304 strony poświęcone pięciu typom osobowości, z którymi kontakt może zaboleć. O tym, dlaczego i jak tego uniknąć napisał Bill Eddy w „5 typów osobowości, które mogą zniszczyć ci życie”. A Przeciętny Człowiek wprost to wypunktował na swoim kanale. I chyba nie ma się do czego doczepić…
Książka kosztuje od 24 do 35 złotych. :V
Nie oznacza to jednak, że nie dotarłam do źródła. Tym razem udało się znaleźć filmik z samym panem Billem Eddym, który w pięciu minutach wykłada kawę na ławę. Oczywiście po angielsku, ale może znacie ten jakże uroczy język i zrozumiecie:
To, co od razu rzuca się w oczy to długość filmów. Pan Eddy nad przypadkami się nie rozwodzi, można rzec – student psychologii na egzaminie mógłby w ten sposób napisać odpowiadając na pytanie o toksycznych ludziach. Natomiast Przeciętny Człowiek postarał się o przykłady – co jest oczywiście na plus – i wyszło z tego około 12 minut:
No właśnie, nie ma się do czego doczepić. Bo mogłabym napisać o różnicach w wyrażaniu się, ale z grubsza chodzi o to samo. Przecież komentowanie zachowania innych z komentarzem sugerującym, że wiecznie jest coś nie tak to nic innego, jak szukanie ofiar. Zresztą – tak, Przeciętny Człowiek opierał się przecież na publikacji pana Eddy’ego. Ale jeden przykład u naszego rodzimego jutubera nie daje mi spokoju. Owszem, ten z nauczycielką, która uwzięła się na ucznia. Nie żebym jakoś wybitnie lubiła ten zawód, ale skoro uczeń zrobił mało śmieszny żart nauczycielce, to ja się nie dziwię, że się uwzięła na bogu ducha winnego ucznia. Powinien jakieś konsekwencje ponieść. Inna sprawa to to, na co pozwala prawo w Polsce.
Ano, właśnie, Polska.
Nie ulega wątpliwości, że problemowe zachowania się przejawiają. Wszędzie, niezależnie od kontynentu czy regionu. Jednak to, co różni te miejsca to nomen omen świadomość. Właśnie tak: nie tyle kultura, ile świadomość. Co prawda to pierwsze również odgrywa znaczenie w przypadku pana Eddy’ego, ale o tym na koniec.
Najpierw wróćmy do tezy autora, że 90% (pozostańmy przy tej liczbie dla porządku) społeczeństwa nie przejawia brutalnych zachowań wobec innych. No jasne, w Anglii wbijanie noża w plecy jest na porządku dziennym, mimo że rano odbyłeś z kolesiem miłą rozmowę i on nawet wyglądał na zatroskanego o twój los. Wygląda na to, że w tym akurat przypadku nie ma mowy o to, by jakiś pracodawca się ciebie wydarł. To samo w Japonii, czy ogólnie krajach azjatyckich.
Ale jest takie miejsce, które nazywa się Polska…
Ja co prawda z reguły mam miłych znajomych. Takich, co to pomogą, pocieszą czy kopną w tyłek w razie potrzeby. Ale… no, wchodząc już na grupy polskie, na fejsie, widzę najczęściej gównoburzę. I nie tylko ja zaobserwowałam to, że pod byle pretekstem kręci się sznur na jakiegoś autora postu. Czasem wychodzą straszne rzeczy – pani miała wychodzącego kotka, kotek wpadł pod samochód i nie żyje, pani ma żałobę i pewnego rodzaju załamanie, a co robi społeczność kociarzy? W Wielkiej Brytanii by ją pocieszyła, zapewne w Ameryce również. Chyba. W Polsce zaś co się dzieje? Tak, zgadliście – tona dosłownego hejtu i to nawet nie krytyki, ale hejtu na właścicielkę kota. I wejdźcie sobie na randomową grupę. Może być związana ze znaczkami, może być związana z rysowaniem, czymkolwiek. Stawiam 5 zeta na to, że szybko znajdziesz chamstwo i złość.
Gdyby to była tylko moja obserwacja… ale nie jest, bo gdy tylko zaczynam o tym mówić, to inni się dołączają „to prawda”, „mamy problem”, „u nas jest chamstwo”.
Więc zastanawiam się, czy przypadkiem w Polsce to 10% ludzi NIE przejawia takich toksycznych zachowań. Ostro, co?
Dobra, ale miało być o Eddym. Znaczy, no, o jego teorii.
Ma on energię takiego pana biznesmena, który sprzedaje szkolenia. Taki typowy Amerykanin zarabiający na swojej wiedzy. U nich to pewnie nic nadzwyczajnego. W zasadzie nie odczuwam, by miał jakąś wysoką energetykę, no ale jest sobie chłopina, niech kręci ten swój biznes psychologiczny…
Tylko czy aby na pewno potrzebujemy takich książek? Logicznym wydaje się być, że od złośliwych osób trzeba stać z daleka. Czasem może to być utrudnione, ale przyznam, że żaden z tych materiałów nie odpowiedział, co w sytuacji, kiedy masz za szefa ludzkiej psychiki. I obawiam się, że i tak odpowiedź byłaby jedna: zmień pracę.
Przeciętny Człowiek stwierdził, że „życie nie jest zerojedynkowe”. I niby nic oryginalnego, każdy to widzi, ale… czy przypadkiem nie wprowadzając jakiś żelaznych zasad w swoim życiu nie sprowadzamy życia do zera i jedynki? Przekonajmy się zatem, czy 7 nawyków Stephena Coveya omawiane przez Przeciętnego Człowieka nie są zbytnim uproszczeniem doświadczania życia.
Siedem nawyków opisane w 378 stronach. Zaczynam mieć poczucie, że przed stworzeniem tego tekstu powinnam zajrzeć do oryginału. A może nie? Może Przeciętny Człowiek zawarł clue tak rozbudowanej pozycji?
To bardzo prawdopodobne, więc wróćmy do naszego filmiku Przeciętnego Człowieka. Zaczyna on od stwierdzenia, że te 7 nawyków to podstawa naszego świadomego działania i rozwoju, stanowią one fundament i korzenie. Hm, dość ogólne to stwierdzenie, i chyba ryzykowne, bo założę się, że większość widzów przed filmikiem w ogóle nie znała Coweya. Nie mówiąc już o tym, że jesteśmy różni i różne światy inaczej funkcjonują, bo trudno, by wszyscy ludzie posługiwali się tymi samymi wartościami.
No dobrze, idźmy dalej. Czyli konkretnie – do zasad. Pierwszą jest proaktywność. Oznacza to nic innego, jak działanie w życiu. Czyli, jak ktoś nam zaoferuje stanowisko, to nie zbijamy bąków, tylko je przyjmujemy i cieszymy się z pieniędzy, które pewnie pójdą na chillouty. Można by to skrócić do „działaj!”. Jasna zasada, tylko że w trakcie wywodu Przeciętnego Człowieka zaczęłam się zastanawiać nad dwiema rzeczami. Po pierwsze, czy my aby na pewno mówimy o nawykach? Działanie jako nawyk, no, ta filozofia wydaje się bez zastrzeżeń. Jednak coś w głowie niepokoiło i mówiło: sprawdź w słowniku znaczenie słowa „nawyk”. Bo – proaktywność jako taka, pasywność jaka taka (o której też wspomniano w filmiku) to są postawy w życiu, a nie nawyki jako takie. No, ale z kolei bez aktywności nie można mówić o jakiś nawykach, któ…
Pogubiliście się? Ja też. W pewnym momencie postawa proaktywna i pasywna zlały mi się w jedną całość i myślałam, że Przeciętny Człowiek cały czas mówi o proaktywności, gdy okazało się, że mówi o pasywności, która to wiąże się z brakiem działania, a czy brak działania można opisać jako nawyk?
