Sprzymierzeni / Allied

Ten film zyskuje przy drugim seansie. Chociaż może nie. Bo od pierwszej chwili zostajemy wkręceni w historię szpiegostwa w trakcie II WŚ. Max Vatan (Brad Pitt) we Francji musi zabić ambasadora. Wspiera go Marianne Beauséjour (Marion Cotillard). Zakochują się w sobie, ale pewnego dnia okazuje się, że jest problem z Marianne i dotyczy to szpiegostwa.

Cały film to emocje i jeszcze raz emocje. Od poznania bohaterów się zaczyna, a potem jest wyżej i wyżej. W środku filmu jest pewna wzruszająca scena, która – powiedzmy to sobie szczerze – chyba tylko psychopatę/socjopatę by nie wzruszyła. W tym momencie film ma widza całkowicie w garści.

Im mniej wiesz o „Allied”, tym lepiej się bawisz. Powiem tak: fani sensacyjnych nawalanek nie mają tu czego szukać. Za to fani romansów będą w siódmym niebie.

Gra aktorska, efekty wizualne i przede wszystkim muzyka – to wszystko tworzy wspaniały film. I gdzieś w tle jest „Marsylianka”, bo znalazła się w soundtracku.

Popłakałam się na filmie.

Rebecca

„Rebecca” Daphne du Maurier doczekała się CZTERECH ekranizacji – 1940 (film), 1979 (mini-serial), 1997 (mini-serial) i 2020 (film). Ja obejrzałam filmy i zaczęłam od Netflixowego (2020) tworu. Co prawda nie było w nim LGBT, ale jednak ten film… przegrywa z mistrzem Hitchcockiem. Ja wiem, że to trochę tak, jakbym porównała stajnię do zamku, nie mniej – oglądając go nie znałam wydania z 1940. Więc oglądało mi się to całkiem zacnie, ale Maxima (Armie Hammer) nie do końca rozumiałam. Zresztą, związek między nim a panią Winter (Lily James) wydawał się takim niezbyt dobrym związkiem. Z kolei elementy horrorowe dawały radę – na tyle, na ile mogą dawać sprawdzone sztuczki gatunkowe w dramacie.

Ale dopiero po Hitchcocku zrozumiałam, co w tym filmie poszło nie tak.

Więc – przejdę od razu do „Rebeki” z 1940.

Fabuła jest taka sama: Maxim (Laurence Olivier) zakochuje się w pewnej, młodej kobiecie, która jest panią do towarzystwa u bogatych pań. Zresztą, robią to ze wzajemnością, więc dziewczę szybko staje się panią Winter (Joan Fontaine) i wraz z mężem przyjeżdża do jego wielkiej posiadłości, a tam… jest straszna babeczka, co zarządza służbą, i jest duch Rebeki – pierwszej żony Maxima.

I teraz tak.

Humor – którego całkiem zabrakło w wersji Netflixowej – tu wybrzmiewa. A pamiętajmy, że film został oparty na tekście z 1938 roku. Mimo to uśmiechnęłam się parę razy. Ze strachem, szczególnym napięciem, który jest kojarzony Hitchcock to sprawa bardziej skomplikowana. Dlatego, że reżyser wykorzystuje znane sobie narzędzia, które na tamte czasy musiały być rewelacyjne. Dziś natomiast nie robią aż tak wielkiego wrażenia. Jednakże…

Film tworzą aktorzy.

I serce.

Chemia między Maximem a panią Winter jest taka, że uwierzyłam w tę miłość, uwierzyłam, że są niesamowicie zgraną parą, w ogóle – oglądając miałam wrażenie autentyczności. To właśnie sprawiało, że film Hitchcocka tak doskonale się oglądało.

Netflix przegrał bitwę.

