na jakąś imprezę. Podobno coś się działo, a nawet gwiazda w postaci Agnieszki Dygant przyjechała, więc tłumy do teatru pod chmurką zawitały.

Zresztą teraz zastanawiam się, czy to nie była ta druga, ale ciul z tym – śpiewała pięknie i bawiłam się zajebiście. Impreza trwała 70 minut, a ludzie już 30 minut przed nią mieli problem ze znalezieniem krzesła dla siebie.

To była taka randka ze sobą. W centrum klimat jak z kafejki dla seniorów (u nas to „Letnia”), więc poczułam się staro i poszłam na eklerka, a potem do teatru. I wow, serio – to było fajne przeżycie. Dziś znowu się coś dzieje, ale nie wiem, czy będzie mi się chciało wyjść, chociaż perspektywa wydaje się przyjemna. O 17 koncert fortepianowy, o 19 pokaz mody, a o 20:00 znowu w centrum gra kafejka dla seniorów.

No sorry, taki mamy klimat – możecie mówić, co chcecie, ale choć w tym roku niby dużo się dzieje (ludzie to nagle zobaczyli), to ja się nie dziwię głosom młodych, że nic się nie dzieje, skoro piosenki dla pokolenia 60+ uprawiają.

Randka randką, ale… czas na przejście… a nie, jeszcze jedna rzecz – jestem z siebie dumna, że wczoraj zrobiłam podsumowanie w moim Złotym Dzienniku. Prawie zapomniałam, ale w pewnym momencie coś mnie tknęło i… efekty są!

Z dzisiejszego losowania także:

Normalnie bym się ostro zastanawiała, nad czym mam afirmować. Jednakże wczoraj też afirmowałam, bo musiałam dla własnego poczucia bezpieczeństwa. Było to „stać mnie na ukochanie siebie”, bo – jak już wiecie – moim głównym językiem miłości jest dawanie prezentów.

Zadanie wydaje się proste, ale w perspektywie tego, że jestem bankrutem (nie pytajcie, jak do tego doszło – ten miesiąc ma ADHD), zaczyna być to bardziej kłopotliwe.

O – i pojawiły się wątpliwości. Czy to dobra afka, czy lepiej zrezygnować. No… to może po prostu dam proste „kocham się”. Kiedyś zresztą widziałam, jak Nulina (kolejna od rozwoju duchowego) polecała afkę „kocham cię”, mówiąc, że ta mantra powtarzana w myślach może załagodzić pewne kryzysowe sytuacje.

Dobra – „kocham się” i tak będzie wystarczająco skomplikowane, ponieważ dotychczas miałam trudności z tym fantem. Więc żeby nie było po łebkach, przy mantrze – powiedzmy 5 minut – będę się starała wczuć w ten stan umysłu, uczucie, czy jak to ogólnie nazwać. 🙂

No, to do boju w przygodę!

[33 dni] #12 – kup coś, byś czuła się piękna

A dzisiejszym questem…

…jest…

Pierwsza myśl: „nie mam pieniędzy!”. Druga: dobra, to trochę zmodyfikuję, dziś robię się na piękną, ubieram fajne ciuchy i w ogóle. Nagle mi się przypomina, że przecież chciałam kupić szminkę! O braku zapomniałam, zaczęłam liczyć sobie pieniądze ze skarbonki. Tyle i tyle groszy, tyle i tyle złotych i wyszło aż 17 złotych i 39 groszy! To sporo. W trakcie tegoż powtarzałam sobie: stać mnie, by siebie ukochać.

Wprawdzie szminka to nie substytut miłości, ale daje 1000+ do poczucia bycia piękną :).

Ostatnim razem jak szukałam czegoś do ust, to nic nie znalazłam. Dziś jednak mam konkretnego questa, więc ciekawa jestem, czy się uda?

