[33 dni] Po prostu refleksja

Nie chce mi się prowadzić codziennych wpisów na temat moich wyzwań. I tak mało osób to czyta, ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że mi się po prostu nie chce pokazywać wszystkiego. Obnażać się przed innymi do cna. Znaczy – mogę czasem rezultat pokazać. Mogę pokazać dzisiejsze wyzwanie. Ale robię je dla siebie, by lepiej ustawiać sobie życie, dla nikogo innego nie jest to potrzebne. A jeśli potrzebujecie tekstów ode mnie? Wiedziałabym – po prostu napisalibyście „napisz coś”. Ale ja nie piszę dla kogoś, zwykle. Bo nie ma próśb. Bo zlecenia na napisanie tekstu reklamowego raczej mi nie idą. Co innego z powieścią, gdzie mam wolną rękę. Ano właśnie, bycie wolną w pisaniu to jest najlepsze, co mnie spotkało i co może spotkać twórcę.

Leci.

Leci i czas, którego nie ma, i życie, które jest tu i teraz, a ja coraz mniej patrzę w przeszłość. Póki co patrzę też w przyszłość, ale zwykle jest to związane z prozą życia: trzeba zaplanować kursy, zastanowić się, jak zdobyć pracę, co chcę robić i przede wszystkim nie bać się życia.

Całe życie się go bałam i śmiem twierdzić, że mało miało to wspólnego z moimi narodzinami (pętla wokół szyi) i mało miało to wspólnego z przeszłością, którą znam. Za to pokazał mi się kiedyś mroczny sen – przy okazji pisania o Kramie. Ktoś go jeszcze pamięta? Ktoś go jeszcze potrzebuje, oprócz mnie? Tak czy inaczej, z mrocznego snu wynikało, że byłam w czarnej dupie, czyli w obozie koncentracyjnym i nie skończyło się to zbyt łagodnie.

Nie wiem, czy to się od tego wzięło, przypuszczalnie tak. Ale jakie to ma znaczenie? Jest życie tu i teraz, gałęzie porzeczek uginają się od ciężaru swoich owoców, bo nikt nie chce codziennie latać co 5 minut do kibla, jako że porzeczki są moczopędne, ale za to mają dużo witaminy C.

Na instagramie się skupiam. Na procesie się skupiam. Na pisaniu chciałabym się skupić, ale jest jeszcze opór, jeszcze czegoś nie rozumiem. Ale może, może to w końcu przepracuję. Na kursie się skupiam, mam go do końca sierpnia.

Ach, tak szybko minęło to wszystko, to całe upalne lato. I jest słonecznie także w sercu, nie tylko na ziemi. Tyle mi uświadomiło.

Uświadomiło mi, że zasługuję na przygodę. Brania życia jako przygodę – bo pytania, a co się stanie, a co można wykreować, zrobić, jak w siebie zainwestować, oj, quest nie poszedł po naszej myśli… jeśli bierzesz coś za przygodę, to jest w sercu lżej. To nie jest już takie oparte na dramatyzmie, na ceregielach i zastanawianiu się „dlaczego ja?”.

Dlaczego ja – no bo tak. Tak se wymyśliłam, dlatego ja.

Teraz piję kakao i czekam, aż telefon załaduje się przynajmniej do 80%. I wiecie, co? Muszę szukać muzyki alternatywnej, medytacyjnej, fortepianowej. Takiej, co płynie z duszy, ze śpiewem i która mnie bardzo odpręża. Pełny chillout, pełne oddanie się chwili. Jutro może pójdę na filharmonię gorzowską. Myślałam, żeby wrócić do tik tłoka – ale tam nie znoszę być, pomimo tylu zajebistych twórców w muzyce. Zdecydowanie wolę już grzebać w jutubie, teoretycznie też oferuje jakąś muzykę. A mnie nie jest do szczęścia jakoś turbo wiele rzeczy. Po prostu muzyka od serca.

Piszę, co mi palce przyniosą na klawiaturze. A niosą to, że moje codzienne wyzwania dają mi jakiś pozytywny vibe; wczoraj był marny dzień, źle się czułam i jakaś taka niestrawna, nie do życia. To wszystko szło nie tak, zasnęłam w połowie dnia, porozmawiałam z fajną babeczką, a potem się dowiedziałam, że ta babeczka jest w MLM, w którym ja jestem i w mojej głowie jakoś temat mlm’u zaczyna się zmieniać.