Dobra, dla jasności, przytaczam definicje słowa z PWNowskiego słownika, co by już nie mydlić oczu i mi, i Wam:
nawyk «nabyta skłonność do sprawniejszego, bardziej mechanicznego wykonywania jakiejś czynności» (źródło)
postawa (…) «stosunek człowieka do życia lub do pewnych zjawisk, wyrażający jego poglądy; też: sposób postępowania lub zachowania wobec określonych zjawisk, zdarzeń lub w stosunku do ludzi» (źródło)
Spokój? Nie? To przechodzimy do kolejnej zasady a’la Cowey.
A brzmi ona tak: zaczynaj z wizją końca. Wow, nawet nie wiem, jak to opisać. Współczesna psychologia mówi, że to bardzo pomaga. Przeciętny Człowiek używa prostego, ale dość obrazowego przykładu – papierosy. Rzucenie palenia. I spoko, trudno dyskutować z naukową wizją świata, zwłaszcza, gdy ta uzbierała w ciągu ostatnich 40 lat dość solidne argumenty na temat. Przez chwilę nawet poczułam się jak dziecko, któremu ktoś tłumaczy skutek i przyczynę, ale potem mi przeszło, bo autor filmiku stwierdził:
Jeśli wędrujesz bez celu i nie jest to zaplanowane, to można równie dobrze powiedzieć, że się zgubiłeś. Wizja końca (efektu) przybliża nas do celu.*
Okej, kiedy jesteśmy w kryzysie, a właśnie mamy na tapecie jakiś cel, to warto sobie przypomnieć, co jest na końcu drogi. To może nam pomóc. Okej. Ale… Wcześniejsze zdanie brzmi tak, jakby życie trzeba było planować. Jakby samo doświadczanie nie miało sensu, po prostu trzeba to jakoś obudować umysłowo. I to już nie jest okej. To znaczy – cel ułatwia nam cieszenie się z życia, ale tylko ułatwia. Poza tym myślę, że rok 2020 dobitnie wszystkim pokazał, że w życiu wcale nie chodzi o planowanie. Chodzi o doświadczanie. Najlepiej doświadcza się czegoś, co jest odkrywane, a więc niezaplanowane. I tu, w ramach przykładu, przychodzi mi z pomocą moje zboczenie zawodowe. Są dwie szkoły pisania książek. Jedna – planowanie wydarzeń. Druga – pójście na żywioł. Zgadnijcie, które pozycje na ogół lepiej się sprzedają? Tak, tam, gdzie pisarz nie wiedział nawet, kto jest mordercą (czyli Agatha Christie i jej kryminały), albo jak wszystko się potoczy do finału. I to jest niesamowita przygoda dla autora, bo bohaterowie wielokrotnie pozwalają na zaskoczenie! W trakcie pisania! Życie nie ma planu.
Przeciętny Człowiek – zapewne za radą Coweya – zaleca stworzenie własnej konstytucji. To są żelazne zasady, wyznaczające drogę, wspierać w samooświetlaniu się… i no dobrze, czasem się zasady przydają. Na przykład wtedy, kiedy mamy wybitnie niską samoocenę i zero asertywności, a nasz partner jest przemocowy. Wtedy oczywiście warto pamiętać, żeby go nie podjudzać, czy inne sprawy. To może pomóc w przetrwaniu. Jednak na dobrą sprawę, myślę, że znakomita większość z nas, poza sytuacjami zagubienia się, nie potrzebuje wymyślać kolejnej makulatury wiszącej na ścianie. To dlatego, że wiemy, kim jesteśmy i jacy jesteśmy. Znamy nasz charakter, więc wiemy, że opalanie nam nie pasuje, ale pasuje nam zwiedzanie pobliskich wiosek. Nie trzeba się wysilać na dodatkowe filozofie. Mało tego, spontan jest bardzo inspirującą rzeczą, uwalniającą kreatywność. Bo to właśnie wszelkie plany ją hamują. Ale co ja tam wiem, nie jestem przecież Coweyem.
Aczkolwiek, Przeciętny Człowiek przytacza kwadracik i dzieli go na 4 części, z kategoriami. Poszukajcie w google „kwadrat organizacja celów”, bo jest to bardzo praktyczna rzecz i przydająca się wtedy, kiedy mamy naprawdę dużo spraw do załatwienia :). Ale to już niestety nie jest zawartość filmiku, bo Cowey jakoś to inaczej zaprezentował, ale dobra, czas na kolejny punkt, który – o dziwo – będzie się wiązał w jakiś sposób z opisanym kwadracikiem.
Trzy: ustalenie priorytetów. Wydaje się spoko, prawda? Najpierw realizujemy to, co nas zabije, jeśli tego nie zrobimy, a potem, powoli, wywalamy mniejsze robaczki. Czy jakoś tak. Całkiem sprawne i logiczne działanie.
Tyle że Przeciętny Człowiek przedstawił to w tak dziwny sposób, że w pewnym momencie złapałam się na dość grubym przemyśleniu. Otóż: te wszystkie zasady są uproszczeniem funkcjonowania życia człowieka. Sprowadzaniem bycia do zerojedynkowości właśnie. No bo mamy cel i ciągle coś podkłada nam pod nogi belki, takie, że się przewracamy. I tak w nieskończoność, no, ale ustaliliśmy cel. Tyle że… co, jeśli ten cel nie może być zrealizowany, bo w naszej energetyce, umyśle siedzą głupoty, czyli blokady w tej sprawie? Czyli: realizacja celów jest ok, ale warto też wyjść naprzeciw temu, co sprawia, że nam się nie udaje. Tylko proszę, bez tekstów w stylu „bo rzuciła klątwę na moją rodzinę w XIX wieku”. Poważniej, joga, oddychanie, las, grzebanie w energetyce i przekonaniach – to wszystko i więcej może sprawić, że nasze życie stanie się po prostu mniej torpedowane przez zjawiska niepożądane.
Cztery: działaj według strategii win-win. Wow, prawie zasnęłam na tym punkcie i nie dziwne. W latach 80′ XX wieku ta zasada mogła być pewnego rodzaju zaskoczeniem, ale dzisiaj jest już tak wpychana we wszelkie newslettery przedsiębiorczości, że ocknęłam się na przykładzie „jak nie szkodzić sąsiedniemu konkurentowi”, bo to była zabawna wstawka z tymi piekarniami.
Pięć: zrozumienie ponad bycie zrozumianym. Ładna nazwa, ale w zasadzie… brzmi jak wodolejstwo. Choć w praktyce chodzi po prostu o to, by klient poczuł się zrozumiany, by słuchał o sobie.
Sześć: synergia. Czyli wykorzystywanie nawet najdrobniejszych pozytywnych rzeczy, okazji i tak dalej w realizacji celu. I okej.
Siedem: Ostrzenie piły. Cowey uważa, że jeśli chcemy być turbospełniający się, to warto nieustannie pracować nad:
a) zdrowiem, czyli codzienne ćwiczenia i tak dalej,
b) umysłem, czyli unikać lenistwa umysłowego,
c) emocjami i relacjami,
d) duchowością, czyli zrozumienie własnych motywów czy też słuchanie własnego serca, ale tu Przeciętny Człowiek właściwie wiele tematu nie rozwinął. A szkoda.
No właśnie – zauważyliście zapewne, że im dalszy punkt, tym mniej się nad nim pastwię? Bo i też Przeciętny Człowiek mniej poświęca czasu tym sprawom. Z jednej strony słusznie, bo uniknął przez to niepotrzebnego lania wody, wszystko w końcu jest zrozumiałe, żyjemy w XXI wieku i znamy to przynajmniej od dwudziestu lat, po co to jeszcze raz roztrząsać. Z drugiej strony, naprawdę szkoda mi było, że nie rozwinął kwestii duchowości, bo choć powiedział krótko i zwięźle, to jednak można by tu posilić się jakimś przykładem, jak dojść do siebie.
Właściwie, to chciałam się przyczepić tylko i wyłącznie do jednego punktu z tych czterech zasad Coweya.
Unikać lenistwa umysłowego.
Totalnie się z tym nie zgadzam!
