Poltergeist II

Dzień dobereł, witajcie w Paździerzowie.

SPOJLERY, BO CHCĘ WAS OSTRZEC PRZED KRWAWIĄCYMI OCZYMA XD ⬇️

Freelingowie muszą być bardzo pechową rodzinką, skoro ciągle borykają się z bytami – najprościej mówiąc – będącymi duchami. Albo czymś w tym rodzaju, bo okazuje się, że Kane (Julian Beck) nie jest ani martwy, ani żywy. Jest po prostu istotą, chcącą Carol (Heather O’Rourke). I przez to wszystko widz PRZEZ GODZINĘ ogląda familijną opowiastkę z mrocznymi akcentami. A przez kolejne pół godziny ogląda ostateczną bitwę, która może i uratowała bohaterów, ale nie uratowała filmu.

Powodem, dla którego zabrałam się za „Poltergeista II” jest nominacja do Oskarów 87′. Szczęściem wielkim, że tylko w kategorii najlepsze efekty wizualne.

A one są naprawdę niezłe.

Nie dorównują „Alien 2”, z którym rywalizował, ale trudno rywalizować z arcydziełem.

Skupmy się na Poltergeiście II.

Było mi przykro, kiedy widziałam całkiem nieźle zawijane druty na chłopcu (Robbie grany przez Olivera Robinsa) i mocno wychodzącego potworka z ciała Steve’a (Craig T. Nelson).

To było naprawdę dobre, a pamiętajmy: lata 80′.

I całkowicie zmarnowany potencjał.

Także scenariuszowo.

Miałam wrażenie, że postacie są bardziej papierowe od wcześniejszej wizji. W jedynce Diane (JoBeth Williams) pokazała siłę matki. To był taki bardzo dobry feminazizm. A tu? Gdzieś się to wszystko zgubiło. Nie mówię, że to źle, że jej mąż dostał rolę życia, czyli musi zawalczyć o rodzinę, ale… serio? Tak dennie nam to zaprezentowano, że zamiast wzruszeń i trzymania kciuków miałam śmiech na sali, a raczej w pokoju.

NIE POLECAM.

TEN FILM NIE JEST WART WASZEGO CZASU.

5/10, a to i tylko dlatego, że krótki.

Poltergeist

Spielberg, kto tak mówi xD

😍 ale efekty specjalne nadal trzymają się bardzo dobrze!

😕 niestety, osoby z padaczką raczej lepiej, by nie oglądały – naprawdę jest tu w ciul migających obrazów, i były one męczące nawet dla mnie.

Problemem „Ducha” jest jego gatunkowość. Naprawdę trudno obecnie stworzyć coś, co by było straszydłem, a w dodatku bez flaków. Jednak w latach 80′ zapewne wyglądało to nieco inaczej, i dlatego sceny, które dziś mogą lekko śmieszyć, wtedy takie nie były.

Choć po prawdzie, jeśli chodzi o stronę wizualną, to jedynie końcówka nieco dziwnie wygląda – bo bohaterowie dosłownie latają po domu, co jakoś turbo estetyczne nie jest.

Ale hej, mamy tu horror, klasyk i to wysoko oceniany.

Fabuła prosta: małżeństwo mieszka sobie z dzieciakami, aż pewnego dnia najmłodsza, Carol (Heather O’Rourke) znika i zaczyna się walka o życie dziewczynki. Gdzieś już to widziałam… a nie, czekaj, „Duch” był pierwszy.

Tak samo, jak był przed „Ringiem”, czyli z motywem porąbanego poltergeista z telewizora. Właściwie spodobał mi się ten wątek, to takie ładne ostrzeżenie przed technologią.

Jeśli będziecie „Ducha” oglądać bardziej jako film przygodowy, niż horror, to raczej się nie zawiedziecie. Ot, no – nieco mroczniejsza historyjka, w której trochę widać późniejsze przyszłe hity Spielberga. Wprawdzie reżyserią się nie zajął, ale scenariuszowo to wybrzmiewa.

