E=mc2

Polski film „E=mc2” nie jest doceniany i być może niesłusznie, gdyż bywa naprawdę zabawny. Może nie jest to komedia wszechczasów, ale jeśli kiedykolwiek studiowałeś filozofię, to nie ma zmiłuj – prędzej czy później parskniesz ostrym śmiechem na seansie.

Bo to wszystko rozchodzi się właśnie o „myślę, więc jestem”, a więc filozofię.

Co ciekawe, jeśli wiesz na starcie, że będzie wątek filozoficzny, to początek nagle zyskuje. Asia poradziła mi, bym przed seansem obczaiła dwie rzeczy: klasyczny rachunek zdań i dylemat kłamcy. Ten ostatni jest wyjaśniany w filmie, ale jeśli kojarzysz KRZ, to dostrzegasz nagle pewne niuanse… i tak se myślę, że fabularnie twórcy trochę głębiej weszli, niż można by się spodziewać w zwykłej komedii. A może właśnie – należy się tego spodziewać SZCZEGÓLNIE w komedii.

Ramzes (Cezary Pazura) jest gangsterem o podwójnym życiu; tu ma żonę (Renata Dancewicz), a tam dziewczynę, Stellę (Agnieszka Włodarczyk). Pewnym zbiegiem okoliczności koleś trafia na doktora z filozofii – Maxa Kądzielskiego (Olaf Lubaszenko) i postanawia uzyskać PRAWDZIWY doktorat. Bo widzicie, Max pisał prace magisterskie dla studentów, a Ramzes o tym wie… i tak jakoś go natchnęło. A temat o paradoksie kłamcy wybiera na chybił trafił. Chociaż, może nie tak na chybił, jak się wróci do początku…

Myślę, że ten film koncepcyjnie jest całkiem niezły. I należy tu pochwalić dźwiękowców. Tak często narzekamy na to, że niewiele rozumiemy z polskich filmów, że ja oglądając E=mc2 szczerze się zdziwiłam. Co te głosy takie wyraźne? Kurczę, serio. I mówi to osoba, która co prawda używa słuchawek, ale jedzie na jednym aparacie (z dwóch), który do poniedziałku funkcjonuje na marnej jakości bateryjce. Więc myślę, że możecie mi zaufać w temacie nagłośnienia. I dlatego też – choć utwory w tym filmie nie były wybitne – postanowiłam zrobić screeny z napisów końcowych. Ekipa zasłużyła w pełni.

No dobrze, scenariusz i udźwiękowienie to wielkie plusy filmu, przez co ogląda się to przyjemnie. Niestety, z grą aktorską jest dużo gorzej.

Nie wiem, czy to wynika z poleceń reżyserskich, czy po prostu aktorom się nie chciało. Może poza Włodarczyk, której jakimś cudem udało się zagrać co najmniej przyzwoicie i naturalnie. Za to Mateusz Borek w roli jakiegoś młodego gangusa przyznał na łamach Kanału Sportowego, że swoją rolę zagrał beznadziejnie. Na nieszczęście dla widzów, nie tylko on. O ile Lubaszenko nie wypadł źle, to miałam wrażenie, że Pazurze w ogóle ta rola nie wyszła. Chyba rozumiem, co aktor chciał osiągnąć; zamiast sięgać do znanych sobie metod przesadyzmu, poszedł w drugą stronę. Otóż, Ramzes jest sztywny, drętwy. I być może ma to powodować wybuch śmiechu, ale mnie z początku rozkojarzało, bo miałam wrażenie, jakby mówił nie aktor, a lektor. To takie drewniane było.

E=mc2 to koprodukcja kilku korpo: od TVP zaczynając, a na HBO kończąc. Aż dziwne, że ten film obecnie nie jest dostępny na Maxie, bo zawiera dość ostre i trochę nijakie lokowanie produktu. To niekoniecznie wyrywa widza z transu, ale jakoś słabo wpisuje się w cały sens.

Ogólnie, „E=mc2” docenią przede wszystkim ludzie obcykani z filozofią. Bo kiedy wyjdziesz z przyjemnego seansu i zaczniesz się zastanawiać nad wszystkimi wątkami w komedii, to stworzą się dość ciekawe myśli…

Ranczo Wilkowyje

Fani wiedzą, że oprócz serialu jest jeszcze film „Ranczo Wilkowyje”. Pozostali – niekoniecznie, chyba że są starsi od dinozaurów. Produkcja weszła do kin 26 grudnia 2007 roku i nie odniosła sukcesu, choć ponoć później, w TV cieszyła się sympatią. Ale – że tak klasycznie powiem – od początku.

Akcja dzieje się między drugą a trzecią serią, choć nie. Podejrzewam jednak, że to, iż „Ranczo Wilkowyje” to absolutnie alternatywna historia, było spowodowane odbiorem filmu.

Choć nie – bo dworek Lucy ma inny kolor, niż w serialu. Ale może to czepianie się szczegółów.

W każdym razie, do naszej koffanej Lucy przyjeżdża nagle były, Louis (Radosław Pazura), który twierdzi, że ona wcale się z nim nie rozwiodła. No i drama gotowa, Kusy się wścieka, a kobieta szuka rozwiązania.

Tymczasem wójt ma nagle na głowie Czerepacha, a problem jest spory, bo tenże pracuje w RIO, czyli Regionalnej Izbie Obrachunkowej. Paweł więc próbuje zaradzić pójściu za kratki…

Tymczasem ławeczce coś się w mózgu poprzekręciło i postanowili zrobić piwny biznes XD.

Jeśli chodzi o film jako film – na chwilę uznajmy, że „Ranczo Wilkowyje” funkcjonuje bez serialu i widzowie go nie znają – to e… Jest słabo. Toż to zwyczajna, typowa komedia z białym plakatem. No, może nie taka zwyczajna – bohaterowie są zbudowani w sensowny sposób i praktycznie nie ma grzechu paździerzy, jeśli chodzi o głupie dramy i inne nielogiczności. Problem w tym, że to za mało.

Dla mnie była to z lekka nużąca historia, przynajmniej z początku. Być może dlatego, że byłam po trzynastogodzinnym maratonie, a być może dlatego, że wątki nie były zbyt intrygujące, były może nawet przewidywalne.