No… to znaczy, właśnie musimy robić tak, by mieć czas na totalne nicnierobienie. To jest wspaniała praktyka, którą najlepiej rozłożyć na przykład po godzince dziennie, albo i mniej. Ale żeby była. Wiecie, jak się tak położysz i pozwolisz na całkowite nic-nie-dzianie-się, to wtedy odkrywa się rzekę relaksu. Dosłownie. Spróbuj. I takich właśnie chwil dla siebie życzę sobie i Wam!
Przeciętny Człowiek to zadeklarowany ateista. Czy wojujący? Niekoniecznie. Na pewno jednak taki, który bardziej wierzy nauce, niż fizyce kwantowej. Znaczy, musi coś zobaczyć, by uwierzyć. Stwierdzenie może i na wyrost, ale przy filmiku „Jak zostać ateistą? Czy rozwój osobisty bez religii jest lepszy?” trudno nie zastanawiać się nad tym, kim jest autor i co więcej, jakich odbiorców chce mieć.
Każda twórczość przejawia coś z autora. Brzmi to może dziwnie, ale wystarczy spojrzeć na randomowy rysunek, by to zrozumieć. Ba, nawet teksty pisane bez serca dają pewną informację o ich twórcy: jest on na etapie, w którym nie ma serca akurat do tej sprawy. I tyle. W przypadku Człowieka Przeciętnego można stwierdzić kilka rzeczy i być może, większość z nich będzie odczuciem całkowicie subiektywnym. Na przykład to, że autor jest smutny, bo przez chwilę się nad tym zastanawiałam, gdy go słuchałam. Co jest jednak pewne, to to, że twórca analizowanego przeze mnie filmiku bardzo się starał, bardzo chciał stworzyć coś inteligentnego, konkretnego i subiektywnego. Ba, sam zaznacza, że to, co przedstawia ma wyraz subiektywny. I niestety, nie jest to dla filmu pozytywne.
Słowa – bo wciąż jednak mówimy o utworze słuchanym, a więc podcaście, do którego jedynie dodano animacje ułatwiające zrozumienie treści – muszą być rozumiane. Rozumieć ma odbiorca i tu zaczyna się pytanie: kto nim jest?
No właśnie, nie do końca wiem, kto.
I o ile przy pisaniu tekstu nie warto się zastanawiać, do kogo kierujemy słowa, tak po już ich stworzeniu warto to zrobić. Szczególnie, że dobre utwory to utwory, przy których wykonano MINIMUM autorskiej redakcji, a więc wprowadzono różne poprawki, chociażby i stylistyczne.
Tu chyba Przeciętny Człowiek o tym zapomniał.
Albo i nie – bo wiedział, że to nie pierwszy jego film na kanale, więc spodziewał się, że jego odbiorcy będą wykształceni. Mający otwarty umysł?
Może, ale nawet jeśli, to popełnił pewien, bardzo podstawowy błąd w tworzeniu scenariusza.
ZBYT WIELE INFORMACJI NARAZ.
Już na samym wstępie autor zarzuca słuchacza kilkudziesięcioma pojęciami, niektórymi nawet nie zajmując się wybitnie. Możemy usłyszeć takie słowa / wyrażenia, jak: „metabadania”, „błędy poznawcze”, „twarde dowody”, „hierarchia dowodu”, „nauki społeczne”, „solipsyzm”, „arbiter”, „higiena intelektualna”, „ateizm”, „sztuczka retoryczna” (możesz przestać już wymieniać? – nie), „kultura społeczna”, „rytualizm”, „myślenie magiczne”, „myślenie życzeniowe”, „prawo przyciągania”, „manipulacja”, „skalowanie”, „gradacja”… uch, no dobra, mam już dość. To wszystko czeka nas w pierwszej połowie filmu. I o ile niektóre pojęcia mamy od razu w głowie, tak nagromadzenie tego wszystkiego w jednym miejscu i o jednym czasie powoduje, że słuchacz i tak się gubi. Ja przez chwilę kompletnie nie wiedziałam, co ja oglądam. I już zostawię w spokoju tytuły poszczególnych rozdziałów filmu, by się aż tak nie pastwić nad Przeciętnym Człowiekiem.
No dobrze, ale to tylko jedna sprawa. Przecież autor jest człowiekiem inteligentnym, szanującym innych ludzi, prawda? Ogólnie treść może być pozytywna, tak?
No, może, ale nie jest.
To znaczy… Odbiorcom, którzy patrzą na świat w sposób duchowy ten filmik nic nie da. Dlaczego? Bo posługują się ZUPEŁNIE INNYM JĘZYKIEM. Przeciętny Człowiek prowadzi narrację do rozumu, używając bogatej terminologii naukowej, która ma przekonać, że autor jest wiarygodny, bo w końcu mowa jest o nauce. Ba, przytacza nam nawet kilka książek, w tym jedną – „Pułapki umysłu” Daniela Kachmana, którego mam w planach. Chce zatem przemówić do umysłu. Racjonalności. Ale… religia to nie jest racjonalność, o czym sam wielokrotnie wspomina.
Religia – duchowość – siedzi nie w głowie, a w sercu. I nieważne, o jakiej wierze mówimy, człowiek wierzący, ba!, prawdziwie wierzący, po prostu ma w sobie coś duchowego. Takie połączenie, które pozwala mu na ZAUFANIE, choćby skały srały. Dlaczego więc do serca przemawia się rozumem?
Może dlatego:
obraza uczuć religijnych – jeden z najbardziej uwłaczających przepisów inteligentnym wierzącym*
W sumie – trudno nie zgodzić się z Przeciętnym Człowiekiem, że przepis o obrazie uczuć religijnych to jest jakiś niezdrowy egoizm. Mało tego, autor filmiku podaje jeszcze parę argumentów, z którymi trudno się nie zgodzić. Na przykład ten:
wiara religijna ma wiele za uszami
No, ma. Na przykład palenie na stosie, skazywanie matek na męki i tak dalej. Wszyscy to znamy, więc nie będę rozwijała tego tematu. Jednak powyższe zdanie ma w sobie jakiś negatywny ton i przyznam, że daje mi się on chyba we znaki. Dlatego właśnie, że Przeciętny Człowiek prowadzi narrację o religii w takim przeświadczeniu, że jest lepszy od wierzących, bo on jeden poznał się na tych, no, głupotach (przepraszam, to miało obrazować, a nie obrażować) i prowadzi oświetloną narrację z punktu widzenia nauki.
Nauki, ale której nauki? Ktoś pod filmikiem napisał tak:
Powiadasz „twarda naukowa wiedza”? Która? Ta, co była wczoraj, ta co jest dzisiaj, czy ta co będzie jutro?
Piękne, prawda? Ale, wróćmy do samego Przeciętnego Człowieka i zastanówmy się, co świadczy o tym jego pejoratywnym tonie wobec osób wierzących.
– Tytuł! – wystrzelisz jak proca. No właśnie, niekoniecznie. Jeśli autorowi zależało na dużych wyświetleniach, to musiał stworzyć tytuł clickbaitowy, sugerujący coś konkretnego. Najlepsza instrukcja to pytanie + kontrowersja, a przecież to czyste „Jak zostać ateistą? Czy rozwój osobisty bez religii jest lepszy?”. No dobrze, to skupmy się na treści. A więc, wracamy do… no, tych uszu. Smacznego.
Już w dwóch pierwszych minutach wszystkie osoby związane z rozwojem osobistym czy ezo dostają – po uszach właśnie. Dobrze, że nie po tyłku, ale stwierdzenie:
prawo przyciągania – szalenie popularna bzdura w świecie rozwoju osobistego
i tak boli. Co prawda dalej autor mówi, że zwolennicy prawa przyciągania zachowują się jak osoby wierzące, bo twierdzą „musisz zgłębić temat” i „nie rozumiesz”, ale czy to jest adekwatne porównanie?
Dla Przeciętnego Człowieka.