Jakbym miała porównywać, to film Netflixa tworzyły boty, a film Hitchcocka – ludzie. Ot, taka to różnica w historii. Rzecz jasna, obie pozycje różnią się szczegółami, drobnostkami, ale to normalna rzecz. Zresztą, Netflixowy twór stara się bardziej grać obrazem, natomiast Hitchcockowy stoi bardziej na dialogach. I o ile Netflixowy ładniej się prezentuje na ekranie, to miałam wrażenie, że w jednym momencie – początkowym – w kwestii ubioru nawiązuje do oryginału. Zresztą, książki nie znam; ale widziałam scenki z serialu z 1997 roku i tam są zupełnie różni ludzie. Co mi sugeruje, że twórcy Netflixowi chcieli nawiązać do Hitchcocka wieloma innymi rzeczami.

Ale to nic nie dało.

Nie da się bowiem wygrać z arcydziełem. A za takie „Rebecca” z 1940 musiała zostać uznana w tamtych czasach. Zdobyła dwa Oskary: za najlepszy film (David O. Selznick) i za najlepsze zdjęcia czarno-białe (George Barnes). Jednak wygrać mógł więcej, bo był nominowany do 9 innych kategorii Oskarowych (reżyseria, aktorzy pierwszo- i drugoplanowi, scenografia, muzyka, scenariusz, montaż i efekty specjalne).

Moim zdaniem, zamiast marnować czas na Netflixowego tworka, wybierzcie arcydzieło z 1940 roku. Przy okazji obejrzycie klasyka.

Iluzjonista

Eisenheim (Edward Norton) to światowej klasy iluzjonista, który zachwyca na wszystkich frontach. Pewnego dnia spotyka swoją dawną miłość – księżnę Sophie (Jessica Biel). Sytuacja jest skomplikowana głównie dlatego, że ta ma wyjść za księcia Leopolda (Rufus Sewell). W tej grze następca tronu z miejsca ma wygraną, ale czy aby na pewno?

OK – nie będę wchodziła w spojlery, ponieważ jest to bardzo sympatyczny, ładny seans. Tak, to chyba film z kategorii „bardzo ładne”. W tym przypadku bardzo dużo zależało od końcówki, ale twórcy spisali się na medal.

Film uzyskał jedną nominację do Oskara w 2007 roku za najlepszy obraz. Przegrał z takimi dziełami jak The Departed (zwycięzca) czy „Babel”. I właściwie nie dziwne, bo jedyne, co mogę powiedzieć o filmie Neila Burgera to to, że wykorzystuje sepię, płynie i… jest po prostu ładny, wprowadza w dobry nastrój. Cóż, wybitny obraz to-to nie jest, ale ma się po nim ochotę na kolejny seans z tłem XIX wieku.

Cafe Minamdag

Miałam ochotę na coś typowego z Korei Południowej, więc padło na „Cafe Minamdang”. Widząc dramkę w ofercie Netflixa nie spodziewałam się cudów, ponieważ w kij wiele dramek z tego streamingów jest pożal się borze. Dlatego, gdy włączyłam było małe „wow, to może być fajne”. Niestety, to był dopiero pierwszy odcinek i jak pokazuje przykład Vincenza* wcale nie musiał oznaczać, że serial będzie dobry. Na szczęście w ostatecznym rozrachunku okazało się, że jest dobrze – nie bardzo dobrze, ani nie źle, tylko po prostu jest dobrze. Bowiem „Cafe Minamdang” to typowa telenowelka ze wszystkimi przywarami produkcji koreańskich, ale ma tylko 18 odcinków, a Netflix oferuje przyśpieszenie seansu, więc jakoś wytrwałam.

Nam Han-jun (Seo In-guk) ma wszystko, jest bowiem Szamanem, który rozpierdala system, począwszy od popularności wśród kobiet, a skończywszy na pieniądzach. Niestety – albo na szczęście dla niego – wraca do niego stara sprawa sprzed kilku lat. Rozpoczyna się śledztwo w trakcie którego… no cóż, fani k-dramek wiedzą, co tu się odjewapni.

Mimo że nie jestem fanką hip-hopu, to jednak jedna z początkowych sekwencji, w trakcie której bohaterowie idą przez miasto i jest to jakby ich prezentacja, czy też bardziej reklama ich usług, mi się spodobała. To jest po prostu jak „biegną, biegną!” z „Przyjaciół”, ma swój klimat.