Głównym plusem produkcji jest końcówka, kiedy armia wozów z koniami urządza sobie wyścigi konne. Tak, wszystkie sceny wokół tego były zabawne. To taki lekki, głupawkowy humor i spoko.

Więc jeśli ktoś wyszedł mocno rozczarowany „Ranczem Wilkowyjem” to mu się nie dziwię. Jednocześnie przyznaję, że trudno dobrze nakreślić postacie, zbudować jakąś dużą intrygę mając do dyspozycji tylko 1,5 h i wielu bohaterów. To jest wręcz niemożliwe, a w dodatku film usadza widza już w jakiejś zastanej rzeczywistości. Na przykład Klaudia – ktoś, kto nie kojarzy serialu nie będzie rozbawiony jej kolejną młodzieńczą miłością XD. Choć przyznaję, uśmiechnęłam się pod nosem na pewne słowa potencjalnego kochanka córki wójta.

Gdy film wpadł do telewizji, nagle okazało się, że widzowie chętnie ją oglądają. Cóż – powód jest prozaiczny. To idealny, telewizyjny film. Nie za specjalnie trzeba przy nim myśleć, a że trochę bawi w trakcie mycia garów? No – to tylko zaleta.

Podsumowując… nie jest to najgorsze widowisko, jakiego doświadczyłam, więc nie chcę wieszać psów na „Ranczu Wilkowyjach”. To po prostu lekka, letnia komedyjka o budowie prostej jak budowa cepa. I tyle.

Ranczo

Gdy skończył się serial, miałam poczucie historii przerwanej, którą najchętniej kontynuowałabym jeszcze przez 10 sezonów. Prawda jest taka, że „Ranczo” zasługuje na miano kultowego i miano komedii wszechczasów. W końcu to Polska w pigułce. Serial jest dostępny na Netflixie w całości i chciałam powiedzieć, że binge watching (oglądanie wszystkiego hurtem) mu nie służy. Jednak to nie jest prawdą.

– Takie trochę na siłę, co? – zapytała Kasia, wierna fanka Rancza.

Ano, bo widzicie, sprawa z sezonami ma się tak: na początku był pierwszy sezon, który może nie zebrał sporej widowni, ale za to zebrał liczne grono fanów, które żądało wręcz kontynuacji serialu. I ci fani się nie pomylili – dzięki presji TVP zaczęła nadawać powtórki i… stał się cud, „Ranczo” zebrał znakomitą widownię i postanowiono ruszyć z kolejnymi sezonami, każdy po 13 odcinków. Miano produkcję zakończyć na 4 sezonie i znowu fani się odezwali i nie chcieli końca. Czy słusznie? Z perspektywy czasu – tak, bo dzięki temu zyskaliśmy znakomity odcinek „Doktor Wezół” z piątego sezonu, a także świetne ostatnie sezony. Nie oznacza to, że w „Ranczu” szło wszystko jak z płatka – przy ósmym sezonie znowu chciano zrezygnować, ale znowu fani wkroczyli do akcji i twórcy byli zmuszeni do zrobienia dwóch sezonów. Tylko tym razem – dla swojego bezpieczeństwa – ustawili ostatnie odcinki, by było pełne zakończenie… no dobra, w czwartym też niby tak było. Jednakże, kontynuacja „Rancza” na tę chwilę jest niemożliwa z kilku przynajmniej powodów. Przede wszystkim jest mnóstwo aktorów, którzy odeszli. Jednym z nich jest jedna z najważniejszych postaci serialu – Kusy, którego odgrywał Paweł Królikowski. Aktor zmarł w 2020 na bardzo poważną chorobę neurologiczną, a miał tylko 59 lat. Ponadto, odszedł również jeden ze scenarzystów, Robert Brutter.

No, ale przejdźmy już do samej fabuły, bo nie chcę Was zanudzać szczegółami produkcyjnymi jeszcze.

OD LUCY PO ZBIOROWOŚĆ

Wieś tym się różni od miasta, że jest bardziej uspołeczniona. Tu wszyscy wszystko wiedzą (z czego czasem wychodzą bzdury) i nie inaczej jest w Wilkowyjach, odgrywanych GŁÓWNIE przez Jeruzalem, niewielkiej miejscowości w podkarpackim. Ale samo Wilkowyje to kompletna dziura nad dziurami – położona między Lublinem a Warszawą, na Podlasiu. Na miejscowość jest jeden sklep, przy którym siedzi czterech panów i popija piwo lub wino. Ci dyskutują o niezwykle ważnych, życiowych sprawach i mówię to zupełnie bez ściemy. Ale Wilkowyje ma jeszcze kościół i wójta. I tu się zaczyna konkret fabularny, bo miejscowy proboszcz to brat tego drugiego, a oni są w wiecznym konflikcie. I wyglądają niemal tak samo, bo różni ich w zasadzie… charakteryzacja. Piotr Kozioł nie ma wąsów i opitej skóry, jak jego brat. I jest prostym księdzem, który wychodzi do ludzi i musi dealować z Michałową (Marta Lipińska), gospodynią, która jak chce czegoś, to nie ma zmiłuj, osiągnie.

Może nie będę Wam przedstawiać wszystkich bohaterów Wilkowyj, ale Cezary Żak, który odgrywał tych braci bliźniaków spisał się na złoty medal. Jest to świetny aktor, który tu otrzymał niesamowity materiał do interpretacji. Czasami powodowało to pewne trudności… typu ubierz się 130 razy na księdza, bo reżyser z jakiegoś powodu nie chciał kręcić jednego bohatera ciągiem.

I powiem tak – na początku Paweł (wójt) nie wydawał się sympatyczną postacią. To znaczy – chyba nigdy tego nie osiągnął, natomiast kariera polityczna w pewnym momencie była tak skonstruowana, że po prostu tę historię chciało się śledzić aż do samego końca. Czy uda mu się? Czy ominie kłody, które mu stawiają przeciwnicy?