Dla mnie niekoniecznie, bo rzeczywiście prawo przyciągania jest prawem, które w znaczny sposób przekłamała pop-psychologia. Dzięki temu wzrasta niezadowolenie i frustracja zwolenników „Sekretu” kogoś tam. No, wiecie, tej książki o prawie przyciągania.
Tyle że koncepcja tej myśli jest całkiem dobra.
Opisuje ona jednak bardziej samo działanie energii, przyciąganie się podobieństw, a nie codzienną dostawę nowego auta. Żeby to lepiej zrozumieć i przede wszystkim praktykować, trzeba zrobić jedną rzecz.
Sięgnąć do transferingu, czyli innymi słowy – zgłębić temat.
Wychodzi więc na to, że zwolennicy prawa przyciągania mają rację w obu argumentach.
Kolejny łomot z filmiku przeznaczony jest dla osób wierzących, dla których – no chyba – ten miał być skierowany. Mówię o tych słowach:
kapłani tak sobie gaworzą, ich słowa nie mają większej wartości, ich otoczka jest bardziej wystawna
Wow, to poleciał. No dobrze – faktycznie msze w KK należą do bogatych, wszyscy to w pewnym momencie mogliśmy oglądać. Tu jakiś obrus, tu niby złoty kielich, tam piękna biała szata i tak dalej. Ale bardzo bym się kłóciła, że to, co się wyprawia na mszy nie ma większej wartości. To znaczy: Przeciętny Człowiek może tak twierdzić, bo dla niego zdaje się wszelkie abstrakcyjne pojęcia wydają się historiami niestworzonymi, bo nie dadzą się udowodnić. Przesadzam? No, ale sam mówi np. o „zmartwychwstaniu”, „zamianie wina w krew” i tak dalej. Znaczy się, opowiada nam o takich dość symbolicznych scenach, które można w różnoraki sposób interpretować i właściwie wszyscy – nawet wierzący – się zgadzają, że interpretacja, ale NIE DOSŁOWNA. Tymczasem mam wrażenie, że Przeciętny Człowiek spogląda na Biblię, powiedzmy dla uproszczenia, w sposób dosłowny. Nie szuka w tym absolutnie żadnej duchowości.
No, w końcu stara się przekonać wierzących, by stali się niewierzącymi.
Chyba logiczne zagranie?
Nie.
Po pierwsze, nadal mówi językiem umysłu, a nie serca. Te dwa różne poziomy się nie dogadają.
Po drugie i najważniejsze – kościół był, jest i jeszcze przez długi czas będzie jednym z najskuteczniejszych manipulatorów. Widzimy to po historii. Widzimy to po tym, jak energia działa w trakcie mszy zielonoświątkowej. Otóż, w pewnym momencie w człeka wstępuje duch święty. Tyle że takie wspaniałe wrażenie tworzy się nie tylko przez samą energię (wiara, miłość, intencja, wola), ale również przez
zbudowanie pewnego rodzaju wypukłego sufitu.
I ostatnia sprawa to słowa. Wszystkie modlitwy i stwierdzenia na mszy są zbudowane tak, by człowiek z własnej woli godził się na cośtam i wyrażał wolę czegośtam, dzięki czemu wkrótce do niego mogą zapukać… no, niech zapuka szczęście i miłość, nie bądźmy już tacy wredni dla osób wierzących tylko dlatego, że ja nie jestem taką osobą, dobrze?
Dlaczego więc po prostu Przeciętny Człowiek nie opisał czarno na białym dowolnej manipulacji kościoła, używając dowodów stricte naukowych, a skupił się na gromadzeniu pindyliona argumentów? Przecież to o wiele prostsze, niż to, co zrobił.
I jeszcze jedno: zapewne moje argumenty dla Człowieka Przeciętnego nie są warte funta kłaków, bo energia to przecież jest coś, czego na własne oczy nie można zobaczyć. Czy to zatem istnieje? Och, czekaj…
Autor w którejśtam minucie filmu wypowiada następujące słowa:
i aby nie było to wyrwane z kontekstu, powiem tak: chodziło o prowadzenie z nimi dyskusji. Fajnie jednak by było, gdyby obie strony prowadziły dyskusję w tonie pełnym szacunku. Tymczasem użycie słowa „nieuczciwość” wobec dyskutanta już sugeruje, że wierzący jest nieuczciwy, że jest zły. No dobra, zapomniałam dodać, że ten zły, potworny wierzący popełnił parę autodestrukcyjnych dla dyskusji argumentów. No, niech to będzie dla przykładu jego doświadczenie! W końcu Przeciętny Człowiek szanuje cudze doświadczenie i co z tego, że jego rozmówca – powiedzmy Filip – modlił się tydzień do Boga i Maryi o uzdrowienie, bo mu coś w nodze się zrobiło i lekarze musieli zrobić operację i wszystko dobrze się skończyło. Dla Filipa będzie to dowód, że jego wiara mu pomogła. Dla Przeciętnego Człowieka będzie to bzdura, bo… no, bo nie ma na to dowodów. Tyle że nie ma również dowodów na to, że wiara Filipowi NIE pomogła.
Całą noc można się w tej sprawie przerzucać argumentami i do niczego nie dojść.
Przeciętny Człowiek sugeruje, że własne doświadczenia, te mistyczne, to jedynie sztuczki umysłu, błędy poznawcze i tak dalej. I w ogóle nie mają prawa stać wyżej od nauki.
Pamiętacie wcześniejszy cytat pewnego anonimowego człowieka pod filmikiem? Ten o nauce?
No więc ja się pytam, dlaczego nauka ma stać wyżej od naszego doświadczenia.
Doświadczenie nie może być naukowym dowodem na tezę X, to prawda.
Jest jednak dowodem na coś innego.
– Że każdy człowiek jest inny! – rzucisz jak młotem. Eee, to zbyt banalne, chociaż bardzo się cieszę z naszych polskich wygranych na olimpiadzie w Tokio.
Doświadczenie wskazuje bardzo wyraźnie, że każdy sam tworzy swój świat. To, jak myślimy, jak na niego patrzymy i tak dalej dostaje odpowiedź w postaci świata. A doświadczając, doświad
czekaj, zagalopowałam się, bo w końcu mieliśmy rozmawiać o tym, czy warto rozwijać się bez religii.
TAK! PRZECIĘTNY CZŁOWIEKU, WARTO ROZWIJAĆ SIĘ WEWNĘTRZNIE BEZ RELIGII!
Ale czy warto rozwijać się bez duchowości?
* * *
Każdy tekst powinien być podsumowany. No więc to pójdzie szybko: Przeciętny Człowiek podaje trochę instrukcji obsługi, jak przejść na ateizm. Mowa tu głównie o negowaniu w argumenty, w obraz tego, co pokazuje nam religia. W porządku. Jednak więcej rozwiązań nie doświadczymy. Ba, myślę, że dla osoby prawdziwie wierzącej ten film będzie bełkotem. Bo duch w rozmowie potrzebuje ducha, a nie umysłu. Przynajmniej w tak istotnej sprawie.
Wałkowany filmik:
* wypowiedzi pisane kursywą to cytaty Przeciętnego Człowieka (z wyjątkiem tego cytatu o nauce)
Długo się wahałam, czy komentować podejście innych do życia. Wreszcie przyszła ta potrzeba i na tapetę wzięłam filmiki / podcasty Przeciętnego Człowieka. W tym tekście rozprawiam się z Czego nie mówić chorym na depresję?
Jak po samym tytule można stwierdzić, autor podaje teksty, których nie należy mówić osobom w depresji. Zaczyna od podstawowego wytłumaczenia, czym ona w ogóle jest:
depresja – to nie jest bycie smutnym, tylko małożywotnym
Myślę, że jest to jedno z najlepszych sformułowań definiujących tę chorobę. Zamiast rozwodzić się nad tym, jak wygląda życie osoby chorej, autor podaje prosto i wręcz dosadnie. Zastanawiam się jednak nad innym stwierdzeniem:
zmienia nam się chemia w mózgu i nie mamy na to wpływu
Wydaje się to sporym uproszczeniem, patrząc na różne doświadczenia różnych osób. Bo owszem, chemia się zmienia, ale czy naprawdę nie mamy na nią wpływu? Bo w tym momencie przypomina mi się cała wiedza o zdrowym odżywianiu, które jednak ma wpływ na nasze funkcjonowanie. Im lepsze jedzenie, tym lepszy nastrój po nim. Żeby przeprowadzić taką obserwację wcale nie trzeba być filozofem, wystarczy kupić te same produkty w wersji chemicznej i w wersji eko. Zgadnijcie, po której wersji Wasz organizm będzie lepiej czuł. I dobra, dobra, nie wyciągajcie noży na mnie, bo jeszcze nie skończyłam. Kojarzycie może witaminę B12? Czytałam o kilku przypadkach, kiedy wieloletnia depresja została wyleczona, bo okazało się, że te wszystkie depresyjne stany były jej niedoborem. Zresztą, wszelkiego typu wege, gdy tylko rozpoczynają swoją przygodę, zostają poinformowani: dbajcie o B12. Więc… czy naprawdę nie mamy wpływu na chemię? Szczególnie, że ja sama mam wrażenie, że samo branie witaminek MK7 sprawia, że mam więcej energii do działania, bardziej mi się chce i jestem mniej nieruchawa. Może powiecie, że w tej chwili nie mówię o depresji. Tylko… jeśli przyjmujemy, że wszystko jest powiązane, to może warto zastanowić się nad tym, czy złe pożywienie nie wpływa na nas w negatywny sposób.
Autor podcastu mówi coś niezwykle ważnego, o czym zwykle się zapomina:
optyka osób chorych jest zaburzona
I chyba zdrowe psychicznie osoby muszą o tym po prostu pamiętać. Jeśli nigdy nie przechodziły stanów depresyjnych w wersji HD, to może im być trudno zrozumieć, co tak właściwie autor miał na myśli. Bo to, że dla osoby w stanie depresyjnym świat wydaje się do dupy i najlepiej, żeby nie istniał, pozostaje dla osób w stanie stabilnym jedynie wiedzą. Chyba też trudno zrozumieć, jak pewne decyzje – wynikające właśnie z głębokiej doliny w sercu – są w ogóle podejmowane. To nawet nie jest to, że „aby zrozumieć, wejdź w cudze buty”. To jest coś znacznie bardziej mrocznego. To jest stan, w którym nie widzi się pewnych punktów wyjścia, a że widzenie świata w ogóle jest zaburzone, to trzeba liczyć się z cholernie niedobrymi decyzjami, czasem nawet nielogicznymi.
Ale wiecie, co? Może lepiej, by stwierdzenie o zaburzonym widzeniu świata zostało w formie wiedzy, a nie doświadczenia…
Kontynuując, twórca podcastu stwierdza:
jesteśmy predysponowani przez genetykę
do bycia w depresji. Cóż, jeśli ktoś się opiera wyłącznie na medycynie konwencjonalnej, to zapewne powyższe stwierdzenie wyda mu się proste i prawdziwe. Jeśli jednak ktoś zacznie drążyć bardziej – i mam tu na myśli wejście do świata duchowego – to sytuacja nagle się komplikuje. Tak na przykład, okaże się, że rozwijając swoją świadomość uzdrawiamy nasze geny. Mało tego, ciężar doświadczeń rodowych czy nawet z okresu płodowego, ma znaczenie. I jeśli się to uzdrowi, uzdrowi się też ten stan. Poza tym, zwalanie wszystkiego na genetykę jest moim zdaniem szkodzącym stwierdzeniem. Może i naukowym, ale jeśli osoba w depresji dowie się, że na jej stan ma wpływ nie życiowa sytuacja, nie on sam, tylko właśnie – geny – no to… czy przypadkiem nie zobaczy bardziej, że sytuacja jest beznadziejna? Skoro nie mamy wpływu na własne geny (jak chce nauka) i skoro nie mamy wpływu na własne życie (jak chce depresyjny stan), to po co zaczynać w ogóle leczyć chorobę? W moim przekonaniu jest tak, że w genach, ba!, organizmie ludzkim jest naprawdę wiele chorób. One mogą się przebudzić, jeśli nie będziemy siebie świadomi, jeśli spotka nas stresowa sytuacja wywołująca daną chorobę i tak dalej. No, ale to przecież dla nauki fikcja literacka.
Pora przejść do głównego dania naszego programu. Otóż, stwierdzenia, którym nie należy mówić osobom chorym. W większości się zgadzam. Na przykład:
idź do roboty, to depresja ci przejdzie
Brak pracy oczywiście może wpływać na nasz depresyjny stan. Jednak zastąpmy pracę szpitalem. Idź do szpitala, hospicjum / etc. i zobacz, jak inni cierpią. Ale że niby co? Że cierpienie ma mnie pocieszyć? Że mam sobie zdać sprawę, jak wspaniałe mam życie? Ej, w depresji takie rozwiązanie NAPRAWDĘ NIE DZIAŁA. W takim stanie tego typu stwierdzenia wprowadzają w umysł chorego tylko więcej niepotrzebnego zamętu. A Przeciętny Człowiek nie skończył pastwić się nad tematem, bo przytacza następującą sytuację. A dzieli się z B, że ma depresję. B na to, że wie, jak się A czuje, ale on miał gorzej i tak dalej. Bo w sumie tak – co osobę chorą obchodzi, że B miał gorzej, skoro przekazał tę informację raczej po to, by dostać wsparcie, a nie kolejne story randomowego człowieka.
Kolejnym argumentem, którego nie zaleca autor podcastu jest:
zaufaj Bogu / kiedyś to minie
Cóż – są badania, wg których osobom wierzącym jest łatwiej w sytuacjach stresowych. Jednak, w sytuacji, kiedy jest się ateistą, to trudno zaufać Bogu. Ba, pokuszę się o stwierdzenie, że jest to pewnego rodzaju błąd logiczny. Bo wyobraźcie sobie – sytuacja życiowa dla osoby w depresji jest TRAGICZNA. Dla niej życie to tragedia. I jak, do cholery, przeżywając tragedię, ma się zaufać Bogu?
A jeśli chodzi o „kiedyś to minie”, to jest to stwierdzenie w sumie nic nie dające osobie w depresji, ale niekoniecznie błędne. Jest faktem, że wszystko mija.
Kolejne przykłady zdań, którymi nie należy walić w osobę z depresją są mniej czarno-białe. Zacznijmy od sztandarowego:
zacznij się ruszać
Ćwiczenia fizyczne pozytywnie wpływają na nasz organizm, bo wytwarzają się endorfiny i inne magiczne tęcze w naszym mózgu. Oczywiście, Przeciętny Człowiek zaznacza, że intuicyjne podejście – na depresję ćwiczenia fizyczne – nie jest jakąś katastrofą, ale… moim zdaniem, wsadza wszystkich do jednego wora. Kiedy w 2010 zaczęły mi się ostrzejsze stany depresyjne, wtedy naprawdę byłam bardzo aktywna, bo raz dziennie przez GODZINĘ ćwiczyłam. I dzięki temu mogłam zauważyć, że ze mną dzieje się coś niedobrego, ponieważ aktywność fizyczna w pewnym momencie przestała sprawiać mi frajdę, przestała cieszyć, nie odczuwałam tych wszystkich tęczy w mózgu. Tyle że nic nie zrobiłam z tą obserwacją. Wchodziłam dalej w swoje mroczne stany. Zapytacie, co z tego? Ano, to z tego, że ćwiczenia fizyczne jako lek na stany depresyjne w moim przypadku NIE DZIAŁAJĄ. Ale to mój przypadek. W Twoim może być zupełnie inaczej – bo to jest KWESTIA INDYWIDUALNA. Musisz po prostu sprawdzić. Sam autor zresztą zaznacza, że taki krok jest krokiem świetny, ale pod koniec leczenia.
