[RECENZJA] Gomora. Władza, strach i pieniądze w polskim kościele – Artur Nowak, Stanisław Obirek

Dla Kasi i Madzi

Wiecie, dlaczego papież Franciszek przynajmniej w najbliższym czasie nie wyda encykliki, w której jest czarno na białym, że papież jest omylny? To proste – nie chce spowodować schizmy w Kościele Katolickim. Skąd to wiem? Ano – przyszło zaraz na końcówce książki Artura Nowaka i Stanisława Obirka: Gomora. Władza, strach i pieniądze w polskim kościele.

Choć autorzy świadomie nawiązują do reportażu „Sodomy” Martela, to w tym przypadku mamy do czynienia z publicystyką. Czymś w rodzaju przemyśleń, podsumowania tego, co się dzieje w polskim KK. W sumie, można by to nazwać 11,5 H esejem, który jednak ma wyraźne zakończenie. A przemyślenia są tak mocne momentami, że moja faza na znęcanie się nad KK właśnie się zakończyła. Ale może szczegółowiej.

Jeśli sądziłeś/aś, że po filmie braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” oraz po „Sodomie” Martela nic więcej nie zaatakuje Twojego mózgu, to byłeś/aś w błędzie.

Otóż, okazuje się, że można zaskoczyć czytelnika/słuchacza samym opisem tego, co się dzieje w polskim kościele. Jasne, jasne – wszyscy znamy temat molestowania. Ale nie o to chodzi. A raczej: nie tylko o to. Autorzy przytaczają historie korupcji i nie zdziwiłam się, gdy padło to wspaniałe słowo: SZCZECIN. Tam do dziś prawdopodobnie jest tak, że ksiądz załatwia budowanie kościołów, w wyniku czego szczecinianie za dwa lata będą dosłownie potykać się o kościoły, tyle ich nabudowali. I wszystkie puste! Właśnie – autorzy chcą zgłębić przyczyny takiej sytuacji. Robią to dogłębnie, przytaczając wypowiedzi znawców tematu, badań oraz innych mądrych ludzi.

Właściwie, autorzy dochodzą do pięknego wniosku, z którego wynika jedna prosta rzecz.

Człowiek to istota uduchowiona. Nie, żebym odmawiała ducha zwierzętom czy kwiatkom, ale wiecie, o co chodzi. Że nie potrzebuje jakiś nie wiadomo jakich instytucji, bo sam sobie może być sterem.

Dlaczego więc czuję się tak, jakby mój mózg potrzebował solidnej kąpieli?

Trudno nie opowiadać o KK – zwłaszcza tym polskim – i nie wspomnieć o papieżu Franciszku. Co prawda, zarówno Frederic Martel, jak i Nowak i Obirek wyjaśniają nam tzw. teologię ludu, ale to dopiero na stronie Więzi znalazłam piękny tekst, który grubo objaśnia genezę tego argentyńskiego zjawiska. I połowy nie zrozumiałam, bo autor posługuje się skomplikowanymi sformułowaniami. Tym się nie zadowoliłam i poszłam dalej czytać teksty z tego magazynu – o tym, dlaczego Franciszek jest fajny i dlaczego jest niefajny. Dopiero wtedy poczułam, że mój mózg błaga o litość. Prawdopodobnie, kopnął egregor cierpiętnictwa i szlachetnej biedy, której w polskim KK nie ma ani grosza.

Wygląda więc na to, że muszę przesunąć lekturę encykliki papieża, która jest przełomowa. Zostawiam dla Ciebie jednak link do niej, bo z tego, co opowiadają Nowak i Obirek jest to tekst i przełomowy, i piękny.

A ponieważ miałam audiobooka ze Storytel, którego czytał Adam Bauman, to myślę, że parę słów nie zaszkodzi. Robi to solidnie. A że autorzy opowiadają o KK w mało humorystyczny sposób, Bauman nie ma jakoś specjalnego pola do popisu. Za to wciąż świetnie się go słuchało, jednym tchem, bym powiedziała :).

[RECENZJA] Sodoma – hipokryzja i władza w Watykanie, Frederic Martel

Frederic obiecuje nam, że to, co przeczytamy, nie będzie nam się mieścić w głowach. I słowa dotrzymuje, nawet z nawiązką. Tylko nie wiadomo, czy to dobrze, bo rzeczywistość jest dziwniejsza od fikcji. Ale od początku.

Śledztwo dziennikarskie trwało cztery lata. W jego trakcie przeprowadzono ponad tysiąc rozmów, nagrano 300 godzin i zebrano całą masę źródeł z książek i innych dokumentów, które można obczaić w internetach (autor podaje stronę, ale o tym na końcu). „Sodoma – hipokryzja i władza w Watykanie” została wydana w 2019 i to jednocześnie na wielu różnych rynkach. Co obchodzi czytelnika, to to, że bardzo widać pracę włożoną w tekst. Co jeszcze bardziej obchodzi odbiorcę, to jak bardzo ta publikacja jest aktualna dziś? Cóż, obawiam się, że –

oprócz tego, iż kobietom będzie można wstępować do Gwardii Szwajcarskiej, to nic się nie zmieniło. Jestem przekonana, że długo nic w Watykanie się nie zmieni, bo to sodoma.

– Witamy w Sodomie – mówi się tak, gdy opowiada się o dziwaczności tego całego świata, jakim jest Watykan. Frederic nie skupia się na awanturach z Bankiem Watykańskim, nie skupia się też na tragediach związanych z molestowaniem seksualnym. On chce opowiedzieć o gejach w tym miejscu. I dopiero na miejscu dowiedział się, że trafił na żyłę złota. Oto bowiem okazuje się, że znaczna większość mieszkańców Watykanu to geje, a szacunki dla całego ogółu katolickiego świata wynoszą od 50 do 80%. Więc gdyby papież chciał się pozbyć gejów – tak, jak marzył o tym Ratzinger – to musiałby się liczyć z tym, że na jego dworze nikogo by nie zastał, a sam Kościół Katolicki miałby bardzo duże problemy organizacyjno-kadrowe. No, już zresztą ma.

Frederic nie tylko chce opowiedzieć o swoich rozmowach z księżmi, ale również pragnie wyjaśnić odbiorcy, skąd prawdopodobnie wzięła się taka, a nie inna sytuacja. I robi to doskonale. Homofobia w KK to coś na wzór wyparcia swojej własnej osobowości, bowiem okazuje się, że to najwięksi homofobi są gejami. Nie brakuje przy tym zabawnych anegdotek, ale autor nie ogranicza się do nich samych. Sam komentuje te sytuacje w uszczypliwy, acz barwny sposób, przez co nie sposób się nie zaśmiać, albo nie walnąć facepalma. Bo to, co się dzieje w Watykanie, to często jest nie do ogarnięcia. W momencie, kiedy usłyszałam, że w krajach azjatyckich – w tym Japonii – społeczność katolików jest bardziej liberalna od Watykanu, poczułam, że mój mózg wybucha. To nie do wiary!

Frederic zaznacza, że nie jest ani katolikiem, ani antyklerykałem i można mu wierzyć. Skupia się na faktach, a krytyka obejmuje to, co winno być skomentowane. To taka wyważona narracja, ale dzięki temu można się trochę zżyć z niektórymi księżmi, bo ich życiorysy są po prostu urocze. I emocje czytelnika mogą wziąć nawet – a może zwłaszcza – w epilogu.