Żeby wójt nie miał aż tak trudno, to współpracował z Arkadiuszem Czerepachem, tu odgrywanym przez Artura Barcisia. I nie można powiedzieć, że tych dwóch aktorów miało łatwo, bo między nimi jest naturalna chemia. Wręcz – że tak powiem – przeciwnie. Po pierwsze, relacje między Pawłem a Arkadiuszem były różne w zależności od sezonu, a po drugie, to politycy. Tu nie ma miłości i to także znakomicie widać. Ale, wracając do Barcisia, to to, co on zrobił w czwartym sezonie, pod jego koniec było wręcz wybitne. I wcale nie żartuję – dosłownie to, co się z tą postacią działo mnie poruszyło. A przecież na tym etapie była to negatywna postać.

Choć Barciś znika na jakiś czas z serialu (niedługi), to Wilkowyje oferuje gamę innych bohaterów, w tym postać, od której wszystko się zaczyna.

Lucy Wilska grana przez Ilonę Ostrowską jest chyba najsłabszym ogniwem serialu, choć bardzo ważnym. A sprawa ma się tak: pewnego dnia do Wilkowyj przyjeżdża Amerykanka, która odziedziczyła po prababci (Danuta Szaflarska) spadek w postaci dworku z masońskim słoneczkiem w trójkącie przy wejściu. Tak, oglądając z zewnątrz ten dworek zawsze o tym myślę. No co, w końcu rozmawiamy o komedii wszechczasów, to czasem ironiczny komentarz musi się pojawić. Wracając do Lucy. Ona od początku jest sympatyczną postacią i wiele robi dla wsi, widz ją lubi, ale ostatecznie przegrywa z całą plejadą innych bohaterów. A choćby i z panami na ławeczce – bo ich dyskusje są ciekawe i trafne, często zmuszają do przemyśleń. Ale dobra, wracając do Lucy, to początkowo wieś nie jest jej przychylna, ale przez to, co ona robi, Wilkowyje zmieniają nastawienie. Nie lubi się w z wójtem i intryga trochę się na tym opiera. Ale… piąty i szósty sezon to porażka.

Bo widzicie – w nich chyba mamy najwięcej Lucy. Ale było to tak przelukrowane, takie na siłę, że oglądanie tych sezonów szło mi jak krew z nosa. Jednakże wiedząc, że później będzie polskie „House of the cards” i mając do czynienia z innymi bohaterami, dzielnie dalej oglądałam.

I trochę mi ulżyło, kiedy Lucy wyjechała do USA – co znacznie ograniczyło na ekranie tę bohaterkę. Nie wiemy do końca, z jakiego powodu tak się stało, ale wolałam obserwować perypetie Królikowskiego (Kusego), z którym Lucy się spiknęła, bo on przynajmniej był pretekstem do kilku rzeczy. A Lucy? Lucy się nie rozwijała w żaden sposób. Wszyscy inni – tak. Ale Lucy była nudna i chyba muszę skończyć to miażdżenie postaci.

Kusy (Paweł Królikowski) to postać, która zaczyna od bycia lokalnym alkoholikiem-artystą, a kończy na tym samym, tyle że widz otrzymuje studium artysty. I nie żartuję – twórcy zaserwowali nam wyraźne rozważania na temat tego, kto to jest, jak go zrozumieć, i tak dalej. Można powiedzieć, że chyba nigdzie aż tak dobrej analizy artystycznej duszy nie widziałam. Fakt – Królikowski miał do dyspozycji parędziesiąt godzin, w końcu występował chyba w każdym odcinku. Ale te jego rozważania wraz z Witebskim (miejscowy polonista, którego grał Jacek Kawalec) dały mi sporo do myślenia, choć ja raczej wiem, na czym polega fatum artysty, ale to tylko sprawiało, że się przyjemniej „Ranczo” oglądało. Bo w końcu jest ktoś, kto wie, co to znaczy! A przy okazji Królikowskiego i – również innych bohaterów – mogliśmy obserwować miejscową znachorkę, tzw. babkę.

I chyba był to pierwszy polski serial, który podszedł do znachorstwa, podlaskich szeptuch z szacunkiem. Zielarka była odgrywana przez Grażynę Zielińską i z pozoru mieliśmy do czynienia z prostą postacią. Nie mniej – od początku miałam wrażenie, że babka jest kimś, kto bardzo dużo wie i z kim nie wolno zadzierać. Z kimś o autorytecie. I choć w scenariuszu było opisanych parę jej sztuczek, to myślę, że tu zaważyła gra aktorska Zielińskiej. Szkoda, że nie do końca wykorzystano tę postać, choć chyba scenarzyści mieli taką ochotę, bo Lucy wyraziła chęć uczenia się zielarstwa. Nie widzimy tego wątku za wiele, ale Lucy to nie była ciekawa postać, a poza tym szeptuchą może zostać tylko ktoś, kto urodził się i żyje na Podlasiu.

A co do babki – nie byłabym sobą, gdybym tego nie poruszyła – to tu świetnie opisano relację z medycyną. Bo w końcu Wezół jest takim lekarzem, który jak ma problem, to idzie do babki, bo nie wierzy w medycynę. To jest piękne. A jeszcze piękniejsze jest to, że tu pokazano, iż holistyczne podejście ma prawo funkcjonować i jest jak najbardziej OK. A przy okazji Wezóła – w piątym sezonie siódmy odcinek to czyste złoto dla fanów dr Housa.

A ja znowu żałuję tego, że tak mało znam się na filmach czy serialach, ponieważ miałam czasem wrażenie, jakby twórcy parodiowali pewne konkretne filmy czy gatunki. Odcinek z dr Housem był pierwszy, przy którym przyszło mi to do głowy, ale dalej jest przecież zbiorowy atak na ławeczkę xD, western i tak dalej.

Muszę jeszcze wrócić do piątego sezonu, najsłabszego – ale tylko na momencik. Otóż, ten sezon to jakaś wybitna propaganda unijna, bo w każdym odcinku dotacje europejskie i dotacje europejskie, i to w długi i oczojebny sposób.