Co do muzyki, to nie jest ona jakimś wielkim wyróżnikiem na tle innych, ale oprócz początkowej sekwencji, są jeszcze z przynajmniej dwie sceny, gdzie naprawdę nieźle wybrzmiewa. Szczególnie spodobała mi się sekwencja, kiedy zadudniła muzyka Beethovena, a potem przeszła w nowoczesne nutki. Co prawda mogło być to bardziej połączone w dźwiękach, ale przyznam, zrobiło swoje.

Co mnie zatrzymało przy tej dramce, to cliffhangery i humor. Bo tu mamy naprawdę potężną dawkę typowej dramki: niesamowity kicz (ale tu jest on naprawdę w dużych dawkach), odcinek o miłości, gdzie nic się nie dzieje, korupcja… na szczęście siero… a nie, czekaj. Była sierota.

Nie mniej, pomysły na zwroty akcji były niezłe, a klimat samej kawiarni i jej ekipy także był siłą napędową serialu. Może to nie wybitne kreacje postaci, bo jednak opierające się na archetypach typu „genialna informatyczka”, nie mniej to wszystko jest naprawdę miłe dla oka.

No i humor – dramka naprawdę zawiera kilka przynajmniej momentów, w których można się roześmiać. I nie, nie musicie szykować chusteczek.

Jeśli lubicie Koreę i jesteście uodpornieni na pewnego rodzaju kicz, to „Cafe Minamdang” może być dla Was całkiem niezłą opowieścią kryminalno-romansową-komediową.

* Vincenzo dobrze się zaczął. Potem równia pochyła, przez co zarzuciłam jego oglądanie. Ale to moje zdanie.

Listy do M.

Po wielu, wielu latach udało mi się wreszcie zobaczyć słynne „Listy do M.”, które – z tego, co pamiętam – były wielkim hitem w 2011 roku (sic!). Wg filmwebu zarobiły $26 923 513, co jest spektakularnym wyczynem. Nic więc dziwnego, że co jakiś czas Polacy otrzymują kolejne filmy z tejże serii i mówi się, że to taka podróbka Bridget Jones czy innych świątecznych filmów. No właśnie – podróbka. To moje słowa, może trochę niesprawiedliwe względem jedynki „Listów do M.”, ale jestem pewna, że sprawiedliwe względem reszty.

Zresztą – ja mam do filmu mieszane uczucia. Z jednej strony mamy tu słodkie historie, które naprawdę mogą podnieść na duchu, a z drugiej strony stylistyka komediowa zabija „Listy do M.”. Dlaczego? Pewno dlatego, że po wielu, wielu latach humor ukazany w filmie jest mocno tandetny i suchy, więc praktycznie mnie nie śmieszył. Moooże raz czy dwa razy się uśmiechnęłam, ale nijak nie był to seans, w którym moje serce zaznało jakiś głębszych wrażeń. Co więcej, byłam bliska oderwania się od tego hitu, ale ku mojemu zdziwieniu seans dość szybko płynął, więc postanowiłam dokończyć.

A co my tu w ogóle mamy?

Oto Wigilia, więc ostatnie przygotowania do świąt. Kilka osób styka się ze sobą w ten, czy inny sposób. Tosia (Julia Wróblewska) wpada na genialny plan złapania jakiegoś frajera i wciśnięcia się na wigilię do jego chaty. Pada na Wojtka (Wojciech Malajkat), który ma żonę, co poroniła i jest zimną, wyrachowaną suką w radiu Zet, co szefuje innym. Jako szefowa Małgorzata (Agnieszka Wagner) każe Mikołajowi (Maciej Stuhr) zostać na noc wigilijną w radiu. Temu to w niesmak, bo ma syna, Kostka (Jakub Jankiewicz), który koniecznie chce dostarczyć tacie dziewczynę…

I tak dalej, i tak dalej. Widzimy lekkie konflikty, slapstic oraz scenariusz, który naprawdę mógłby zrobić na kimś wrażenie, gdyby nie ta komedia. Film się zestarzał i chociaż może się jeszcze podobać, tak trochę mi smutno, że nie poszło to w inną stronę. Nie mniej, seria jest na tyle popularna, że w tym roku w kinach możemy obczaić szóstą część – „Listy do M. Pożegnania i powroty”. Ze względu na to, jak części 2-5 są rantowane w internetach, raczej nie mam odwagi sięgnąć po całość. Ale Wy bawcie się dobrze 🙂.