Frederic punktuje kilka zasad, z jakimi można spotkać się w Sodomie, znaczy w Watykanie. Tu przyznam brakowało mi takiej punktacji, jedna po drugiej, by wszystko się ułożyło w głowie. A tak, mamy na początku rozdziału – albo w jego trakcie – spisany punkt dziesiąty czy piąty i musimy go zapamiętać. Ale być może, wszystko to jest w dokumentacji podanej na stronie autora.

I gdzie ta strona?

Ano – ponieważ słuchałam audiobooka, trudno było mi spisać ten adres. Tym bardziej, że google nie chce wyjść poza polskie internety, ale postanowiłam już się nie pastwić nad tą sprawą.

Co do audiobooka, to robotę robi Adam Bauman, który potrafi doskonale interpretować tekst. Z początku wydawało mi się, że idzie to wszystko w nostalgiczne tony, ale przecież w tej historii jest dużo nostalgii. Książka opowiada głównie o ludziach, którzy najczęściej nie są młodzi, rzadziej w średnim wieku, a najwięcej to mają ponad siedemdziesiąt lat. I to, co od nich słyszymy zwykle to historie ich życia, lata minione, opowieść o XX wieku. Z kolei wtedy, gdy Frederic robi uszczypliwe komentarze, to Bauman także w to potrafi. Polecam, książka dostępna na Storytel.

PS.: Niedawno otrzymaliśmy polską Sodomę, którą autorzy nazwali „Gomorrą”, specjalnie nawiązując do publikacji Martela. Również jest jako audiobook czytany przez Adama Baumana, i również jest na Storytel, więc – zapewne niedługo recenzja!

[JASNOWIDZENIE] Melbourne, nie poddawaj się!

Jak niedawno było głośno o Melbourne, to teraz ucichło. Przynajmniej w polskich mediach, bo w Australii, na miejscu, wciąż się dzieją hardkorowe rzeczy. I niestety, będą. Najbliższe trzy miesiące mogą być niespokojne, a to za sprawą tego miejsca:

Victorian Parlament. Tam – być może we wtorek, nie sprawdzałam w mediach, kiedy będą obrady w sprawie – zamierzają przepchnąć legislację zwaną Andrew’s unlimited power bill. Andrzej, znaczy Andrew to człowiek, który jest [autocenzura], bo chce na stałe wprowadzić stan wyjątkowy i tak dalej. Wiecie, reżim i takie jaja. Nie ma łatwo, bo już były przeciwko temu protesty, a we wtorek – bo dla uproszczenia przyjmijmy, że będą nad tym debatować właśnie wtedy – w parlamencie będą ostre dyskusje na temat tej ustawy. Żarliwe. I z tego co wiedziałam, to bardzo dużo osób nie będzie chciało, by ta legislacja weszła w życie. Właściwie to nie jest pewne, czy ją przepchną, czy nie, prawdopodobnie obrady zostaną wydłużone na inny dzień. ALE zobaczyłam jeszcze trzy rzeczy.

  • W Melbourne panuje strasznie ciężka atmosfera. Kiedy sprawdzałam w czwartek, to była na granicy stanu depresyjnego. Niewiele brakowało, by społeczność znajdowała w takim właśnie stanie. Ale im się nie udało. Bo uwaga – dosłownie ludzie w Melbourne się WKURWILI. To jest bardzo duży wkurw. Wściekłość, gniew. W skali uczucia dałabym 8/10.
  • Protesty będą. I to ostre. Ostrzejsze, niż były. I o ile w czwartek wyświetliło mi się słowo „WOJNA”, tak teraz przyszły konkrety. Niestety, będzie ofiara śmiertelna. Ponadto, ludzie będą chcieli się wedrzeć do parlamentu, już nie patrząc na policjantów-nazistów. Co ciekawe, w wizji jest, że im się udało. Takie mocne zamieszanie będzie trwało do trzech miesięcy, a mieszkańcy warto, by uważali, bo mogą wywołać kolejne trzęsienie ziemi.
  • Jest też bardzo dobra wiadomość dla Melbourne. To czy przepchną czy nie przepchną z grubsza nie będzie miało znaczenia. Oznacza to tyle, że ludzie wygrają. Będą żyć tak, jak oni chcą, a nie jakiś Andrzej, znaczy Andrew. Protesty protestami, ale plan Andrewa się nie uda. Być może dlatego, że jeśli ta ustawa niby zostanie przepchnięta, to wyższa instancja (rząd Australii?) zaneguje tę ustawę. Ponadto widziałam, że idzie do Melbourne światło – ono nadchodzi jak fala. Ze stolicy może, w każdym razie chodziło o to, że światło było nad Melbourne (jak sprawdzasz na mapie), a chodzi o sprawy w sądzie, które ludzie wygrywają. Oznacza to, że warto trzymać kciuki za Melbourne, bo tradies i reszta zwyciężą!

I to by było na tyle :). Zapraszam do zadawania pytań :D.

[RECENZJA] W lesie dziś nie zaśnie nikt 2

Rok temu przydarzyła się plandemia. Dla kina to była tragedia, ale znalazły się przypadki, które dzięki temu odniosły sukces. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” reklamowany był jako pierwszy polski slasher. I wszyscy byli ostrożni, bo na naszym rynku to było novum. Teraz? Wobec twórców kontynuacji można być bardziej hardym, bo my chcemy mieć dobre kino!

Tyle że slasher jako slasher to gatunek, który ma odświeżać mózg. Fantastycznie, kiedy jest dużo trupów i krwi. I czegóż to więcej od takiego dziełka oczekiwać? No właśnie, uważam, że maruderzy nie odrobili lekcji. Za to twórcy „W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” to wykonali.

Po pierwsze – film jest krótki i nie zawiera praktycznie żadnych dłużyzn. Bo fabuła jest prosta jak cep: Zosia (Julia Wieniawa) idzie na policję i opowiada o meteorycie, o zabiciu dwóch kolesi i w ogóle o tym, że wszyscy jej przyjaciele nie żyją. Czy to zdanie to kryptoreklama? Być może, jednak fakty są takie, że faktycznie wszyscy z obozu młodzieżowego w tamtej chwili są trupami. No to szef komisariatu uznaje, że dziewczę pierdoli trzy po trzy, ale obowiązki wzywają do tego, by ją zawieźć na miejsce przestępstwa, i by opowiedziała, co tam się do cholery wydarzyło.

No i Adaś – jeden z policjantów – stwierdza, że coś chyba jest nie tak, bo szef cały dzień jest w tym domku. I jedzie z koleżanką sprawdzić, co się odjewapniło.

Po drugie – trudno opowiadać o filmie, nie robiąc spojlerów. Bo szczerze powiedziawszy, choć film nie jest ambitny, to właśnie on nie chce taki być. Powiedziałabym, że jest najbardziej świadomym slasherem, jaki powstał. Twórcy od pierwszej sceny dają znać widzowi, że zamierzają bawić się formułą. I robią to doskonale, począwszy od nawiązań do hitów (niestety, za słabo się znam, by móc dobrze nakreślić listę i nie wiem, czy to nie jest naciągane), a skończywszy na nie ukrywaniu tego, czym slasher jest. I tu wyraźnie widać, że twórcy odrobili lekcję. Jak po poprzednim filmie były głosy „szkoda, że tego nie pociągnęli / nie zaznaczyli bardziej”, to tu zdecydowanie dali to, czego chcieli widzowie. Mało tego, jeśli widz myśli, że przewidział jakąś scenę, to się okazuje, że nie do końca. Twórcy nie tylko bawią się samą koncepcją slashera jako takiego, ale również i bawią się z widzem. Czy widz zrozumie, że ogląda film, który ma bawić, cieszyć?