13:57

Jeśli kolejnym razem wylosuję basen, to nie będę miała skrupułów, by na niego pójść. No chyba, że budżetu nie starczy, bo poszłam do Natury i tam było tyle dobra, że prawie zbankrutowałam ^^’. Ale kij z tym – teraz mam się cieszyć tym, że pozwoliłam się ukochać. Bo wiecie, moim podstawowym językiem miłości jest obdarowywanie siebie i innych ;). Tak już mam po prostu…

Ale w sumie – po co się przejmować, ile się wydało. Trzeba się cieszyć z tego, co się dzięki temu zyskało! To jest życie, a w przypadku różnych opcji do upiększania się dziś był wysyp promocji ;). Nie udało mi się tylko kupić jakiejś takiej lepszej powiedzmy pomadki, bo na promce niby że promka, a przy kasie nie było jej. No cóż – i tak w zestawie się znalazł taki błyszczyk powiedzmy, żele do paznokci, tusz do rzęs i maseczka do twarzy :).

A ten gratis od Garniera to tak, Szanowni Państwo – skutek czasów poplandemicznych. Nikt już tego dziadostwa nie chce kupować, więc rozdają na lewo i prawo. Cóż.

No to lecimy z fantem… zaczynając od maseczki ;).

A ponieważ maseczka się robiła ok. 30 minut, to paznokciami się postanowiłam zająć. Mi się podoba ;).

Dobrz, maseczka zdjęta, czas na rzęsy i usta ;).

Efekt tego wszystkiego jest taki, że czuję się piękna xD. A to znaczy, że szczęśliwa, lol. 😀

No, piękna jestem, c’nie? Nikt mi w tym nie podskoczy xD

[33 dni] #11 – zrób coś fajnego dla kogoś

Spodobała mi się dzisiejsza opcja. Co prawda, jak ją wylosowałam, to było takie „o?”. No, ale dobra – powiedziałam A, trzeba powiedzieć B. W końcu ileż można myśleć tylko o sobie.

Jest to tak ogólne hasło, że w sumie – nie wiedziałam, komu i co miałabym zrobić.

No więc – popytałam ludzi. I wyszło, że mam fantastycznych znajomych!

Ich pomysły to:

  • przez 5 minut pomyśl o naszej znajomości – że jest fajna itd.,
  • recenzja filmu (padło na „Teściów”, bo krótki),
  • uśmiechnij się.

Czy coś jeszcze… nie pamiętam, ale jakby tak spojrzeć na propozycje, to są słodkie, urocze, śliczne, kawaii, dziękuję :). Jestem wdzięczna za tak wspaniałych znajomych, to jest cool.

Poza tym: popłakałam się, jakiś proces się odbył, jestem namawiana do powrotu do światka literatury, ale nie wiem, czy mam siłę… raczej jak już będę to robić to jakoś tak w dziwny sposób, nie wiem w ogóle, czy możliwy. Bo logika jest taka, że żeby kręcić z nim interesy, to trzeba do niego wejść, ale nie chcę wchodzić do niego, tylko chcę kręcić interesy. Tak się chyba nie da, tym bardziej, jak się chce dla nich robić warsztaty.

Wszystko mi się pięknie i ładnie łączy w logiczną, uporządkowaną całość.

Ale cholera jasna – czy ja mam siłę?

[33 dni] #10 – ugotuj sobie coś smacznego

Jestem przed śniadaniem.
Być może dlatego wylosowałam ugotuj sobie coś smacznego, a być może nie. W każdym razie – banan na twarzy, to zabawne!

Jak już się dowiedziałam:

  • gotowanie jest oznaką miłości wobec siebie i innych,
  • za mało wczoraj wypiłam wody i teraz to odczuwam na plecach…
  • jeśli pozwalasz, by rzeczy były „obojętne”, „byle jakie”, to one takie będą – życie będzie obojętne i byle jakie.

Żeby nie było, że „ugotuj sobie coś smacznego” jest tak proste, i oznacza po prostu ugotowanie sobie czegokolwiek, wprowadzam dodatkowe zasady:

  • smaczne danie musi być każdorazowo – a to oznacza, że i na śniadanie, i na obiad, i na kolację,
  • musi być gotowane w postawie miłowania,
  • przed zjedzeniem musi być błogosławione.

Teraz jednak czeka mnie najtrudniejsze zadanie.

Co to do diabła znaczy SMACZNE?!
I… co ma zawierać, żeby było smaczne, jakie konkrety?

Wiem tylko tyle, że nic nie wiem.