Dobra, wracam do Cezarego Żaka, bo jest on bardzo ważną personą dla sezonów ostatnich. Od końca siódmego mamy tu rasową obserwację świata politycznego i zważywszy na czas, w jakim kręcono „Ranczo” może to trochę przerażać. A to dlatego, że od tamtego czasu w świecie politycznym absolutnie nic się nie zmieniło. Więcej powiem – jeśli wtedy „Ranczo” wpisywał się w jakieś konkretne wydarzenia, to obecnie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Polska Partia Uczciwości nie jest już Prawem i Sprawiedliwością, a Konfederacją. Cóż – tego czym i jak funkcjonuje polityka, całe to studium w „Ranczu” zyskaliśmy dzięki temu, że jeden ze scenarzystów kilka lat pracował w biurze ważniaka. Ano właśnie, pracował.

Ósmy sezon dzięki politycznej intrydze zaczął serial odbijać od dna, a od jego połowy nie mogłam się oderwać i 9 i 10 sezon skończyłam w dwa dni. Tak, 13 odcinków w jeden dzień. Bo ta historia była bardzo ciekawa.

Jest jeszcze kilka ciekawych bohaterów, ale ten tekst i tak już jest elaboratem, więc pozwolę sobie poruszyć kwestię Klaudii i Solejukowej.

Może zacznę od Solejukowej (Katarzyna Żak), która zaczyna od poziomu „przemoc w rodzinie, bieda jak piszczy”. Ta postać nagle się wyrywa do lepszego świata, a co ciekawsze – rozwój jest prawdopodobny. Po prostu, trzeba czasem spotkać kogoś, kto wesprze i się rusza. Natomiast mnie nie chodzi o jej karierę biznesmenki, mnie chodzi o filozofię. Dzięki tej postaci serial pokazał, jak niesamowitą dziedziną może być filozofia – i jak niepoprawną politycznie także. Bo „Ranczo” we wspaniały sposób punktuje także edukację i tu również można być przerażonym, bo absolutnie nic się nie zmieniło. A wręcz jest jeszcze gorzej, bo cała plejada znakomitych pedagogów odchodzi od szkolnictwa jako takiego.

Klaudia (Marta Chodorowska) to córka wójta. I powiem tak – ona ma bardzo ciekawy rozwój jako postać. Widzimy, że do końca normalna nie jest, ale w takiej rodzince nikt nie jest, nie mniej, przechodzimy przez etapy, w których lubimy tę postać, a potem nie i tak dalej. I mam takie wrażenie, jakby scenarzyści nie do końca byli zwolennikami psychologii, choć mi się wydaje, że Klaudia to bohaterka bardzo złożona i trudno ją oceniać.

Uuuufff. Jeśli się zastanawiacie, dlaczego tak mało poświęciłam ławeczce, to odpowiedź jest tylko jedna: bo ławeczka to po prostu kultowa jest i trudno ją opisać. To trzeba zobaczyć.

A jeśli się zastanawiacie, dlaczego poświęciłam czas opisom bohaterów, to odpowiedź jest taka: „Ranczo” to nie Lucy. To społeczność. Tu dosłownie wieś jest bohaterem i to jest niesamowite. I przy okazji tego twórcy w znakomity sposób, w sposób mniej i bardziej dosadny, krytykują wszystko, co się da: hipokryzję na wsi, kościół (no przecież Michałowa!) i tak dalej.

MUZYKA

Byłoby grzechem w recenzji nie wspomnieć o muzyce. Podkład muzyczny w poszczególnych scenach jest taki… swojski, taki no… wiejski, może trochę rytmicznie odnoszący się do disco polo, które w „Ranczu” ma swoje ważne miejsce. Bo powiedzmy sobie szczerze, Pietrek (Piotr Pręgowski) i Jola (Elżbieta Romanowska) idą właśnie w tę kategorię i ich słucha się bardzo przyjemnie. Ale wróćmy trochę do podkładu, bo mam tu wrażenie, jakby zrobiono pewną rzecz na odwrót xD.

Otóż – jak jest opening, to jest on zwykle piosenką. Tu mamy ledwie 5-10 sekund intra i lecimy z akcją. Nie żeby to było złe, ale dopiero w endingu można usłyszeć niesamowity utwór „To tylko sny”, który zaśpiewała Anna Jurksztowicz, a słowa opracowali Robert Brutter i Maciej Strzembosz, a za muzykę zabrał się Radzimir Dębski. W ogóle Radzimirowie (bo jest jeszcze jego ojciec, Krzesimir) są odpowiedzialni za to, co słyszymy w „Ranczu”. I dali sobie świetnie radę. Co prawda przez większość sezonów muzyczki się powtarzają, ale gdy wchodzi na poważnie polityka, to można usłyszeć nowsze kompozycje.

W ogóle warto sobie znaleźć na jutubie utwory z „Rancza”, bo jest to kilkanaście wspaniałych pozycji, które są bardzo przyjemne w słuchaniu.

TO BYŁO BARDZO PRZYJEMNE PRZEŻYCIE

„Ranczo” to serial, który bardzo relaksuje. Jest zabawny, zawiera wciąż wiele aktualnych uwag co do naszej rzeczywistości, a aktorstwo nie raz i nie dwa staje na – jeśli nie najwyższym – bardzo wysokim poziomie. I jest to taki serial, który można określić antydepresyjnym. Przy pierwszych sezonach miałam wrażenie wysokich wibracji, ale po prostu wydaje mi się, że treści w „Ranczo” są na ogół pogodne i wartościowe. Cóż…

Będę tęsknić.

Przewodnik po zbrodni wg grzecznej dziewczynki

Jeśli wydawało Wam się, że dubbing „Deadpol&Wolverine” jest zły, to macie rację: WYDAWAŁO WAM SIĘ. Netflix po raz kolejny idzie zachodnimi trendami i zamiast lektora w „Przewodniku po zbrodni według grzecznej dziewczynki” mamy dubbing. Nie bądźcie leniwi – włączcie napisy, bo w innym przypadku będziecie cierpieć. A zresztą, może najlepiej nie włączajcie tego czegoś, bo to serial tragiczny.

Dlatego też TA RECENZJA BĘDZIE SPOJLEROWA, choć po prawdzie – ja nie wiem, czy bardziej sztampowo można zrealizować fabułę XD.