Czyżby „W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” było idealne? Nie – bo od biedy można by się przyczepić do filozofowania klasy C, ale to też bardzo otwiera furtkę na trzecią część. No i nie do końca muzycznie mi zagrało, ale uznajmy, że jest okej. Co do trupów, to być może było ich za mało, chociaż było ich wcale niemało. Znaczy, powiedzmy sobie tak: gatunkowo to się całkiem spełnia, bo to nie ma być horror, więc morderca nie będzie torturował, a krwawe sceny, no owszem, są, ale znowu nie mają być „Piłą”. Ma to się dziać szybko. Chyba chcę po prostu napisać, że chcę więcej!

I naprawdę chcę więcej. Dlatego, że zdecydowanie lepiej się na dwójce bawiłam, niż na jedynce. Tu dali konkretne mięso, bez zbędnego przedłużania, seans minął bardzo szybko i jestem bardzo zadowolona. Sprawdźcie sami, to dobry slasher i czekam na trójkę. Zwłaszcza, że końcówka była taka, iż zostawia otwarte drzwi na kontynuację. Kontynuację, której forma znowu nie musi być jakaś bardzo oczywista, bo tam po prostu może się wydarzyć wszystko.

[JASNOWIDZENIE] Co piszczy w ZUSie?

Dla Z., która odważyła się zadać pytanie

2024 – ten rok będzie kluczowy dla systemu w Polsce. Dlaczego? Bo gdy ZUS się zawali, zawali się Polska. Oto jest dokładna odpowiedź, dlaczego rzond usilnie stara się pompować w ZUS, czyli w coś, co właściwie nie działa, jest niewypłacalne i leży. Jak te klocki powyżej, dokładnie w takim stanie, dokładnie z tymi przerwami między kolejnymi schodkami. Ilustrując zrobiłam, co mogłam, ale czy ten kształt nie przypomina Wam węża? Bo właśnie tak wygląda ZUS – wężowato i jest takim organizmem wpiętym w Polskę. Pasożytem. Jeśli system wypłat się zawali, to ludzie wyjdą na ulicę. Właściwie, w 2022 – od kwietnia – możemy liczyć na cyrk. Kolejna data to 2024, ale z grubsza wychodziło na to, że ZUS, system już umiera. Gdy umrze, będzie wstawiany nowy. I tylko od Polaków zależy, czy nowy system będzie świetlisty, czy ciemnisty.

Sprawdzałam jeszcze tzw. „iskrę z Polski”. Polska jest w tym przypadku iluzją, ale iskra już nie. Mamy bardzo dużo światła i mocy, jednak nie jesteśmy tego świadomi. Ta iskra to właśnie to światło. Jeśli uświadomimy sobie, jak zajebiści jesteśmy, to świat jest nasz. Pytanie, czy do tego dojdzie. Bo Polacy – niestety – przyzwyczaili się do ślepoty i samobiczowania się.

Jest jeszcze jedna kwestia, która nie daje spokoju głównie opozycji. Polska w UE – jeśli wyjdziemy, będzie horror. Jeśli nie wyjdziemy, będzie zbawienie. Prawda?

No właśnie nieprawda.

TO NIE MA ZNACZENIA, CZY BĘDZIEMY W UE CZY NIE – I TAK BĘDZIEMY MIELI PRZEJEBANE.

Natomiast zgadzam się z tym, że wyjście z UE może być dla nas korzystne, bo szybciej zobaczymy, ile w nas jest mocy i światła. Przestaniemy wreszcie liczyć na zewnętrzną pomoc, a zaczniemy zwracać uwagę na nasze wnętrze. 🙂

Interesujące jest jedynie to, czemu PiS koniecznie chce wyjść z UE, skoro dla naszego kraju byłoby to korzystne? Odpowiedź: oni nie myślą. To znaczy myślą, ale o najbliższej godzinie, a nie długoterminowo. Chodzi im o zebranie jak najwięcej energii. Wiecie, taki demon z Sailorek.

A teraz nieco z innej beczki, choć nadal obracamy się w temacie Polski. I Białorusi.

BARDZO POZDRAWIAM SERDECZNIE WSZYSTKICH BIAŁORUSINÓW!
MACIE WSPANIAŁE SERCA!

Są trzy, może cztery powody, dla których organizuje się tę sieczkę teatralną na granicy polsko-białoruskiej. Choć w sumie tam z tego, co piszą media niewielu jest Białorusinów, to w istocie sytuacja znacznie utrudnia im przedostanie się do Polski. I niestety, właśnie o to chodzi. O to, by piękne osobowości, wspaniali ludzie z Białorusi nie mogli liczyć na przedostanie się do lepszej (?) rzeczywistości. Niby to zahamuje światło w Polsce (przypominam, że Polacy mają w sobie dużo światła i mocy!), bo Białoruś jest taka… no śliczna (niewinna) sercem. Tak to czuję.

Oprócz tego, jest jeszcze zwyczajny egregor uchodźców. Tak, tak, wahadełko, które chce tylko brać energię od ludzi pełnych współczucia i tak dalej. Bardzo prozaiczne? Ale tak to jest… życie jest prozaiczne ;).

Generalnie, temat z uchodźcami to jest temat ważniejszy dla Białorusinów, niż dla nas. To dla reżimu Łukaszenki jest to przedstawienie, to dzięki niemu dostaje więcej pieniędzy, to on na tym korzysta.

Niestety, jest jeszcze jedna sprawa. W wizji dosłownie wyświetliło mi się tak:

PRZYJAŹŃ =/

Oznacza to, że PiS buduje mury po to, by rozwalić przyjaźń polsko-białoruską. Same fizyczne mury to wiecie, kij z nimi. Rozwałka więzi między naszymi narodami się nie uda, bo jedni i drudzy pałają do siebie sympatią. Ale Rosji – tak, gracz w postaci mateczki Rosji się pojawił – wszelkie aferki, które niszczą pokój między dwoma państwami, przyjaźń między nimi, są na rękę. Jednak nie widziałam, by to zamieszanie jakoś poważnie przyczyniło się do kryzysu.

Kochani Białorusini – i Wy macie moc.

Damy radę rozbić te ustrojstwa, tylko cierpliwości :).

Wszystkiego dobrego dla czytających to!

[commentary] Fejsbruczek bierze Metę

Z pozoru zrobili to, co wielkie korpo robią od zawsze: porządkują swoje produkty, tworząc matkę-spółkę i podpinając pod nią mniejsze. U Fejsbruczka będzie to Meta. Polski internet ma śmiechawkę, bo się kojarzy z nałogiem, narkotykiem. W angielskim nie – ponoć wszyscy jarzą, że chodzi o metawersum.

Skończyłam pierwszy wstęp, teraz mogę zacząć drugi. I serio, bo byście zrozumieli, co chcę Wam przekazać, muszę napisać o informacjach. Więc, zacznę od przykładu, który zrozumie chłop z rozumem prostym jak budowa cepa. Nazwijmy go Kartofel. Żeby ktoś zrobił krzywdę naszemu Kartoflowi, musi się on na to zgodzić – świadomie. No ale jak to, przecież nikt mu nie powie „panie, paaaan w 2020 zarazisz się pan jakimś chujstwem, zgadzasz się na to?”, prawda? Inaczej by facet odmówił wprost.

Ano właśnie nie do końca.

Zauważcie, że informacje o tym, co nastąpi w 2020 były nam podawane od lat. 2017 – jakaś laska pisze o eksperymentach genetycznych na ludziach. Potem mieliśmy jakiś kongres, który omawiał plandemię. I tak dalej, i tak dalej. Działo się, informacje napływały, a ludzie – nie protestowali. Kompletnie NIC NIE ROBILI. A jeszcze konkretniej: NIE SPRZECIWIALI SIĘ.

Och, poleciałam? To inny przykład. Nasz Kartofel, chłopina prosty, acz zacny, co niedzielę chodzi do kościoła. Wierzy w Pana Boga i w ogóle, tak jak na prostego chłopinę z Wygwizdowia Dolnego przystało. Tylko że co on robi w trakcie mszy? Ano, ano – wypowiada słowa, które blokują mu czakrę serca, które kradną mu energię i pewnie parę innych trików. No, ale on to sam to robi! Sam wyraża na to wszystko zgodę! I dlatego mu to się dzieje! Nikt go do tego nie zmusza, bo przecież może olać totalnie modlitwy, a nawet przestać przychodzić do kościoła.

Już wiecie, o co mi chodzi, prawda?

A zatem, przechodząc z powrotem do fejsbruczka. Nasz niekoffany celebryta, znaczy się prezes giga korpo, Mark Cukierbierg wygląda w tej chwili tak:

Moje pierwsze wrażenie – jaki paskudny wygląd. On nie wygląda jak człowiek, nie wygląda realnie. Ktoś miły (pozdrowienia!) dobrze to opisał: to kukiełka. Facet wygląda dokładnie jak kukiełka. Ale, oczywiście, zachęcam do samodzielnego wejrzenia w tę sprawę, o ile macie ochotę.

No i gościu chciałby zrobić Avatara w naszym życiu. Co, może nie? A przeczytajcie tylko to:

Ma nią być metaverse, czyli miejsce, w którym możemy się znaleźć osobiście, a nie tylko na to patrzeć, jak na strony www. Metaverse ma być następcą dzisiejszego Internetu do oglądania wideo, grania w gry i spotkań: towarzyskich oraz biznesowych. Wszystko, co robimy online, będzie bardziej żywe i naturalne – mówi Zuckerberg. Podstawy do Metaverse już są, ale jako całość nie da się go doświadczyć. Zamiast nowych produktów, Zuckerberg chce pokazać nam przyszłość. (źródło)

Innymi słowy – wirtualna rzeczywistość. Innymi słowy matrix w matrixie. Na szczęście z moich odczuć wynika, że im się to nie uda. A Was zachęcam do tego, byście nie wyrazili na to zgody.

No co, chyba nie chcecie skończyć jak w Matrixie? :>

No to ja nie wyrażam zgody na tego typu eksperymenty fejsbruczka i innych korpo. I tyle!

AKTUALIZACJA 29.10.

No i się pomyliłam. Okazuje się, że jeśli chodzi o humor, to jest on uniwersalny dla całego globu. Dosłownie całe internety zaczęły się naparzać i z nazwy, i logotypu. A właśnie, o logotypie jeszcze nie wspomniałam, choć jest to mega ważny punkt zaczepienia. I tu chciałam zaznaczyć, że jest to jedynie mój pogląd, Wy możecie inaczej sprawę ocenić. Ale pamiętajcie, że chodzi o korpo. O Fejsbruczka. To nie może mieć dobrych intencji.

Logotyp Mety wygląda tak:

Zaś logotyp nieskończoności wygląda tak:

I z mojego osobistego doświadczenia wynika, że nie jest niczym pozytywnym. Nie będę wchodzić w jakieś wielkie filozofie, w skrócie opowiem Wam, co się stało.

Kilka lat temu pisałam pewną powieść, którą pierwotnie nazwałam „Amalią”, a ostatecznie – „Krzykiem”. Nie, nie jest wydana i w takiej formie nigdy pewnie nie zostanie wydana. Jednak aktualnie jest przeze mnie redagowana, w tłoku są prace. Główna bohaterka o jakże wspaniałym imieniu Amalia, dawno dawno temu była niewolnicą. Ponieważ narodziła się bez starej pamięci i ponieważ wie tylko, że nienawidzi pewnego gościa, oraz jest młoda i dość specyficzna, to nic nie robi ze swoimi niewolniczymi wzorcami. Pewnego dnia jednak z opresji – tak w skrócie, bo to naciągane, ale chodzi o sedno – wyciąga ją Agafe. Ta wyjmuje z jej ciała metalowy znaczek, który wygląda tak:

Czekaj, co się właśnie stało? Zaczęłam się nad tym zastanawiać, bo przecież znak nieskończoności nie jest jakimś złym znaczkiem, prawda? To głównie znak matematyczny, wywodzący się z greckiej litery omega, a w sumie nie wiadomo. Może jego stwórca – John Wallis – był masonem? No dobra, zostańmy przy tym po prostu, co pisze wikipedia.

Tak czy inaczej, zapytałam na grupie rozwojowej, co ten znaczek mógłby tak naprawdę znaczyć. No bo jednak z jakiegoś cholernego powodu on siedział w mojej podświadomości, prawda?

Ktoś wypalił: to znak niewolnictwa.

Wszystko się zgadzało – moje doświadczenia z poprzednich wcieleń, niszczona Amalia i wybawienie w postaci Agafe, która jej ten stygmat wyciąga.

W związku z tym doszłam do wniosku, że ten znaczek istotnie ma takie znaczenie.

A teraz widzę, że Fejsbruczek chce zrobić Matrixa w Matrixie mówiąc o tym wprost ludziom. I jak sobie człowieczyna uświadomi, że korpo traktują jednostki jak niewolników (tak, tak – nawet użytkowników wirtualnego świata), to historia zaczyna mieć nieco inne znaczenie.

PS.: O samej Agafe możecie przeczytać w książce dostępnej w tym sklepie. Polecam i miłej lektury!

„Diuna” Villeneuve’a i chcę zobaczyć to jeszcze raz

Czy to zajebisty film? Tak. Czy może się dłużyć? Tak. Czy jeśli nie znasz pierwowzoru, to możesz się świetnie bawić? Tak. Ale może po kolei…

Gdy pierwszy raz sięgnęłam po „Diunę” Franka Herberta to nie obchodziło mnie, że mam wydanie z mocno spaczonym tłumaczeniem. Po prostu, jako 11-latka doskonale się bawiłam, bo uznałam powieść za przygodową. A „Diuna” Villeneuve’a również jest opisywana za taką historię, choć przez to odbiorca nie znający historii może wpaść w pułapkę. Bo tu nie idziesz na kolejną nawalankę w kosmosie, ani nawet na typową story „od zera do bohatera”. Gdy wchodzisz na seans, to wchodzisz na (nie licząc reklam trwających 20+ minut) kino artystyczne. Kino, które chce wgłębiać opowieść bohaterów. Tu nie jest ważne „bum bum Harkonennowie są źli i trzeba ich pokonać”, tu istotny jest rozwój bohaterów. Psychologia, pany. A także jesteś po to, by pochłaniać obrazy i muzykę Hansa Zimmera. Więc jeśli usłyszysz, że dla kogoś ten film był nudny, to najpewniej nie przeczytał powieści, a już na pewno nie jest fanem historii. Bo opowieść o Arrakis, opowieść o Paulu JESZCZE Atrydzie trzeba rozpatrywać głębiej. I tak, w przypadku tego filmu jest to konieczność.

