[FilmS] Her, reż. Spike Jonze, USA 2013

Ten film jest taki cichy.
Wchodzisz w historię o nerdzie, a bardziej – bardzo samotnym człowieku, który pewnego dnia instaluje sobie system operacyjny IOS. To, co potem następuje niby jest dziwne, przerażające: Theodor Twombly zakochuje się w Samancie, owym systemie operacyjnym…

Nie można powiedzieć wiele więcej o fabule tego filmu, bo to jest film z kategorii „jest, ale nie ma”. Czyli coś się dzieje, ale wszystko tak powoli płynie. Poza tym jeden akt więcej opowiedziany przeze mnie to spojler, który niekoniecznie może psuć zabawę.

Ponieważ w tym filmie nic nie ma – oprócz emocji.

Historia jest prosta jak budowa cepa, ale mimo wszystko wszystko wydaje się takie minimalistyczne. To opowieść, która porusza wiele naraz problemów, spraw i co więcej – udaje jej się to skutecznie rozwinąć. A jeśli nie, to przynajmniej zada pytanie. Ważne pytanie.

Czy miłość do AI jest normalna?
Czym w ogóle jest miłość?
I tak dalej.

Właściwie to na scenie nie ma zbyt dużo bohaterów – jest głos (Scarlett Johanson), jest Theodore (Joaqin Phoenix) i jeszcze paru, mniej lub bardziej istotnych w tej wyprawie.

Ale… to jest taka historia, którą zrozumie każda samotna istota.

I na końcu następuje coś ciekawego, zważywszy na fakt, że trochę się zmuszałam do seansu. To znaczy, nie zrozumcie mnie źle: film jest bardzo dobry, żeby nie powiedzieć fenomenalny. Czy widać jego wiekowość? Wątpię, sprawy o których opowiada są uniwersalne, a technologia jest w miarę nowocześnie zobrazowana, trochę robi wrażenie „innej”, ale ja się nie znam. Dobra, w każdym razie do tego filmu trzeba mieć nastrój. Taki może nie na dramat, ale na trudniejsze tematy. A pod koniec seansu następuje wzruszenie. I nie wiadomo dlaczego ono jest. A może wiadomo – bo widz jest człowiekiem i może odczuwać emocje.

To, co ważne, to muzyka. Może jest jej mało; praktycznie widz oswaja się z rozmowami i tym, co Samantha tworzy. I to tworzy muzykę. Instrumentalną. Piękną.

Jest to film o miłości, samotności, o emocjach, o człowieczeństwie i nic dziwnego, że scenariusz dostał Oskara. Więcej powiem: same słowa na papierze to jedno, ale wyreżyserowanie tego w taki sposób, by było ciekawe mogło stanowić wyzwanie. Bo film nie może być nudny. I tak, najlepiej – a może i najłatwiej – przekazać emocje przez pisanie czy obraz sam w sobie, ale jeśli jest to film, to od filmu wymaga się emocji. Ale… cóż może je lepiej wywołać, niż film o emocjach?

Nie myślę w tej chwili o AI, chociaż – Samantha była nią. W ogóle w trakcie seansu następuje coś w rodzaju immersji: odbiorca jest zmuszony grać w tej grze, w tym widowisku.

Być może jeszcze wiele słów ciśnie mi się pod adresem „Her”, ale… po co? Wystarczy obejrzeć, bo jest dostępny na HBO MAX.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *