Programowanie miesiąca

Jakiś czas temu zaczęłam programować miesiące w roku. Efekty są różne, ale to wszystko zależy od mojego zaangażowania w sprawę. Jak widać na załączonym powyżej obrazku, mam dwie wersje tej samej afirmacji. Powód prozaiczny – w wersji, która jest po lewej spisane frazy są zazwyczaj „na chybił trafił”. Kiedy projektowałam, co ma być w poszczególnych miesiącach nie myślałam, czego potrzebuję i co jest dla mnie ważne. Dziś zdałam sobie sprawę, że to błąd! Może i fajny – ale na teraz zależy mi na poukładaniu sobie w życiu. Żeby do tego dojść, trzeba działać, a bez odwagi nie dojdę tam. Więc zrobiłam nową wersję, w której występuje słowo ODWAGA.

Afirmacje są umieszczone w ramce, tuż przed nosem. Ponieważ mamy kwiecień, jest tylko już osiem miesięcy do końca roku, a więc – osiem karteczek, które są odsłaniane co miesiąc. Teraz programuję maj (i już dałam sobie prawo do dokończenia tej projekcji), ale potem przyjdzie czas na CZERWIEC, w którym ma być WIELE ODWAŻNYCH CZYNÓW. I tak – wraz z miesiącem zmienia się również afirmacja (no chyba, że nie chcę). W pierwszej wersji szło to tak:

maj – (pełen) obfitości
czerwiec – kobiecości
lipiec – radości
sierpień – kreatywności
wrzesień – pozytywnych przygód
październik – miłości
listopad – zdrowia
grudzień – przyjaźni
optymizmu

To są tylko propozycje. Czy się zmienią w nowej kartce? Nie wiem, bo postanowiłam, że będę patrzyła na swoje potrzeby i projektowała kolejny miesiąc z tym, czego akurat potrzebuję. I tak chyba będzie lepiej, bo to będzie robione na bieżąco.

Wyzwania

OK – mam już w ramce afirmację na nowy miesiąc. Czy to koniec pracy? Ewidentnie nie, to dopiero początek! Mało tego: pracujemy cały czas, na bieżąco z danym miesiącem, nawet wtedy, kiedy ON JUŻ SIĘ STAJE.

Któryś z poprzednich miesięcy był zaprogramowany na obfitość. I co? I trochę pstro, bo nie stało się nic więcej ponad to, co miało się stać. Niestety, ale to trochę wyglądało tak, jakbym nie tyle zaprogramowała, a poszła po najmniejszej linii oporu… pozwoliłam sobie napisać – „miesiąc x pełen obfitości” i na tym moje działanie się skończyło. Myślałam, że Wszechświat da mi jakiś bonus do bycia w obfitości, że „samo się wydarzy” i że będzie więcej pieniędzy, niż w ramach socjalu. Tak się jednak nie stało i teraz chcę wiedzieć, dlaczego.

Ano – bo zabrakło energii i słoika.

Wszystko się dzieje zgodnie z naszymi wibracjami. I to jest fakt. W związku z tym, nie robiąc nic ponad odbieraniem socjalu, by być w obfitości… tak naprawdę nie znajdowałam się w trybie obfitości. Gdybym była przynajmniej na nią nastawiona, to bym znalazła turbo dużo rzeczy, które świadczyłyby o tym, że żyję w obfitości. Ale zabrakło słoiczka.

Słoiczka, dzienniczka – czegokolwiek, w czym mogłabym zapisywać dowody, że obfitość jest we mnie i że mnie otacza.

Kwiecień to miesiąc pełen radości i tak jakoś… może nie w połowie miesiąca, ale niedługo przed nią doszło do mnie, że przecież ja się nie skupiam na radości! Dlatego też wzięłam pierwszy lepszy słoiczek i zaczęłam tam wrzucać wszystko, co świadczy o tym, że jest radośnie. No, może nie wszystko. Wszystko, co sprawia mi radość. No, może nie wszystko. Bo widzisz – problemem jest tu ODCZUCIE.

I jak pierwszy raz zapisywałam faktyczną radość, tak później było mi coraz trudniej wydobyć tę właśnie radość z serca. Bo z czego tu się cieszyć? Ale właśnie zaczęłam dostrzegać kilkanaście miłych akcentów dnia. Akcentów, z których mogę się cieszyć! I kiedy je sobie tak zapisuję, to czasami radość się we mnie uruchamia, a czasem nie.

Te dwa zeszyty miały mi służyć. Wiecie, miały się w nim znaleźć zapiski ze szkoleń rozwojowych czy wszelkie uwagi na temat „co poprawić, jak się czuję, itd., itp.”. I nawet to robię, ale jest jeden, OGROMNY PROBLEM. Praktycznie NIGDY nie zaglądam do tego, co napisałam. Śmieszne? Nie – normalne. Po prostu rzeczy traktuję jako „wypisane” i już. Trochę takie na zasadzie… Zakuć, Zdać, Zapomnieć, czyli znana wszystkim studentom zasada ZZZ. I faktycznie, to jest ZZZ, skoro nic z tym fantem nie robię. Tylko wiecie… ja chyba znalazłam styl.

SŁOIKI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!11111111111111111111

Jedyną możliwością, by sprawdzić użyteczność słoików jest… sprawdzenie tychże. Zobaczymy, co z tego wyniknie, ale jestem pewna, że prędzej zajrzę do przepełnionego słoika „bo miejsca już nie ma”, niż do zeszytu, który zawsze mogę zastąpić kolejnym. Tak czy siak, warto spróbować.

Co mogłabym jeszcze wprowadzić?

Programowanie miesiąca to też wdrażanie pozytywnych nawyków. I co by było, gdybym miała pozytywne nawyki? Na przykład:

  • słuchałabym codziennie subla tematycznego – w maju byłby to subel na obfitość;
  • wieczorami robiłabym poprawki do dnia dzisiejszego, czyli przeżywałabym pewne wybrane chwile na nowo, tym razem z lepszymi emocjami, a nawet wydarzeniami;
  • już w trakcie zapisywania obfitości (ciągle przykładem jest maj) wywoływałabym w sobie poczucie obfitości;
  • robiłabym tematyczne ćwiczenia z tego zakresu :),
  • wprowadzałabym w czyn nowe nawyki, które byłyby wnioskami z wcześniej zapisanych uwag.

Jak widzisz, jest tego trochę, ale… to wszystko jest warte pracy. W końcu – czymże by była samomiłość bez ulepszania rzeczywistości? Czym w końcu by było życie bez ciągłego odkrywania siebie?

[Podsumowanie: 8T] Prawda zawsze wyjdzie

Kasi, która pierwsza zauważyła jajeczny problem

Dieta keto jest wymagająca, szczególnie jak samemu sobie układasz menu. I lubisz jajka.
– Zaraz, zaraz przecież akurat na brak jaj nie możesz w niej narzekać! – zakrzykniesz zaraz.
Ano, nie – ludzie na tej diecie dodają jajek jak pojebani, za przeproszeniem. Sera również. To niestety powoduje, że nie wszystkie organizmy zechcą tak współpracować. Jednak myślę, że tu bardziej grają dwie zasady. Pierwsza – co za dużo to niezdrowo, choć to może się wydawać dziwne, jeśli keto uwielbia jajeczne sprawy. Ale druga jest już trudniejsza, bo okazuje się, że jakościowe jedzenie nie zawsze jest jakościowe. Przez wiele lat myślałam, że kupuję jajeczka od WESOŁYCH KURWA KUREK, KTÓRE SE LATAJĄ JAK POPADNIE PO PODWÓRKACH I SĄ WESOŁE. A tu figa z makiem. Okazuje się, że kurki z wolnego wybiegu wcale nie muszą być takie szczęśliwe… Więc doradzono mi kupić jajka albo z numerkiem „0” – czyli całkowicie bio, albo jaja przepiórcze, które z zasady są dobre i antyuczuleniowe. Cóż, kupię oba typy, ale w maju. Dlaczego tak? Eee, to może o tym na końcu.