Pip Fitz-Amobi (Emma Myers) w ramach szkolnego projektu dającego wstępniaka na studia postanawia odkryć, kto pięć lat temu zabił jej koleżankę, Andie Bell (India Lillie Davies). Logicznym więc, że młoda zacznie pytać po okolicy, co i jak. Z początku niechętny, Ravi Singh (Zain Iqbal) przekonuje się do Pip i razem próbują rozgryźć zagadkę.

Jakie to szczęście, że serial ma tylko 6 odcinków i jakie to nieszczęście, że twórcy zmarnowali swój czas na tak miałką historię. Bo gdzieś tak od połowy stwierdziłam, że pogram sobie w Merge Number, słuchając w tle dialogów głównych postaci. XD

Po pierwsze, intryga jest… nudna. Sztampowa. Gdy morderca dowiaduje się, że Pip prowadzi śledztwo, zaczyna jej grozić. No i oczywiście na końcu jest „niespodziewany” plot twist, bo się okazuje, że to nie ten, co myślą, że zabił, zabił.

I teraz tak. Druga rzecz, która jest niesmaczna w tym serialu to solidarność jajników. Pip przyłapuje nauczyciela Elliota Warda (Matthew Baynton) na gorącym uczynku: nie dość, że chłopina przetrzymuje jakąś laskę, to jeszcze okazuje się, że trochę przypadkiem zabił jakiegoś kolesia, że to był wypadek. No koleś upadł nieszczęśliwie i umierał. I okej, przyjeżdża policja, aresztują Elliota.

Niestety, to nie rozwiązuje zagadki, kto zabił Andie.

Pip więc drąży dalej. Okazuje się więc, że Andie została zabita przez swoją siostrę – również przypadkiem.

Tyle że mężczyznę, który zabił przypadkiem w serialu nazywa się potworem, a dziewczynę – nie. Do dziewczyny mówi się słodko-pierdząco, że nie chciała, że nie jej wina i tak dalej, i tak dalej.

Uważam to za niesprawiedliwość, tworzenie nierówności płci, mimo że serial chce być bardzo feministyczny. I mu to nie wychodzi, ponieważ PRAWDZIWY FEMINIZM opiera się na RÓWNOŚCI PŁCI, a nie tym, że jednej jest lepiej, a drugiej gorzej.

Trzecia rzecz to wokeizm, politpoprawność. To znaczy: może to nie być wada, ale po prostu chcę Was ostrzec, jakby ktoś miał uczulenie na wszelkie tego typu treści. Serial już w obsadzie daje nam znać, że taki będzie, ponieważ mamy tu naprawdę dziwaczną mieszankę aktorską. Oczywiście, w rodzinie Pip musi być ojczym-czarnoskóry, nie może być inaczej, i oczywiście to, że tata jakiejś laski nie chciał, by jego córka wychodziła za Hindusa musi być napiętnowane, no bo jakże to, żeby biały wychodził za białą?! To nie może być, to nienormalne!

I oglądając to zbiegowisko ras, miałam nieodpartą chęć wybuchu śmiechem. Tym bardziej, że jutub od jakiegoś czasu nęci mnie, bym obejrzała analizę tego, co się dzieje w Anglii. W Anglii, gdzie są duże zamieszki, bo ludzie mają wreszcie dość imigrantów i tak dalej, jednym słowem: dzieje się.

Jeśli chodzi o woke, to tak, jest tu motyw LGBT. Spokojnie, to przyjaciółka Pip jest lesbą. Wątek nie bardzo rozwinięty, który najwyżej pokazuje, jak dziewczyny są mocno ze sobą związane, bo o tym gadają i tyle. I szczerze? Ani mnie to ziębiło, ani grzało. Zresztą, jak sam serial.

Bo słuchajcie, tu prawie nic się nie dzieje. Owszem, są seriale, które pokazują badanie morderstw – że tak powiem od kuchni. Taki klasyczny Sherlock Holmes. Sęk jednak w tym, że one robią to o wiele ciekawiej, jest więcej zwrotów akcji i zdecydowanie sprawa nie jest prosta jak budowa cepa.

Moim zdaniem dobrą stroną produkcji jest muzyka. To przyjemne dla ucha kawałki pop, Niestety – w napisach końcowych NIE MA informacji, jaka to muzyczka, od kogo i tak dalej. Dlaczego? Nie wiem, ale szczerze doprowadza mnie to do niesmaku, gdyż naprawdę, fajnie czasem sobie odpalić taką playlistę i posłuchać. Na szczęście internety nie zawiodły i portal Vague Visages dostarczył nam informacji o utworach – link tradycyjnie w komentarzu.

Gdyby nie to, że mój mózg niespodziewanie stwierdził: chcę się dowiedzieć, kto zabił, to bym olała serial już po drugim odcinku. Ale cóż, widocznie czasem trzeba posłuchać paździerzy.

Sam serial jest ekranizacją powieści Holly Jackson i być może to dużo wyjaśnia, bo na pierwszy rzut oka widać, że powieść jest dla młodszych, nastolatków wręcz. Nie mniej, całkiem niedawno miałam okazję obczaić „Dość milczenia”, które było bardzo zacną produkcją.

Także nie traćcie czasu i zamiast serialu włączcie sobie muzykę z niego, bo tej naprawdę przyjemnie się słucha.

PS.: W produkcji muzyka chce podkręcać emocje, robić scenę ważniejszą, z przesłaniem, ale… jeśli fabuła denna, to obawiam się, że sama muzyka nie załatwi sprawy.

Mindhunter

Zacznę od końca, ponieważ docierają do mnie sprzeczne informacje. Przed obejrzeniem „Mindhuntera” gdzieś wywaliło newsa, że serial będzie miał trzeci sezon. Olałam, no bo w końcu nie widziałam produkcji, ale… coś mnie tknęło i włączyłam. Po prawdzie, motyw był prosty: „potrzebuję czegoś o zabijaniu” XD. Po zakończeniu oglądania zaczęłam szukać konkretnych informacji i nic konkretnego nie znalazłam. Więc albo będzie, albo go nie będzie – kij wie. Przekonamy się w praktyce, ale ewentualnie JEST NA CO CZEKAĆ.