9:11

No, impreza się rozkręca. Fakt tego, że mam coś smacznego dla siebie zrobić jakoś mnie tak… dziwnie ucieszył XD. No w sumie jest powód – smaczne jedzonko jest cool.

Nie czekałam długo, aż pojawiły się pomysły. Asia zasugerowała ryż z warzywami, bo go ostatnio jadła. A ja wpadłam na pomysł, by dziś zjeść ziemniaki z ogórkiem i mięsem. Plus na koniec dnia – zapiekankę. zobaczymy, bo pierwsze danie wydaje mi się tak duże, że nie wiem, czy wepchnę w siebie trzy ^^;;.

Po drodze mocno się rozpadało, ale bluza z kapturem i do sklepu. W trakcie zakupów pojawił się strach o budżet, ale pomyślałam sobie: stać mnie na miłość do siebie i się uspokoiło. Z taką myślą wydałam 18,11 złotych w jednym sklepie, na drugi nie chce mi się paczeć.

W drodze powrotnej deszcz minął, tęczy co prawda nie było, ja muszę iść sprawdzić w kuchni, ale pochlupanie się w kałużach było super! Dziecięca radość :D.

No i hasło dzisiejszego dnia, które jest pytaniem od Asi: po co jeść, jak niesmaczne?

21:27

Efekty dzisiejszego kucharzenia są takie:

I o ile pierwszy posiłek bardzo mnie napełnił – i to w sposób dosłowny, o tyle drugi nie. Ale drugi za to jadłam tak, aż się uszy trzęsły! xD Pyszny był po prostu!

W ogóle ten dzień jest niesamowity. Otrzymałam dwie bardzo dobre rozwojowe książki, porozmawiałam z Joanną Parysz i to wydało owoce. Na przykład takie, że kiedy miałam wkurwa na koleżankę, bo ta mnie olała ciepłym moczem (mniejsza o sytuację), to… przypomniałam sobie Asię i to było tak, jakby zadała mi jedno, podstawowe pytanie: poddajesz się? Na to przewróciłam oczami, użyłam klasycznego słowa na k i poprosiłam koleżankę o konkrety. Niby efekt jest.

Śmiałam się też z poczucia humoru Siły Wyższej. Bo ja tak: chciałam się spotkać, pogadać z kimś. No ale że koleżanka zaniemogła, to Siła Wyższa wysłała mi panią z Urzędu Statystycznego. Bardzo miłą, fajnie było pogadać. Przeprowadzają badania na temat paragonów i akcja będzie miała miejsce w sierpniu.

To bardzo ciekawe, bo słyszałam o tym, że paragony w portfelu są bardzo dobrym nawykiem. Z pewnością wtedy łatwiej o budżetowanie. Generalnie, poczułam się trochę tak, jakby Siła Wyższa powiedziała: cześć, będziesz miała obfitość, tylko na boga, zrealizuj to zadanie, a potem będzie łatwiej.

I już druga osoba w ciągu dwóch dni mówi mi, że ładnie piszę. To taki miód na serce. Dziękuję wszystkim, którzy tak czują :).

Do swojego Złotego Dziennika – od dziś tak go będę nazywała, bo jest złoty i się srebrzy, i w ogóle nie zawiera tylko kwestii wdzięczności – wprowadziłam kolejną kategorię. To kategoria typu: „zachowałam się tak, a chciałam tak”. Może zbyt dosłownie to potraktowałam, ale jak odsłuchiwałam live’a Joanny Parysz, miałam takie znowu wrażenie… wiecie, ja byłam osobą samotną. Więc teoretycznie umiem przebywać ze sobą i siebie znam, i tak dalej. Nie mniej mam ostatnio wrażenie, że może i siebie znam, i może ze sobą przebywam, ale jest jeden problem. Nigdy, albo w 99% czasu spędzonego ze sobą nie traktowałam siebie z miłością. W ogóle, jak się nad tym zastanowić, to nie mam pojęcia, jakie to uczucie, czym się cechuje… wydaje mi się, że to jest do odkrycia tak, jak do odkrycia była wdzięczność. W końcu znajdę kontakt z tym stanem siebie.