Widzicie, temat jaj wziął się stąd, że coś mi na twarzy wyskoczyło. Na początku myślałam, że to jest konflikt i to mógł być konflikt, ponieważ proces energetyczny, jaki ostatnio robiłam to był na uzdrowienie relacji. Wszelkich. Nie mniej zauważyłam, że jak odstawiam jaja, to skóra na twarzy ma się lepiej. I nie tylko dlatego, że smaruję tym:

Także w maju kupuję przepiórcze i bio, i walę białek ile wlezie. W ten sposób sprawdzimy, o co biega ze skórą, ale jestem dobrej myśli i raczej po prostu kwestia złej diety „szczęśliwych kurek”. Dziękuję Kasi, która zauważyła problem i prawdopodobnie trafnie go opisała oraz doradziła. I Asi, która także wtrąciła swoje cenne uwagi.

To ma cholernie dużo węglowodanów i raczej nie powinnam przesadzać z takimi rzeczami. 30 g ma 72 węglowodany (sic!). Dobrze o tyle, że to są w stu procentach suszone jabłka i były pyszne. Co prawda można na nich zbankrutować, ale czułam, że po prostu nie idzie wytrzymać bez nich. W maju kupuję suszarkę, co ułatwi wiele spraw, także robienie mąk. Nie mniej… biorąc pod uwagę to, że na keto nie powinno się jeść dużo węglowodanów, stwierdziłam, że tak – przydałby mi się jakiś notes, w którym mogłabym rozplanowywać posiłki. Chociażby dlatego, żeby jakoś tak sharmonizować. Jak masz na przykład siemię lniane z omega-3, to dla harmonii warto podjeść jakieś dobre, bezrtęciowe rybeczki. Albo zadbać o tym, by mieć więcej nieprzetworzonego jedzenia.

Zaczynają się kryzysy.

I nie, nie chodzi o słodkie rzeczy.

Pierwsza rzecz jest taka, że ja bardzo lubię pieczywo – oczywiście dobrej jakości. Nie mniej, na keto czy paleo to jest bardzo trudne. Raz, że keto nie bardzo pozwala na pszeniczne produkty i to może jest dobre, skoro one zawierają gluten. A dwa, że wszelkie chleby czy bułki, jakie dotychczas robiłam, wymagają pirdyliarda białek, niesamowitych nasion, i jeszcze innych cudów na kiju. Oczywiście można robić to wsio na serze, ale ja po prostu stwierdziłam, że NIE MAM SIŁY SIĘ Z TYM BAWIĆ. Po prostu mam dość eksperymentowania z szukaniem idealnego pieczywa na keto. To chyba jest po prostu NIEMOŻLIWE. Ale to nie znaczy, że zdrowe jedzenie wyklucza jedzenie chleba. Bo po pierwsze, istnieją bio mąki. A po drugie, istnieje orkisz. Z tego, co wyczytałam, to zawiera jeden z najzdrowszych glutenów – bardziej przyswajalny dla organizmu i jest go mniej, niż w pszennym chlebie. Ponadto orkisz zawiera kilkanaście fajnych, zacnych witaminek, więc jest jakiś plus dla organizmu. Dlatego zamówiłam mąkę orkiszową na bio babalskich i będę robiła chleb. Oczywiście jak przyjdzie, bo się na zamówienie czeka do siedmiu dni. No cóż, zdrowie…

Druga rzecz, to ćwiczenia. Od soboty nie robię pompek na ścianie, a powinnam. Dla zdrowia. To i tak jest No i niewiele ruchu, jak na potrzeby mojego ciała :(. Muszę się wziąć w końcu w garść, eh… hm…

No i obiecałam Wam napisać coś o procesie energetycznym, który robię, ale może po prostu wstawię tylko mantrę Gayatri… oczyszcza. Polecam serdecznie!

PROJEKT 33 DNI POWRÓCIŁ!

A właściwie to nie do końca, bo żaden miesiąc nie ma 33 dni, ale… chodzi o wibrację mistrzowską, wibrację miłości. Zadziwiające: wczoraj przesłałam Krzysiowi zdjęcia, by móc je zachować na dysku. Nic niezwykłego, ale było ich pięć. A potem dorobiłam drugie tyle, i dziś dopiero je zachowałam na kompie. Co w tym niezwykłego i czemu to jest ważne? Bo pięć to liczba miłości :). Mnie się bardzo kojarzy z taką planetą, zwaną Wenus. 😀 Ale dobra, nie będę wchodzić w tematy mangu i animu, bo to nie na temat, chociaż…

W zeszłym roku po zakończeniu projektu „33 dni z” chciałam do niego wrócić. Miesiąc przerwy minął i – dupa. Z dwóch powodów. Nadal nie czułam się na siłach, a na dodatek czułam, że sama dla siebie powinnam praktykować. Po co mam się z tym wszystkim dzielić z innymi? To przecież nieważne, co inni mówią na ten temat, nieważne jest, że inspiruję… w tamtej chwili liczyłam się JA – to ja, dla siebie miałam przeca praktykować.

No i rezultat był taki, że nadal odpoczywałam od projektu.

I w tym roku zaskoczył.

Cały czas manifestujemy. A odkąd zaczęłam jeść zdrowo (choć pewno skromnie), jakoś tak bardziej otworzyłam się na praktykowanie. I nowe wyzwania, rzeczy. Energia Smoka, jaka towarzyszy temu roku mi służy, bo jestem zodiakalnym smokiem. Ale to nie wszystko, bo to tylko pewien skromny szczegół.

TO JA USTAWIAM SWOJĄ RZECZYWISTOŚĆ TAK, BY MI PASOWAŁA.

A im wyższe wibracje, tym lepiej to robię. Dlatego też postanowiłam zacząć praktykować. Bo widzicie, dla mnie Prawo Założenia (przyciągania/itd.) jest bardzo ważne, bo mi się niesamowicie sprawdza. Od początku roku mam przed sobą obrazek, który programuje podświadomość. W sensie – jak masz styczeń, to ja widzę napis „luty jest sympatyczny”. Jednakże dopiero w kwietniu postanowiłam coś z tym fantem zrobić.

Bo widzicie – marzec miał być obfity. I był. Ale… miałam wrażenie, że za mało obfitości w nim było, gdyż mój mózg jest otwarty na MAŁE kwoty, a nie duże. I może nie powinnam się tym przejmować, więc się nie przejęłam.

Ale tak patrzę na kwiecień… hmmm, miał być pełen radości, prawda?

A co będzie, jeśli dzień w dzień będę zapisywała rzeczy, z których się cieszę, które sprawiają mi radość, jeśli NA RADOŚCI SIĘ SKUPIĘ? Koniec końców, ten miesiąc miał być radosny xD.

Jest dopiero 11-ty. Ja przez zdrową dietę czuję się zajebiście, ale co więcej mam wrażenie, że skupianie się na radości jest drogą do… obfitości. I obfitości właśnie życzę sobie i Wam :*

PS.: Oczywiście, to są prywatne moje sprawy, z czego się cieszę itd., dlatego nie będzie codziennych notatek z tego. Bo notatki mam – w słoiczku :D.

[PODSUMOWANIE: 7t] Świadomość buduje rzeczywistość

Od siedmiu tygodni jestem na diecie keto/low carb/paleo, z naciskiem na to ostatnie. I jest coraz lepiej! Czuję się jak nowo narodzona i szykuję zmiany w swoim życiu. Mam wrażenie, że otworzyłam się na zmiany i wystarczy teraz zmontować przepis na Poznań. Ale może po kolei?

Gotowanie

Przede wszystkim hitem okazało się ciasto migdałowe – w smaku było jak niebo. Oczywiście, nie brakowało też porażek, a niestety: Czarnulka v. 1.0. okazała się takim właśnie projektem. Cóż, samo życie. Nie mniej przez doświadczenie wiem, jakich błędów nie popełniać :D. Ostatnio mało co konkretnego gotowałam, zazwyczaj jechałam na jajkach lub świątecznych daniach (w bardzo skąpej ilości). Dlatego też nie bardzo jest, czym się pochwalić. Obecnie robię fast (głodówkę) i powiem szczerze – od wtorku wracam do gotowania, szczególnie, że okres mi się zbliża i jako kobieta muszę na to uważać :). Generalnie widać, że hormony bardzo ładnie pracują i wszystko się znakomicie harmonizuje. W tym cyklu robię ostatniego fasta (od piątku wieczorem do wtorku rano) i mam niesamowicie dobry humor!

Powiem jedno – ta dieta pomaga w zmianie stanu świadomości! Tzn. z mojego doświadczenia wynika, że praktycznie dieta-świadomość są ze sobą połączone, bo np. na witarianizmie dość mocno widać, że ludzie idą w rejony duchowe, ale mniejsza. Tak czy siak, mam wrażenie, że jestem wypełniona niesamowitą energią i prawie zapomniałam, co to są stany depresyjne! To potęga!

W tygodniu miałam stan takiego marazmu, ale uwaga – pojechałam do Poznania i tam poczułam się lepiej. Ba… nawet zauważyłam piątkowy wschód słońca, który był piękny i kliknęłam mu fotkę. Pozwólcie, że to zachowam dla siebie. W każdym razie, gdy zjadłam mięso, gdy zaczęłam fast, to mój stan, moja radość z życia automatycznie wróciła! To jest jak narodziny. Wow. Kurde, nawet na wyborach byłam i z radością powiedziałam randomce „miłego dnia” haha :). Bo of course na „dzień dobry” nikt już nie zwraca uwagi.

Jestem teraz na 39 godzinie fastu i zastanawiam się, co ja mam z tą energią zrobić? A tak – pomedytować. I zastanowić się nad Poznaniem, do którego chcę się przeprowadzić. Bo w Gorzowie niestety warunki są ciężkie, a ja mam zajebiste przekonania o Poznaniu.

W Poznaniu dowiedziałam się, że schudłam. Nie liczę kilogramów na wadze, ale faktycznie – niektóre ubrania zdały mi się luźniejsze. Cóż, oczywiście, bardzo mnie to zmotywowało do dalszej pracy nad sobą.

W międzyczasie pracuję energetycznie nad sobą, teraz mocno nad żeńską energią i rodem, więc… kurczę. Akurat była praktyka, żeby fizycznie wywalić gniew, złość, a że brat ma super orbitreka, to poszłam na niego, po czym ciało uznało, że się zajebiście cieszy i że chce więcej.

To zrobiłam jeszcze 30 pompek na ścianie, po czym dowiedziałam się, jak prawidłowo zrobić rozciąganie, jaka opcja jest najlepsza i to robię. To ważne, bo inaczej można się zgarbić. Dobra, w każdym razie po powrocie do Poznania myślisz, że zaprzestałam? Of course, nie! To ważne, ruch jest ważny, a skoro powiedziało się A, to i można powiedzieć B? W końcu jednym z zadań od Rodu jest to, bym dbała o swoje zdrowie xD. I ja sobie też tego życzę – żeby zdrowie było zadbane :).

Stąd na przykład bardzo mocna decyzja, by prawie zbankrutować, bo widzisz, kochana/kochany, zakupiłam robota kuchennego za 200 złotych. Wow, czułam się zajebiście dokonując tego zakupu i przestałam się martwić tym, że mam parę zeta na koncie.

Chcesz mnie wesprzeć, walnij TU. Dziękuję ^_^. Pójdzie pewno na filmy, ale co, trzeba chodzić do kina i recenzować, co to za życie bez tego by było lol.

W Poznaniu dorwałam książkę o paleo i bardzo mi się spodobało, jak facet się nabija z wegusów, ale robi to głównie dlatego, że sam nim był przez 10 lat i cierpiał bardzo z tego powodu. Dobra, zmotywowałam się. Kończę książkę i walę Wam recenzję! Ha!

Do końca kwietnia chcę sobie zrobić plan Poznania, taki super przepis. Ale wszystko mi przypomina o tym, że to, co przeżyję w Poznaniu, czy to, czy mi się uda, zależy ode mnie, od mojego stanu świadomości. 😀

Kurde, muszę z kimś na ten temat pogadać, z kimś mądrzejszym ode mnie, haha.

Eee… to, co? Od wtorku mam nadzieję zamieszczać nowe przepisy, nowe odkrycia kulinarne, a ja idę czytać paleo. Bo czemu nie, to jest ciekawsze od durnego serialu z Netflixa, który ledwo jest oglądalny (tzn. jak masz chujowy nastrój to jest oglądalny, jak masz zajebisty, to nieoglądalny).

Słodkie wspomnienie lat 80′ [ROAD HOUSE]

Ten film jest sympatyczny.

Kiczowate dialogi, najgorsze Tai Chi pod słońcem oraz dziwnie nie pasująca do ochroniarza postać Patricka Swayze’a – czyli film tak zły, że aż dobry. Oto „Road House” z 1989 roku, gdzie wybrzmiewają nuty z lat 80. Sam obraz zarobił tylko 30 milionów* na budżet 15, ale to były czasy, kiedy trudno się było wybić. W kinach królowały Batmany i inne cuda, które – podobnie jak „Wykidajło” – stały się później klasykami. Jednak powód, dla którego film ze Swayzem takim się stał jest inny, niż pozostałych blockbusterów.

Właściwie po seansie miałam problem ze zrozumieniem, dlaczego dziś „Wykidajła” uważa się za obraz kultowy. Bo, zobacz: mamy tu do czynienia z Daltonem (Swayze), który pilnuje porządku we wszelkiej maści barach. Pewnego dnia otrzymuje zlecenie, by zrobić porządek w innym barze. Koleś przyjmuje je i zaczyna wprowadzać na miejscu porządki, jednak pech chciał, że robi to w nieodpowiednim miejscu: otóż, miasteczkiem rządzi pewien milioner, który wszystkich trzyma za mordy i każe płacić haracze. To komplikuje sprawy, ale na miłość nigdy nie jest za późno: Dalton z miejsca zakochuje się w pięknej seks-bombie lat 80′, czyli Clay granej przez Kelly Lynch. Ich miłość jest pokazana w taki łagodny, dobry sposób…

Tyle, jeśli idzie o fabułę. Prosta jak budowa cepa i dość przyjemna. Ostrzegam, że w dalszej części tekstu pojawią się spojlery, ale w sumie… są one bez znaczenia dla historii, gdyż na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia z kinem klasy B, z gatunku akcyjniaka. Co ciekawe, mniej więcej do połowy filmu jakoś tego akcyjniaka nie widać, bowiem akcja skupia się na przedstawieniu bohaterów, głównie Swayze’a, który ma pewną mroczną tajemnicę z przeszłości. I kiedy w połowie zaczyna się coś dziać, to widać przede wszystkim dobrze skonstruowane wybuchy. W ogóle, mimo fabuły ten film jest bardzo zrealizowany.

Bądź miły

I nie da się ukryć, że przez cały film widzimy, jak Dalton stara się hołdować swoim zasadom. Niestety, ze względu na wspomnianego milionera Brada Wesleya (Ben Gazzara) nie do końca jest to możliwe. Mimo to wyważenie Swayze’a, jakieś takie poczucie harmonijności w jego byciu przeważa, wpływa na rzeczywistość. Zresztą Dalton sam jest absolwentem filozofii – co czyni go ciekawszą postacią od zwykłego wikidajły. Niektórzy twierdzą, że aktor miał w sobie żeńską energetykę, ale – to ciekawe – nie do końca to można dostrzec na ekranie, ponieważ widać tutaj zrównoważoną męskość. Moim zdaniem, Swayze w jakiś sposób harmonizował oba typy energii i nie jest to niczym nadzwyczajnym, ponieważ on naprawdę praktykował sztuki walki.

Co do samych sztuk walki, to nie da się ukryć, że „Road House” to taki trochę hołd dla nich. Z jednej strony mamy tu liczne bójki, ale z drugiej nawiązania do filmów sztuk walki są widoczne, jak na przykład cios, który potrafi rozrywać szyję. Są to może i łatwe do odkrycia tropy, nie mniej właśnie on, właśnie ten motyw był na tyle mocno zapamiętywalny, że jest to jeden z powodów, dla którego film stał się kultowy. A dla feministek także się coś znajdzie: tu wszyscy się leją po równo, nieważne, czy kobiety, czy mężczyźni. „Road House” to prekursor w tego typu akcjach. 😉

Drugą kwestią jest to, że gra w nim Patrick Swayze. Hmm, jak sobie tak teraz myślę, to dochodzę do wniosku, że wszystkie filmy, w których on występował są właśnie takie: kultowe. Że część z nich stała się taka dzięki jego postaci. Warto może jeszcze zauważyć, że aktor zagrał w Donnie Darko, gdzie był zniszczonym przez życie mówcą motywacyjnym i był tam dialog, który stoi w kontrofensywie do Daltona.

Mówca (Swayze): Synu, przemoc wynika z strachu. Naucz się naprawdę kochać siebie.
Donnie Darko (Jake Gyllenhaal): Myślę, że jesteś pieprzonym Antychrystem.**

To są tylko dwa powody, dla których warto obejrzeć „Road House”, ale dam Ci jeszcze kilka.

Muzyka

To, co daje się we znaki od pierwszych momentów filmu to muzyka. I jest to w pełni zamierzone, bowiem mamy w produkcji aż trzy gwiazdy branży. Pierwsza – Jimmy Iovine, uważany za jednego z najlepszych producentów muzycznych tamtych czasów. To on kierował właśnie muzycznymi kwestiami, jeśli chodzi o „Road House”. I być może wydaje się to bez znaczenia, ale jak się pomyśli, że ten facet był producentem płyt dla U2, Steviego Nicksa, czy The Pretenders, to zaczyna to robić wrażenie. Druga – Jeff Healey, który był gwiazdą bluesa i był też niewidomy. Kto zna tę postać, ten dialog w filmie – w którym Cody (Jeff właśnie) i Dalton „żartują” sobie nabiera znacznie głębszego sensu. I wreszcie trzecią gwiazdą jest John Doe, który założył punkrockowy zespół X, a który w filmie gra siostrzeńca Wesleya.

Zespół Cruzados dostarczył do filmu trzy utwory, chociaż nie znalazły się one na ścieżce dźwiękowej. Swayze z kolei napisał jedną piosenkę, a zaśpiewał dwie. Kompozycją dźwiękową do filmu zajął się Michael Kamen.
W 2012 roku Intrada Records wydała kolekcjonerską płytę z czternastoma utworami. Znajdowały się na niej takie hity jak:

Kilka lat później – bo w 2019 roku – wyszła ścieżka rozszerzona, zawierająca aż 31 utworów (!).

Ponieważ coś mi nie idzie ze wstawianiem jutuba na stronę, to macie tu soundtrack :).

Na zakończenie

Ostatecznie, „Road House” z 1989 to film kultowy i myślę, że nowa wersja go tak łatwo nie przebije (już zbiera słabsze oceny). W istocie, jak zauważyła moja przyjaciółka: to dziwny film, ma w sobie zajebiste momenty, ale i ma w sobie zajebisty kicz. No cóż – witamy w latach 80′ XX wieku.


* Źródła podają od 30 do 61 mln. w box office.
* * Donnie Darko jest dostępny w wypożyczalniach VOD, wobec czego na razie nie ma tu screenów z filmu.


Jeśli Ci się tekst spodobał, wesprzyj mnie TU. Dziękuję!

Źródła:

  1. https://wikimili.com/en/Road_House_(1989_film)
  2. https://www.denofgeek.com/movies/road-house-reboot-martial-arts-cult-classic/
  3. https://variety.com/2024/film/news/jake-gyllenhaal-road-house-50-million-worldwide-viewers-amazon-prime-video-1235956624/
  4. https://www.denofgeek.com/movies/why-road-house-remains-an-action-movie-classic/
  5. https://screenrant.com/road-house-patrick-swayze-movie-good-underrated-why/
  6. https://www.newyorker.com/magazine/2024/04/01/road-house-movie-review

Code 8 [recenzja]

W 2016 roku świat mógł zapoznać się z 10-minutowym filmem Code 8, który z miejsca otrzymał wysokie noty. Historia opowiadała o zdesperowanym kolesiu, Connerze Reedzie (Robbie Amell), który chce zdobyć pieniądze na leczenie matki. Ale, ale – żeby to nie było aż tak amerykańskie, jasnym jest dla widza, że tu problem mają przede wszystkim ci, co posiadają moce. Nasz bohater jest jednym z nich – wykluczony, żyjący w niemal skrajnej biedzie, nie mający wielu perspektyw życiowych. To chyba sprawiło, że ludzie pokochali tę historię i chcieli ciąg dalszy. By go zrobić, reżyser Jeff Chan musiał założyć zrzutkę. Przy wsparciu 28-35 tys. osób* (!) udało się zebrać 2,5 miliona dolarów. Efekt? Widzowie mogli się zapoznać z obrazem w 2019 roku.

Connor Reed – jak już wspomniałam – nie ma zbyt ciekawej sytuacji, a na dodatek złego choroba matki postępuje. Zdesperowany, wkręca się do złego towarzystwa i próbuje to jakoś ogarnąć. Początkowo szczęśliwy, potem nieszczęśliwy, bo sytuacja bardzo się komplikuje. Nie będę może Wam zdradzać fabuły, myślę, że ona jest taka… może i przewidywalna, a może i nie. Samemu trzeba się dowiedzieć, bo z jednej strony widz zna te wszystkie meandry, koncepcje, po których Code 8 chce się poruszać, ale z drugiej strony widać w tym świeżość. Jest w tym obrazie serducho, przez które widz wbija się w klimat i chce go obejrzeć do końca. Ale czy mu się uda?

Cóż – mnie się udało, choć w połowie seansu zrobiłam sobie przerwę. Wiecie, może to nie jest Blade Runner, ale jednak czuć tę przyciężkawość, ten mroczny nimb, to osaczenie, w jakim znaleźli się bohaterowie. A w tej historii jest ich wielu i być może – zbyt wielu. Generalnie, zgadzam się z twierdzeniem, że pewne wątki mogły być bardziej rozbudowane, czy też przyciśnięte tak, żeby widz otworzył gębę z wrażenia. W końcu jednak tego nie robi, choć – w dalszym ciągu – historia pozostawia po sobie jakieś odczucia. Myślę, że to dlatego, że ten dystopijny pomysł sam w sobie jest intrygujący i ciekawy, i można z nim współpracować na wiele sposobów. I chyba kluczem jest serce.