PS.: Nikt Wam nie powie, ale w filmie jest wątek LGBT i szczerze? Zapomniałam o nim przy recenzji, bo on był wpleciony w fabułę bardzo naturalnie i w zasadzie miło się na to patrzyło 😉.

Nic nie widziałem, nic nie słyszałem

„Nic nie widziałem, nic nie słyszałem” to jedna z najśmieszniejszych komedii, jakie w życiu widziałam. I nie żartuję xD. Choć nie wszystko pykło idealnie, to mimo wszystko tak zabawnego filmu dawno nie widziałam.

Wally (Richard Pryor) jest niewidomy, a jego przyjaciel – Dave (Gene Wilder) – niesłyszący. Już na wstępie wiemy, że to będzie mocna komedia, niekoniecznie poprawna politycznie. Tych dwóch panów musi udowodnić, że nie zabili, ale to trochę trudne.

Tak czy inaczej, pierwsza połowa filmu jest po prostu genialna. Racja, że tam jest przede wszystkim nabijanie się z niepełnosprawności głównych bohaterów, ale o borze, jakie to było zabawne! I mówi to osoba niedosłysząca i chyba przez to film nawet bardziej mnie śmieszył XDD.

W drugiej połowie jest więcej akcji, i niby dalej jest śmieszno, ale jakoś mniej ten humor wybrzmiewa. Nie do końca wiem, co tu się stało, nie mniej – jakaś tam zabawa trwa do samego końca.

Tak, to jest głupia komedia z wyśmienitymi dialogami XD. Serdecznie polecam!

PS.: Muzyczka jest przyjemna, taki standard lat 80′, lekko może odwołujący się do „Gliniarza z Beverly Hillis”.

Contratiempo – niewidzialny gość

„Contratiempo – niewidzialny gość” to hiszpański hit z 2016 roku, a o jego sukcesie świadczy koreańska jego wersja.

Adrian (Mario Casas) musi udowodnić, że jest niewinny. To jest trudne, bo policja przyłapała go przy martwej kobiecie, jego kochance Laurze (Bárbara Lennie). Żeby sprawa była wygraną, jego adwokat przysyła specjalistkę od cholernie trudnych spraw, Virginię (Ana Wagener). Czy mu się uda?

Cóż – początek jest lekko leniwy. Niby mamy prostą rzecz, ale im dalej w las, tym lepiej. Ten film tworzy psychologiczne napięcie i wybucha na koniec, kiedy już absolutnie wszystko wypływa.

Może warto zwrócić uwagę na Lennie i Wagener, bo aktorsko moim zdaniem wyszły najlepiej. Lennie, która odgrywała rolę kochanki potrafiła przekonywać do jednej i drugiej wizji bohaterki – gdyż w zeznaniach ścierają się różne wersje wydarzeń – i to było świetne. Jednakże Ana Wagener popisała się ogromną charyzmą, i moim zdaniem wyszła niesamowicie.

Przyznać trzeba, że muzycznie ten film jest skromny, ale główny utwór, który pojawia się na początku i końcu robi robotę. Odpowiedzialny za niego jest Fernando Velázquez i to jest… 😅🤦 któryś z mroczniejszych utworów, a mój słuch nie jest w stanie zidentyfikować, nie mniej – wszystkie utwory, także do odtworzenia są w linku w komentarzu.

Tak czy inaczej – film jest świetny, zwłaszcza przy końcówce. Ale warto dać mu czas na rozkręcenie się 🙂.

Beetlejuice Beetlejuice

„Beetlejuice” nawet po latach ma swój urok. Zgodnie z oczekiwaniami, te wszystkie muzyczne jego akcenty bardzo dobrze brzmiały, a sam obraz był elegancki. No, po to też chodzi się do kina – żeby mieć frajdę z jakości kopii. Natomiast zdziwiło mnie, że jedynka była tak krótka i lekko inaczej ją zapamiętałam. Za to, gdy doszło do sceny z „banana”, to co prawda nikt na sali nie tańczył, ale miałam „o? to już?”. Innymi słowy, „Beetlejuice” to komedia nawet na dwa razy. Komedia, bo się okazało, że humor filmu cieszy nawet młodych dorosłych, bo głównie tacy znaleźli się na sali. Wypełnionej zresztą prawie po brzegi. I niestety, ale chyba trzeba stworzyć w końcu kurs jedzenia po cichu, bo szelest i mlaskanie z popcornem mnie dezorientowało. Na szczęście jedzenie kiedyś się kończy i do dwójeczki doszliśmy już bez takich sensacji.

Od razu powiem, że ten film to solidny, bardzo sympatyczny średniak, z ładnymi scenami. Tu nawet nie chodzi o to, że „Beetlejuice Beetlejuice” może się wydawać wtórny – jak chcą krytycy – ale o konstrukcję fabularną. Bo widzicie, przy tym obrazie już nie miałam odczucia „o? to już?”. Wprawdzie pierwszy raz oglądałam, ale przy pewnych filmach nagle się po prostu budzisz i dziwisz się, że już są napisy końcowe.

Lydia Deetz (Winona Ryder) ma pewien problem – wszędzie widzi Beetlejuica i nikt jej nie wierzy. A ponieważ jest już dorosłą kobietą z córką nastolatką, to udaje jej się w miarę opanować tę sytuację. Do czasu, kiedy sytuacja całkowicie wymyka się spod kontroli…

Nie będę Wam zdradzała fabuły z dwóch powodów. I nie, nie jest to kwestia „szkoda Wam psuć zabawę”, chociaż może to też troszku. Po pierwsze, dużo by tu opowiadać. A po drugie… te przyczyny problemów bohaterów są krótkim gościem, Burton sprawia wrażenie, jakby zło go nie obchodziło i liczą się tylko relacje.

No i tu moim zdaniem jest to ten punkt, który sprawia, że film się dłuży. Bo owszem, wgłębiamy się w charaktery bohaterów, one zdają się pogłębione, ale za to nie mamy jakiś wybitnie rozbudowanych złoli i ich pułapek. Choć tak, widać tu starą dobrą szkołę – nawet najmniejszy złoczyńca musi mieć motyw, czy jakieś charakterystyczne rzeczy.

Pojawią się, pobawią i znikną. Ważniejsze jest to, co się dzieje między matką, a córką.

Córkę gra Jenna Ortega, a jej Astrid jest typową buntowniczką, która uważa matkę za wariatkę i się z nią często kłóci. Ogólnie, rola nie jest jakaś nadzwyczajna. Ale oprócz Michaela Keatona, to po prawdzie nikt nie błyszczał w tym film filmie jakoś ponad standard.

Mamy tu kilka muzycznych scenek, które są perełkami, widać, że Burton bawi się latami 80′, dodatkowo przywdziewając je czasami w komediowe szaty. To robi bardzo dobre wrażenie i w sumie, jeśli lubisz muzykę, to tylko i wyłącznie z powodu tych scenek polecam wizytę w kinie.

Jest jeszcze jedna rzecz, do której mogę się doczepić: zbyt przekombinowane ostatnie sceny. Burton chciał stworzyć dobre zakończenie i w ich ilości przedobrzył. Może i pokazuje tym, że po prostu bawi się konwencją, ale jeden czy dwa taki numer by w zupełności wystarczył.

Myślę, że to przyjemne, familijne kino, które potrafi rozbawić i dać rozrywkę. Po prostu.