A skoro o scenariuszu mowa, to akcja trochę długo nam się rozwija i mam wrażenie, że więcej jest tu rozmów o życiu, niż o samym problemie. Nie jest to może nic złego, ale prawdziwe mięso siadło w jednej scenie – która zresztą nie do końca wybrzmiała, jakby twórcy bali się postawić na konkret gatunek, konkret mhrok.

Ale, właśnie: skoro są pogadanki, to przy niektórych miałam istne WTF. Kto tak mówi? Serio, leciało sztucznością jak stąd do Berlina. W jednym momencie potężnie się zaśmiałam, bo to było tak bardzo XD.

Dobra, może lepiej bez spojlerów.

Bo mimo że film trwa dwie godziny i się zestarzał horrorowo, to wciąż miło się go ogląda. Twórcy przyłożyli się nie tylko do efektów wizualnych, ale także do nastroju domu. A jasnowidzka Tangina (Zelda Rubinstein), która ratuje dupy bohaterom potrafiła zagrać głosem. Tyle że ten akurat psuł lektor xD. Ale i tak lepsze to od dubbingu.

———————

Franczyza „Poltergeist” jest raczej niezbyt udana, ale trzeba przyznać, że druga próba nie do końca legła w gruzach. Choć oceny na imdb nie zachwycają (5,5,/10), to jednak nominacja za efekty specjalne wpadła. Ale o tym w recenzji drugiej części, która wpadnie w sobotę i serdecznie zapraszam.

😘

————————–

POLTERGEIST (1982),

reż. Tobe Hooper

scenariusz: Steven Spielberg, Michael Grais, Mark Victor

Występują: JoBeth Williams, Heather O’Rourke, Craig T. Nelson

Nominacje do oskarów 83′ za:

😍 najlepsze efekty specjalne,

😍 najlepszy dźwięk (efekty),

😍 najlepsza muzyka

Ong Bak

Dzień dobereł, a dzisiaj prawie kino bollywoodzkie z prawie Johnem Wickiem.

„Ong Bak” to kino kopane z Tajlandii, ale niektóre ujęcia są powtarzane dwukrotnie, by pokazać cios bohatera. Zresztą, wydaje mi się, że frajda z kiczowatych scen walk jest całkiem niezła, choć film na początku wymaga Oświetlonej Cierpliwości, bo po prostu pomału się rozkręca.

Zaczyna się od małego WTF, przynajmniej dla europejskiego widza.

Widzimy stado ludziów, którzy wspinają się na drzewo i się ze sobą biją. Na szczęście potem się dowiadujemy, że to taka tradycja, niedługo lokalne święto szczęścia, a w ogóle akcja jest na wiosce, która bardzo sobie ceni głowę Buddy, zwaną Ong-Bakiem.

Problem polega na tym, że w nocy ta głowa została ukradziona. Nasz bohater, Ting (Tony Jaa) decyduje się udać do Bangkoku, by ją odzyskać. I od tej pory widza czekają całkiem zabawne sceny walk.

Cóż, było miło w trakcie seansu.

Powstały jeszcze dwie części, ale ja sobie odpuszczę.

Zakładnik

Za takim Mannem tęskniłam.

Max (Jamie Foxx) pewnej nocy, na swej trasie taksówkarskiej, trafia na Vincenta (Tom Cruise). Problem polega na tym, że ów Vincent zmusza go do wzięcia udziału w nieładnych, oj nieładnych zleceniach…

Nie mam pojęcia, czy ten film teraz widziałam pierwszy raz, ale miałam jakieś takie przekonanie, że wszystko dobrze się skończy. A mimo to Mann mnie oczarował!