Właściwie nie wiem, jak ocenić jedynkę ze względu na to odczucie. Wiecie, to nie jest odkrywcze kino; ale też ocena 6/10 nie do końca mi pasuje. Może to taki film, który trochę się wymyka standardom, a więc i standardowym ocenom…

Jak poleciałam z jedynką, to z automatu włączyłam dwójkę. Tu już jednak było trudniej zatrzymać się na historii, bo fabularnie była ona nieco… może nie tandetna, ale nieco za prosta, nieco za bardzo idąca w stronę kryminału. Żeby było jasne: bardzo lubię kryminały. Chodzi o to, że potencjały w drugiej części nie zostały w ogóle wykorzystane i wkradły się lekkie bzdurki. To znaczy, mamy tu do czynienia z przesunięciem czasu, Reed po pięciu latach wychodzi z więzienia – czego dowiadujemy się z dialogu, co w sumie jest bardzo dobrym wyjściem – i… no właśnie, chce na nowo ułożyć sobie życie, ale w tym brudnym świecie nie do końca może to wyjść. Szczególnie, że tarapaty same do niego przychodzą – w tym przypadku w postaci dziewczynki Pavani (Sirena Gulamgaus), która jest świadkiem tragedii i która musi uciekać przed skorumpowanym policjantem.

Z jednej strony pomysł, na który wpada bohater, by rozwiązać problem podoba mi się. Głównie dlatego, że świadczy o tym, że Connor nie jest jakiś wyjątkowo szlachetny i trochę go system przetrzepał, a więc pytanie – czy można walczyć z systemem? Czy warto się poddać? Niestety, film nie wchodzi w to zagadnienie głębiej. Ale podobnie jest z innymi sprawami. Jest sieczka, wszystko znowu wymyka się spod kontroli, ale czułam, że w tej historii czegoś brakuje. O nie, nie jest to serducho. Właśnie może dlatego obejrzałam Code 8: part two do końca, gdyż nie chciałam robić przykrości panu reżyserowi. Ale niestety, w połowie seansu zdecydowałam się na przyśpieszenie 1,5. Tak, film był dla mnie trochę męczący, bo nie przedstawiał mi jakiś odkrywczych rzeczy, a zresztą nie musiał. Jedyne, co musiał to wejść głębiej w mroczny klimat swojego świata i mroczne zagadnienia. Coś takiego było w jedynce – ale właśnie… nie w dwójce.

Słaby film, jednak na szczęście nie paździerz. Szkoda tylko twórców, którzy przyznają, że są dumni z projektu i mają nadzieję, że widzowie pokochają Code 8. Cóż: ja nie pokochałam dwójki.


  • dane są rozbieżne.

Thelma i Louise: amerykański fenomen kulturowy

Nie trzeba tworzyć feministycznych filmów z kobietami, które są jak Mary Sue. Albo z kobietami, które pokazują, że mężczyźni są słabi i głupi. Wręcz przeciwnie – w „Thelmie i Louis” nie zobaczymy żadnej gównopropagandy, choć – jak na ironię – jest to diabelsko mocny feministycznie film. Trzeba wziąć poprawkę na to, że obraz wchodził do kin w maju 1991 roku, a więc w czasach, kiedy szowinizm miał się dobrze, a Harvey Weinstein* hulał na prawo i lewo.

Dzisiaj specyficzne kino

Zacznijmy od fabuły. Thelma (Geena Davis) i Louise (Susan Sarandon) są przyjaciółkami, które mają zacny plan – wakacje w górach. Jedna ma opory przed powiedzeniem o planach mężowi, a druga – śmiało idzie w projekt. Obie ostatecznie wyjeżdżają, a pod koniec dnia odwiedzają jakiś bar, w którym dochodzi do zabójstwa. Od tego momentu Thelma i Louise są ze sobą związane, i od tego momentu ich życie zaczyna się ostro przewracać do góry nogami.

Początkowo myślałam, że to obraz w stylu „aha, mamy tu femme fatale, która wszystkich doprowadza do płaczu”, ale nie. Okazuje się, że Ridley Scott (reżyser, producent) i scenarzystka – Callie Khouri – bezczelnie bawią się oczekiwaniami widzów. Oto od pierwszej chwili widzimy męża-złola Thelmy, Darryla (Christopher McDonald). I widz nie ma wątpliwości, z kim ma do czynienia, mimo że ten dopiero wybiera się do pracy i trwa z trzecia minuta filmu. Ale to nie do końca jest film o uciekającej przed przemocą osobie; tak – wszystkie piękne schematy w scenariuszach tu zostały nieco nadwyrężone. Co prawda, w perspektywie czasu film może być przewidywalny, ale… bez przesady. Mówię o końcówce, która chyba po prostu nie mogła mieć innego zakończenia, niż miała.

Mówiąc o zabawie historią, nie sposób nie wspomnieć o dwóch rzeczach. Wszyscy – prawie – mężczyźni to szowiniści i ogólnie rzecz mówiąc, chuje. Nie mniej, i tym akcentem film zdaje się bawić, szczególnie pod koniec, kiedy policjant WYRAŹNIE chce się zaopiekować Louise i Thelmą (!). Ponadto, również na początku myślałam, że mamy tu do czynienia z czarną komedią, ale… ja wiem, czy to można w ten sposób nazwać? Raczej nie, moim zdaniem bliżej temu obrazowi do dramatu, bo też bardzo wyraźnie uwydatnia on kwestie feministyczne.

I – nie da się ukryć – że są one pokazane w bardzo inteligentny sposób. Ale, ale, miałam przecież przedstawić drugi powód, dla którego film bawi się widzem. Otóż – spojler alert – kiedy w końcówce filmu widzimy, jak panie podejmują ostateczną decyzję, wtedy… Susan Sarandon zaimprowizowała pocałunek. Ale to nie jedyna scena, w której widzimy, jak samo życie układa scenariusz filmu. Kiedy na początku filmu Darryl wychodzi do pracy, do garażu, przytrafia mu się wypadek, bo wszędzie wszystko rozstawione, a dwóch ludzi w tle opiekuje się ogródkami. Tyle tylko, że aktorowi całkiem na serio wydarzyło się to, co widzimy na ekranie. I szczerze mówiąc, gdyby nie informacja, że to było nieplanowane, to bym nie uwierzyła. McDonald w tej scenie pokazał bardzo wysoką klasę aktorską, bo pozostawał w charakterze postaci – on naprawdę pojechał tych ludzi xD. Nie inaczej jest z Davis – widzimy, że ta sobie ładnie plażuje przy basenie hotelowym ze słuchawkami i wtedy Sarandon do niej woła, żeby poszła do samochodu. Niestety, albo stety (choć dla filmu raczej lepiej, niż gorzej), Davis miała ustawionego bardzo mocno walkmana, więc nie słyszała partnerki. Sarandon postanowiła po prostu ściągnąć na chama słuchawki, więc Davis całkiem na serio się wystraszyła. Prawda, że niesamowicie zagrały?

Ale nie tylko główne role świetnie tu pokazują swoje zdolności. Darryl – och, kurczę, nie mogę, spojler alert – ma przy sobie policjantów i rozmawia z żoną. Ta po tym, jak słyszy od niego „cześć” odkłada słuchawkę, byleby policja ich nie namierzyła. To była tak zabawna scena, że w kinie musiało być niezłe parsknięcie śmiechem. Ale mamy tu jeszcze rolę policjanta (Jason Beghe), który – uwaga – wcale nie wygląda na słabego. Całkiem poważnie podchodzi do sprawy, zajmuje się kobietami, po czym staje się ich zakładnikiem. Jego emocje, strach… dla mnie to było coś niesamowitego. W sensie, jakoś jego przerażenie mi zapadło w pamięć, choć ta rola była zdecydowanie niszowa.

Co do samej reżyserii, to Ridley Scott wyraźnie zdawał się inspirować… stylem filmów drogi. Choć ja tu wyczuwałam klimat „Easy Rider” – bo jego oglądałam – uważa się, że reżyser inspirował się Spielbergiem – „Sugarland Express”. Nie znam, więc wrócę do wrażeń. Niby mamy tu zwyczajne ruchy kamery, ale one są dość płynne, dość dynamiczne. Już w scenie z tańcem widać, że Ridley bawi się, że niektóre sceny nabierają niezwykłości, inności. Nie jest to mockumentary, na jakie chciał uchodzić „Easy Reader”, ale też nie jest to taka zupełnie standardowa praca kamery. I wypowiadam się z perspektywy roku 2024! A co na to recenzenci z tamtego okresu?

Jak już wspomniałam, „Thelma i Louise” to bardzo feministyczny obraz. I co więcej, twórcy osiągnęli to niezwykle prozaicznie. Weźmy takiego delikwenta, jakim był kierowca ciężarówki (Marco St. John, nawet nie pojawia się w napisach końcowych). Ta postać ewidentnie jest szowinistą, chamem, gburem i wszystkim, czego nie lubią kobiety. Ale to, w jaki sposób Thelma i Louise sobie z nim poradziły, jest nad wyraz feministyczne i aż miło się to ogląda. To oczywiście nie jedyne rzeczy, które miały wspierać feministyczny obraz, bo na przykład same główne bohaterki nie są doskonałe. Tak, widzowi doskonale się ukazuje ich wady, nieidealność. Ba, być może w tym obrazie jest nawet krytyka takich macho, ciasteczek, które wykorzystują kobiety tylko do własnych celów (np. Brad Pitt w roli J.D.). A co więcej – widzowi te wszystkie feministyczne naleciałości nie przeszkadzają! Ba, nawet w sytuacji, kiedy następuje pocałunek między bohaterkami, widz nadal nie ma nic przeciwko takiej scenie. Co więcej, może mu się zrobić ciepło na serduchu. Dlaczego? Ano właśnie, to jest doskonałe pytanie.

Odbiór

Trzeciego czerwca 1991 roku na łamach „New Yorker” ukazała się recenzja tego filmu zatytułowana „Outlaw Princesses”. Recenzent – Terrence Rafferty – zaczyna opowiadać o fabule: że Louise zabija jednego człowieka, bo ten próbował zgwałcić jej przyjaciółkę. Te uznając, że policja im nie uwierzy, zaczynają ucieczkę do Meksyku. Co na to recenzent?

Dla widza chwila ta wymaga większego skoku wiary niż ten, który musiałby zrobić policjant, aby uwierzyć w historię kobiet. I to tylko pierwszy z szeregu skoków, które scenariusz Callie Khouri zmusza nas do zrobienia, jeśli chcemy pozostać z tymi nieprawdopodobnymi desperatkami w ich szalonym rajdzie.

Terrence Rafferty

I szczerze mówiąc… dla mnie te słowa są trochę przerażające. Nie mówię, że policja jest złolem, ale jednak wiedząc, jak się potrafi zachować, potraktować taką kobietę, wiedząc, że był rok 1991 a Weinstein robił, to co robił… ba! Film o śledztwie dziennikarskim, który dotyczył jego sprawy wyraźnie pokazuje, że w tamtych czasach nie wierzyło się osobom po przemocy seksualnej. A dla mnie, jako kobiety zachowanie bohaterek jest dość wiarygodne i myślę, że odebrałam je tak, bo sama jestem kobietą i rozumiem pewne trudności z tym związane lepiej, niż mężczyzna. Bo sorry – jakie rozumienie tematu było (a może w niektórych kręgach dalej jest), widać po powyższym komentarzu pana Rafferty’ego.

W sposób, w jaki jest skonstruowany scenariusz, czasami czujemy, niestety, że feministyczne pomysły są wykorzystywane oportunistycznie, tylko po to, aby utrzymać narrację w ruchu – że za każdym razem, gdy Thelma i Louise mają szansę się poddać, mężczyzna robi coś okropnego i wzmacnia ich przekonanie, że lepiej jest uciekać.

Zapraszamy do roku 2024, gdzie feministyczny obraz stał się właściwie groteską samą w sobie. Bo jeśli w „Thelmie i Louis” zostały użyte prymitywne sposoby, to co dopiero powiedzieć o dzisiejszych tworach Hollywoodu?

Nie mniej – to jest tylko pozorna ostra krytyka filmu, ponieważ Terrence dalej dodaje:

Śmieszne w „Thelma & Louise” jest to, że możesz rozpoznać prymitywność narzędzi scenariusza i nadal świetnie się bawić. Głupie pomysły przynajmniej nadają obrazowi pewną dynamikę: ucieczka bohaterek jest napędzana (choć niewiarygodnie) przez impulsy, które są silniejsze niż zwykła anatomia filmów drogi. Film ma energię jak z filmów eksploatacji typowych dla kina samochodowego, i jest pełen wydarzeń – to nie są tylko postaci dryfujące oszołomione przez obce krajobrazy. Thelma i Louise są żywiołowymi, rozmownymi dobrze urodzonymi dziewczynami, i nie skłonne do rozmyślań; podtrzymują sobie nawzajem ducha. Tak samo publiczność. Davis i Sarandon są tak żywe i sympatyczne, że przenoszą nas ponad najbardziej oczywiste sztuczki fabuły; trochę niedowierzania wydaje się niewielką ceną za możliwość pozostania w ich towarzystwie.

I chyba właśnie na tym polega różnica obrazów feministycznych z lat 90′ a dzisiejszych! Wtedy być może sztuczki scenariuszowe były proste jak budowa cepa i wcale nie odkrywcze, ale bohaterowie. To bohaterowie sprawiają, że chcemy oglądać filmy i nie narzekamy. Tego dowodem jest Sarah Connor czy Ripley, czy jakakolwiek inna kobieca postać z lat 90′, która przeszła do historii kina. Obecnie obrazy feministyczne są tak durne i miałkie nie tylko przez miałkie scenariusze, ale zwłaszcza przez postacie, które są postaciami papierowymi, bez duszy. Taka na przykład Chani z „Diuny 2” – ona w powieści była żywa, silna i niesamowicie oddana i zakochana w Paulu Atrydzie. A co zrobiła z tą postacią Zendaya? Nic. Grała jedną miną, a jej postać zachowywała się jak typowa femina, która jest feminą, bo tak i już. I nieważne, jakich warunków doznawała. Współczesnemu widzowi już się nie chce patrzeć na feminazi, ponieważ te feministyczne gierki są robione byle jak, bez żadnego charakteru, a nawet sensu.

Och, właśnie – napisałam, że „Thelma i Louise” to film specyficzny właśnie ze względu na pracę kamery. To znaczy – w wydarzeniach dużo się dzieje. Nie mniej… widz ma wrażenie, że akcja płynie wolno! Myślę, że Terrence doskonale opisał charakter obrazu:

Kamera uparcie wypatruje Davisa i Sarandon, jakby nigdy się nimi nie nasyciła: Scottowi wydaje się, że chce pokazać nam, jak wyglądają w każdym rodzaju światła i nastroju. Zafascynowany wzrok reżysera spowalnia rytm narracji; w tym filmie dzieje się całkiem sporo, ale ma on spokojny, ekspansywny charakter.