Ale mam jeszcze jedną lekcję do przepracowania od Czarko. Chyba. On mówił, że warto dealować ze swoimi firmami. Porozmawiać z nimi. Ja jeszcze nie zrobiłam tego wobec Debiutextu i wobec Begoodartu.

A może to nie tak, że wszystko teraz natychmiast?

Procesy trwają.

A ja chyba jeszcze nie jestem gotowa na pełnię w pisaniu.

Za to stosując honopomono (chyba nauczyłam się poprawnej wymowy tego wyrazu) mam wrażenie, że przeszłość odpada. Już nie koreluje ze mną, co się wydarzało, już nie grzęznę w tym bagnie cierpienia. Zły człowiek? Czuję się jak gówno? Ojojoj, panie. Nie bądź pan taki markotny, bo życie jest wspaniałe.

Nie odgradzam się od przeszłości, po prostu akceptuję ją taką, jaka była. Po prostu – uzdrawiam siebie. I mam na to wszystko inne spojrzenie. Wiecie, gdybym chciała poprawić swoje życie przez rewizję, musiałabym z przynajmniej 20 lat uzdrawiać.

Serio, nie żartuję. O pewnych rzeczach nawet rodzina nie wiedziała, i całe szczęście, bo do cholery to była pewnego rodzaju forma wolności. Że to patologiczna, no cóż, to inna sprawa.

Ale zmiana środowiska pomaga. Bardzo.

Odżyłam w gimnazjum, to było nowe, piękne wspaniałe życie. Najlepsze lata życia… a nie, czekaj.

Najlepsze lata życia dopiero przede mną.

Bo kreuję już w miarę świadomie, a raczej wdrażam praktykę świadomego kreowania, już nie bujam w obłokach, już nie marzę.

Spokojnie – nie marzę w tym sensie, że nie wymagam od życia jakiś fajerwerków. Wydaje się na tę chwilę, że po prostu jakaś praca mnie zadowoli i będę mogła dzięki wolności finansowej w końcu pójść dalej. I napiszę zajebistą książkę, a potem będę trzepała książki tak, że się nie… eee, dobra, dobra, dobra. Nie chcę być typem pisarza, który wali powieści bez żadnej głębszej treści. Co się udało w przypadku Philipa K. Dicka (który cierpiał straszną biedę za życia), to się może nie udać teraz. Sztuczka nie działa dwa razy. Ale przekonania. E, muszę chyba popracować nad przekonaniami związanymi z pisaniem. Bo to cała sieczka jest.

A na razie odpoczywam.

Szóstego dnia self-love wylosowałam „baw się dobrze”, czy jakoś tak. W pierwszej chwili pomyślałam, że mi się nie chce, ale potem pomyślałam o tańcu. Tak, potańczę sobie. Taniec to doskonała zabawa. Czego i sobie i Wam życzę :).

[33 dni] Self-love #3: Technika wspomagającego oddechu

Zacznę od tego, że dziś – teraz – jestem zombie. Nie spałam od 48h, więc jest to usprawiedliwione. A powód miałam prosty: moje nocne życie trochę jest problemem, kiedy mam uczestniczyć w kursach stacjonarnych. A jeden z nich – kadry i płace – właśnie się rozpoczął. Była naprawdę fajna atmosfera, ale ja tu gadu gadu, a co z dzisiejszym wyzwaniem?

Ano… jego realizacja pojawiła się na instagramie, ponieważ wydawało mi się, że tylko przez nagrywanie oddechu można udowodnić widzom, że zadanie zostało zrealizowane. Uch, źle to brzmi. Serio. Nikomu nic się nie powinno udowadniać, to po pierwsze, a po drugie, dziś mam słaby dzień.

Pojechałam na miasto kupić wkładki do aparatów słuchowych i pomyliłam się z modelem. A potem za to przepraszałam. Znaczy – model z wyglądu ogarniałam, ale z nazwy już nie. No nic, miła pani zrobiła poprawkę nie faktury, a paragonu, bo na fakturę nie mogła mi wydać, tak czy siak – problem się rozwiązał.

Ale zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam ją przepraszać?