Zadania domowego związanego z ustawieniami wciąż nie zrobiłam, ale chyba po prostu jutro z rana się za to zabiorę. Bo tak będę w nieskończoność przekładać, a jest kilka spraw związanych z tym fantem, które warto wykonać. Dziś na przykład muszę zrobić parę notatek w Złotym Dzienniku.

[33 dni] #9 – bądź obserwatorem

Dobra, moja zabawa nie jest za karę. Ma być po prostu przyjemnością, a ja mam czuć to, co robię. Dlatego też po wylosowaniu „medytacji matrycy życia” zmieniłam zdanie i znowu wylosowałam. Tym razem na „bądź obserwatorem”. I taka naszła mnie myśl: trochę bez sensu. A może?

Powiem tak – dzisiaj jestem senna i leniwa. Nie mniej, rozumiem: w zeszłym tygodniu proces był mocny i silny, i to nie był tylko jeden proces. Generalnie czeka mnie jeszcze zadanie domowe, ale… to zostawiam na wieczór.

Stwierdzając, że „bycie obserwatorem” jest proste, wzięłam i wylosowałam drugą możliwość. „Medytacja na matrycy życia”. Oj, stwierdziłam, że za wcześnie – jeszcze się trzymam – i generalnie muszę dać trochę wytchnąć organizmowi. No to wpisałam w Kaczkę „samoobserwacja” i wyskoczyło kilka ciekawych rzeczy.

Na przykład dwa artykuły. Jeden trochę wodnisty, ale w sumie to teraz zastanawiam się nad dodaniem do swojego dzienniczka wdzięczności hasła „co u Ciebie słychać”. Niby można to robić w myślach, ale czy mając pracę na przykład jest na to czas? A podsumowania i tak robię na koniec dnia ;).

Drugi natomiast jest już praktyczny – mówi o dzienniczku samoobserwacji. Metoda polega na tym, że jak pojawia się jakiś stan – niekomfortowy – to zapisujesz go, czemu się pojawił i jak wygląda. Okazuje się jednak, że ten sposób działa także na uzależnienia – w sensie, można pisać o nich, gdy pojawia się pokusa. Dość ciekawy wytrych, ja sobie pomyślałam, że jak w sklepie popatrzę na chipsy, to zamiast kupować, zacznę w telefonie się rozpisywać o tym, co czuję i w ten sposób o sprawie zapomnę xD. Cóż… prawdopodobnie i tak wyląduję dziś w sklepie, więc może to przetestuję.

20:39

No i nie przetestowałam, ale – że tak powiem – byłam w stanie kryzysu wewnętrznego.

To argument na alkoholika, wiem. Nie mniej: przez lata bardzo mało spotykałam się z ludźmi, zwłaszcza w swoim mieście. Nie wiem, kiedy spotkania towarzyskie zanikły tak naprawdę, ale w pewnym momencie zaczęłam wierzyć, że tu jest zupełna lipa i tak dalej.

Nie chcę się rozpisywać na temat dramatu dotyczącego samotności, bo to jest już przeszłość.

Dziś miałam mieć spotkanie z fajną osóbką, która zwykle ma urwanie głowy, ale zdecydowała się wpaść na kawę. Kupiłam ciasteczka, odkurzyłam i… no, generalnie dupa. Zrozumiałam, że ma urwanie głowy, spoko. Jednak zrobiło mi się przykro tak, że w sklepie trochę wywaliło płaczem.

Spoko – pamiętając, że:
a) istnieje takie coś jak most incydentów (i to właśnie nim najprawdopodobniej jest),
b) to nie wydarzenie jest clue, tylko nasz wewnętrzny stan,

postanowiłam coś z tym zrobić. Myśleć w sposób taki: mam towarzystwo, mam z kim się spotykać. Używać afirmacji i wizualizacji. No, co? Wspomóc proces można, zwłaszcza, że przy wymyśleniu zdania „mam towarzystwo” pojawił się strach, że tych ludzi będzie za dużo i będę tym strasznie zmęczona.

No, nie ma to jak bycie obserwatorem własnego stanu.

Zapytałam więc na grupie, jak to ogarnąć.

