Zacznę od tego, że dziś – teraz – jestem zombie. Nie spałam od 48h, więc jest to usprawiedliwione. A powód miałam prosty: moje nocne życie trochę jest problemem, kiedy mam uczestniczyć w kursach stacjonarnych. A jeden z nich – kadry i płace – właśnie się rozpoczął. Była naprawdę fajna atmosfera, ale ja tu gadu gadu, a co z dzisiejszym wyzwaniem?
Ano… jego realizacja pojawiła się na instagramie, ponieważ wydawało mi się, że tylko przez nagrywanie oddechu można udowodnić widzom, że zadanie zostało zrealizowane. Uch, źle to brzmi. Serio. Nikomu nic się nie powinno udowadniać, to po pierwsze, a po drugie, dziś mam słaby dzień.
Pojechałam na miasto kupić wkładki do aparatów słuchowych i pomyliłam się z modelem. A potem za to przepraszałam. Znaczy – model z wyglądu ogarniałam, ale z nazwy już nie. No nic, miła pani zrobiła poprawkę nie faktury, a paragonu, bo na fakturę nie mogła mi wydać, tak czy siak – problem się rozwiązał.
Ale zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam ją przepraszać?
Wiecie, jaki ja mam tryb: nocny. Oznacza to, że spać chodzę ok. 4-6 rano. Tym razem było trochę później, ale wylosowałam sobie zadanie na dziś. Najpierw przyszła refleksja, że za ciola nie wiem, co sobie dać. I w ogóle: nie czułam się z tym dobrze. Jakoś tak na siłę, coś było nie tak. Natomiast smętnie sobie pomyślałam o ciętych kwiatach. Że może bym je sobie zrobiła do wazonu. Ale takich zebranych z łąki. Zaraz jednak odezwało się moje sumienie – no ale jak to, tyle nauczycieli duchowych mówiło, że kto kocha kwiaty, ten ich nie ścina. Na przykład taki pan Osho.
Poszłam spać. Obudziłam się ze wstrętnym humorem i w ogóle, cały dzień mi trochę wywalało, zupełnie tak, jakby przepracowane rzeczy musiały się wydalić. Natomiast, nadal było mi smętnie z tym wszystkim. Poszłam robić rolki na instagrama, że no czuję się źle i w ogóle. Pokazałam ludziom kwiaty – jakie są piękne, gdy się je ogląda i jakie są piękne, gdy są żywe.
Nie mam serca ich ścinać.
Za to przyjaciółka Joasia zaproponowała, żebym sobie coś ugotowała. Coś zajebistego. No cóż, nie miałam za wiele składników, a i pieniędzy też nie; jednak sam pomysł z początku nie wydawał mi się dobry. Chciałam dostać coś namacalnego. Najlepiej szminkę, kosmetyk, ciuch.
Sto złotych.
Na koncie.
Do końca miesiąca.
Czy mnie to przeraża? Ani trochę, ponieważ staram się o tym nie myśleć. Zresztą, nie ma czasu na takie bzdety, organizm potrzebuje nawodnić się i woła, dużo woła do kibla, znaczy na tron.
Zdecydowałam, że to ja decyduję o swoim nastroju i chujnia trochę mi przeszła. Musiałam poprosić kogoś bliskiego o coś i nie czułam się z tym dobrze, ale zrobiłam to i mogę być z siebie dumna. Natomiast, chujnia – czytaj: wyrzuty sumienia za to, że jestem – powróciły.
Uch.
Wygadałam się Iwonce i to mnie podniosło na duchu. Cóż zrobić, trzeba jakoś sobie z tym radzić.
No i poszłam sobie robić honopomono. A nie, czekaj. Najpierw był prezent dla siebie, czyli zrobiłam zapiekankę z nastawieniem „to prezent dla siebie od siebie”. Akcja przebiegała tak:
Jakieś półtorej godziny później akcja wyglądała tak:
Olu, daję Tobie ten prezent od Siebie dla Siebie! I tak, to był autentyczny dialog:
No chyba nie za bardzo przypomina to serce:
Ale przyznaję, to były pyszności:
Nie wiem, czy stan, w którym jadłam można określić jako „aż uszy się trzęsły”, ale na pewno byłam bardzo zadowolona ze smaku:
No, ale w trakcie, gdy się piekło zdążyłam wstawić filmik na jutuba (link na końcu) oraz zmówić honopomono. Och, to było przeżycie!
Nie tylko się przytuliłam z całą mocą, ale także usłyszałam w głowie to jedno zdanie. JESTEŚ CUDEM. OLU, KOCHAM CIĘ I JESTEŚ CUDEM!