Oczywiście, mamy do czynienia z akcyjniakiem i to dobrym. Jednak moim zdaniem ważniejsze są umiejętności reżyserskie Manna. W mroczne miasto facet wstawia kolory: odrobinka czerwieni, dużo żółci i błękitu. I powiem szczerze, może i można te kadry porównywać do Villeneuva, który dla odmiany najbardziej jara się żółcią. Ale chodzi mi o to, że ja czułam, jak Mann wstawia w te kadry KLIMAT. Przez duże K. W tych ujęciach było coś takiego, co nie tylko budowało napięcie, ale jakąś taką mroczną duszę miasta. I dla mnie to niewielkie dawkowanie barw na tle betonozo-szklistej struktury mieściny było smaczne, tworzyło rasowy kryminał noir.

Do tego oczywiście mamy muzykę, dawkowaną nam co jakiś czas, jakby z jednej sceny chciano wydobyć dodatkowe wnętrze. Stworzona przez Jamesa Newtona Howarda, co chyba warto podkreślić.

Nie, to nie jest poetycki film xD.

A może?

Bo widzicie; z pozoru to zwyczajna historia o taksówkarzu, który miał nieszczęście spotkać faceta od brudnej roboty. Ale w praktyce mamy tu dużo egzystencjalnych pytań (a nawet wskazówek), które siedzą w człowieku po seansie.

A jakby było tego mało, scenarzyści wykorzystali jeden z trików twórców. I dzięki niemu byłam zaskakiwana fabularnie.

„Zakładnik” był jednym z przegranych na gali oskarowej 2005:

😳 Jamie Foxx był nominowany do Oskara i przegrał w roli drugoplanowej z Morganem Freemanem („Za wszelką cenę”). Sytuacja była o tyle zabawna, że Foxx wygrał w głównej roli w filmie „Ray” xD.

🙄 W kategorii edytowania filmu (Best Achievement in Film Editing) film przegrał z „Aviatorem”, za który odpowiadała Thelma Schoonmaker. Przegrani to dwóch panów: Jim Miller i Paul Rubell.

Cóż – szczerze mówiąc, nie uważam, by Foxx w „Zakładniku” zagrał wybitnie. Za to w ciemno wiem, że Freeman tak.

Więc ogólnie mówiąc: „Zakładnik” Manna to świetne, stylowe kino. Polecam 🙂.

Zawieście czerwone latarnie (re-recenzja)

Arcydzieło.

Ludzi chyba trochę zatkało, bo większość siedziała do końca napisów. Oczywiście, „Zawieście czerwone latarnie” z odświeżonym dźwiękiem i w kinie to muzyczne doznanie. Niektórzy kiwali głową w rytm, a ja zastanawiałam się, na ile śpiew operowy jednej z bohaterek jest straszny, a na ile jest to język chiński. Pewnie nigdy się tego nie dowiem.

Nawet jeśli obejrzę ten film po raz enty.

Ale na razie jestem po drugim seansie. Wyszłam spłakana, tak po prostu reaguję na trudne historie 🤷‍♀️. Ale powtórzyć efekt u widza i tak jest bardzo trudno.

I miałam wrażenie, że to seans niezwykle wymagający. Emocjonalnie, tak. Ale film wymaga cierpliwości od widza, co zauważyłam po tym, jak niektórzy szeptali czy zaglądali do telefonu.

A ku mojemu zdziwieniu, „Zawieście czerwone latarnie” upłynął mi znacznie szybciej, niż poprzednio. I jakoś tak przytomniej go odebrałam, doświadczając niemal każdego kawałka filmu.

Sonlian (Gong Li) jest zmuszona poślubić kogoś, kto się nią zaopiekuje, bo rodzina nie ma pieniędzy. Trafia do bogatego kogoś jako Czwarta Żona. Tam odkrywa…

Poprzednim razem zastanawiałam się, dlaczego w tym obrazie odczuwam tęsknotę i za czym. Niestety dla bohaterek, okazało się, że to nie jest tęsknota za Chinami z lat 20′ XX wieku.

Może to tylko na mnie ten film tak działa, że wychodzę z seansu wstrząśnięta.

Jednak wizualnie i muzycznie to majstersztyk. Dodaj świetną grę aktorską i klimat jak z jakiegoś thrillera psychologicznego, a wyjdzie arcydzieło w postaci „Zawieście czerwone latarnie”.