W końcu błędy zdarzają się wszędzie i każdemu…

[33 dni] Self-love #2: zrób sobie prezent

Wiecie, jaki ja mam tryb: nocny. Oznacza to, że spać chodzę ok. 4-6 rano. Tym razem było trochę później, ale wylosowałam sobie zadanie na dziś. Najpierw przyszła refleksja, że za ciola nie wiem, co sobie dać. I w ogóle: nie czułam się z tym dobrze. Jakoś tak na siłę, coś było nie tak. Natomiast smętnie sobie pomyślałam o ciętych kwiatach. Że może bym je sobie zrobiła do wazonu. Ale takich zebranych z łąki. Zaraz jednak odezwało się moje sumienie – no ale jak to, tyle nauczycieli duchowych mówiło, że kto kocha kwiaty, ten ich nie ścina. Na przykład taki pan Osho.

Poszłam spać. Obudziłam się ze wstrętnym humorem i w ogóle, cały dzień mi trochę wywalało, zupełnie tak, jakby przepracowane rzeczy musiały się wydalić. Natomiast, nadal było mi smętnie z tym wszystkim. Poszłam robić rolki na instagrama, że no czuję się źle i w ogóle. Pokazałam ludziom kwiaty – jakie są piękne, gdy się je ogląda i jakie są piękne, gdy są żywe.

Nie mam serca ich ścinać.

Za to przyjaciółka Joasia zaproponowała, żebym sobie coś ugotowała. Coś zajebistego. No cóż, nie miałam za wiele składników, a i pieniędzy też nie; jednak sam pomysł z początku nie wydawał mi się dobry. Chciałam dostać coś namacalnego. Najlepiej szminkę, kosmetyk, ciuch.

Sto złotych.

Na koncie.

Do końca miesiąca.

Czy mnie to przeraża? Ani trochę, ponieważ staram się o tym nie myśleć. Zresztą, nie ma czasu na takie bzdety, organizm potrzebuje nawodnić się i woła, dużo woła do kibla, znaczy na tron.

Zdecydowałam, że to ja decyduję o swoim nastroju i chujnia trochę mi przeszła. Musiałam poprosić kogoś bliskiego o coś i nie czułam się z tym dobrze, ale zrobiłam to i mogę być z siebie dumna. Natomiast, chujnia – czytaj: wyrzuty sumienia za to, że jestem – powróciły.

Uch.

Wygadałam się Iwonce i to mnie podniosło na duchu. Cóż zrobić, trzeba jakoś sobie z tym radzić.

No i poszłam sobie robić honopomono. A nie, czekaj. Najpierw był prezent dla siebie, czyli zrobiłam zapiekankę z nastawieniem „to prezent dla siebie od siebie”. Akcja przebiegała tak:

Jakieś półtorej godziny później akcja wyglądała tak:

Olu, daję Tobie ten prezent od Siebie dla Siebie! I tak, to był autentyczny dialog:

No chyba nie za bardzo przypomina to serce:

Ale przyznaję, to były pyszności:

Nie wiem, czy stan, w którym jadłam można określić jako „aż uszy się trzęsły”, ale na pewno byłam bardzo zadowolona ze smaku:

No, ale w trakcie, gdy się piekło zdążyłam wstawić filmik na jutuba (link na końcu) oraz zmówić honopomono. Och, to było przeżycie!

Nie tylko się przytuliłam z całą mocą, ale także usłyszałam w głowie to jedno zdanie. JESTEŚ CUDEM. OLU, KOCHAM CIĘ I JESTEŚ CUDEM!

Kurwa, tyle lat na to czekałam xD.

(Wysokie wibracje tak bardzo vibe lol).

Szczerze powiedziawszy, jestem wzruszona. I szczerze powiedziawszy, to dopiero początek.

Olu, jesteś cudem.

Każdy z nas jest cudem, tylko musimy sobie uświadomić. Tak, chcemy to sobie uświadomić prędzej czy później. Całe życie nad tym pracujemy mniej lub bardziej. Mnie się po latach udało w głowie usłyszeć: jesteś cudem.

Dziękuję za to.

A teraz czas na filmik z jutuba. Będzie długi, bo komentuję inny filmik, ale miałam z tego niesamowitą frajdę xD. Zapraszam serdecznie i miłego oglądania! (prawdopodobnie będziecie musieli trochę ściszyć, bo głośny, no ale lepiej taki, niż za cichy).