Kurwa, tyle lat na to czekałam xD.
(Wysokie wibracje tak bardzo vibe lol).
Szczerze powiedziawszy, jestem wzruszona. I szczerze powiedziawszy, to dopiero początek.
Olu, jesteś cudem.
Każdy z nas jest cudem, tylko musimy sobie uświadomić. Tak, chcemy to sobie uświadomić prędzej czy później. Całe życie nad tym pracujemy mniej lub bardziej. Mnie się po latach udało w głowie usłyszeć: jesteś cudem.
Dziękuję za to.
A teraz czas na filmik z jutuba. Będzie długi, bo komentuję inny filmik, ale miałam z tego niesamowitą frajdę xD. Zapraszam serdecznie i miłego oglądania! (prawdopodobnie będziecie musieli trochę ściszyć, bo głośny, no ale lepiej taki, niż za cichy).
Zrobiłam live. Trwał pięć minut i weszła JEDNA wspaniała osoba. Ale ja się wystraszyłam i nie wiedziałam, co powiedzieć, więc uciekłam :(, a to wszystko na instagramie…
Szczerze? Może i zrobiłam dużo w kwestii energetyki, ale mało na planie fizycznym, przez co czuję się tak, jakbym nic nie robiła. Chociaż…
Na spanko wyłączyłam routery, telefony, wsio; i poczytałam sobie. To mi dobrze zrobiło, wstałam o w miarę przyzwoitej porze, no i zaczęłam Biały Poniedziałek. Trzeci dzień głodówki. I miałam niesamowite mocne wrażenie, że się nudzę i nie bardzo co jest z tym zrobić. Znaczy mogłam zrobić tak: włączyć se drugi webinar od Czarko, ale sęk w tym, że nagle poczułam taką potrzebę leżenia, to się położyłam i zasnęłam.
Być może, głęboka praca energetyczna ma tu znaczenie. Ja nie mówię tu tylko o afirmacjach…
Leci drugi tydzień tej wody. W sensie – programowania wody na tę afirmację. Zamierzam ją trzymać dwa miesiące, bo chyba to by było najlepsze. Mam pewnie stać na nogach, a niedługo będą zmiany. Oj, i to głębokie jak rów marsjański! Już się zresztą sporo dzieje.
Na przykład, odświeżyłam swojego instagrama Światy Aleksandry, gdzie będę zamieszczała informacje o swoich tekstach. Tak mi przyszło po medytacji na Czarko, ale też – z tego pierwszego webinaru – wyniknęło duże zadanie domowe.
I właśnie je dziś próbowałam zrobić.
Próbowałam czy zrobiłam, teraz nie wiem. W każdym razie wzięłam swoich pracodawców, zleceniodawców i zrobiłam potężną medytację z honopono, w sercu, z udziałem ciała. Działo się, energia mocno się ruszyła, ale nie jestem pewna, jak długo honoponomo ma być robione.
Wiesz, bo tu jest kwestia taka, że jeśli coś jest zrealizowane, to jesteś w stu procentach przekonany o tym, że jest coś zrealizowane. A ja nie jestem pewna, więc pewnie medytację jutro powtórzę. Może być lżejsza, bo już coś poszło.
W ogóle honoponomono jest niesamowite: w swej prostocie i w swym działaniu. Więcej szczegółów tutaj.
Mimo wszystko po tym nieszczęsnym (?) live na instagramie włączyły mi się jakieś nienormalne wyrzuty sumienia. Tak, uciekłam. Tak spaprałam – dopiero po zakończeniu przyszło, o czym mogłam opowiadać. I nie… nie wiem. Kurde, ten lęk, to poczucie winy warto wyłączyć. Problem w tym, że ono jest głębokie jak rów marsjański i dlatego też nie da się tak łatwo tego pozbyć. To znaczy, może i się da, ale to kwestia rozkazu „nowych ścieżek neuronowych”, a żeby to zrobić, to taka osoba musi być jak Czarko. Znalezienie poczucia winy i wysłanie do Źródła u mnie dało tymczasowy efekt, powiedzmy – na 2 lata najwyżej. Potem, teraz, znowu się to uruchamia. Zresztą, całe przejmowanie się moją przeszłością i wmawianie sobie, że moje życie jest popierdolone i nic nie warte to objaw pewnego rodzaju poczucia winy, za to, że żyję.