Ps.: Brak Oskara dla niego dalej boli, ale rozumiem, że Amerykanie nie chcieli szkodzić twórcy. Tylko wtedy ich decyzja nabiera sensu.

Dredd

„Dredd” z 2012 udowadnia, że film nie musi być ani ambitny, ani wymyślny, by cieszyć. Chociaż nie – akurat twórcy mieli pomysł na koncepcję wizualną i moim zdaniem, było to bardzo udane. Otóż, gdy widzimy postaci na haju, to widzimy też nie tylko slow motion, ale również jaskrawe kolory, piękne barwy. Taka komiksowość level up.

Przyszłość. Mega City 1 to dla mieszkańców to ostra jazda, bo praktycznie wszyscy boją się wychodzić, bo można dostać kulką. Albo drzwiami a’la garaż. W każdym razie, przestępców łapie Rada Sprawiedliwości, głównie Sędziowie. Nasz Dredd (Karl Urban) pewnego feralnego dnia dostaje pod opiekę rekrutkę Anderson (Olivia Thirlby). Idą w sprawie trzech truposzy do giga-bloku i przez kartel narkotykowy zostają w nim uwięzieni…

Ufff, choć opis wydaje się długi, to w rzeczywistości wszystko tu jest proste jak budowa cepa. I trwa półtorej godziny, w trakcie której widz otrzymuje krwawą nawalankę. I dość przyjemną przygodę, podczas której można odsapnąć intelektualnie.

Aczkolwiek, końcówka mi się pod względem intelektualnym podobała, ale to spojler, więc nic nie zdradzę.

„Dredda” ogląda się szybko i dobrze. Nie jest to wybitne dzieło, ale myślę, że jako akcyjniak trzyma poziom. Ani to głupie, ani tandetne.

Sprawiedliwość owiec

„Sprawiedliwość owiec” to taki 6/10, choć przyjemny filmik. Znaczy tak – trwa prawie dwie godziny. I może za długo, ale po kolei.

George (Hugh Jackman) ma stado owiec. Codziennie im czyta kryminały. Niestety, pewnego dnia zostaje znaleziony martwy. Owce postanawiają rozwiązać zagadkę…

Brzmi bardzo dobrze?

Potencjał w historii jest, ale przez to, że historia lawiruje między światem ludzi, a światem zwierząt jakoś nie potrafi ona rozwinąć skrzydeł.

Owszem, jest sympatycznie i edukacyjnie. Tylko mam wrażenie, że to wszystko tu jest takie płaskie, uproszczone. Nie zrozumcie mnie źle: wiem, to dla dzieci, a w prawie dwugodzinnym seansie nie da się wszystkiego ogarnąć. Tylko że oglądając „Hopniętych” czy „w głowie się nie mieści”, miałam wrażenie, że wszystko gra, że jadą niemal na pełnej.

A może to po prostu kwestia tego, że raczej produkcja jest skierowana do 8-10-latków? Jestem pewna, że ci się świetnie bawili, bo po prostu jest w tym filmie coś takiego dziecięcego.

Wspomnę jeszcze o jednej rzeczy, na którą raczej nikt nie zwraca uwagi. XD

Bo w filmowym miasteczku jest jakiś-tam festiwal oznaczający wielkie wydarzenie i trzy stoiska z pamiątkami/hand made. Scena ma komizm, ale też jest… no, jakby to powiedzieć. Słodko urocza. Festiwale w małych miasteczkach trochę tak się kręcą.

Zresztą – „Sprawiedliwość owiec” jest bardzo słodka, ale raczej dla dzieci i ewentualnie naprawdę bardzo zmęczonych ludziów, szukających odprężenia. To po prostu lekka rozrywka, przy której nie trzeba myśleć.

Sprawiedliwość owiec (2026)

Reżyseria: Kyle Balda
Scenariusz: Craig Mazin, Leonie Swann
Główne role: Hugh Jackman, Brett Goldstein, Patrick Stewart

Erupcja

Napisałam recenzję i trzeba było ją zostawić w swojej niedoskonałej wersji, bo przy poprawkach mózg zaczął mnie boleć.

Ale „Erupcja” to taki właśnie film, zwłaszcza jak nie lubi się romansów, LGBT i pseudoartyzmu.

A widać, że twórcy nie szanują odbiorcy.

Chaotyczny scenariusz z dziurami fabularnymi, poczucie, że seans ma milion godzin, a nie godzinę i jedenaście minut, naprawdę drewniany lektor w tle i… błąd w tłumaczeniu. XD Nawet ja to zauważyłam i była drama o to między twórcami, a tłumaczem, ale no, chodźmy już do fabuły.

Rob i Bethany przyjeżdżają do Polski, bo on chce jej się oświadczyć.

Ona zaś mu spierdala bez słowa, uciekając w imprezy z przyjaciółką, a widz na końcu wreszcie sobie odpowiada na pytanie: czy to widz jest zboczony, czy to film chce, by tak to widział.

Niestety, z paździerzami jest tak, że zamiast fajnej akcji, mamy tu wprost do widza „tak, jesteśmy lesbami”. xD No dobra, biseksualistkami, ale tak czy siak Roba było mi żal, chociaż po dłuższym namyśle stwierdzam, że facet miał szczęście, że przed ślubem pokazało się, jaka ta baba naprawdę jest.

Warszawa niezbyt ładnie pokazana, ale doceniam próbę ukazania polskości. Choć raczej nieudaną.

Nie idźcie na ten film, to już lepszy będzie „Mandalorianin i Grogu” xDDD.

Erupcja (2025)

Reżyseria: Pete Ohs
Scenariusz: Pete Ohs, Charlie XCX, Lena Góra, Jeremy O. Harris, Will Madden
Główne role: Lena Góra, Charlie XCX, Will Madden

Werdykt

Na gali oskarowej w 1983 roku „Werdykt” Sidneya Lumeta walczył o pięć statuetek, w tym dla najlepszego filmu. Przegrał z „Gandhim”, który był jakimś rekordzistą w nominacjach, a ostatecznie zgarnął osiem. Cóż – po czasie wiemy, że nie tylko Lumet był wielkim przegranym tego rozdania, ale może o tym kiedy indziej.

„Werdykt” nawet w kontekście współczesnych, dzisiejszych filmów jest bardzo ciekawym obrazem. Lumet stworzył coś ponurego, praktycznie – pesymistycznego. Dominują tu szaro-czarne kolory, a Frank Galvin (Paul Newman) jest praktycznie pokonanym przez życie i karierę adwokatem. Przyjaciel oferuje mu sprawę pewnej kobiety, która została unieruchomiona na całe życie przez błąd lekarski. Sprawa wydaje się prosta, czas na ugodę! Jednakże coś się dzieje z naszym bohaterem i decyduje się iść na całość. Na proces. Ale czy on jest na to gotowy?

To, co mnie tu zaskoczyło, to aktorstwo. I twarze. Nagle ludzie wyglądają jak ludzie, a nie boty z botoksami bez wyrazu. Mało tego, uwierzyłam Newmanowi, że Frank cierpi i jest zniszczonym przez życie i system człowiekiem. I jestem przekonana, że on grał oczami. Co prawda nie znam się na jego rolach, ale prawdopodobnie to był wspaniały aktor.

Odzwyczaiłam się od filmów prawniczych i musiało chwilę zająć, nim przyzwyczaiłam się do pozornie powolnego rytmu filmu. Rytmu, który płynął i trudno było się oderwać od ekranu. Rytmu, który nagle w drugiej połowie przyśpiesza, choć nadal jest pełen beznadziei i małej iskry nadziei.

Wydaje mi się, że ostatnie chwile wokandy wciąż się wyróżniają na tle innych filmów prawniczych. No bo niby mamy przemowę głównego bohatera, który mówi natchniony. Tyle że ja miałam wrażenie, że Frank wcale tak nie mówił. On był zupełnie zrezygnowany i powiedział cokolwiek, bez nawet bardzo konkretnych odwołań do sprawy.

