Kategorie
świadomość

[commentary] Wolność, czyli czytajcie klasyków

Żebyśmy się nie obudzili z ręką w nocniku i nie zaczęli pytać: „a co to jest wolność słowa?”. Bo że ta jest na wagę złota, wszyscy wiedzą. Wszyscy też chcą jak najlepiej – dla swoich interesów. Dlatego film Przeciętnego Człowieka, który nazywa się po prostu „Wolność słowa” mnie nie zachwycił. Zniesmaczył, bo jako foliarz jestem wyczulona na mowę nienawiści.

John Stuart Mill, angielski filozof, liberał i feminista.

Przeciętny Człowiek skomentował to, co napisał John Stuart Mill – XIX-wieczny filozof i najwyraźniej musiał bardzo kochać swoją żonę, bo wraz z nią napisał książkę krytykującą nierówność płci. Tyle że nas bardziej obchodzi jego traktat „O wolności”, bo to właśnie cytat z niego jest wyjaśniany przez jutubera.

Rzecz autorstwa J. S. Milla liczy sobie około 140 stron i jest napisana językiem, który dziś nazwalibyśmy „męczący”. Cóż – XIX wiek rządził się swoimi prawami. Przyznam, że nie byłam w stanie dokończyć tej publikacji, utknęłam w połowie. Choć piękna i ważna, postanowiłam posilić się opiniami mądrzejszych ode mnie osób, wyjaśniających filozofię pana Milla. Otóż, na potrzeby tego tekstu posłużę się stwierdzeniami Elżbiety Kundery i Adama Plichty.

(Czy ja piszę pracę licencjacką? Nie, po prostu w pewnym momencie lektury Milla miałam wrażenie, że nie do końca go rozumiem, bo z jednej strony uważa tak, a z drugiej zaraz przytacza kontrargument).

Od czego by tu zacząć? Może od tego, że wspomniany wyżej cytat zdaje się być lekko wyrwanym z kontekstu. Millowi – w moim odczuciu wobec tego, co tylko u niego samego przeczytałam – chodziło o to, by dyskutować inteligentnie. A to znaczy, że dwóch ludzi słuchających skrajnie odmiennych opinii ma czuć swoją opinię, wyrażać ją przez wyjaśnienia tak, by zrównoważyć właśnie argumenty, aby dowiedzieć się, czyich jest więcej. Zresztą, fragment jest wzięty z długiego, bo około dwustronicowego akapitu, trudno więc, by nie był on taki trochę ni z gruchy, ni z pietruchy, jeśli nie zna się przynajmniej tych paru stron. Być może Przeciętny Człowiek wybrał je z jednego powodu – uważa za clue filozofii Milla w temacie wolności słowa. Czy one rzeczywiście takie są, trudno stwierdzić, gdyż w gruncie rzeczy całe dzieło „O wolności” miało wykazać użyteczność wolności słowa i kontrargumentacji. Miller – jak zresztą wykazuje wspomniana E. Kundera – to utylitarysta, zakochany w tym systemie od młodości i przez całe swoje życie go rozwijał.

System etyki Johna Stuarta Milla, określany mianem utylitaryzmu, miał
służyć dobrobytowi społecznemu. Najwyższym celem moralnym zachowania jednostki była użyteczność, utożsamiana z przyjemnością i szczęściem. Jednostka dążąc do własnego dobrobytu, mimochodem pomnażała dobrobyt społeczny. Źródłem szczęścia nie była konsumpcja dóbr, ale rozwój intelektualny.
(E. Kundera, UŻYTECZNOŚĆ W SYSTEMIE ETYKI JOHNA STUARTA MILLA).

Jakże inaczej się teraz czyta te słowa, prawda? A już szczególnie, gdy wie się, że z jednej strony J.S. Mill uważał, że opinie nie powinny wywierać szkody społeczeństwu, nawet jeśli jest to propagowanie wszczęcia rewolucji październikowej. Skojarzenie moje, of course.

