Newsletter dla Królowej (SEZON 2)

60 (D3)

Moje zdanie na temat „Diuny” Franka Herberta już znasz, Droga Królowo. Jednak dziś jakoś towarzyszy mi myśl o przemocowości w dziełach kultury. Ale może zacznijmy od dawno, dawno temu, kiedy spotkałam krytyka literackiego, który znęcał się nad moimi tekstami. Powiedział mi jednak bardzo ważną rzecz: przemoc nie może być bez sensu, ona musi mieć znaczenie.

I wybacz, na chwilę wrócimy do fantasy, bo tak wyszło, że nie znam ani jednej powieści science fiction, w której przemoc odgrywałaby główną rolę, albo przynajmniej jakąś znaczącą. W sumie… to ciekawe spostrzeżenie, bo potrafię wymienić nawet klasyki fantasy, gdzie przemoc – jakieś tortury, jakieś kajdany – są podstawą fabuły. Na przykład, jest taka seria, w której niemal za każdym razem główny bohater musi się stykać z torturami i więzieniem, z jakiegoś powodu. Niby ma to uzasadnienie fabularne, ale schematyczność mnie znudziła. No i jeszcze jedna rzecz: co za dużo to niezdrowo, ale chyba nie do końca dla współczesnych widzów, czytaj: fanów „Gry o tron”.

W „Rodzie smoka” – czyli prequelu tejże „Gry” wiemy, że bohaterowie biją się o tron właśnie. Ale sam tron jest zbudowany z mieczy, co może i ładnie się prezentować dla oczu, nie mniej problemem jest to, że fabularnie… no… można się kusić o interpretację typu „jest przesłanie!”, a w rzeczywistości – nieeee, nie ma przesłania, bo uważam, że autor nie do końca wie, co robi. Znaczy, warsztatu George’owi R. R. Martinowi raczej nie w sposób odmówić, rzecz jednak w tym, że autor każe swoim bohaterom cierpieć. Na przykład, w serialu często jest poród. I oczywiście, muszą go przedstawiać jako krwawy i obrzydliwy, oczywiście, no średniowiecze, ojej, ale to kobietę boli, ojoj, niech jeszcze trochę pocierpi. I dobra – mamy fakty, że królowe rodzą, tylko… serio? Naprawdę? „Wspaniałe stulecie” NIE POTRZEBOWAŁO jakiejś wybitnej brutalności, by przedstawić okrutny świat konkubin. Więcej nawet, prezentowało ciekawy dość rozwój fabularny. Główna bohaterka była i sadystyczna, i taka psychopatyczna, ale to, co sprawiało, że miliony kobiet nie tylko w Turcji śledziło rozwój wydarzeń to niekoniecznie walka o tron i niekoniecznie miłość biednej niewolnicy do faceta. To, co było szczególnie widać to rozwój bohatera. W „Rodzie smoka” nie mamy właściwie niczego, bo też trudno zidentyfikować się z bohaterami, którzy wiesz, że albo zginą, albo w kolejnej scenie ich znielubisz. To swoista gra z odbiorcą, hę? Tylko że niektóre wydarzenia są bardzo dziwnie logiczne. Weźmy to: Alicent zachowuje się okrutnie wobec swej rywalki, ale wygląda na zaskoczoną swym okrucieństwem. Tylko że odbiorca wie doskonale, że a) konflikt nie trwa od odcinka, i b) konflikt toczy się dziesięć lat. W kij logiczne, przyznać szczerze trzeba.

No dobrze – fantasy ma jakiś pociąg do przemocy, a w jaki sposób robi to science fiction?

Tak, Droga Królowo, pomęczę Cię „Diuną”, bo tam jest parę scen, które są niezwykle okrutne, wręcz straszne i zawierają w sobie o wiele mniej hektolitrów krwi, niż sceny z „Rodu smoka”. A jednak o wiele bardziej (i przepraszam za powtórzenia, jest trzecia w nocy i piszę co mi ręce na klawiaturze przyniosą) wzbudzają emocje.