po prostu się uśmiechnij
Uśmiech może nie zadziałać, ale uśmiech może sprawić, że lepiej będziemy funkcjonować w społeczeństwie. Oczywiście, teraz nieco upraszczam, jednak bardzo problemowe jest to – tylko dla osoby w depresji – że ludzie unikają zdołowanych osób, będących w takim stanie. Wyczuwają to „coś” i po prostu nie mają ochoty na pesymistyczne towarzystwo. To dzieje się samo, podświadomie, a nie dlatego, że ludź nie chce wspierać cierpiącej osoby. I jest oczywiście niebezpieczeństwo tego, że udawany uśmiech pozwoli lepiej wczuć się w chorobę, no ale skoro już się wie o niej…
po prostu starasz się zwrócić na siebie uwagę, bo to nie depresja, tylko atencja
Przeciętny Człowiek uważa, że powyższe stwierdzenie umniejsza samej chorobie. I zapewne nie spodoba mu się to, co dalej napiszę. Bo – choroby są sposobem na zwrócenie uwagi. Uwagi może pragnąć nasz organizm, wywalając jakieś ustrojstwo i mówiąc tym samym „ej, chłopie, musisz odpocząć, masz teraz leżeć w łóżku z gorączką i pić herbatę z cytryną, jasne?”. Ale uwagi może też pragnąć nasz umysł, ego, psychika, czy jakkolwiek to nazwać. Przecież nie bez przyczyny próba samobójcza jest określana jako wołanie o pomoc. I co, myślicie, że stany depresyjne NIE SĄ WOŁANIEM O POMOC? Są, tylko że dla osoby chorej w depresji, po pierwsze, jest to bardziej nieuświadomione, niż uświadomione. Po drugie, taka osoba nie widzi rozwiązań. A po trzecie… Każda choroba coś daje. KAŻDA. Jak się dokopiesz do jej korzyści – i nieważne, czy będzie to fizyczna, czy psychiczna choroba – to możesz być zaskoczony uzdrowieniem. Oczywiście, to jest trochę uproszczenie, ale zauważ, że osoba w depresji jest albo już odrzucona (bo ciągle marudzi), albo otacza się wianuszkiem osób, które ją wspierają. I no właśnie, może nie wychodzić z depresji, skoro ktoś ciągle ją wspiera. Proste? Niby tak, a niby nie. Warto się po prostu zgłębić w indywidualną historię człowieka, by wywnioskować coś konkretnego w sprawie. A tak przy okazji, Przeciętny Człowiek zaznacza, że stany depresyjne w pewnym momencie stają się cechami osobowości chorej jednostki. TOŻSAMOŚĆ TO TEŻ KORZYŚĆ, co widać na przykładzie muzułmanów. Konkretyzuję, bo jak się przyjrzycie trzeciemu pokoleniu imigrantów, to możecie zobaczyć, że jeśli u takiego człeka występuje problem z tożsamością, to nagle dochodzi do pewnych zaburzeń w psychice, prowadzących na przykład do aktów terrorystycznych.
Ogólnie – cały podcast zawiera bardzo mądre treści. Tylko… rozumiem, że autor chciał się skupić na temacie. To ważne, by tworzyć treści na temat. I Przeciętny Człowiek zaznaczył, że depresja JEST wyleczalna. Problem w tym, że zrobił to pod którymś z komentarzy. W samym podcaście zabolało mnie to, że właściwie tego nie słychać. Miałam wrażenie, że tu tego zabrakło. Owszem, temat jest – CZEGO NIE MÓWIĆ, a nie JAK WYJŚĆ Z DEPRESJI, jednak moim zdaniem jeden moment (ten związany z aktywnością fizyczną) to za mało. Moim zdaniem, w podsumowaniu powinna się znaleźć wprost uwaga, że z tej choroby DA SIĘ WYJŚĆ. Dlaczego mnie to tak ugryzło? Ponieważ w obecnej sytuacji media jasno wskazują: depresja jest chroniczna i niewyleczalna. Odczytać to można między wierszami, choć jest to GÓWNO PRAWDA, bo dla chcącego nic trudnego. Ale jeszcze jedna rzecz mnie ugryzła – wskazywanie, że farmakologia jest the best. Tu również przydałby się szerszy komentarz, bo o ile sądzę, że sam autor miał na myśli leki + terapia, o tyle w polskim społeczeństwie jest niska świadomość tego, jak powinna wyglądać prawidłowe leczenie osoby chorej. I mało tego, Przeciętny Człowiek – to już ugryzienie numer trzy – w pewnym momencie twierdzi tak:
depresja to choroba duszy – to bzdura ezo, bo jest to choroba biologiczna
No właśnie. Autor – mam wrażenie – bardzo wyraźnie oddziela ciało, duszę, umysł człowieka. I również mam wrażenie, Przeciętny Człowiek widzi depresję jako stan wyłącznie biologiczny i receptą na to jest tylko i wyłącznie konwencjonalne leczenie. To mnie uwiera nie dlatego, że siedzę w światku duchowym, ale dlatego, że psychologia nie ma nic przeciwko temu, by człowiek szukał głębiej, na przykład w medytacji. Sama kiedyś rozmawiałam na ten temat z psycholog i ona stwierdziła, że jeśli osobie chorej praktykowanie niekonwencjonalnych metod coś daje, to bardzo dobrze, niech z nimi działa.
Dla mnie człowiek jest całością – ciała, duszy, umysłu i tak dalej. Oddzielając jedno od drugiego tworzymy sobie tylko niepotrzebne problemy.
Czasem wolno myślę. To powoduje, że oczywistości czekają na odkrycie nie kilka dni, a kilka lat. Albo potrafię zmarnować cały dzień na płacze i jęki, po czym stwierdzam: „pomedytuję!”. A po wszystkim: szkoda, że nie zrobiłam tego rano XD.
Wszystkie te problemy nie zmieniły tego, że wczoraj wszechświat się naprawdę postarał. Miał powód – lubi mnie uśmiechniętą i miło, jak osoba cieszy się, bo ma urodziny.
– 33 lata, piękny wiek – usłyszałam od kasjerki. – Będzie pięknie. Odpowiedź roku: „wyjdzie w praniu”.
Dodatkowa stówka „na radość”, która pokazała mi się na koncie sprawiła, że z początku chciałam oszczędzać, a na końcu chciałam nie zbankrutować. Bo oczywiście udałam się do księgarni internetowych, gdzie kupiłam tomiszcza z fantasy. I sądzę, że jak wreszcie książki znajdą się w moich rękach, to będzie mega radocha.
Życzenia na tablicy były miłe i sprawiły mi przyjemność. Może nie było tego milion, ale jednak takie akcenty potrafią zmienić nastrój. Chociaż na chwilę.
Nawet wydawnictwo ogarnęło, by wysłać mi trochę wcześniej zamówione w połowie maja książki (bo premiera ich miała być 2 czerwca), dzięki czemu mogłam je odebrać w Dzień Dziecka.
Ale przez cały dzień czułam się fatalnie.
Wróciłam ze sklepu – w płacz. Ktośtam cośtam – w płacz. Oczywiście nikt w kamerki, ale nie spodziewałam się, że będzie inaczej. Bo u mnie zawsze jest to poczucie samotności rodem z życia siedemdziesięciolatki. Ktoś coś powie – w płacz.
I taki maratonik całodniowy.
I kiedy w końcu jako tako się ogarnęłam, stwierdziłam, że idę medytować nad swoimi życiowymi problemami babci. Pomyślałam, że samotność to iluzja. Wbrew pozorom, to bardzo piękna myśl, a w momencie, gdy tak stwierdziłam, to zadzwonił telefon xD.
Jak wreszcie sobie pomedytowałam, to nagle zachciało mi się żyć. Ha – kupię w końcu ten statyw do aparatu fotograficznego, bym mogła nagrywać filmiki o Gorzowie. Ha, życie jest piękne, więc w sumie może i straciłam jeden dzień, ale przecież w czwartek jest wolne i mogę sobie nadrobić radość, której nie miałam we wtorek. Wszystko ładnie i pięknie, tyle że na zegarku była 23:30.