Oczywiście, pierwotny nurt utylitaryzmu niesiony przez pana Benthama, był inny, niż Milla. Ten ostatni, jak wyjaśnia naukowczyni, tak podszedł do sprawy:

Szczęściu jednostki Mill nadał wymiar intelektualny, przez co jego utylitaryzm ma odmienny sens od hedonistycznego ujęcia Benthama. Szczęście dawał jednostce jej rozwój duchowy. Pożyteczność, by stać się podstawowym kryterium etycznym, musiała zostać powszechnie zaakceptowana. Utylitaryzm Milla pozbawiony był cech egoistycznych, a bogaty w altruizm. (…) Mill przekonywał, że w ocenie moralnej czynu ważne jest doświadczenie. Z niego wynika, co jest dobre, a co złe. Przypisywanie przez Milla tak dużego znaczenia doświadczeniu pozwala go zaliczyć do zwolenników empiryzmu. Mill był zatem utylitarystą i empirystą (…).

Uff. Skoro wyjaśniłam już utylitaryzm i pi razy oko filozofię Milla, pozwolę sobie wrócić do Przeciętnego Człowieka.

Przeciętny Człowiek wyjaśnia, że mówienie do ściany jest bez sensu:

To wprost mówi nam, że jeśli (…) zostaniesz pozbawiony możliwości zapoznania się z przeciwnymi poglądami, nigdy nie będziesz mógł stwierdzić z racjonalną pewnością, że twój pogląd jest bliższy prawdzie.

Zastanawiam się, po co zostało użyte „racjonalny”. Racjonalny oznacza rozumny, spokojny. Dla mnie to niepotrzebny dodatek, bo pewność to po prostu pewność. Sto procent. Peace and love. Natomiast podoba mi się sformułowanie „bliższy prawdzie”, gdyż nie zaznacza, że chodzi o jedyną, słuszną i niezbywalną prawdę, gdyż sam Mill pokazywał, że takiej prawdy po prostu nie ma. Słynny Anglik wprost przytaczał przykłady, z których wynikało, że na przestrzeni wieków okazywało się, że mądre głowy – czytaj naukowcy, duchowni i tak dalej – po prostu się mylili. Ba, stwierdza nawet, że to, co on tworzy niekoniecznie będzie aktualne, czy prawdziwe w późniejszych wiekach.

Drugiego punktu tworzonego przez Przeciętnego Człowieka nie będę wyjaśniać, bo to zbędne. Natomiast przy trzecim trochę się zatrzymam, gdyż sam jego tytuł jest… no sami zobaczcie:

OK – Mill zaznacza wagę emocji i uczuć w swym dziele. Problem jest jednak taki, że „Przenoszenie uczuć na administracyjny i karny poziom” brzmi nie tyle naukowo, co biurokracyjnie. Rozumiem, że kanał Przeciętnego Człowieka jest kanałem pro-naukowym, i autor lubuje się w używaniu trudnych sformułowań, ale czy naprawdę nie można było napisać „Ważność emocji w dyskusji”? Brzmi prościej, a i tak to zdanie może posłużyć jako tytuł podrozdziału jakiegoś humanistycznego opracowania.

Nie obchodzi cię słuchanie ludzi, których nie lubisz (…), tylko wtedy nie oddasz sprawiedliwości argumentom swojemu własnemu stanowisku w danej sprawie, nie znając (…) stanowiska twoich dyskutantów. (…) Możesz optować za administracyjnymi rozwiązaniami, jak haniebny artykuł o obrazie uczuć religijnych (…). (Przeciętny Człowiek, Wolność słowa).

Tak, cały akapit powstał tylko po to, byście zrozumieli ostatnie zdanie, a i tak skracałam. No dobrze, autor się rozwleka, ale prawdopodobnie miał dobre intencje. Tyle. Inna kwestia jest taka, że dyskusja z osobami nieprzekonanymi jest bez sensu, bo ich po prostu nie przekonasz i tyle. Mill jednak – jak przekonuje E. Kundera – podzielał takie stanowisko:

Zachęcał do udziału w dyskusjach i choć wymiana poglądów rzadko służyła przekonaniu nieprzekonanych, uznał ją za istotny czynnik wzrostu dobrobytu. Dyskusja prowadziła bowiem do lepszego poznania problemu, co ułatwiało podjęcie decyzji.