Mało tego – ostatnie sekundy filmu także zrobiły na mnie wrażenie. Nie ma tu wybuchów, ale jest coś takiego w tej scenie, co nie pozwala patrzeć na historię jak na coś standardowego.

Lumet nie stworzył obrazu o wielkiej sprawie. Nawet nie stworzył historii o męskim Erin Brockovich. On stworzył opowieść o człowieku, który po prostu próbuje się podnieść dla jednej, dobrej sprawy.

Werdykt / The Verdict (1982)

Reżyseria: Sidney Lumet
Scenariusz: David Mamet, Barry Reed, Jay Presson Allen
Główne role: Paul Newman, Charlotte Rampling, Jack Warden


Gala oskarowa 1983


NOMINACJE

  • najlepszy obraz: Richard D. Zanuck, David Brown
  • najlepszy aktor pierwszoplanowy: Paul Newman
  • najlepszy aktor drugoplanowy: James Mason
  • najlepszy reżyser: Sidney Lumet
  • najlepszy scenariusz bazowany (na podstawie powieści „Werdykt”)

Dziwny tekst o filmach dla młodych

Dzień dobereł.

– Co za g… kręcą i dlaczego? – pyta wielu boomerów, patrząc na „Pieprzyć Mickiewicza” i „Za duży na bajki”. Oba filmy są dla młodzieży i oba zapoczątkowały trylogię.

W tym, że „Pieprzyć Mickiewicza” wcale nie jest polską wersją „Młodych gniewnych”. To znaczy, w jakimś mierze JEST – bo totalnie, do zbuntowanej młodzieży przychodzi nauczyciel płci męskiej, Jan Sienkiewicz i robi im rewolucję w głowach. Ale ta historia została stworzona na kanwie niemieckiej, filmowej trylogii „Fuck ju Goethe”, znanej w Polsce jako „Szkolna imprezka”. I być może na tym podobieństwa się skończyły.

Przyznam, że w słodkich treściach ostatnio przeholowałam, więc postanowiłam je ograniczyć. Dlatego zupełnie ominęłam sprawdzanie „Za duży na bajki” – być może błędnie – i skupiłam się na „Pieprzyć Mickiewicza”.

Otóż, nie są to paździerzowe filmy. Znaczy: dla starych zgredów po trzydziestce może i są. Bo zbyt naiwne i bajkowe. Ba, często sami mówią, że „eee młodzież już dzisiaj się tak nie zachowuje”. Czyżby?

Bo po tym, jak dwie laski po wyjściu z „Za duży na bajki 3” robiły breakdanca, miałam wrażenie, że boomerzy są bardziej boomerscy w pisaniu „jakieś to zachowanie młodych w filmie jest przestarzałe”, niż by się wydawało.

Dlatego najpierw pozwolę sobie na 2-3 zdania dla dwóch pierwszych części „Pieprzyć Mickiewicza”, a potem oddam głos młodym.

Jak dla mnie, jedynka „Pieprzyć Mickiewicza” była najbardziej sztampowa, co nie zmienia faktu, że miło się to oglądało. Kolorowe kadry, i było widać w bohaterach jakąś fajną energię, która pozwoliła widzowi dokończyć seans. To dla mnie bajka, mało prawdopodobna, ale – ja jestem boomerem przed 40-tką, więc idziemy do dwójeczki.

Druga część „Pieprzyć Mickiewicza” jest o tyle ciekawym przypadkiem, że obarczona jest lewacką propagandą. A przynajmniej na mieście tak mówią. Do naszej klasy III B – najgorszej ze wszystkich klas – dołącza Korek. Korek ma ten problem, że nie tylko jest inny z zasady, on się inaczej zachowuje, niż reszta. W trakcie okazuje się, że ma autyzm. Młodzi nawet nie zadają pytań, o co chodzi z dziwacznością chłopaka, po prostu z miejsca przyjmują go jak swojego. I ten motyw – LEWACKI pomysł – bardzo mi się spodobał. To on nadaje charakteru temu filmowi i sprawia, że chce się go oglądać.