„Diuna” jest uznawana za arcydzieło literackie. Trzy pierwsze tomy i chyba na każdym się wzruszałam. W każdym razie jest tak nie tylko dlatego, że Frank Herbert siedział 10+ lat nad kwestią klimatu jako takiego, ale również dlatego, że science fiction z wysokiej półki chce opowiedzieć coś więcej. Tu mamy chłopaka, który dla siebie do pewnego momentu jest zwykłym chłopakiem, ale niekoniecznie dla matki. Ale od początku.

Z grubsza chodzi o to, że przez 80 lat Harkonnenowie posiadali Arrakis i jest to bardzo, bardzo zły ród. Jednak cesarz imperium postanawia zmienić sytuację i przekazuje Diunę Atrydom, którzy dotychczas władali piękną planetą, gdzie było w bród wody i roślinności. No i zaczyna się zabawa.

Nie wiem, czy opowiadać Wam fabułę, ale z grubsza weźmiecie pierwszy tom „Diuny” to tam będziecie mieli trochę opisu tego, co dzieje się w filmie Villeneuve’a. Tyle że ci, którzy czytali wiedzą doskonale, że reżyser postanowił historię nieco… uwspółcześnić? Ależ nie, nie dodał jakiś dziwacznych elementów. Po prostu, narracja właśnie poszła w tę stronę, którą widać już w drugim i trzecim tomie historii. Zaprawdę, widać, że zapowiada się na coś wielkiego. Ale że widz niekoniecznie musi o tym widzieć, to może być zaintrygowany wizjami Paula JESZCZE Atrydy. Czemu jeszcze? Przeczytajcie te trzy tomy!

Można powiedzieć, że 2020 (bo wtedy miał mieć premierę ten film) to ten rok, w którym okazało się, że technologia jest na tyle zaawansowana, że podoła tak pięknej powieści, jaką jest „Diuna”. Są rodzinne ziemie Atrydów – idealnie pokazane, właśnie tak sobie wyobrażałam Kaladin. Jest Arrakis – czy tu trzeba coś dodawać? Estetyka technologiczna poszła znacznie do przodu względem lat 70 czy 80′ XX wieku. I to doskonale zgrywa się z obrazem pustyni. Co ciekawe, tak naprawdę do pokazania piękna Diuny nie trzeba było używać jakiejś wybitnej technologii komputerowej. Tu raczej trudność polegała na zrealizowaniu takich zdjęć pustyni, zestawieniu je tak w komputerze, by robiło to wrażenie. No po prostu siedź i pochłaniaj. Obraz. Daj się temu porwać, a nawet jeśli okaże się, że to historia nie dla Ciebie, to ten obraz i muzyka Cię udobruchają.

Czy ja już mówiłam, że Hans Zimmer zrobił kolejny raz wyrąbistą ścieżkę do wyrąbistego filmu, który okazał się największym hitem kasowym w karierze Villeneuve’a?

Dobra, może teraz o bohaterach jako takich. Bo wydaje mi się, że warto wspomnieć o aktorstwie, choć wątpię, czy któryś z nich będzie nawet nominowany do Oscara. Ale jak mi „Diuna” nie dostanie jakiejś nagrody za muzykę czy efekty, czy cokolwiek, co jest zajebiaszczego w tym filmie, to walnę takiego focha…………

Dobra, ekhem, wracając do aktorów.

Paula Atrydę gra Timothée Chalamet i w sumie uważam, że to był dobry, kastingowy wybór. Po pierwsze, poznajemy chłopaka jako zwykłego chłopaka. Wyróżnia go jedynie pochodzenie i to może, że Atrydzi mają najlepszych wojowników w Imperium. Dlatego taki chłopaczyna pięknusi idealnie się sprawdza. Bo prawdziwą przemianę przejdzie dopiero w drugiej części książki czy filmu, której ten obraz nie przedstawia. Na razie jest droga, jak on się znalazł wśród Fremenów, tubylców na Arrakis.

Lady Jessicę, matkę Paula gra Rebecca Ferguson. Uważam, że twórcy stanęli na wysokości zadania i bardzo pogłębili tę postać. To jak ona się denerwuje, kiedy Bene Gesserit przybywa i testuje jej syna zrobiło na mnie wrażenie. Jej emocje związane z sytuacją są bardzo dobrze rozegrane. Nic dodać, nic ująć.

Oscar Isaac to ojciec Paula znany jako książę Leto. I cóż mogę powiedzieć – tu jest [spojler] świetnie pokazana scena jego śmierci. Wyszło mrocznie i w sumie dobrze, bo mroczne jest serce Harkonnenów, którego prawdopodobnie i tak nie posiadają.

Pojawiły się krytyczne głosy na temat doboru aktora do Duncana Idaho. Wciela się w niego Jason Momoa i teraz pomyślcie. Jak może wyglądać jeden z najlepszych wojowników w kosmicznym Imperium? No przecież, że mięśnie musi mieć, prawda? No i te jego włosy również. W ogóle, jak oglądałam [spojler] śmierć Duncana, to znowu krzyczałam: „nieeeeeee!!!! Żyj, Duncanie!!1111” czując się dokładnie tak, jak dzieciak oglądający scenę śmierci ojca Simby z „Króla Lwa”. Za każdym razem, bo Duncan był naprawdę szlachetnym wojownikiem z krwi i kości.

Stellan Skarsgård już tu był, już coś grał, jednak naprawdę będzie mógł się dopiero wykazać w kolejnej części filmu, bo tam właśnie będzie kontynuacja motywu barona Harkonnena i jego niecnych planów dotyczących Arrakis.

Za to Liet-Kynes to postać, która trochę była w książce, ale w zasadzie to mała aferka zrobiła się przy filmie. Dlaczego? Bo czytelnicy uznali z góry, że ten ekolog jest mężczyzną. A tu niespodzianka: u Villeneuve’a jest to kobieta. I tak sobie myślę… wsio rawno, jaką płeć miał ten bohater, jeśli dla fabuły nie miało to specjalnego znaczenia? Ba: w filmie w zasadzie idzie na korzyść żeńskość ekologa, bo Paul może zaszpanować. Ha! Ale ta aferka jest bez sensu, bo fabularnie nic się przez to nie zmienia. :).

Czy ja powinnam jeszcze o czymś powiedzieć? A, tak. „Diunę” pochłania się, tak jak pustynia pochłania ciała… dobra, wróć. Mam ochotę wybrać się na drugi seans. I odświeżyć książkę. I jestem nieobiektywna i zachwycona. Przed seansem obawiałam się, czy Villeneuve stanie na wysokości zadania, ale stanął. Więc wszystkich, którzy zastanawiają się, czy iść, czy nie… idźcie. Idźcie, bo wybierając HBO NAPRAWDĘ tracicie. No chyba że macie ekran i głośniki a’la kino, ale wiecie. To jest po prostu film, który ogląda się w kinach.

