Nigdy nie chodziło o wiarę w siebie

Czym jest wiara? Wiara jest czymś, co nie istnieje, bo trzeba w nią wierzyć. Poczuć na końcu, ale jeśli coś czujesz, to to zaistniało. Problem polega na tym, że samo założenie wiary zakłada, że coś jest niesprawdzalne, niedotykalne i dopiero wiara w to powoduje, że coś czujemy. Z punktu energetycznego wyglądać to może tak, że podczepiamy się pod coś.

Dlaczego o tym mówię? Bo nigdy nie chodziło o wiarę w siebie. Ale od początku.

Co robi osoba wierząca w siebie?
Działa.
Co robi kreator?
Działa.
Co odróżnia obie te istoty?

JA JESTEM.

Zamiast eseju na temat „ja jestem” polecam LEDWIE trzyminutowy filmik z wypowiedzią Bashara. Co, co, co? Aaa, że to ezoteryk i robi różne dziwne rzeczy, gada z innymi istotami, tak? Wyjdźcie proszę z umysłu, z oceniania. Po prostu obejrzyjcie, a jeśli poczujecie – cokolwiek poczujecie – to jest w tym PRAWDA.

Kreator jest świadomy swego istnienia i doskonale zdaje sobie sprawę, że śni i że tworzy swój własny sen. Jeszcze przed dwoma, trzema tygodniami za cholerę nie rozumiałam: „czekaj, JA JESTEM kreatorem?”. Przeszkadzał język, ale to jak z kalendarzem. Mamy teoretycznie fałszywy kalendarz, wg którego liczba dla ludzkości – PIĘĆ – minęła.

ALE PIĘĆ TO LICZBA LUDZKOŚCI.

Pięć palców u rąk i nóg. I pięć cywilizacji, my jesteśmy w ostatniej. I zwyciężyliśmy, jeśli brać na serio wszystkie historie ezo o tym, że światło zwyciężyło.

Ale właśnie – to właśnie w piątym roku ludzkości, który niby mamy za sobą… mieliśmy zacząć wstawać z kolan. Tyle że tu występuje jakaś negacja, żeby coś, dokopać się prawdy, trzeba ją zanegować. Prawda jest naga i wybucha nagle w umyśle. Dobra, do sedna, bo i tak nie dam głowy, że rozumiecie moje myśli z tego akapitu.

Tak czy inaczej.

Z wiarą w siebie to zawsze wygląda tak: trzeba po horrorze zwanym szkołą ustawić się do psychologa czy innego terapeuty, do biblioteki po to, by odnaleźć siebie na nowo. Czasami jest to cholernie, niesamowicie trudne.

ALE

Ty nie musisz w siebie wierzyć!

TY jedyne co – no właśnie nie musisz, ale warto – żebyś zrobił/a to UŚWIADOMIĆ SOBIE JA JESTEM.

Poczuć siebie. Poczuć swoją świadomość. Poczuć to, że masz wpływ na rzeczywistość. Popatrz na symbole wokół siebie. Afirmacje. Filozofie w stylu „prawo przyciągania”, „dwupunkt”, „moc myśli”… CO TO WSZYSTKO MÓWI? Opowiada o Tobie. JESTEM. JA JESTEM KREATORKĄ. Aaach, aż poczułam tę moc, tę wspaniałą moc, która jak się budzi, to może spalić człowieka ;).

Wszelkie stany medytacyjne – ale przede wszystkim oddech – pozwalają na odczucie siebie. Wszelkie inne kwestie typu problemy świata nagle przestają być takie istotne. Oczywiście, niektórzy stwierdzą „ale ja nie umiem medytować”. UMIESZ! To jest Twój naturalny stan, kiedy czujesz, kiedy jesteś sobą, kiedy coś Cię pochłania, a Ty jesteś w radości. W każdym z tych momentów możesz spróbować skupić się na uczuciu własnego ciała.

Po co masz wierzyć w siebie? Ty po prostu JESTEŚ. Czy odczucie JA JESTEM potrzebuje wiary? Nie, wiara to coś zewnętrznego. Mamy w sobie iskrę – Światło – ze Źródła, ze Światła, co czyni nas kreatorami. Jednak zdegradowana ludzkość musi to sobie uświadomić i to szybko. Tzn. szybko: my to wiemy. Ale czy sobie uświadamiamy? Ironią losu jest to, że akurat fizyka kwantowa jest modna i nam to uświadamia. Ale właściwie dlaczego jest modna? Dlaczego modne są wszystkie teorie pokroju „Sekretu”? BO JA JESTEM! JESTEM KREATORKĄ WŁASNEGO ŻYCIA! W każdym oddechu, myśli, w każdym przejawie. Po prostu tworzę swój sen i dobrze by było, gdyby on był bardzo świadomy, ponieważ sen, w którym jest burdel to nie jest zwykle dobry sen.

Jeden komentarz do “Nigdy nie chodziło o wiarę w siebie”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.