Jak wieść miejska niesie, nastolatkom najbardziej spodobała się najnowsza odsłona „Pieprzyć Mickiewicza”.

ODDAĆ GŁOS MŁODYM

Nie jesteśmy ani Hollywoodem, ani Bollywoodem. Nie kręcimy filmów na potęgę, ale nasze rodzime kino wyraźnie próbuje innych rzeczy, niż tylko komedie romantyczne. To dobrze, choć dla młodych może nadal jest to za mało. Bo 6 filmów w ciągu trzech lat? I co dalej?

Na dodatek złego, te wytwory niekoniecznie są dobre. Ale… to dla boomerów nie są dobre. Gdy zapytałam na threadsie, odpowiedzi były takie: „UWIELBIAM OBA FILMY”, „SĄ ZAJEBISTE”.

Rzecz jasna, może tak być, bo po prostu filmy dla niemieckiej czy amerykańskiej młodzieży niekoniecznie są tak utożsamiające, jak filmy dla młodzieży polskiej.

– Moja nastoletnia córka obejrzała dwie pierwsze części obu tych serii i stwierdziła, że gówno niesamowite, szkoda czasu – napisała mi na threadsie to.ewka.zaczela. – Z polskich filmów dedykowanych młodzieży w ostatnich latach podobał jej się Fanfik. Ale generalnie polskie kino jej nie leży. Ostatnio nadrabia stare serie horrorów – Krzyk, Oszukać przeznaczenie, Koszmar Minionego Lata.

Z kolei natalkaisok stwierdziła tak: – „Za duży na bajki” to był naprawdę dobry film, ale Mickiewicz nie siadł mi z każdym filmem. Miałam wrażenie, jakbym oglądała biedną wersję amerykańskich filmów z Disneya i w sumie już trudno mi było wkręcić się w fabułę po 1 filmie.

A gumis.06 nie ma litości dla „Pieprzyć Mickiewicza”: – Ja oglądałem wszystkie 3 części „Pieprzyć Mickiewicza” i wszystkie są kijowe, ale tylko pierwsza część jakkolwiek znośna. (…)

Jednak znaczna większość komentarzy brzmi tak: „UWIELBIAM TE FILMY”. Na pytanie, dlaczego, przychodzi nam odpowiedź od C., która zdecydowała się tak o tym rozpisać:

– Pieprzyć Mickiewicza, to film dla młodzieży, w którym jest dużo przekazu. Co prawda, są tam używane wulgaryzmy, ale można na to przymknąć oko. Cenię [go] też za to, że jest bardzo ciekawy i interesujący. Nauczył mnie, że grupa znajomych to nie tylko wspólne wspomnienia, to również szczerość, zaufanie i pomoc.

Mój mózg: „czekaj, film nauczył?”.

Jako boomer wyjątkowo łatwo jest zapomnieć, że kultura – zwłaszcza ta wartościowa – niesie ze sobą jakiś przekaz, naukę. Bo dorośli są odporni na naukę przez kulturę, ale jak widać – młodzi nie.

Dlatego posta tego dedykuję przede wszystkim młodym. Chciałabym, żebyście z niego wynieśli to: każdy ma swój gust i każdemu może się podobać co innego. Nawet paździerz. Dlatego nie bijcie się o to, że Wasza opinia jest najważniejsza i że tylko Wy macie rację. Bo tak nie jest – jak widać, nawet wśród nastolatków jest różnica zdań. I to jest piękne, bo właśnie te RÓŻNICE czynią nas wszystkich ludzkimi, a mało tego… przez nie właśnie możemy się uczyć dyskutować o filmach czy kulturze w ogóle. Bądźcie więc mądrzejsi od starych zgredów, boomerów, czy jak tam nazywacie dzisiejszych 30-40-więcej-latków i… dyskutujcie między sobą, czy dane filmy są do dupy, czy nie i dlaczego.

Powodzenia!