„Mindhunter” to produkcja Netflixa, w której maczał David Fincher. Jest to też serial oparty na książce „Mind Hunter: Inside the FBI’s Elite Serial Crime Unit” Johna Douglasa i Marka Olshakera. Z tego, co wiem, to istnieje wersja polska wydana przez Wydawnictwo Znak , niestety – nie czytałam.

Dwóch agentów FBI: Holden Ford (Johnatan Groff) i Bill Tench (Holt McCallany) w trakcie współpracy wpada na genialny pomysł profilowania przestępców, a ściślej morderców. Jest to projekt na początku drogi, w powijakach, więc panowie właściwie muszą pracować na dwa etaty, ale później wszystko zaczyna się dobrze układać…

…ale powiem Wam, że jeśli odpadniecie po pierwszych trzech odcinkach, to zrobicie błąd. To jest serial powolny, któremu trzeba dać czas się rozkręcić. Twórcy ewidentnie chcieli, żebyśmy poznali bohaterów od A do Z i ewidentnie wyszło im to nie tylko świetnie, ale także wygrali na tym. Dzięki temu mamy serię, o którą fani walczyli przez te kilkanaście miesięcy, gdy produkcja była zawieszona, a ja… ja chętnie przyłączę się do tych fanów, nawet jeśli już wygrali o wznowienie produkcji.

Mam wrażenie, że „Mindhunter” daje szansę utożsamić się z trzema głównymi bohaterami, chociaż to, z którym się utożsamimy, zależy tylko od odbiorcy. Bo tak, oprócz panów jest jeszcze pani, dr Wendy Carr (Anna Torv) i… niewiele o niej mogę powiedzieć poza tym, że… tak, zgadliście.

Czwarty odcinek, mój komentarz: Hmm, dziwne, jeszcze nie było LGBT’ów, czyżby tak miało być do końca?

Szósty odcinek: Potrzymaj mi piwo.

Psychicznie po prostu nie dałam rady oglądać lesbijskiego seksu, wybaczcie. I szczerze mówiąc, nawet jak Carr była w pracy, to jej nie polubiłam. Miałam takie wrażenie, że idealnie sobą pokazuje, iż baby NIE NADAJĄ SIĘ do pracy w FBI, czyli w niezwykle trudnych warunkach psychologicznych. Choć tu raczej chodzi o sposób myślenia, niż wytrzymałość. Trzeba konkretów.

Ale trzeba oddać Carr i producentom, a właściwie reżyserowi, a właściwie twórcom, że jedną scenę z nią to umieli to zrobić. Niby nic się w niej nie działo, a czułam napięcie, oczekiwanie na „co się zaraz odjebie”. Jak obczaicie tę scenę, to będziecie wiedzieć, o czym mówię 🙂.

Najbardziej zżyłam się z Holdenem, może dlatego, że od niego zaczyna się narracja. I to on tak jakby zaanimował to wszystko. Ujrzałam w nim człowieka, który ma bardzo dobrą intuicję i pecha do znajomych, którzy widać, że go nie lubią. Przebywają z nim tylko dlatego, że mają interes. I to chyba jest to, dlaczego tak polubiłam gościa.

Co do Billa, to on również jest ciekawym przypadkiem, ale z zupełnie innych powodów – powodów rodzinnych.

Oglądanie pierwszego sezonu było ciekawym doświadczeniem, ale gdy nastąpił drugi… to ło panie, klękajcie narody!

Żeby była jasność: ten serial jest ciężki energetycznie, ale nie dlatego, że ktoś wymyślił tortury typu „zamykanie w klatce i odcinanie członków”, ale dlatego, że to jest historia oparta na faktach i dlatego, że tematy w nim są ciężkie.

Bo nie dość, że w drugim sezonie mamy seryjnego mordercę w Atlancie, to jeszcze fabularnie przypierdolili Billowi. I chyba ta ostatnia sprawa była najcięższa. Jednakże, to nie jest sezon dla rodziców. Więc jeśli macie dzieci, to może być Wam cholernie ciężko na to wszystko patrzeć.

A tak przy okazji… ja, rasistka, poczułam wielkie oburzenie na to, że w tamtych czasach murzyni byli traktowani chujowo. Serio, w pewnym momencie poczułam autentyczną złość, bo przypominam, że murzyni, żółci, czerwoni, biali i inni to TEŻ LUDZIE i należy im się szacunek.

Drugi sezon jest również tak dobry dlatego, że zastosował pewien, bardzo prosty trik fabularny i to było – z perspektywy widza, budowy świata – genialne posunięcie. Niestety, spowodowało to też, że widz zostaje z mocno rozgrzebaną, niedokończoną historią.

Ale było warto.

I nie tylko dla historii, ale – jak już się pewnie domyślacie – muzyki. Ona jest dosłownie drugoplanowym bohaterem, bo niby jest jej mało, ale jednak dużo. I chyba w pierwszym sezonie jest więcej, niż w drugim. Nie mniej, twórcy przede wszystkim stosują ją na końcu, czy też między rozmowami. Innymi słowy, serial jest oparty na ciszy, co buduje niesamowitą atmosferę. Niektóre odcinki mają po 1 piosence występującej w napisach końcowych, a inne – po 7 nawet. Na swoim koncie w Spotify Netflix zamieścił utwory tylko do pierwszego sezonu, ale nie martwcie się: w komentarzu link do soundtracku z 1 i 2 sezonu.

Co mogę Wam jeszcze powiedzieć? Mam ogromną nadzieję, że trzeci sezon powstanie i ja bardzo, bardzo na niego czekam. Bo to jest po prostu serial wybitny.

Abyss

Jeszcze nie lata 90′, ale już czuć ten klimat. A przez to, że zapomniałam o tym, kto za filmem stoi nie zwracałam uwagi na Cameronowskie wkręty. W ogóle nie miałam wrażenia odgrzewanego kotleta. Film pozostawił po sobie kilka pięknych uniesień i pytanie…

…dlaczego polskie tv – jak rozumiem xD – oznaczają tę historię jako tylko dla dorosłych? Przecież to nie „Nagi instynkt”, a jest mniej krwawe od dowolnego akcyjniaka xD.

Może chodziło o cycka w jednym momencie… No dobra, wróćmy do filmu.