[RECENZJA] Zabij to i wyjedź z tego miasta

Jest to film, na którym poczujesz dyskomfort. A po seansie będzie się on utrzymywał jeszcze trochę. Ja na przykład pomyślałam sobie, że mogłam nie zrozumieć wszystkiego i muszę poczytać mądrzejsze głowy ode mnie. A właśnie, głowy…

Już od pierwszej sekundy wiemy, że styl animacji nie będzie taki, do którego się wszyscy przyzwyczailiśmy. Ani to kolorowe, ani nawarstwione CGI. Więcej nawet – te wszystkie rysunki bardzo mocno kojarzą się ze starymi, jeszcze PRL-owskimi animacjami. Próbowałam obczaić, jaki styl ogólnie mają prace Mariusza Wilczyńskiego, ale mój net znacznie utrudnił mi to zadanie. Jednak powiedzmy sobie: to wrażenie tektury jest jak wypisz wymaluj ze starych produkcji. A „Zabij to i wyjedź z tego miasta” znacznie nawiązuje do czasów słusznie minionych, choć dla widza, który ich nie pamięta, produkcja jest i tak zrozumiała. Tymczasem ponurość z obrazków doskonale komponuje się z tym, co słyszymy i przeżywamy. Są one takie… naturalistyczne? Nie do końca wiem, jak to określić – na pewno obnażające biologię. To że mamy ciało i jak ono funkcjonuje. Widzimy na przykład proces zszywania materiału, ale tym materiałem okazuje się być skóra. Naprawdę, scena wzbudziła we mnie duży dyskomfort, ale nie była ona taką jedyną. Bo na drugiej płaszczyźnie rozgrywał się dramat psychologiczny, że tak powiem.

Właściwie z miejsca dostajemy informację: tak, to film z przemocą. Zaczyna się delikatnie, bo od biednych zwierzątek, ale w końcu autor postanowił przejść do nieco bardziej krwawszych, niepokojących scen. Pół biedy, jakby to się opierało jedynie na scenach horrorowych, ale właśnie nie. One są – zresztą, jak całość – nierealistyczne, surrealistyczne. To wszystko ma być pokazane nie wprost, a symbolicznie. I im dalej w to wchodzimy, tym widzimy, że główny bohater, Mariusz, jest tylko głównym obserwatorem. Bo tak naprawdę to inni w filmie pełnią główne skrzypce.

Ci inni to wszyscy ci, którzy już odeszli z życia twórcy.

Począwszy od rodziców, a skończywszy na przyjaciołach Wilczyńskiego: Wajda, Nalepa i jeszcze parunastu artystów, którzy może i zdążyli nagrać głosy do obrazu, ale nie zdążyli go zobaczyć.

A może zdążyli?

I o ile można mówić, że twórca rozliczył się z przeszłością i jest to film na poły biograficzny – bo biograficzność to pamięć – to tak naprawdę jest on hołdem dla tych wszystkich, którzy już odeszli. Hołdem dla dziadków, z którymi zresztą Wilczyński spędzał dużo czasu i hołdem dla jego matki. On nie chciał siebie pokazać, on chciał pokazać to, co pokolenie jego rodziców przeżyło i w jaki sposób. Nostalgię wzmaga rozmowa z kombatantem wojennym, a przede wszystkim użycie głosów osób zmarłych (m.in. Wajdy) i muzyki Nalepy, czyste lata siedemdziesiąte.

Ten film nie jest dla każdego. Jest dyskomfortowy. Jest taki, że masz wrażenie, że wiesz, że to kino artystyczne, ale jakby tak nie do końca rozumiesz, co autor chciał przekazać, choć wiesz, co autor chciał przekazać. Po prostu zawiera w sobie mnóstwo symboliki, mnóstwo scen, które mogą mieć różnorakie znaczenie. Jednocześnie wysoka ocena krytyków nie dziwi: bo tu wszystko jest dograne na ostatni guzik. Doskonały dubbing i świetna realizacja animacji.

Nie jestem jasnowidzem, możesz mi zaufać [1]

Nie jestem jasnowidzem, możesz mi zaufać. A że wczoraj naczytałam się teorii spisgowych na temat awarii fesbunieczka, postanowiłam olać temat, bo przy sprawdzaniu niewiele wychodziło pewnych rzeczy. Ale za to poświęciłam czas na dociekaniu czegoś innego. Po mapce widać, że chodzi o Australię. Bonusowo opowiem Wam o Polsce, ale to na końcu.

  • Sydney obecnie nie jest zbyt ciekawym miejscem do zamieszkania, ponieważ jest taka wojskowa atmosfera. Panów w mundurach wyprowadzono po to, by ludziom utrudnić protesty w wiadomej sprawie. Natomiast jest ciekawe to, że do całkowicie przerąbanej sytuacji NIE DOJDZIE, bo to miejsce coś chroni. Nie wiem co – po prostu w Sydney są spięcia i jest jakaś ładna otoczka, która blokuje pogarszanie się sprawy. Obecnie sytuacja jest taka, że premier im się zmienił, bo poprzedni w postaci panienki był zamieszany w sprawy korupcyjne i musiał zrezygnować z urzędu. Jeszcze nie do końca wiadomo, jak to będzie z nowym premierem, ale i to postanowiłam sprawdzić. Niestety, będzie próbował ciągnąć pewien durny plan, jednak Melbourne działa, przez co nowy premier będzie się wahał, czy iść śmiało i tworzyć pole bitwy, czy nie. Przynajmniej w początkowym stadium jego ruchy będą niepewne, bo patrząc na gniew ludzi z Melbourne, to mu się trochę odechce zaostrzać przepisy. Innymi słowy: poczekamy, zobaczymy, zapewne jeszcze w tym tygodniu. No co? Nie jestem jasnowidzem, możesz mi zaufać.
  • Za to Melbourne ma przerąbane. Nie patrzyłam przez tydzień na filmiki stamtąd, jednak wciąż mi się pokazuje, że tam jest wojsko, a tradies (budowlańcy) ❤ i ludzie w cywilu będą z nim walczyć. Obecnie, policja sprowadziła do siebie jakąś pomoc, która przynajmniej przypomina zielonych ludzików. Niestety, niepokoje będą dość ostre, bo zacznie się od rac, a skończy się na Mołotowie. Tak czy siak sercem jestem po stronie ludzi, po stronie protestujących, po stronie tradies i wszystkich pokrzywdzonych przez tych sk….
  • A teraz najważniejsze info dnia: SYDNEY NIE JEST STOLICĄ AUSTRALII. Jest nią Canberra i ma premiera, który woli spokój i jakoś nie chce mu się wdrażać pewnego niemiłego planu. To widać na mapie. Jednak jest tam spięcie, bardzo duże, które prawdopodobnie bierze się z parlamentu i rządu, bo ci przyglądają się sytuacji szczególnie w Melbourne z coraz mniejszą cierpliwością. Parlament blokuje rząd, więc wkurwik jest tym większy, bo niewiele można zrobić z tym fantem, jak i z samym Melbourne. Także no – sama Canberra jest na luzie, ale igraszki rządowe już nie są tak miłe.

A teraz obiecany bonus, który wszyscy znają i kochają, bo nie tylko ja o tym mówię, ale sprawę sprawdziłam dużo wcześniej. A TO POLSKA WŁAŚNIE!

No i co z tą Polską?

Ano – nic. Mamy światło, którego nie jesteśmy świadomi, więc go nie wykorzystujemy. To jest ta lepsza wiadomość. Gorsza jest ta, że mamy jedną, bardzo konkretną plamkę ciemności i prawdopodobnie jest ona na Wiejskiej w Warszawce. Jest to po prostu ciemne miejsce i tyle.

Dobra, starczy tego dobrego. Komu się spodobało, ten może udostępnić (dziękuję), a kto przewrócił oczami, niech scrolluje dalej. Pozdro dla wszystkich 🙂.