A dziś rano kupiłam wyrąbisty szampon w kostce za jedyne 45 złotych. Serio, naturalny skład i taka forma robi swoje, bardzo długo trzyma. A jak sobie pomyślałam, że w Yves Rocher dokładnie za ten sam koszt dostanę wątpliwej jakości produkt, to mi nawet ulżyło.
I co z tym statywem, w końcu po angielskim miałam jechać na miasto i go kupić? Ano, nic – pojawił się strach o pieniądze.
Doskonale.
I’m genius.
Jestem zgorzkniała i nieszczęśliwa? Nie doceniam życia? Zachowuję się jak stetryczała babcia?
W poniedziałek przyszło, bym znalazła archetyp młodości. Ba, nawet wiedziałam, jak cały proces powinien wyglądać.
No to sobie medytuję wczoraj.
– Nie jesteś jeszcze na to gotowa – powiedziała Królowa. – Procesuj.
Czekaj, chwila, nie jestem gotowa na co? Aaa, na życie nie jestem gotowa, bo wewnętrzna Pani Babcia przejęła nade mną kontrolę. Teraz trzeba ją przetransformować. Dokładnie tak poczułam – tu nie trzeba szukania czegoś archetypowego, tylko potrzeba mi transformacji. I jest to logiczne, biorąc pod uwagę, że nie wolno spychać emocji czy przekonań na sam dół, bo to się skończy bardzo źle. Trzeba się do nich dokopać i je pokochać.
Miłość i wdzięczność transformuje.
W poniedziałek zastanawiałam się, czemu uzdrawianie moich kochanych dziąseł idzie mi powoli. Odpowiedź prosta: nie robię tego z serca, tylko z umysłu. A umysł wciąż jeszcze ma wątpliwości.
I to pomimo dowodów, bo odkąd zaczęłam stosować Proces na to naprawdę czuję zmiany w swoim fizycznym stanie.
Te słowa wdzięczności za cokolwiek, które są podane w Procesie są magiczne. Od razu wprawiają mnie w dobry nastrój.
I rzeczywiście, jeśli mam w głowie program w stylu: strach o pieniądze, samotność i więzienie, to trudno, bym wzięła się za życie. Mogę spróbować, ale z takimi programami może się to różnie i niekoniecznie wesoło skończyć.
Dlatego potrzebna jest transformacja.
Której mogę dokonać ja.
Haha.
Jeśli oczywiście chcę.
Bo Proces to nie tylko magiczna formułka. To wdzięczność i uświadomienie sobie brutalnej prawdy – WSZYSTKO JEST ILUZJĄ. Ten komputer, ten wpis, totalnie wszystko, nawet słońce i światełko z niego płynące.
Informacje o Procesie TUTAJ. Szampon w kostce możesz kupić TUTAJ.
I wiecie, co? Jeśli Wam się spodobał ten wpis, to możecie wesprzeć moją osobę TUTAJ. Dziękuję :).
Myśli są z zewnątrz i z wewnątrz. Rozumiesz? Nie? Ja też nie, ale potrafię odróżnić, kiedy coś „przychodzi”, a kiedy bierze się z mojego serduszka. To pierwszy przypomina nieco „olśnienie”, a to drugie głośne myślenie :)).
Czasem jest tak, że przychodzą do nas ciężkie, depresyjne myśli. Że będzie źle, że znowu się wpakujemy w manianę i takie tam dramaty. Winą za ten nasz stan możemy obarczyć umysł; bo przecież najłatwiej, a wg nauki to duchy nie istnieją.
Ach, żeby to było takie proste, cudne, i w ogóle.
Ale żyjemy w świecie, w którym materia przeplata się z duchem, no i w efekcie sfera chaosu (astral) często siedzi pośrodku tronu, a w kuchni nad zlewem mamy dodatkowy widok na Marsa. Znaczy, no, jeśli ktoś umie patrzeć trzecim okiem, to zrozumie.
Byty poszukują ofiar, niezależnie od naszej świadomości.
Tylko że my mamy moc.
My mamy… dobra, mamy nie mamy, a i tak z niej nie korzystamy na co dzień. Ekhem, koniec lania wody.
Chciałam Wam przedstawić małe ćwiczonko, które uratuje Waszą piękną pupcię przed niebezpieczeństwem w postaci jałowych myśli z zewnątrz. I jasne, że warto je powtarzać.
A wygląda ono tak:
Stań prosto, ładnie, zgrabnie. Weź jeden głęboki wdech, wydech i tak do trzech razy. Odprężon? No to teraz wyobraź sobie, a bardziej POCZUJ, że jesteś światłem. Takim prawdziwym ŚWIATŁEM. Takim, co to rozjeee – dobra, nie lubicie przekleństw, to idziemy dalej.
I teraz w myślach powiedz takie polecenie:
JESTEM WOLNĄ DUSZĄ I WOLNYM CZŁOWIEKIEM ŚWIADOMIE I NIEŚWIADOMIE ZABRANIAM WAM WCHODZIĆ NA MOJĄ PRZESTRZEŃ ENERGETYCZNĄ IDŹCIE W POKOJU
Coś w te gusta. Ćwiczonko powtarzać przy napływających, niespokojnych myślach z zewnątrz. Choć myślę, że jeśli raz a dobrze to się zrobi, to się na długo uspokoi.
Jest kilka sztuczek, które pozwalają na ogarnięcie finansów. Na przykład – odpuszczenie; medytacja z czakrą podstawy; zastosowanie symbolu męskości. A jednak wydaje się, że one wszystkie nie będą miały aż takiego wpływu, dopóki umysł będzie chciał grać w ofiarę.
Ja? Ofiarą? Nope! Jestę silnom kobietom i f ogóle ONEONEONE!!!!111 – tak mogła stwierdzić jakaś część mnie. Mogła, ale jeśli to zrobiła, to przegapiłam. Sorry, fakty są bezlitosne, bo są faktami.
A fakty są takie, że gdy wczoraj pracowałam nad zleceniem i je w jakiś sposób zrobiłam, i potem wysłałam wynik do zleceniedawczyni, to KONIECZNIE musiał być z komentarzem:
– Mam nadzieję, że nie ma tragedii.
Pytanie za sto punktów: dlaczego miałaby nastąpić? I czy ewentualne poprawki nie byłyby możliwe? Silna kobieta raczej by powiedziała: „dobra, wysyłam” i koniec, lub dodała: „pewnie Ci się spodobają te kilka hoteli, które wybrałam”.
A ja tymczasem użyłam słowa TRAGEDIA.
Idziemy dalej.
Co prawda zapisałam się na grupę, gdzie szukają osób do pracy w social media, ale to tylko jeden krok. Następnym powinno być prześledzenie ofert i wysłanie CV.
Wyskoczyła jedna propozycja na moim wallu, otwieram i… czerwona lampka mi się zapaliła w głowie. To reakcja na myśl: „PRZECIEŻ MNIE NIE PRZYJMĄ”.
No, oklaski wręcz. Jeszcze nie wysłałam swojego CV, jeszcze nawet mejla nie skopiowałam, a tu już następuje negacja.
W takim razie – w jaki sposób czakra podstawy, męska energia i pewnie jeszcze parędziesiąt innych sfer odpowiadających za powodzenie finansowe mają dobrze pracować?
Od razu stawiam się na pozycji PRZEGRANEJ.
Tak nie wygląda silna kobieta.
Tak wygląda – niezależnie od płci – ofiara.
Ofiara, bo się boi; bo twierdzi, że jej się nie uda; bo może trzeba by było coś poprawić i lepiej do tego nie doprowadzać; że przecież się nie uda, bo ZAWSZE SIĘ NIE UDAWAŁO.
Jak to ma się do twierdzenia, że jestem inną osobą, niż 5, BA!, 10 lat temu?
Czy mój umysł mógłby skończyć tę telenowelę z byciem ofiarą?
Mógłby.
Czy mój umysł tego chce?