I nagle, cały na biało, wchodzi słowo „haniebny”! I o ile można się zgodzić z tym, że artykuł o obrazie uczuć religijnych jest bez sensu, to nie wiem, po jakie licho autor zastosował słowo „haniebny”. Po to, by zaznaczyć swoje stanowisko w sprawie? No dobrze, ale to słowo wprost wyraża pogardę, niezadowolenie i całą gamę negatywnych emocji. Właściwie, jeśli Przeciętny Człowiek chciałby stworzyć rzeczywiście obiektywny materiał na jakiś temat, to na jego korzyść działało by używanie słownictwa neutralnego. Dlaczego? Bo od mądrego człowieka wymagamy mądrych opinii, a nie opinii emocjonalnych, które mogą świadczyć o braku obiektywizmu. I oczywiście, że coś takiego, jak obiektywizm nie istnieje, nie mniej jednak mówię tu o wrażeniu czysto odbiorczym, cokolwiek by to miało znaczyć. Zresztą, wnioskując na podstawie wcześniejszych filmików, odnoszę wrażenie, że Przeciętny Człowiek ma problem z postawą wobec religii. Znaczy, no – o ile można dojść do wniosku, że religie to (myśli nad neutralnym wyrażeniem) pewne, niekoniecznie słuszne idee, o tyle… no właśnie, używanie słowa „haniebny” nastawia wprost wojowniczo odbiorcę, wskazuje, że autor jest wściekły na nią i ogólnie, lepiej uciekać, bo tu zaraz będą bomby od wojujących ateistów. A przecież właśnie sam Mill mówi, że taka dyskusja jest jałowa:

Wielu ludzi uważa wszelkie postępowanie budzące w nich niesmak za wyrządzoną im krzywdę i za obrazę ich uczuć. Przypominają oni bigota, który gdy go oskarżają o lekceważenie uczuć religijnych innych ludzi, odpowiada, że tamci lekceważą jego uczucia, obstając przy swoim obrzydłym kulcie lub wyznaniu. Ale przywiązanie jakiejś osoby do
swojej opinii i uczucie innej, którą wyznawanie tej opinii uraża, tak samo nie dadzą się połączyć znakiem równości, jak pragnienie złodzieja przywłaszczenia sobie portmonetki i pragnienie prawowitego właściciela, by ją zachować.

A przypominam, że wielu wierzących może uważać artykuł o obrazie uczuć religijnych za w porządku. Tylko pytanie, czy któryś z nich będzie miał odwagę dyskutować o tym z Przeciętnym Człowiekiem, znając jego postawę wobec religii.

Samo odniesienie się do administracyjnych przepisów też niekoniecznie jest na miejscu. O ile Millowi zależało na tym, by jednostka mogła się wyrażać, tak nie miał wątpliwości, że szkodzie ogółu należy zapobiegać. A ogółowi może zaszkodzić czyjaś idea, jak rozumiem:

Przeciwnie, nawet opinie tracą swoje przywileje, gdy są wyrażane w takich okolicznościach, że stają się zachętą do szkodliwego czynu. Opinia, że handlarze zbożem ogładzają biedaków lub że własność prywatna jest kradzieżą, nie powinna być szykanowana, gdy jest tylko ogłaszana drukiem, lecz może zasługiwać na karę, gdy się ją wypowiada ustnie wobec podnieconego tłumu zgromadzonego przed domem handlarza zbożem lub gdy ktoś rozrzuca ją wśród tego tłumu w postaci odezwy. Wszelkie czyny przynoszące innym szkodę bez
usprawiedliwionej przyczyny mogą, a w ważniejszych wypadkach muszą, wywoływać nieprzyjazne uczucia, a w razie potrzeby czynną interwencję społeczeństwa. Wolność jednostki musi być ograniczona do tego stopnia, by nie sprawiała przykrości innym.
(J. S. Mill, O wolności).

Oczywiście, na powyższe miejmy poprawkę, że autor żył w XIX wieku, czyli bez internetów.