Weźmy taką arenę, gdzie urządzano sobie walki gladiatorów. I jeden ze złoli staje do walki z niewolnikiem. Czy walka była jakaś wybitna? No – niewolnik nie wyglądał na typowego przeciwnika, no ale czemu czytelnika miałoby to zainteresować? Ano, właśnie temu: tenże nieszczęśnik posiadał emblemat straconego rodu. I ten fakt, ten szczegół uczynił scenę wielką, uczynił scenę trzymającą w napięciu. Czy ważną? O, to później wyjdzie w powieści, ale ogólnie chodziło o emocje, o to spięcie, które nie zostało wytworzone przez krew, ani nawet przez fachowość w walce niewolnika. Już sam szczegół, że kiedyś służył Atrydom daje się we znaki, czytelnik czuje to „coś”. Tymczasem porównaj sobie sceny porodów z”Rodu smoka”: co czujesz? No… wiesz, że masz nic nie czuć, bo bohaterka zaraz albo umrze, albo no… sam poród będzie przedstawiony źle, tego się spodziewałaś, to ma obrzydzić i tyle sensu z całości wynikło, zwłaszcza, że i matka, i sam potomek umarli. No, powiedziałabym, sensowne w kij dla fabuły.

Niedawno miałam dyskusję na ten temat z przyjaciółką. Sama doszłam do tego, że nie umiem pisać o przemocy. Może inaczej: nie chcę o niej pisać, choć wiem, że w moich światach ona występuje w jakiś sposób, bo może to być przejaw natury. Nie mniej, przypomina mi się w takich momentach czytanie „Agafe”. Tam może trochę ponurych scen było, gdy ta siedziała w więzieniu, jednak powiedzmy sobie szczerze: bardziej to działało na wyobrażeniach, na odczuwaniu tego, CO MOŻE SIĘ DZIAĆ. Czy tutaj clue sprawy to takie niedopowiedzenie? Być może. To potrafi działać o wiele lepiej, niż pokazanie katuszy z „Rodu smoka” i powrócę tu do klasycznej „Diuny”. Kiedy Leto staje przed Harkonennem jako więzień, to słyszy on zza ściany straszne głosy. I przy pierwszym, może i nawet drugim spotkaniu się z tą sceną potrafi ona zrobić wrażenie. Co też człowiekowi mogą robić, że tak strasznie krzyczy? Herbert posłużył się też sugestią: och, nie opiszę tortur na samym nieszczęśniku, opiszę, że te tortury są, były stosowane, och, tak, ci ludzie potrafią i o wiele więcej. Wciąż porusza to bardziej wyobraźnię, niż prosty opis powiedzmy nakładania kwasu na skórę.

Na dzień dzisiejszy zdecydowałam, że będę szła w tym kierunku – kierunku sugestii dla czytelnika, bo to nie tylko zabawa w kotka i myszkę z nim, to także trenowanie jego i mojej wyobraźni. 🙂

59 (D2)

W „Diunie” jest taka scena, kiedy Paul patrzył na pustynię i przypominała mu wodę. Herbert oczywiście umie to opisać jednym zdaniem, natomiast to zdanie poraża. Jest takie świadomościowe. I myślę, że ta sama sytuacja poraziła także Davida Lyncha, bo w swoim filmie wyraźnie próbował odzwierciedlić to wrażenie. Co prawda były wczesne lata 80′, więc efekty specjalne średnie, a wielkie korpo produkujące ten film niezbyt chciały się zgodzić na pomysły reżysera, ale wyszło to tak:

I jasne, można Lyncha krytykować za wiele spraw, ale i tak wydaje mi się, że jego zobrazowanie ustanowiło pewien standard, jak „Diunę” należy robić. I nie chodzi o to, że na bogato, tylko przyjrzyjmy się Paulowi, jak tam wygląda:

A teraz zestawmy to z Paulem od Villeneuve’a:

Powiedziałabym, że fryzjer chłopaka w zasadzie mógłby się nie zmienić, ot taka różnica. Ale obu panów – zarówno Lynch, jak i Villeneuve – postanowiło zupełnie pominąć fakt wzrostu Paula. A ten w książce jest o tyle ważny, że to młodego wyróżnia, w jakiś sposób wyznacza jego „inność”. Książkowy Paul był NISKI i miało to znaczenie choćby w tym punkcie, że „rozwój bohatera”. Ale wracając do standardów ustanowionych przez Lyncha, to jest jeszcze Bene Gesserit.

Villeneuve
Lynch

No dobrze, ale co z tego wynika? Być może to, że Vilenneuve nie chciał za bardzo ryzykować „nowej formy Diuny”, więc wraz z muzykiem poszli na łatwiznę, czyli – standardy, standardy. Zwrócili się w stronę fanów, którzy wydawali się być zadowoleni przede wszystkim efektami CGI. Problem polega na tym, że żeby film był dobry, to potrzebuje czegoś więcej, niż współczesnych efektów. Potrzebuje fabuły. A z tym „Diuna” jednego i drugiego sobie nie radzi. U Lyncha w sumie widz się gubi i nie wiadomo do końca, o co kaman, u Villeneuve’a za to widz może się nudzić. I teraz tak: każdy, kto czytał „Diunę” WIE, że powieść ma powolne tempo i nie zaskoczył się tempem najnowszej ekranizacji. Problem jednak w tym, że… co więcej, niż emocje z książki zostaje? Bo teraz mam wrażenie, że fani Herberta podjarali się filmem nie dlatego, że był on dobry, a dlatego, że… przypominał im o emocjach z książki.

To jedna kwestia. Druga sprawa jest taka, że trzonem herbertowskiej „Diuny” są przemyślenia bohaterów, a więc ich złożoność. Bo w filmie raczej się odradza prowadzenie narracji myślowej, to świadczy o dobrym warsztacie, a Villeneuve pomimo pociągów masońskich XD taki ma. W każdym razie, niezwykle trudno też przełożyć pewne zdania-klucze z książki na ekran. To próbował Lynch z tą wodą i to mu nie wyszło, ale przynajmniej próbował. Villeneuve miał trochę łatwiej, ale nie skorzystał z okazji, bo może się bał, a może pomysł był po prostu taki: „dajmy im standard”. No i ten standard – co nie oznacza, że brak jest w to dzieło włożonej pracy – fani otrzymali.

Jednak doprowadziło to też do tego, że na ekranie nie mieliśmy jednego jobczego bohatera, jego drogi. I jasne, można zobrazować historię ogólnie, jak widać – widzowie od Herberta świetnie się przy tym bawili. Jedna sprawa jest jednak, a mianowicie taka, że nie da się w filmie tak łatwo przedstawić głębi. W książce – da się, bo tu można pisać o uczuciach, myślach, nie ma ograniczeń. Ale w filmie? W filmie trzeba prezentować „przemianę”. A tu… no… Jakby się zastanowić, to w sumie chyba żadnej jobczej przemiany nie było i ja rozumiem, to pierwsza część pierwszej części powieści, ale nawet w tych punktach u Herberta widać, że Paul dojrzewa. Serio. Ba, końcówka mogłaby być kulminacją i to jobczą, ale skupienie się na wielu sprawach, czyli postaciach, poskutkowało właśnie tym, co dostaliśmy.

Trzecia sprawa to kwestia tego, jak skonstruowano muzykę do filmu. I owszem, nie da się ukryć, że Herbert inspirował się kulturą muzułmańską czy tam arabską, ale… jesteśmy tysiące lat w przód, po przemianach cywilizacyjnych, AI padło, kosmos i tak dalej. Czy myślisz, że kultury arabskie nie miałyby procesu rozwojowego nawet w muzyce? Mało tego, Turcy w przeciągu stu lat – licząc od początku XX wieku do teraz – mieli znaczną przemianę kultury, od języka, aż po kwestię religijności. Myślę więc, że jakby zostawić za sobą standardowe muzyczne wątki, a posłużyć się bardziej popem czy nawet kwestią arabską, to… no byłby powiew świeżego powietrza dla widza.

A, i tak przyglądając się filmowi Villeneuve’a, to jest poprawność polityczna. Mamy tu szereg ludzi różnych odcieni i niekoniecznie jest to dobre. Znaczy, ja rozumiem, kosmos i tak dalej, ale oglądając „top 10 różnic u Lyncha i Villeneuve’a” uderzyło mnie, że te pustynne szczury są nie do końca jasno określone, jeśli chodzi o ich wygląd. A może się czepiam, bo jestem przewrażliwiona już po tych wszystkich LGBT’ach i murzynach we „Władcy Pierścieni”…

58 (D1)

„Diuna” Franka Herberta jest napisana językiem prostym jak budowa cepa. I to tak bardzo, że wydaje się on niemal surowy. Więcej, autor nie skupiał się na opisach przestrzeni, on po prostu opisywał wnętrza bohaterów. To właśnie ich kreacje – chociażby były drobniejszymi punktami – zdają się mieć w sobie najwięcej głębi. Takiej właśnie, dzięki której „Diunę” się uwielbia. To zadziwia. I powiem Ci, Droga Królowo, że przy czytaniu (a raczej słuchaniu audiobooka) powieści mam wrażenie, że ta prostota jest najlepszym wyborem narracyjnym. To jest kwestia może nie tyle gatunku science fiction, może nie tyle tego, że facet chciał opisywać pustynię, a bardziej idzie to na zasadzie „najprostsze rzeczy są najlepsze”. Dlaczego? Ano, właśnie dlatego, że docierają w jakiś sposób do mózgu… dobra, miało być o prostocie, więc i w sposób prosty by wypadało to napisać. No więc te słowa uderzają. Swoją dosadnością. O, to jest to! nikt nie mówi: „mroczne cienie kładą się na moim jestestwie niczym spadające liście na dno oceanu” – bo woli „jest mi źle, spierdalaj”. Prosto, dosadnie i punktowo. Muad’dib jest punktowy, tak widzi przestrzeń.

Nawiasem mówiąc, a raczej poza nawiasem, mam wrażenie, że jeśli autor nie umie pisać skomplikowanych opisów tła czy innych pozornie ważnych bzdetoletów w historii, to to nie jest złe. Przecież „Diunę” narracyjnie można ochrzanić za to, że nie buduje tak naprawdę jakiegoś jobczego obrazu pustynnego, przestrzeni Kaladanu czy nawet samej planety. Ona daje się we znaki w inny sposób. Bardziej taki prosty. Jest takim bardziej duchowym przeżyciem, ale w kontekście duchowości bohaterów. Dobra, bo zaraz walnę tekstem bardzo oczywistym, czyli: mamy tu do czynienia z arcydziełem literatury science fiction. Mówi się o tym, że to przez ekologię, ale ja uważam, że powód jest inny.

Moja przygoda z „Diuną” zaczęła się wcześnie – miałam 10 czy 11 lat i miałam tego pecha, że trafiłam na najbardziej niedorzeczne tłumaczenie powieści, gdzie zamiast Freemanów mamy Wolan. No, teoretycznie spolszczenia są spoko, jednak potem jak czytałam o tłumaczeniu, to jednak faceta dzieła pozostawiały wiele do życzenia. A i wchodzimy w starą, dobrze znaną nam tematykę, bo gościu tłumaczył także Tolkiena i fani również nie zostali na to obojętni. Tak czy inaczej, czytając wtedy książkę miałam wrażenie, że jest to powieść przygodowa, dla młodzieży. Przeczytałam ją chyba w dwa dni i byłam bardzo tą powieścią zafascynowana.