Zwykła wersja trwa 2 h 26 minut czy podobnie. Zaś reżyserska to 2h 50 minut. Tak, zgadliście: żadne vody tego filmu nie oferują, a na jednym ze znanych portali od szemranych wersji dostępna jest tylko reżyserska.

I właściwie, ze względu na przekaz filmu jest to bardzo smutne. I jak najbardziej wchodzi w kontrę wobec niego.

Bo „Abyss” to trochę akcyjniak, trochę film katastroficzny, ale przede wszystkim jest to opowieść skupiająca się na dobru. Nie chcę zdradzać wszystkiego, ale to coś bardzo ładnego jest wyczuwalne przez cały seans. Można powiedzieć, że „Abyss” pachnie dobrem.

I oceanem.

Pewnego dnia na oceanie katastrofie ulega wojskowy statek. Sztorm się zbliża, najbliższa ekipa badawczo-ratunkowa nie ma szans na dotarcie, więc zostają pracownicy platformy odwiertniczej. Skuszeni pieniędzmi, biorą na swe barki sprawdzenie zatopionego już statku…

Reszty Wam nie zdradzę, ale to jest stary, dobry Cameron.

I znakomity klimat, włącznie z rozwodzącą się właśnie parą, u której czuć chemię.

Film wolno się rozwija, ale wkręca. Pomimo zmęczenia musiałam go dokończyć. I nie żałuję, zwłaszcza, że on płynie…

Siła spokoju

Dobereł wieczoreł 🙂.

Czytam wszystkie Wasze komentarze, ale po całodniowych sensacjach w Poznaniu nie chce mi się wymyślać na siłę odpowiedzi. Ale pamiętam o Was. I teraz mam czas, kiedy potrzebuję spokoju.

W odpowiedzi na to odświeżyłam sobie stary film – bo z 2006 roku – o wdzięcznym tytule „Peaceful warrior”, z polska zwanym „Siła spokoju”. I co dziwne, w pewnym momencie wydało mi się, że moje problemy w porównaniu z problemami Dana Milmana (Scott Mechlowicz) są małe. Jasne, powodują ból. Ale z drugiej strony… jeśli ktoś stracił coś, co kocha, to jest to dopiero problem.

Nasz Dan to sportowiec – uprawia gimnastykę i marzy o dostaniu się na Olimpiadę. Ech, tak, myślałam, że wtedy Komitet Olimpijski był normalny, ale wróćmy do filmu. Otóż, Dan spotyka pewnego człeka zwanego Sokratesem, który postanawia go wytrenować na prawdziwego wojownika. To wiąże się – jak przystało na klasyczny zabieg narracyjny – z naukami nie tyle o sile fizycznej, co o sile duchowej.

I teraz tak: według IMDB film się nie zwrócił. Kosztował 10 milionów, a zarobił niespełna połowę. Tak przynajmniej rozumiem te liczby w zestawieniu box offica. I cóż… ja się nie dziwię, że film się nie sprzedał.

To przede wszystkim powolna narracja, i co zabawne – z perspektywy widza wydarzenia, których jest on świadkiem to żadne wydarzenia. Nic się tu nie dzieje. Jest może nie idyllicznie, ale żeby bohater jakoś specjalnie cierpiał, to to nie. Trzeba poczekać do połowy, a nawet wtedy nie.

Bo to jest historia skomplikowana, ale na innym poziomie. To jest opowieść o tym, jak człowiek – w tym przypadku Dan – transformuje swoją psychikę, swoje serce, swoją jaźń. Może być to historia prosta, na zasadzie „dobra, gostek poznał powalonego pracownika w warsztacie samochodowym”, ale może być historia na zasadzie „patrzajta, co nasza świadomość potrafi zrobić”. I ba, film daje ku temu ostatniemu sygnały, ale wrażliwi na nie ludzie zwykle zajmują się rozwojem duchowym. Albo czymś podobnym.

Zwykły, szary Kowalski niekoniecznie może być podatny na naukę mądrości prezentowanych w filmie. Ba – zapamięta pewno tyle, ile ja zapamiętałam; czyli praktycznie nic 😅🫣. Choć nie – środek filmu może zapadnie mu w pamięć, ale nie chcę spojlerować.

Tak czy siak. „Siła spokoju” to film z kategorii tych ładnych. I nie będę się kłóciła, czy jest lepsza, czy gorsza od powieści, ale myślę, że obie rzeczy w swoich kategoriach są wartościowe.

Jeśli więc macie ochotę na coś podnoszącego na duchu i zmuszającego do refleksji, to tak, to ten adres.

Kokon

Dobereł wieczoreł 🙂.

„Kokon” nie każdemu się spodoba, bo to film specyficzny, ale w zasadzie z kategorii „ładny”. Co więcej, ma na koncie dwa Oskary z 1986 roku i to może być dziwne: bo dla efektów specjalnych i aktora Dona Ameche. Co do aktorstwa OK, ale dzisiaj ten komputer ogląda się jak urywki z serialu lat 90′. Choć może właśnie dlatego nagrodzono efekty 🙂.

To historia o trzech przyjaciołach – staruszkach mieszkających w domu spokojnej starości. Pewnego dnia na swoim zwyczajowym, nielegalnym pobycie na cudzym basenie odkrywają…. dziwne, duże kamienie, kokony. Okazuje się, że przebywając w wodzie z nimi mają więcej energii do życia, a choroby się cofają…

Może tyle wystarczy, jeśli chodzi o samą fabułę stricte. W zasadzie jest to prosty film, a druga część (nie oglądałam, lecz oceny wskazują na pro-paździerz) sugeruje, że nie ma w historii jakiejś grubej metafory odnośnie śmierci i odchodzenia. To po prostu klasyczne SF, że tak powiem. Nie zmienia to faktu, że można się zastanawiać nad treścią „Kokonu”, bo pomimo pogody ducha, ma się wrażenie, że twórcy chcieli coś więcej przekazać.