Czwarty punkt, który przedstawia Przeciętny Człowiek to anarchizm poglądowy. Ładna nazwa, prawda? Zwrócę jednak uwagę, że „anarchizm” oznacza coś starego, przestarzałego wręcz i w przypadku języka często już w nim niefunkcjonującego. Tymczasem autor filmiku wprost wrzuca do tego działu poglądy, które są może i kontrowersyjne, ale one są kontrowersyjne, bo są skrajnie inne, niż te, które autor wyznaje. Mamy tu więc zwolenników płaskiej Ziemi. Nad tymi sprawami „dyskutować można, no ale nie trzeba już”, a po chwili daje takie wyrażenie jak „element racjonalizmu”. Czy chodziło mu o to, że nie warto milionowy raz dyskutować o płaskiej Ziemi? Czy może jednak, że poglądy dyskutantów nie są racjonalne? „Pseudolibertariańskiej postawy dla ośmiolatków będziemy się kręcić wokół zdania” – to fragment zdania, w którym Przeciętny Człowiek nawołuje do wprowadzenia właśnie elementu racjonalizmu w dyskusję. Tyle że jest on ułożony tak, by dyskredytować ewentualnego przeciwnika. „Pseudo” z góry zaznacza, że coś nie jest prawdziwe, tylko udawane; z kolei zapodanie jako przykładu ośmiolatka sugeruje, że ta druga strona nie ma na tyle dużo oleju w głowie, ile – no nie wiem, trzydziestolatek? Tak, Przeciętnemu Człowiekowi chodziło o dyskutanta. Każda opinia jest ważna, dajmy się wypowiedzieć drugiemu człowiekowi… no, zgadzam się – słuchanie opinii innych, skrajnie odmiennych od naszej, dla samego czytania gównoburz czy czytania ciągle tych samych argumentów jest mało produktywne. Ale można to powiedzieć jako poprzednie zdanie, a nie używać słów negatywnie nacechowanych. Rozumiem, że czasem potrzebne są obrazowe przykłady, ale tu myślę, one nie są odpowiednio opisane.

„No właśnie, nie zawsze mają wagę” – mówi tak o argumentach przeciwnej strony. Tyle że skąd mamy wiedzieć, czy tak rzeczywiście jest? Zjedliśmy wszystkie rozumy świata? Jasne, że możemy próbować ocenić, czy czyjaś postawa na jakiś temat jest słuszna, czy nie, to nie jest przecież złe. Tu jednak mam wrażenie, że Przeciętnemu Człowiekowi włączył się osąd wobec drugiego człowieka, bo nawet nie ocena.

Przeciętny Człowiek nie skończył z foliarzami. Wprost ich wymienia: płaskoziemcy, przeciwników szczepionek, bo autyzm, zwolenników teorii spisgowych i tak dalej. Po co? Po to, by przy punkcie „Zinstytucjonalizowane zwątpienie” tak powiedzieć:

(…) mieszanka manipulacji, półprawd, opinii podawanych jako fakty (…).

To w minucie 7:20. Autor filmu wprost ocenia cudze poglądy. Nieważne, że dla niego są to bardzo dziwaczne teorie, ale jak on chce prowadzić dobre, merytoryczne dyskusje, które do czegoś prowadzą, jeśli z góry zakłada, że coś jest błędne? A żeby było gorzej – już na samym początku Przeciętny Człowiek twierdzi, że lubi takie rozrywki. Światłości, mam nadzieję, że nie będę musiała prowadzić żywej dyskusji z tym człowiekiem, bo się za Erytreę nie dogadamy.

Dalej, Przeciętny Człowiek zaleca sprawdzanie pewnych twierdzeń przez system instytucji naukowych i innych ważnych organizacji. Tak, tych samych, co to uważają, że płaska Ziemia to jedna wielka bzdura, świat zaczął się od Wielkiego Wybuchu, a za choroby odpowiedzialna jest tylko i wyłącznie biologia. I o ile nie jest to jakaś zła metoda, to jednak warto dodać, że wiara w narrację systemu jest… no dobrze, sami wybierzcie, czy ufacie systemowi, czy nie.

Mam wrażenie, że Przeciętny Człowiek trochę pojechał po bandzie. Czytając Milla czułam, że gościowi chodziło o dążenie do poglądu, który wszystkim się przysłuży, który da najwięcej dobra ogółowi. Tyle że samo wchodzenie w dyskusję oznaczało nie obrażanie dyskutanta, nie ocenianie jego poglądów, tylko zadawanie takich pytań, by móc dojść do własnego wniosku. Tymczasem Przeciętny Człowiek wprost ocenia inne poglądy (nie wnikam, czy słuszne z etycznego punktu widzenia), używa słownictwa, które jest nacechowane negatywnie i wcale – co widać po przykładzie z artykułem o obrazie uczuć religijnych – nie kieruje się tak bardzo rozumiem, jakby chciał.

Ach, idę się zapisać do grupy płaskoziemców.

Film Przeciętnego Człowieka:

J. S. Mill, „O wolności”

Elżbieta Kundera, Użyteczność w systemie etyki Johna Stuarta Milla

Adam Plichta, Koncepcja wolności Johna Stuarta Milla

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.