Choć dziś „Thelma i Louise” nie sprawiają odkrywczego charakteru, to w 1991 roku film sporo narozrabiał. Jak pisze Rebecca Nicholson na łamach „The Guardian”:

Gdy film został wydany w 1991 roku, wywołał falę kontrowersji, która zdawała się zaskoczyć jego obsadę i ekipę. Geena Davis i Susan Sarandon pojawiły się na okładce magazynu Time, pod tytułem „Dlaczego Thelma & Louise uderza w nerw”; o który nerw konkretnie chodziło, było przedmiotem wielu dyskusji.

Czy był to, jak niektórzy krytycy uważali, bezmyślnie przemocowy film, w którym dwie kobiety popełniają straszne zbrodnie w imię „wzmocnienia”? Czy „udają mężczyzn” pod przykrywką feminizmu? A może była to w rzeczywistości mizandria, niesprawiedliwa wobec mężczyzn, ponieważ przedstawiała wszystkich swoich męskich bohaterów jako okropnych?

Dziennikarka dodaje, że „Thelma i Louise” w późniejszych latach były parodiowane na różne sposoby, a szczególnie scena z Bradem Pittem, który – tak! – pojawia się jako totalne przystojne, półnagie ciacho.

Każdy od Marge Simpson po Taylor Swift próbował swojej własnej wersji.

Geena Davis (Thelma) przyznała, że jeśli dotychczas była kojarzona z „Soku z żuka”, to po „Thelmie i Louis” wszystko się zmieniło:

Jeśli ktoś mnie rozpoznał z tego filmu, chciał porozmawiać ze mną o swoim doświadczeniu podczas oglądania. 'To jest ta osoba, z którą go oglądałam, to jest ile razy go oglądałam, mój przyjaciel i ja odgrywaliśmy waszą podróż.’ 'Naprawdę? Którą dokładnie część odgrywaliście?’ [Śmiech] Ale zrozumiałam, jak niewiele szans dajemy kobietom, aby wyjść z filmu z poczuciem inspiracji i podekscytowania postaciami żeńskimi. I pomyślałam sobie, 'No, ale szkoda’, bo mężczyźni mogą wyjść z prawie każdego filmu, utożsamiając się z jedną z postaci męskich, ale kobiety prawie nigdy, więc pomyślałam sobie, 'Będę naprawdę o tym myśleć teraz, gdy podejmuję decyzje. Pomyślę, co kobiety w widowni pomyślą o mojej postaci?’

Davis od tamtego momentu zdecydowała się na wspieranie feminizmu w kinematografii, ale to nie jest tekst o jej wyczynach. Więc, wróćmy do lat 90′. W 1992 roku Oskary musiały być bardzo zawzięte i bardzo ciekawe. Film „Thelma i Louise” dostał aż sześć nominacji (najlepsza aktorka – Geena Davis; najlepsza aktorka – Susan Sarandon; najlepszy reżyser – Ridley Scott; najlepszy scenariusz – Callie Khouri; najlepsze zdjęcia – Adrian Biddle; najlepszy montaż (editing) – Thom Noble), a wygrała tylko Callie Khouri. Hmm, aż się zaciekawiłam z kim kto konkurował. Tak czy inaczej, ogólna liczba nagród dla filmu to 24, a więc całkiem sporo i świadczy to o tym, że jednak „Thelma i Louise” to ważny film. Nie tylko tamtych czasów, ale i obecnych.

Bo – jeżdżąc po artykułach z okazji „20-lecia/30-lecia” itd. premiery „Thelmy i Louise” zauważyłam wyłącznie komentarze „obraz dalej aktualny”. I choć świat się zmienił na naszych oczach, Weinsten został skazany na lata odsiadki, a role płci w hollywoodzkich filmach praktycznie się odwróciły, to moim zdaniem obraz się nie zestarzał. Nadal bardzo dobrze się go ogląda. I co więcej, na różnych poziomach kobiety mogą się w nim odnajdywać.


Choć nie opisałam tematu tak obszernie, jak w tej książce:

to mam nadzieję, że tekst wystarczająco pokazał, dlaczego „Thelma i Louise” Ridleya Scotta był – i nadal jest – ważnym, feministycznym obrazem w kulturze. A jeśli Ci się tekst spodobał, to proszę, wesprzyj mnie tu, dzięki czemu będę mogła sobie pozwolić na recenzję prosto z kina. Dziękuję.


* to ten delikwent, co został skazany na przynajmniej 65 lat więzienia, bo gwałcił i molestował na prawo i lewo aktorki.


Źródła:

  • https://faroutmagazine.co.uk/thelma-and-louise-30-ridley-scott-feminist-classic/
  • https://www.irishtimes.com/culture/film/thelma-louise-why-the-glorious-groundbreaking-movie-still-strikes-a-nerve-after-30-years-1.4573499
  • https://collider.com/geena-davis-interview-thelma-and-louise-bentonville-film-festival/
  • https://www.vox.com/2016/5/24/11747604/thelma-and-louise-25th-anniversary-sarandon-davis
  • https://www.themarysue.com/thelma-and-louise-30-years-later/
  • https://crimereads.com/thirty-years-later-thelma-louises-impact-is-stronger-than-ever/
  • https://www.cbc.ca/arts/how-thelma-louise-taught-us-to-challenge-expectations-and-rebel-against-the-status-quo-1.6036400
  • https://slate.com/culture/2022/07/thelma-louise-ending-meaning-ridley-scott-callie-khouri.html
  • https://www.theguardian.com/film/2021/may/24/thelma-and-louis-susan-sarandon-geen-davis
  • https://screenrant.com/thelma-louise-ridley-scott-movie-facts-trivia/
  • https://www.newyorker.com/magazine/1991/06/03/thelma-and-louise-movie-review-outlaw-princesses
  • https://www.rogerebert.com/reviews/thelma-and-louise-1991
  • https://www.theguardian.com/film/2023/may/31/thelma-and-louise-review
  • https://www.npr.org/2011/05/20/136462014/looking-back-on-thelma-louise-20-years-later

Czarnulka v. 1.0.

To ciasto wyszło przyzwoite, ale wymaga jeszcze trochę dopracowania ;). Jednak jak ktoś lubi 50% słodkiego i 50% gorzkiego – to będzie miał frajdę. Chciałam zrobić przekładaniec, ale ze względów finansowych nic z tego nie wyszło. No cóż…

Bierzemy 3 banany – najlepiej super dojrzałe :).

I rozdziabdziujemy je na całego:

Dwa jajka – ubijamy i dołączamy do bananów:

Szklanka kakao:

No i mieszamy i dodajemy dodatki, m.in. proszek do pieczenia. Tu jeszcze rodzynki wsadziłam, zakładając, że zastąpią słodzik. Trochę się przejechałam…

Ścierałam wanilię jakby ktoś się zastanawiał ;). No i po wymieszaniu tego wszystkiego do keksówki – najlepiej małej.

Tu jest za długa i myślę, że to jedna z przyczyn dla których mało co wyrosło:

Ale ciacho ostatecznie smakuje przyzwoicie:

W tym miejscu chciałabym zrobić jedną, niezwykle ważną rzecz.

Iwonko, dziękuję Ci za to, że mogłam stworzyć to doświadczenie. To dzięki Tobie powstało to ciasto – przyzwoite i PIERWSZE, które upiekłam z serca! Dziękuję jeszcze raz i zamierzam się nim cieszyć ^_^.

No to – smacznego. 😀

Składniki:

  • 2 jajka
  • 3 banany
  • szklanka kakaa
  • 200 g rodzynek
  • łyżka (15 g) proszku do pieczenia
  • aromaty – tu laska wanilii

Przygotowanie:

Ubij jajka, dodaj kakao, rodzynki, wsio wymieszaj, włóż do keksownicy na ok. 40-50 min. (sprawdzaj!) w termoobiegu na 180 C. Nie wyjmuj od razu, dał odpocząć ciastu z pół godziny. Smacznego ;).

Ciasto migdałowe

To ciasto… zostało wykoncypowane z przepisu na muffinki 😀 A więc to było tak:

Potrzebujemy 2 misek – w jednej robimy wszystkie sypkie rzeczy, a w drugiej wszystkie płynne :).

2 szklanki mąki migdałowej +

pół szklanki słodziku – u mnie to ksylitol (cukier brzozowy 100%, ekologiczny) +

pół łyżeczki sody oczyszczonej +

proszek do pieczenia – ekologiczny ;). Ja wrzucam całe opakowanie i bardzo ładnie wyrosło!

Te składniki ze sobą mieszamy, ale przechodzimy do drugiej miseczki.

3 jaja – z wolnego chowu. Oczywiście je miksujemy na takie piankowe ^_^

Roztapiamy olej kokosowy, co by go potem dodać do naszej mikstury:

Następnie dodajemy mleko – takie, na jakie macie ochotę ;).

I cóż… łączymy ze sobą wszystkie składniki:

Dodajemy jakieś dodatki – tutaj miałam na stanie migdały:

Mieszamy je i wsadzamy to wszystko w keksówkę!

Ładnie łyżką to wszystko prostujemy i wkładamy do piekarnika na 180 C termoobieg, ok. 40 minut – sprawdzajcie dość regularnie, bo to zależy od piekarnika trochę ;).

No wiem, nic nie widać, ale… samo życie ;). Dobra, niech się upiecze na spokojnie 40 minut. Wyłączamy piekarnik i czekamy przynajmniej pół h, niech sobie tam posiedzi. Po czym wyciągamy i…

Ciasto można zakryć ścierką, niech se ostygnie. A my zabieramy się za polewę czekoladową. Swoją drogą – jest zajebista!

Tyle miałam oleju kokosowego xD. Więc dodałam 2 łyżki mleka oraz 6 kostek czekolady 80% i łyżkę ksylitolu – ale trochę mogłoby być więcej. Gotowałam na 3 (z 10 faz).

No i gdy się wreszcie ładnie pogotowało, mogłam… polać to na ciacho! Wow, idealne połączenie i pięknie wygląda:

I do lodóweczki, żeby się tam utwardziło ;). No i ostatecznie…

Ale zaciesz, prawda? No więc – smacznego! 😀

Składniki:

  • 2 szklanki mąki migdałowej
  • 1/2 szklanki słodzika (ksylitol/erytrol itd.)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody
  • 1/4 łyżeczki soli (najlepiej kłodawskiej, bo najzdrowsza)
  • 3 jaja
  • 1/3 szklanki oleju kokosowego
  • 1/3 szklanki mleka (dowolnego)
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • dodatek – tutaj migdały, bo to akurat miałam

Przygotowanie:

Przygotuj dwie miski. Do jednej włóż wszystkie sypkie rzeczy, do drugiej płynne. Nie zapomnij ubić jajek przed dodaniem specjałów. Gdy masz to wszystko wymieszane, połącz obie miski i mikserem mieszaj aż Ci się zrobi super breja. Dodaj dodatek i wymieszaj trochu łyżką. Przełóż to do keksówki, ładnie łyżeczką wygładź i do nagrzanego piekarnika na termoobieg. 180 C, ok 40-50 minut. Po tym wyłącz piekarnik, ale ciacho zostaw na przynajmniej pół godziny.
Potem możesz przygotować do tego polewę czekoladową…

Polewa czekoladowa:

  • łyżka oleju kokosowego
  • 2 łyżki mleka
  • 6 kostek czekolady
  • dodaj słodziku – najlepiej 1,5 lub nawet 2 łyżki

Gdy już mamy polewę na cieście, wsadzamy na trochę do lodówki. 😉 Smacznego!

[RECENZJA] Problem trzech ciał, Cixin Liu

Podobno jest to kultowa, wybitna i najlepsza książka SF ostatnich lat. Mamy tu do czynienia z gatunkiem hard science fiction, co oznacza różne mocne naukowe dywagacje. Jednak każdy, kto przebrnął przez „Boga Imperatora Diuny” Franka Herberta może się zdziwić tym, dlaczego powieść Cixina Liu jest trudna. Bo przede wszystkim – nie, nie jest trudna. Całość zawiera w sobie kilka znakomitych koncepcji naukowych, takich jak obca cywilizacja, która mieszka pod trzema chujowymi (dosłownie) słońcami, ciemny las i tak dalej. Problem w tym, że w literaturze to nie wystarczy.

Jeśli jesteś właśnie po/w trakcie seansu netflixowego serialu o tym samym tytule, to może się tak zdarzyć, że owy produkt się spodoba, ale powieść już nie. I nawet jeśli serial jest typowym produktem tego streamingu, to powiedzmy sobie szczerze: mamy tu rzadki przypadek, kiedy książka jest gorsza od ekranizacji.

W serialu wiele się dzieje, ale to trochę dlatego, że łączy w sobie elementy wszystkich trzech tomów, a scenarzyści – bądź co bądź utalentowani, bo mają za sobą adaptację „Gry o tron” – umieją poskładać wszystko do kupy. Wprawdzie z bohaterami nie do końca im wychodzi, ale to nie do końca ich wina. Starali się po prostu stworzyć coś z niczego.

Tak, w większości przypadków bohaterowie Cixin Liu są papierowi i ich losy gówno mnie obchodzą. Jedynym wyjątkiem jest kobieta, która odbiera wiadomość od obcej cywilizacji i tym samym przyczynia się do wielkiego problemu Ziemi, bo zamiast posłuchać rady obcych „nie odpowiadajcie”, to ona – o zgrozo! – odpowiada, i to doskonale wiedząc, że zostaną przez to najechani.

Ale może od początku…

Więc, Cixin serwuje nam sos propagandy komunistycznej, który ma nie smakować jak komunizm made in China. Rewolucja kulturalna i widać ofiary, które są naukowcami i nie chcą zmieniać nazw zjawisk fizycznych, bo chińskiej władzy się to nie podoba. Dziewczę widzi egzekucję swojego ojca i potem wpada w sidła a’la policji obyczajowej, bo każą jej podpisać papiery, ona nie chce i w ogóle nie wygląda to wszystko różowo. Ale w końcu pozwalają jej – jako, że jak ojciec też jest fizyczką i to wybitną – pracować przy tajnym programie nawiązywania łączności z wszechświatem, znaczy się, obserwacją kosmosu i szukaniem w nim życia.

I właściwie: to jest najmocniejszym punktem historii. No dobra, jednym z dwóch, bo drugi to koncepcja, że Trisolarianie, czyli obcy, żyją pod trzema słońcami, które tak działają, że nie dają żyć, bo ciągle przez ich działanie planeta jest niszczona. Ten motyw jest genialny, jest to tzw. problem trzech ciał.

Ale…

Jezu, kto to pisał?

A, Cixin Liu.

Twierdzenie, że naukowcy-fizycy zabijają się, bo wszystkie badania im nie wychodzą i pokazują bzdury, to jest czysta bzdura. Serio. Pomysł ten zakrawa na jakiś paździerz, którym – obawiam się – „Problem trzech ciał” – jest.

Ani postacie, ani czyny, których doświadczają, nie trzymają się kupy. Pisarz w to po prostu nie potrafi, chociaż koncepcyjnie potrafi zapodać zajebisty pomysł na cywilizację, czy może i nawet rozwiązanie jakiejś kwestii. Ale… wykonanie to pożal się Boże.

W trakcie pisania recenzji zabrakło mi weny do jej ukończenia.