Wyznania foliarsko-studenckie

Dla świętego spokoju mojego samopoczucia zrobię ten wpis, choć już widzę, że gardło odżywa. Otóż, tak: cały dzień mnie napieprzało. Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, jak działa organizm, nawet nie pomyślałam o telefonie do przychodni. Jęłam wodę z solą i do rozmyślań.

Organizm reaguje na różne sytuacje. Dlatego też bardzo stresowa, nieomal traumatyczna sytuacja z marca 2020 z akademikiem w tle przekonała mnie, że mam wyrąbisty organizm. Po tym wszystkim nic mi praktycznie nie było, a mogło wydarzyć się wszystko: od niesamowicie dużego kataru, a na bólu gardła skończywszy. W zasadzie skończyłam z kilkoma wspomnieniami, które wracały do mnie w randomowych porach. Od razu wyczułam, o co tu biega, więc pozwoliłam wspomnieniu po prostu przejść, nie panikując. Od tamtego czasu filozofia, jaką wyznaję wobec „chorób” tylko się wzmocniła. I mało tego, wiele razy dostawałam na tacy wydarzenia, które udowadniają to, co myślę.

Dlatego często widząc posty w stylu „no zachorował, to szło tak i tak, i trzeba było to zrobić” nawet nie chce mi się wchodzić w dyskusję. Podobnie jest z twierdzeniem „nie szczepiąc się, narażasz innych”. Nope, nikogo nie narażam, bo moje ciało to moja odpowiedzialność. Tylko i wyłącznie. A „choroby” działają zupełnie inaczej, niż to medycyna konwencjonalna chce.

Organizm reaguje na sytuacje i nasze emocje. To taki przekaźnik, w którym tymczasowo przebywamy. Nie jesteśmy ciałem, ale go posiadamy. Uświadamiając to sobie, zaczynamy inaczej patrzeć na biologię. Choć oczywiście, nikt nie zabroni nam pójścia do lekarza, ale często jest tak, że uświadomienie sobie przyczyny stanu ciała jest uzdrawiające. Na przykład gardło.

A patrzcie na inteligencję organizmu.

W poniedziałek była dłuższa rozmowa w X i niestety, ale nie bardzo zostałam wysłuchana. Właściwie to nikt nie chciał mnie słuchać, choć może jedna osoba się starała. W związku z tym uznałam, że nie ma sensu przebywać na tego typu imprezie, skoro rozmowa toczy się poza mną. Może to i przykre, ale tak było. Kolejnego dnia niewiele się działo, ale dalej byłam w gościach. Istniała więc potrzeba wyrażania się, komunikowania się. Gdy wróciłam do domu sytuacja nagle się zmieniła – już tak dużo gadać nie trzeba.

Organizm stwierdził, że jest to najlepsza pora na to, by wyrazić swoją solidarność z moją osobą. Dziękuję, kochane ciało. I faktycznie, gdy sobie pomyślałam, że przez takie niewysłuchanie gardło może mi nadawać, ból zelżał. Następnie pochwaliłam się zachowaniem gardła przyjacielowi, który zadał ważne pytanie: „duchowo czy grypowo?”. Przyszło mu, że duchowo. Fakt faktem, w jakiś sposób zostałam stłamszona.

Dlatego, by zakończyć ostatecznie sprawę, stwierdziłam, że napiszę ten wpis. Nikt nie słucha, to może ktoś to przeczyta.

No więc powyższa sytuacja z gardłem jasno pokazuje, jaki jest mój świat. Świat, w którym „choroby” to reakcja organizmu na pewne rzeczy. Mało tego, w „Radowych dziewczynach” można przeczytać o pewnej pani, która pracowała z radem właśnie. Wiadomo, co to mogło spowodować na dłuższą metę. A jak się skończyło? Kobieta zakochała się w życiu, wiele lat podróżowała po świecie i długo żyła. Znacznie dłużej, niż można by było przypuszczać. Może miała tak wspaniałe geny? Kto to wie. A posłuchajcie tego, pewna babeczka zachorowała na raka, po czym ogarnęła złość na mężczyzn i wyzdrowiała. Magia? Nie, świadomość. Mogłabym długo zanudzać, ale po co?

Wystarczy, że w moim świecie „choroba” jest iluzją. Bo też inaczej nie może być, skoro absolutnie wszystko nią jest. Ciało, ból, dom, Ziemia…. Matrix, Panie i Panowie, naprawdę istnieje. Stąd niektórzy określają ten film jako dokument. Nie zgadza się tylko to, co jest pokazane po wyjściu z Matrixa. Tam mamy ponurą, depresyjną rzeczywistość. A fakt jest taki, że jest inaczej. Mamy wiedzę, że istniejemy w wirtualnym czymś, więc możemy się bawić światem.

Skoro ból gardła jest iluzją, dlaczego męczę się z tym cały dzień?

Zakotwiczenie w iluzji.

Nasz umysł potrzebuje długiej chwili, by zdać sobie sprawę, że coś nie istnieje. Jasne, Proces – który praktykuję – podziała na drobniejsze sprawy. Na przykład wstałam pewnego dnia i poczułam coś nieprzyjemnego w nodze. Niewiele myśląc, zastosowałam Proces właśnie. I nastał spokój, o sprawie praktycznie zapomniałam. Jednak weźmy pod uwagę, że ja w tamtym momencie nie miałam jakiegokolwiek podejścia do sprawy – po prostu to zrobiłam. Znacznie bardziej problemowo jest, gdy ma się do czynienia z ogromnym bólem, który promieniuje na dość dużą przestrzeń. Wówczas zrozumienie, że to nie istnieje może zająć w kij długo i być bardzo czasochłonne, bo ból zakotwicza nas w iluzji. Łatwo powiedzieć, żeby być obserwatorem i tak dalej. Trudniej jednak tego dokonać.

Dlatego czasem warto wybrać z pozoru bardziej czasochłonną ścieżkę, ale praktycznie szybszą. Uświadomienie sobie źródła problemu powoduje, że sprawa się uzdrawia. Świadkiem tego jestem ja i Wy, jeśli czytacie ten tekst.

Ponadto nigdy nie miałam dobrych relacji z medycyną konwencjonalną. A to marnowała czas, a to nie potrafiła dociec problemu, a to jeszcze szkodziła. Zresztą moja ś.p. babcia mówiła, że człowiekowi przepisuje się lekarstwo na chorobę A, które wywołuje chorobę B. Można powiedzieć, że biznes tak czy siak się kręci.

Niespecjalnie zresztą miałam pozytywne relacje z medycyną konwencjonalną. I jasne, zdarza się jej uratować życie. Dostarczanie potrzebnej krwi ofiarom wypadków to przecież nic złego. Inna kwestia jest taka, że po wszystkim one będą miały w sobie cechy poprzedniego właściciela. Ale czy to ważne? W sumie to nie.

Zresztą, moje doświadczenia z psychiatrią nie należały do najbardziej wzorcowych. System nawalił. Docelowo powinno się brać regularnie leki i chodzić na terapię. Terapii nie było. A nie, czekaj. Znalazło się miejsce w Centrum Interwencji Kryzysowej, ale po tym, jak poczułam, że chcę się zabić drugi raz. I potem byłam bardzo wdzięczna p. Kai, ale i tak przerwałam sprawę. Problem pojawił się taki, że mój problem nie był prosty jak budowa cepa.

Czy powie to każdy niezadowolony pacjent terapeuty? Przecież nie od dziś wiadomo, że jeśli on nie chce wyzdrowieć, to nie wyzdrowieje. Koniec i kropka.