Film trwa dwie godziny. To z jednej strony brzmi jak wyzwanie, a z drugiej wcale nim nie jest – bo seans upływa bardzo przyjemnie, na zasadzie lekkostrawnej opowieści. Niestety, albo stety, z początku trzeba dać szansę „Kokonowi”, gdyż rozkręca się trochę z wolna i dopiero druga godzina ma jakieś ciekawsze ruchy fabularne.

Czy mi się spodobał ten film? Sama nie wiem – z początku twierdziłam, że jest taki sobie, ale jednak nie. Dzięki drugiej połowie jest taki, no… eee…. ja myślę, że dla odprężenia warto przebrnąć przez seans, po prostu.

PS.: I oczywiście, muzyka z lat 80′ wygrywa.

Pszczelarz

Dzień dobereł 🙂. Dziś nie ma ogłoszeń parafialnych – one będą w tygodniu, ale z konkretnej przyczyny 😉. Natomiast teraz czas wrócić do filmowego świata, a zaczynam od recenzji „Pszczelarza”, który niedawno się zjawił na Amazonie.

„Pszczelarz” to taki John Wick klasy C.

Adam Clay (John Statham) żyje sobie spokojnie, hodując pszczółki. Ot, takie tam zajęcie dla emerytowanego kolesia, któremu się nudzi. Przy okazji opiekuje się też sąsiadką, która ma bardzo dobre serce, bo działa charytatywnie i przez to też ma dużo pieniędzy. Pewnego jednak dnia popełnia s….o, bo została okradziona przez „biznesmenów” – ludzi, którzy pod pretekstem oprogramowania antywirusowego czyszczą konta.

Nasz Clay się wkurwia.

A dalej już wiecie, co – bo to nie jest film, który chce opowiedzieć jakąś niezwykle skomplikowaną story. Wręcz przeciwnie; „Pszczelarz” doskonale wie, czym chce być i ani przez sekundę tego nie ukrywa. To po prostu średni – i to mocno – akcyjniak, który trochę chce powiedzieć młodym „ej, no, ale szanujcie starszych, bo kiedyś sami nimi będziecie”.

Można powiedzieć, że nic tu nie zachwyca; fabuła oklepana, sceny walk są ukazane tak sobie; muzyka niby jest, ale jakby nie było… ale… no właśnie, to ALE.

Ja się na tym filmie bawiłam bardzo dobrze. Nie wiedzieć czemu, komentarze bohaterów, sceny i inne szczegóły może nawet niespecjalnie nastawione na humor – mocno mnie bawiły. Właściwie to chyba bardziej śmieszyły, niż było to zamierzeniem twórców.

I przyznaję, seans zleciał bardzo szybko, bo akcja była podana w przyjemny, odmóżdżający i skondensowany sposób. Właściwie nie było hamulców, a to duży plus jak na dzisiejsze standardy.

„Pszczelarz” to taki film na szósteczkę, ale jeśli macie naprawdę zmęczony mózg, to seans tego filmu może być dla Was zacną rozrywką.

Strange Darling

RECENZJA PATRONACKA

Byłam, widziałam i… dawno tak usatysfakcjonowana z kina nie wyszłam xD. Co prawda początek nie zapowiadał znakomitej rozrywki, ale umówmy się od razu: to NIE JEST wybitny film. Nie wiem nawet, czy można go nazwać filmem dobrym XD. Rzecz w tym, że praktycznie widz wie od razu – w pierwszym momencie – że to będzie zabawa w kotka i myszkę, i że to już się skończyło…

…Bo w latach plandemii w USA grasował seryjny morderca, jak informują nas na początku napisy. Czy akurat taki? JT Mollner ani nie zaprzecza, ani nie potwierdza. Ale to nieważne, liczy się to, czy ta zabawa jest wykonana dobrze.

I wiecie, jest tu trochę sytuacja jak z „Jutro będzie nasze”. Jeśli ktoś nie czyta recenzji, to prawdopodobnie będzie bawił się znacznie lepiej, niż ten, kto je obczaja. I ja się zastanawiam, czy zdradzać, czy nie zdradzać… bo to właśnie ta przewrotność fabuły czyni z filmu tak dobrym.

Kiedy się okazało, co się okazało, to wtedy moja satysfakcja wyleciała w kosmos. Właśnie takiego filmu potrzebowałam. Slashera. Choć nie wiem, czy to można tak nazwać, ale dokładnie tak się czuję, jakbym była w kinie na zajebistym slasherze i dzięki temu się wyżyłam xD.

Wszystkie inne elementy niekoniecznie zadowalają. Powiem tak: nieliniowa fabuła sprawia, że wydarzenia są nieco ciekawsze, niż by były w tradycyjnej, liniowej konstrukcji. Bo – no… ileż można oglądać polowanie na ludzi? Czy to mordercy, czy to policji na mordercy? No właśnie, było pindyliard razy, ale na szczęście JT Mollner znalazł sposób, by zrobić to nieco ciekawiej.

Co prawda, sam seans wybitnie długi nie był, a jedna partia filmu jest nieco nudniejsza, ale ona właśnie sprawia takie wrażenie tylko przez nieliniowość fabularną. Mimo wszystko, od czegoś ta zabawa w kotka i myszkę musiała się zacząć, right? No właśnie.

I wiecie, rozumiecie… możecie nie odczuwać napięcia – choć ja odczuwałam, ale to tylko dlatego, że naprawdę dobrze się bawiłam, bo SLASHER. Lol.

I wiem, że gdybym zobaczyła tego filma na streamingu, to bym żałowała, że nie byłam w kinie XD.

Film utrzymany jest w kolorach czerwonym i niebieskim, ma też taką… ładną, a’la romantyczną stylistykę. W sumie nie do końca wiem, jak to opisać, ale widać, że reżyser chciał zrobić klimat i generalnie mu się to udało.

Co do muzyki, to jeden utwór – bodajże „Strange darling” jest moim zdaniem szczególnie udany 🙂.

I ja bardzo, bardzo dziękuję Bogusz Dawidowicz – strona autorska i Jan Miszkiel i Słodko-gorzkie (napisał już jak byłam na seansie, ale napisał!) i DreamStream – popowo, alternatywnie, sugestywnie, że mnie namawiali na pójście na „Strange Darling” 😊. Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem ❤

Co do budżetu, to została jakaś złotówka 😛. 😃