TAK, JA TEGO CHCĘ.
Więc kończę z byciem marudą i idę wysłać to CV. Niezależnie od tego, czy mnie przyjmą, czy nie – to będzie moje małe wewnętrzne zwycięstwo. A nuż widelec?
Może nie jest to jakoś wybitnie odkrywcza myśl, ale… to jest coś, co odkryłam po trzydziestce. Czuję, że przestałam być zabawką umysłu. A co więcej – mam głębokie poczucie, że TERAZ idę wyłącznie swoją drogą. „Swoją drogą” to znaczy jaką? Prostą. Pomysłu nie wzięłam „bo na social mediach można dużo zarobić”, pomysłu nie wzięłam, bo „ale szpan” i pomysłu nie wzięłam, bo „rodzice tak stwierdzili”. Zawsze mnie ciągnęło do reklamy, social media itd. Tylko że prawdopodobnie brakowało w tym wszystkim wiary w siebie i przede wszystkim DECYZJI. Tak, zawsze pojawiało się coś na przekór. A bo pieniądze, a bo tamto, a bo siamto. Tylko że w trakcie tych przygód mój umysł się mną bawił jak laleczką. Dosłownie. Raz postawił ją nad przepaścią, to stwierdził, że ma sobie radzić sama. Innym razem postanowił, że lepiej jej będzie w worku na śmieci. Ostro, co? I sytuacji, i wahań było coraz więcej, emocje, wahadła i inne dziwne rzeczy… ale nauczyłam się nie dawać strachowi. To była długa i ogromnie bolesna lekcja. Przestałam też wgłębiać się w wahadła, bo nie znoszę, kiedy coś w pewnym momencie mi daje lewym sierpowym w prawe oko. Cała ta heca zaczęła się kończyć w jednym, prostym momencie. KIEDY ZACZĘŁAM SIEBIE SŁUCHAĆ. Można to osiągnąć na różne sposoby. Mnie pomogło poczucie bycia mocno osadzoną w sobie. I kiedy tak przebywałam ze sobą, miałam do czynienia z milionem myśli. Często pełnych smutku, wahań, niepewności. A jednak! To sprawiło, że nauczyłam się siebie słuchać, nie bać się robienia tego, co kocham. Można powiedzieć – uczę się ŻYĆ! I chyba zaraz jednak kupię ten kurs dla social media tigers, lol, bo czemu nie, kocham robić coś na spontana, haha 😀
Jeszcze jestem przed obroną dyplomu, ale już sobie tworzę wizję kolejnych lat. No bo wiecie – studia pisarskie oprócz dyplomu niewiele dają. Naprawdę. I pewnie po wszystkim napiszę „to była niesamowita droga”, ale nie przez to, co się działo na zajęciach. Raczej przez to, co się działo i dzieje w moim środku.
A co się dzieje?
Szczerze, zaczynam iść własną ścieżką. To udowadnia dzisiejszy sen, który z pozoru jest głupotą. No bo wiecie, jestem osobą niedosłyszącą, noszę aparaty słuchowe. A dziś przyśniło mi się to:
na głowie mam aparat słuchowy i ten wężyk zwisa mi nad twarzą i jest pocięty tuż przed wkładką.
No głupie, prawda?
No właśnie NIE!
Z duchowego/biologicznego/itd. punktu widzenia niedosłuch mówi: „czego nie chcesz słyszeć”. Odpowiedź na to wyklarowała się w zeszłym roku: SIEBIE.
No dobrze, skoro mam już ten aparat słuchowy uszkodzony, to znaczy, że on już nie jest mi potrzebny, bo słyszę SIEBIE.
Co ma piernik do wiatraka?
W zeszłym tygodniu zastanawiałam się nad magisterką z bibliotekoznawstwa. Tylko pojawił się jeden problem: to był cały czas plan mojej mamy. To ona chciała, bym poszła na ten kierunek. Swoją drogą, o wiele sensowniejszy dla mnie, niż randomowa polonistyka w szkółce niedzielnej. Ba, przeglądałam nawet program zajęć. Ciekawe, ciekawe… no, ale czy to jest MÓJ PLAN? W końcu, zdesperowana, że ciągle podążam cudzą ścieżką, stwierdziłam, że pierdolę to i przestałam się zajmować tematem.
Pisanie licencjatu zbliża do decyzji, „co po tym”. Na pewno nie będę kontynuować studiów pisarskich, nawet jakby ciągnęli mnie młotem i kowadłem na to. No, więc magistry szukać, no bo dobrze mieć coś wyżej, konkretnego, prawda?
Właśnie – MIAŁAM CHOLERNIE DUŻE UCZUCIE, ŻE POTRZEBNY MI KONKRETNY KIERUNEK. Taki stricte. Wiedza specjalistyczna.
W trakcie głodówki, po seminarium, zaczęłam grzebać w internetach. Wiecie, wpisałam „social media studia” i są studia I stopnia, które teoretycznie są w temacie, ale mnie interesuje magisterka.
Na scenę wkracza on!
W całej swej niezłomności i okazałości, z piękną katedrą mariacką i wspaniałym dźwiękiem słyszalnym o dwunastej w południe…
Źródło: wikipedia
Tak, chodzi o Kraków.
A konkretnie tamtejszą Akademię Górniczo-Hutniczą, która w podyplomówkach oferuje konkrety o social media. Jest SEO, snapczaty i inne cuda, a najlepsze, że program jest aktualizowany na bieżąco. Pięknie to wygląda. Tyle że jest pewien szkopuł.
Podyplomówki kosztują.
4500 złotych za całość, czyli za dwa lata. Można rozłożyć na dwie raty. To i tak dla mnie w tej chwili gigantyczna suma.
Tyle że pan aparat, położony na blacie biurka krzyczy do mnie: PIT!!! PIT!!! PIT!!!
Otóż – mam wprawo wpisać aparaty do PITu, wtedy dostanę jakiś zwrot za to.
Liczę, że będzie to taka kwota, która pozwoli mi na rozpoczęcie studiów social media na AGH. Tego się trzymam. I już wiem, że chcę na nie iść, bo po prostu się na nie zwyczajnie NAPALIŁAM.
Nie wiem, czy jestem gotowa na ten wpis. Zobaczę jednak, co z tego wyjdzie.
Tak wygląda człowiek po harmonizacji czakr. Tak wygląda człowiek, który zaczyna wreszcie rozumieć, kto tu rządzi. Tak wyglądam ja, próbując ogarnąć, co się właśnie wydarzyło.
A właściwie wydarza.
Wiecie, mogłabym Was czarować frazesami: TY RZĄDZISZ. TO TWÓJ ŚWIAT. BLA BLA BLA. Tylko że to będzie 458342983489 tekst w Internecie o tym samym. Jak stara taśma, nieprzerwanie nawijająca o tym samym.
A to nie jest sztuka.
Sztuką jest SOBIE UŚWIADOMIĆ, ŻE TAK JEST.
Czy mam tego świadomość?
Nie wiem, to się raczej zadziewa we mnie.
Wiecie, ile razy było tak: ja: w problemie; guru: ok, pomogę; ja: supeer, po sesji jest wyrąbiście; guru: cieszę się; ja: eee… kuźwa.
(ze specjalną dedykacją dla Kamila Kotowicza).
Wiecie, korzystanie z usług przewodnika nie jest złe, kiedy jest on naprawdę przewodnikiem. Bo w pewnym momencie puszcza rękę i idzie w swoją stronę, zostawiając cię na środku ulicy. A ty co? Właściwie to, co zawsze – musisz podjąć decyzję. Dla siebie.
Kiedyś kompletnie nie rozumiałam transferingu. Czytałam pierwszy tom Zelanda i co? I pstro – ciężko było. Moja świadomość po prostu nie była na takie rewelacje gotowa. Jednak w tym roku wróciłam do tej sprawy i odkryłam, że właściwie rozumiem, że wiem, o co chodzi i mogę to praktykować.
Bo to moje życie i ja chcę być główną jego realizatorką.