[33 dni] Self-love #1: Dziś zadbaj o zdrowie

Zrobiłam live. Trwał pięć minut i weszła JEDNA wspaniała osoba. Ale ja się wystraszyłam i nie wiedziałam, co powiedzieć, więc uciekłam :(, a to wszystko na instagramie…

Szczerze? Może i zrobiłam dużo w kwestii energetyki, ale mało na planie fizycznym, przez co czuję się tak, jakbym nic nie robiła. Chociaż…

Na spanko wyłączyłam routery, telefony, wsio; i poczytałam sobie. To mi dobrze zrobiło, wstałam o w miarę przyzwoitej porze, no i zaczęłam Biały Poniedziałek. Trzeci dzień głodówki. I miałam niesamowite mocne wrażenie, że się nudzę i nie bardzo co jest z tym zrobić. Znaczy mogłam zrobić tak: włączyć se drugi webinar od Czarko, ale sęk w tym, że nagle poczułam taką potrzebę leżenia, to się położyłam i zasnęłam.

Być może, głęboka praca energetyczna ma tu znaczenie. Ja nie mówię tu tylko o afirmacjach…

Leci drugi tydzień tej wody. W sensie – programowania wody na tę afirmację. Zamierzam ją trzymać dwa miesiące, bo chyba to by było najlepsze. Mam pewnie stać na nogach, a niedługo będą zmiany. Oj, i to głębokie jak rów marsjański! Już się zresztą sporo dzieje.

Na przykład, odświeżyłam swojego instagrama Światy Aleksandry, gdzie będę zamieszczała informacje o swoich tekstach. Tak mi przyszło po medytacji na Czarko, ale też – z tego pierwszego webinaru – wyniknęło duże zadanie domowe.

I właśnie je dziś próbowałam zrobić.

Próbowałam czy zrobiłam, teraz nie wiem. W każdym razie wzięłam swoich pracodawców, zleceniodawców i zrobiłam potężną medytację z honopono, w sercu, z udziałem ciała. Działo się, energia mocno się ruszyła, ale nie jestem pewna, jak długo honoponomo ma być robione.

Wiesz, bo tu jest kwestia taka, że jeśli coś jest zrealizowane, to jesteś w stu procentach przekonany o tym, że jest coś zrealizowane. A ja nie jestem pewna, więc pewnie medytację jutro powtórzę. Może być lżejsza, bo już coś poszło.

W ogóle honoponomono jest niesamowite: w swej prostocie i w swym działaniu. Więcej szczegółów tutaj.

Mimo wszystko po tym nieszczęsnym (?) live na instagramie włączyły mi się jakieś nienormalne wyrzuty sumienia. Tak, uciekłam. Tak spaprałam – dopiero po zakończeniu przyszło, o czym mogłam opowiadać. I nie… nie wiem. Kurde, ten lęk, to poczucie winy warto wyłączyć. Problem w tym, że ono jest głębokie jak rów marsjański i dlatego też nie da się tak łatwo tego pozbyć. To znaczy, może i się da, ale to kwestia rozkazu „nowych ścieżek neuronowych”, a żeby to zrobić, to taka osoba musi być jak Czarko. Znalezienie poczucia winy i wysłanie do Źródła u mnie dało tymczasowy efekt, powiedzmy – na 2 lata najwyżej. Potem, teraz, znowu się to uruchamia. Zresztą, całe przejmowanie się moją przeszłością i wmawianie sobie, że moje życie jest popierdolone i nic nie warte to objaw pewnego rodzaju poczucia winy, za to, że żyję.

W kwestii zdrowia jako takiego: mam trzeci dzień Białego Poniedziałku, a więc głodówka. Bardzo dobrze, choć wzięłam wodę z suplementami i kakao, ale pierdolę zasady, ma być przyjemnie i po mojemu. Tak czy inaczej, jeszcze się uziemiałam trochę i w zasadzie… no właśnie, nie mam więcej pomysłów na więcej. Mogłabym iść na spacer, ale to może jutro rano. Na razie jestem trochę zmęczona, i trochę mi się nie chce.

Jakbyście mieli pomysł, jak na co dzień można pospa… znaczy, zadbać o swoje zdrowie, to zapraszam do sekcji komentarzy. I dziękuję, że czytacie.