Tymczasem „argument na alkoholika” – kupiłam chipsy, bo po prostu poczułam się ze swoim stanem fatalnie. Tak, chipsy i słodycze to symbole mojego byłego stanu, jakim była samotność. A, i no wkurw też się pojawił.

W międzyczasie przespałam się ok. 3 h – to mi dobrze zrobiło. Obudziłam się od razu na zapytanie „czy mogę podjechać”, bo pewna miła pani miała odebrać gazety. I odebrałam. I właśnie wtedy sobie uświadomiłam, że umawianie się pod Delikatesami „bo im łatwiej” było błędem.

Im może łatwiej, ale ja nie mogę ich łatwiej namówić na kawkę.

Od tej pory po prostu będę wysyłała zdjęcia na mapie z zaznaczonym domem XD. Tak prościej, niż tłumaczyć, w jaką uliczkę wjechać i w ogóle z tego niezły ambaras, bo jak próbuję wytłumaczyć, to też się trochę gubię.

Zaraz sobie wrzucę film.

Pytanie: czy dziś byłam obserwatorem siebie? Generalnie – moim zdaniem, tak. Zaobserwowałam kilka rzeczy, uczuć, więc jest OK. To nie było wymagające zadanie, nie mniej… nawet proste zadania czasem są potrzebne.

[33 dni] #8 – miłowanie, technika Dalajlamy

Ogólnie rzecz mówiąc, to z rana poszłam się napełnić na trawę. W sensie – pochodzić boso. I postanowiłam potraktować to jako obrządek napełniania na dzień…

Dawno, dawno temu pewna mała społeczność w Gorzowie napełniała się ziemią, powietrzem i słońcem tuż po pobudce. Szli boso na trawę i mówili: – Napełń mnie, Ziemio, harmonią, blaskiem i siłą, bym mogła działać w dzisiejszym dniu. Weź to, co uznasz za stosowne, daj to, co uznasz za stosowne. Dziękuję.
Spacer to zwykle 3 okrążenia wokół domu, choć niektórzy robili pięć. Wszystko zależało od tego, jak organizm czuł: czy za dużo, czy za mało. W domyśle wszyscy mieli robić Napełnianie Się Dniem po pół godziny, ale nie pilnowano tego jakoś bardzo. Chodziło po prostu o przyjemność, więc niektórzy zapominali (jak ja) o włączaniu stopera, inni traktowali to rozrywkowo.
A gdy skończyli, kłaniali się Ziemi, Powietrzu i Słońcu i mówili: – Dzięki ci, Ziemio. Niech dzień będzie dla nas obfity i pełny blasku.

Następnie poszłam losować wyzwanie na dzień dzisiejszy i zrobiłam to z obawą. To było tak, jakbym nie wierzyła, że podołam wyzwaniu np. „basen” – który to jest spisany do listy wyzwań :). Ale rzekło się A, więc trzeba B… no i znowu wylosowałam praktykę Dalajlamy miłowanie. O niej już wcześniej opowiadałam, więc tu powiem tylko, że bardziej to krąży wokół medytacji „jestę miłością”.

Cóż – żeby być kochaną, trzeba kochać siebie, czy jakoś tak ;).
Tradycyjnie, włączyłam budzik co godzinę.
No i to dało mi trochę kopa, bym dziś – właśnie dziś – porozmawiała z Mamą, napisała może do niej list i list do 4 przodkiń :).

W kwestii pracy, to zrobię jeszcze jeden proces i dopiero wtedy będę myślała o tej sprawie, bo na razie czuję, że mam lekki burdel. 🙂

Intencja na dzisiejszy dzień to: ukochanie siebie ;). Hmm… wczoraj przeczytałam pewien tekst – niestety, teraz nie umiem go znaleźć. Historia brzmiała tak: pani w kryzysie małżeńskim pojechała do rodziców. Zapytała się, co zrobić, by związek długo trwał, był szczęśliwy. Na to jej babcia: zrobimy ciasto? Co ma piernik do wiatraka – ale okej, pojechały. Wtedy babcia zaczęła wyjaśniać poszczególne składniki… żeby miłość była, muszą być wszystkie składniki i tak dalej. W końcu upiekły to ciasto, a laska wróciła do siebie, też chcąc to zrobić. Ale wtedy mąż powiedział, że ostatecznie odchodzi. Ale i tak upiekła ciasto – ukochając się. To był pierwszy dzień jej miłości do siebie.