No, nie do końca.

W medycynie jest bardzo prosty przekaz – oddzielenie. Ciało jest maszyną i to ono nami rządzi. Już taki przekaz słyszałam u Przeciętnego Człowieka. W zasadzie to nie spotkałam się jeszcze z osobą, która byłaby lekarzem i patrzyła na jednostkę naprawdę całościowo. Ciało, umysł i duch nie mogą funkcjonować oddzielnie w tym sensie, że wszystko, absolutnie wszystko w nas jest ze sobą połączone i następuje symbioza. Czy jakoś tak, ja się na trudnych słowach nie znam, ale nie można rozpatrywać psychiki, nie mając pewności, czy organizm z jakiegoś dziwnego powodu nie stwarza problemów hormonalnych.

A propos hormonów.

Będąc jeszcze normalnym systemowcem, poszłam ja sobie do lekarza ginekologa. Ten stwierdził, że mam problemy z hormonami i trzeba to uregulować. Cudownie! Tyle że miałam wówczas ładną sylwetkę, którą dość długo utrzymywałam. A on mi dał lek sterydowy, który sprawił, że znacznie przytyłam. I tak, jakiś czas później byłam na to wszystko bardzo, ale to bardzo wkurwiona. Tym bardziej, że wystarczyło zastosować sposoby…. medycyny alternatywnej.

Złość już mi przeszła, ale fakty zostały. Fakty, które są takie: gdy zaczęłam praktykować codzienne noszenie kiecek, mój okres przestał dawać mi się ostro we znaki. Gdy zastosowałam czarnuszkę, to było jeszcze lepiej. A najlepsze efekty nastąpiły po tym, gdy… tak, pokochałam okres. Zaakceptowałam swoją kobiecość. Poczułam, że bycie kobietą jest spoko.

Ale oczywiście na to lekarz ginekolog nie wpadnie, bo po co? Lepiej truć organizm, prawda?

Pewnie mogłabym snuć dalej przypadki, ale po co? Ten wpis jest i tak wystarczająco długi, a nadal nie odpowiedziałam na pytanie:

DLACZEGO NIE CHCĘ SIĘ SZCZEPIĆ?

Cóż, poszukajcie w tekście. Znajdziecie przynajmniej dwa argum…. a dobra, nie chce Wam się. Dobra, w skrócie: „choroby” to iluzja, a organizm jest bardzo mądry i wie, jak reagować na pewne sytuacje, by pokazać, że coś warto uzdrowić. Od razu zaznaczam: nie neguję wynalazków medycznych, które ułatwiają ratowanie życia. Po co? Zarówno medycyna konwencjonalna, jak i medycyna naturalna mają swoje zalety i wady. Gdyby tylko system pozwalał tym dwóm filozofiom współpracować, to nie tylko mielibyśmy zdrowszych pacjentów, ale również i szczęśliwszych lekarzy, których by nie ciągano po sądach, bo stwierdzili nie tak, jak system tego zapragnął.

Ale najważniejsze w tym wszystkim jest przekonanie, że mój organizm jest po prostu wyrąbisty.

Jasne, czasem potrzebuje pomocy. Tyle że kubek też czasem trzeba wymyć.

Coś czuję, że Was nie przekonałam, co? To zadajcie sobie pewno, bardzo ważne pytanie. W jaki sposób osoba, która ma niemiłe doświadczenia z medycyną, miłe doświadczenia z medycyną alternatywną i jest świadoma, że wszystko jest iluzją (a bardziej: stara się praktykować tę filozofię) ma chcieć się zaszczepić? Mało tego, mogłabym wyskoczyć z polityką, ale nie chce mi się. Naprawdę mi się nie chce, bo chyba każdy zdroworozsądkowy człowiek, nawet chcący, by system go wspierał, widzi te wszystkie Dawidowe absurdy i sprzeczności.

Ok – kwestię foliarską mamy za sobą. Czas na sprawę studencką.

Jak zostało wyżej wspomniane: kij ma dwa końce. I choć niewątpliwie po studiach pisarskich mam zrobione feministyczne pranie mózgu i zdolność do lepszej analizy dzieł, to jednak jest mi bardzo przykro.

Trzy lata i trzy zdania, które całkiem serio mają wpływ na mój warsztat. Jasne, że dyskusje z pewnym profesorem na temat pisania sporo dawały, ale przyczyniły się do pewnej, mało ciekawej sprawy.

Poczułam się gorsza.

Poczułam, że ja dobrze swoich tekstów nie potrafię pisać.

Poczułam, że coś zostało zniszczone we mnie. Pisarstwo umierało w sercu od drugiego roku studiów. Żałoba.

Zablokowało mi się pisanie, ale praca z czakrami sprawę uratowała. Nie uratowała jednak tego, że do dziś dnia bardzo ciężko mi się czyta tekst w formie papierowej czy e-bookowej. W grę wchodzi tylko audiobook. I mimo kupowania powieści niezmienny jest fakt, że wiele z nich czeka po prostu na lepsze czasy.

Mam żal do tych studiów, że niewiele mi dały.

Najgorsza jest jednak świadomość, że studia z pisania w Katowicach byłyby o wiele lepszym wyborem. Nie tylko rozmawiałam na ten temat z pewnym znakomitym profesorem z krakowskiej AGH, ale również i poczułam ten fakt. Nie, nie żałuję, że tam nie poszłam. Żałuję jednak czasami, że studiowałam. Nie wiem, czy moje pisanie bez tego by się tak dobrze rozwijało. Ale ten czas, w którym albo nic nie robiłam, albo robiłam jakieś totalnie niepotrzebne bzdety, można nazwać lekko – w optymistycznej wersji – straconym. Program na papierze świetny, w praktyce często przestarzały i niepraktyczny.

Wniosek z tego jest taki, że pisania nie można się nauczyć. Znaczy – można, ale nie w taki sam sposób, jak rysowania. To skomplikowana sprawa, w którą nie będę teraz wchodzić.

W okolicach obrony pisałam licencjat. I powiem Wam, że miałam nieomal załamanie psychiczne. Horror. Czułam, że jeśli to się szybko nie skończy, to mnie coś weźmie i przysłowiowy, autentyczny szlag trafi. Dawno tak źle jak wtedy się nie czułam.

Na szczęście po obronie już był święty spokój.

Myślałam nad studiami magisterskimi. Jednak patrząc na programy, widziałam tylko marnowanie czasu. Jakieś bzdety teoretyczne, w ogóle nieprzydatne w social media.

Chcą mnie teraz namówić na malarstwo, ale ja wiem, że kolejny raz sobie zniszczę to piękno, tę frajdę z tworzenia. Właśnie – frajdę z tworzenia zabrały mi te studia pisarskie. Ogromny żal. Czy się kiedyś z tego wyleczę? A cholera wie, być może już jest to zaleczone, skoro kolejne teksty w tłoku. A jednak.

Dlatego nie chcę iść na studia, bo uważam, że może to zniszczyć kolejne fajne rzeczy, które mam w życiu. Muszę od systemu odpocząć, a w 2022 się zobaczy.

Tak – zdrowie psychiczne jest priorytetem.

Nie sądzę, bym je zachowała na wysokim poziomie, jeślibym poszła na studia.

I to już chyba wszystko.

I autentycznie, moje gardło przestało mi napieprzać, jak to wszystko napisałam. Dziękuję organizmowi, że zależało mu, bym się wygadała. W ten czy inny sposób. Jakieś pytania?