W kwestii zdrowia jako takiego: mam trzeci dzień Białego Poniedziałku, a więc głodówka. Bardzo dobrze, choć wzięłam wodę z suplementami i kakao, ale pierdolę zasady, ma być przyjemnie i po mojemu. Tak czy inaczej, jeszcze się uziemiałam trochę i w zasadzie… no właśnie, nie mam więcej pomysłów na więcej. Mogłabym iść na spacer, ale to może jutro rano. Na razie jestem trochę zmęczona, i trochę mi się nie chce.
Jakbyście mieli pomysł, jak na co dzień można pospa… znaczy, zadbać o swoje zdrowie, to zapraszam do sekcji komentarzy. I dziękuję, że czytacie.
Masz doła? No wiesz, taki stan, w którym chcesz przestać być, a Twój logiczny tok rozumowania nagle mówi Ci, że zejście na Ziemię było jedną z najgłupszych rzeczy, których dokonałeś/aś.
W powiedzeniu „jeśli masz doła to przestań kopać” kryje się mądrość, którą być może wiele psychologów nie akceptuje. Ale jak to, możemy mówić człowiekowi, by się uśmiechnął, jeśli ma dolinę jak stąd do Niagary?
Możemy, bo uśmiech zmienia nasze wibracje.
Tak, tak, wiem, ukryta depresja i takie tam. OK.
Tyle że w tym powiedzeniu wcale nie chodzi o to, by nagle udawać, że rzygasz tęczą. O nie – nawet nie chodzi o to, byś wypierał emocje.
Jesteś w danej sytuacji. Złej, dobrej – jeden pies, ważne, że fatalnie się czujesz. Co robisz? Możesz napisać wiersz stulecia o Twoim smutku, ale chyba nie masz zamiaru potem nim torturować licealistów w szkole. Dobra, więc to odpada. Dalej… iść na kawę z przyjaciółmi. Hmm, pomysł świetny, ale raz:
a) wszyscy Twoi znajomi wynieśli się z Pcimia Dolnego lub o Tobie zapomnieli; b) trwa plandemia, więc możecie zrobić atak na galerię handlową, a potem pochwalić się najazdem policji na Wasz piknik; c) Twój przyjaciel właśnie Ci powiedział, że spotkacie się po plandemii, bo nie chce narażać innych na niebezpieczeństwo. Szczególnie, że Ty nie nosisz maseczki, a on nosi, ale zapominając zakryć nosa.
Na całe szczęście, dziś większość osób nosiła prawidłowo :V.
No więc – co możesz zrobić, będąc w dołku?
Zaakceptować go.
Tak długo, jak długo będziesz w sytuacji, która go wytwarza, będziesz z nim żyć. To taki Twój kolega, tyle że pokazujący tę mroczniejszą stronę Ciebie. Możesz do niego mówić „wypierdalaj”, ale ponieważ sytuacja trwa i trwa i ani widu, ani słychu ratunku, potraktowanie delikwenta ostrymi słowami działa krótkoterminowo.
Ty, a może zacząć się lepiej odżywiać? Pójść do pracy?
Możesz, czemu nie. Jeśli Ci tylko budżet i miejsce, i zdolności na to pozwalają. Jest tylko jedna rzecz. Twój dołek niekoniecznie musi się z tego brać. Jeśli się nie bierze, to w dalszym ciągu zostaje Ci relacja ja-kolega.
W moim przypadku ten kolega chce mi powiedzieć to, co wiem od dawna. Źle się tu czuję i tak dalej, zresztą nie będę tu rozkminiać swojego prywatnego życia. Kto ma wiedzieć, ten wie.
Ale kolega nie chce zejść ze sceny i co wtedy?
Przede wszystkim – TO KOLEGA.
To nie Ty, bo idąc tokiem rozumowania tęczowych new age’owców, jesteś czystą miłością, światłością, tęczą niekoniecznie LGBT, no i samym uśmiechem. Czy jakoś tak.
Istotnie, mówię tu, że dołek to kolega po to, byś miał ułatwienie do poczynania obserwacji.
Obserwacja to stan, w którym obserwujesz. Nie utożsamiasz się z kolegą, nie wdajesz się z nim w jakiś zażyły kontakt. Kolega jest i tyle. I będzie, póki Twoja sytuacja się nie zmieni.
To oczywiście nie sprawi, że na wierzbie pojawią się gruszki. Spowoduje jednak, że tok rozumowania „po co tu jestem, niepotrzebnie żyję” będzie mniej ciążyć. A może nawet zniknie?
Wszystko mija. Dołek też, a wraz z nim sytuacja, w której się zagnieździłeś/aś.