Zacna historia i powiem Wam, że jak nie lubię gotować, tak zaczęłam nad tym wszystkim myśleć. Bo dlaczego nie lubię sobie dawać dobrego dania? Nie, żebym musiała się zmuszać do gotowania, ale przecież… stwierdziłam, że dla kogoś innego jakoś tak łatwiej.

Aha – ukochać innych najłatwiej, ale siebie to już nie.
Geniush.

* * *

Gdyby nie to, że w sumie niewiele pamiętam z tego, jaki kołcz co dokładnie mówi, to kołczowie mogliby mi płacić za reklamy na tym blogu ;P. No, ale do rzeczy.

Do praktyki miłowania Dalajlamy podeszłam trochę inaczej, niż ostatnim razem. Bardziej skupiłam się na poczuciu miłości. Czy wychodziło… no, jakoś tam wychodziło, bo się czułam lepiej w tych momentach, powiedzmy medytacyjnych. Czasem oczywiście nie chciało mi się dłużej, niż minuta ślęczeć nad tematem, ale – no, rzecz zrobiona. Przywoływanie uczucia wcale długo nie musi trwać i raczej nie powinno.

No i w takim poczuciu miłości natrafiłam na fajnego posta o tym, że jeśli mówi się „obojętne” na na przykład smak zupy, to życie jest takie jakieś byle jakie. Zupa jest tu zacnym przykładem, bo w międzyczasie postanowiłam ugotować obiad w poczuciu miłości własnej. Czy się udało? Eee – nie sądzę, choć próba była i nastrój też ładny był.

A może zbyt surowo siebie oceniam?

W każdym razie, w tłoku dosprzątywania swego pokoju zdecydowałam się oddać parę książek. Książki te od razu poleciały do bardzo miłej pary, którą pozdrawiam, jeśli to czytacie. Do rzeczy. No i stwierdziłam, że w zamian warto wziąć jakąś żywność, bo to przynajmniej będzie jakieś takie konkretne, tyle że… „ale co mam kupić”, to konkret ciężki był do ustalenia. Zaiste, jak ładnie mi się to wszystko pokazało.

Następnie wreszcie przypomniałam sobie nareszcie (zdanie specjalnie tak długie i maślane, żeby Was podręczyć) o podlewaniu drzewek, co rosną na ogrodzie, a zwykle o nich zapominam.

Zresztą w tym roku ogród to jakiś chaos… ale może takie było moje wnętrze, gdy się za niego zabierałam.

Chciałam coś jeszcze napisać, ale to chyba zostawię na jutro rano, ponieważ czuję się nieco zmęczona. I śpiąca. Zresztą – wcześnie nie jest, znaczy, 21:44, to chyba pora w sam raz, by wybrać się do łóżka.

[33 dni] #7 – zrób porządek w ciuchach

Na dziś planowałam posprzątać pokój. Z początku zabierałam się do tego, jak pies do jeża, ale ostatecznie sposobem 15 minut roboty dałam radę. Czyli: ustawiałam stoper na 15 minut, wybierałam jedno miejsce i w nim ogarniałam. Fajne to, motywujące, tylko w pewnych momentach włączał mi się pośpiech. No nic. Tak czy siak pod koniec dnia – a właśnie na jego koniec chciałam zrobić ciuchy – byłam wyczerpana.

Ponieważ jednak mam dobrą pamięć, to zdaję sobie sprawę, że całkiem niedawno grzebałam w szafie, więc ostatecznie teraz ją tylko wytarłam i poukładałam pewne elementy niepoukładane. Powkładałam co się walało poza szafą, a co mogłoby być w szafie, wyjęłam buty i będę się nad nimi teraz głowić, które zostawić, czy zatrzymać.

No – jednym zdaniem: zadanie wykonane!

Ogólnie dziś nie brakowało przygód: poszłam naokoło domu na bosaka. Wiecie, staram się zrobić z tego taki mały rytuał zdrowotny, wszak to bardzo ładnie napełnia. Problem w tym, że znowu – zabrałam się do tego jak pies do jeża.

– Uziemiałaś się w trybie ofiary – zauważyła przyjaciółka.

A ponieważ byłam przed praniem się, to postanowiłam skorzystać z daru, jakim jest woda. Więc moją intencją było wyczyszczenie się z trybu ofiary.

A słowo stało się ciałem…

…czy też raczej kupą, bo jakieś dwie-trzy godziny później, po zjedzeniu solidnego śniadania (co też zajęło), organizm stwierdził, że będzie wycieczkował do łazienki, by się oczyścić.

xD

Potem dzwoniło do mnie wszystko, tylko nie to, co ważne. Znaczy, w jednym przypadku chodziło o pracę, ale ja chciałam spróbować na zasadzie „kumpel mówił, że to ściema, że w pracy potrzebują angielskiego, mimo że piszą, że wymagany”. No cóż – na starcie odpadłam, bo oni gadają wyłącznie w englishu. Cóż, warto było spróbować.

Potem dzwoniła do mnie jakaś pani z czegośtam Coachingowego i ja po prostu nie miałam siły na takie bzdetolety. Nie po sprzątaniu.

– Czym się pani zajmuje? – zapytała.
– Niczym – odparłam.

No cóż – chyba nie uwierzyła, ale zaproponowała doradztwo zawodowe. Nie skorzystałam, bo miałam wrażenie, że to takie trochę lanie wody by z tego wyszło.

No cóż – chcę coś konkretnego.

W międzyczasie zrobiłam klawiaturę i to jest mój sukces, bo w pewnym momencie chciałam się jej pozbyć, bo brudna i w ogóle, średnio się ją sprzątało, ale ostatecznie wygrałam. Usprzątnęłam i poskładałam, oprócz dwóch brakujących przycisków to to sprzęcior zdatny do użycia.

No, a u Was co słychać? 🙂

[33 dni] #6 medytacja ustawienia rodowego

No cóż – powiem tylko tyle, że dziś chyba będę miała wolne. W sensie… No bo i tak jestem na webinarze od ustawień rodowych. Za to postanowiłam ją spisać, bo i tak muszę ją regularnie powtarzać, żeby się nowe ustawienie ugruntowało i żeby było wsio w porządku. To ważne.

Czy ją tu opiszę?

Na blogu – nie.

Prowadzę dwa zeszyty:

  • zielony, gdzie spisuję wszelkie techniki i wiedzę z rozwoju duchowego. I to tu ta medytacja będzie miała swe miejsce. Nie ukrywam, że mam ochotę ją sobie także powiesić na ścianie. No co, przywiązuję dużą wagę do ustawień systemowych? Bez powodu tego nie robię – widzę, jak bardzo to zmienia życie. I ja wiem, że flow i tak dalej po warsztatach zawsze będzie, ale moim zadaniem jest utrzymać w ryzach to flow.
  • złoty – tu jest dziennik wdzięczności, no i dziennik rzeczy, które były fajne w danym dniu i dziennik moich małych sukcesów. Eeeeh, gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, na terapii, że w ten sposób mogę się chwalić…

No dobra, to ja idę pizzę zjeść i na warsztaty :).

19:14

Dziś prawie nic nie robię, ponieważ jestem tak wykończona procesami, że nic mi się nie chce. Jest jednak pewien wyjątek. Otóż, ten wyjątek to rysowanie. W takim burdelu mi się nie chce… Ale… może źle do tego podchodzę – koniec końców mam komórkę i taras :).

Warsztat dał mi wiele – ale… będę go jeszcze raz przeglądała w tygodniu, bo byłam już wtedy tak padnięta, że nie ogarniałam do końca. Nie mniej, trochę odpoczęłam dzięki leżeniu na trawie, w słońcu. To zawsze pomaga.

Pozwalam sobie leniuchować i widzę, jak kolejne klocki układają mi się w moim łebku. No i ten kontrolujący umysł… na szczęście mogę siebie kontrolować, co trochę transformuje tę rzecz :).

Dobra, idę na dwór, bo pisać mi się nie chce. Może rysować mi się zachce… xD