Za każdym kolejnym razem, gdy książkę sobie przypominałam, miałam wrażenie, że znajduję w niej coś innego, nowego i że inaczej to odczytuję. Im jestem starsza, tym potrafię w niej znaleźć więcej głębi, więcej brylantów – na przykład w zdaniach, ale o zdaniach będę mówiła w kontekście drugiego tomu raczej – no i powiem tak: więcej duchowości. Może wiadomo, to zależy od wewnętrznej duchowości, dobra, idziemy dalej, bo tu się będę roztaczać nad tą głębią przesadnie chyba, wchodząc w jakieś dziwne poetyckie wątki.

Tak czy inaczej – „Diuna” narracyjnie pokazuje, że czasami najlepiej napisać wprost. Po prostu. I nie będzie to złe, bo będzie odebrane przez czytelnika, a czy mu się taki styl spodoba? No cóż, niektórzy autorzy opisując bohaterów nakładają mu tylko ubiór zasłaniający brzuch i części intymne, zapominając o butach. Czy to się spodoba czytelnikowi?

57

Musimy porozmawiać o Isere, Władczyni Smoków.

Generalnie tak: mogłabym oznaczyć ten wpis jako wpis o fantasy, ale mogłabym również go nie oznaczać, co niniejszym czynię. Dlaczego? Ano, sprawa dotyczy raczej ogólnego „problemu” tworzenia postaci. Pytałaś, Droga Królowo, o wiarygodność bohaterów. I myślę, że to jest kwestia nad którą nie powinniśmy się zbytnio zastanawiać, ponieważ BĘDĄC W TRANSIE naprawdę nie potrzebujemy zagadnień filozoficznych z doktoratu na Uniwersytecie Jagiellońskim. To czego jednak potrzebujemy, to… no właśnie, to, czego ja w tej chwili potrzebuję to rozmowy o Isere.

Ponieważ za funta kłaków jej nie rozumiem.

Żeby było śmieszniej – TO BARDZO DOBRZE!

Przyjrzyjmy się teraz gatunkowi, jakim jest fantasy. Tolkien próbował stworzyć swój świat, no i powiedzmy, że mu się to wyrąbiście udało, ponieważ Śródziemie otrzymało własną mitologię, historię, a nawet własne gatunki. Zieeews. To, co jest ważne, to elfy. Tak, nie hobbici, a elfy. Dlaczego? Bo rozumiem założenie, z którego facet wyszedł: te istoty miały być świetliste, dobre, piękne i tak dalej. Natomiast po drodze coś wyszło nie tak i z poziomu energetycznego są odczuwalne jako „puste”. Mało tego, elfy w alternatywnym świecie – który przeplata się z naszym – to są tak naprawdę wredne stworki, bardzo pilnujące swego terytorium i uwierz, Królowo, nie chciałabyś się z nimi spotkać. Natomiast, przy bliższym badaniu sprawy okazało się, że elfy mają jakiegoś – jak to określiła przyjaciółka – „zjebanego” egregora i tam jest po prostu niezły burdel. Być może dlatego, że wielu autorów to wiele koncepcji, a tak w ogóle to mam wrażenie, że twórcy starają się wymyślać własne stworzenia. To jest bardzo dobry trop, ponieważ pozwala na uwolnienie się z bzdetoletów energetycznych i swobodne tworzenie czegoś nowego. Jednocześnie też jest to wyzwanie, bo jak tworzyć… powiedzmy, tworzyć coś nowego?

Wiesz, to jest tak, że jak wchodzisz do świata, to widzisz, poznajesz go i wystarczy go opisywać. A jednak, często coś idzie nie tak.

Weźmy takie mitologie i mam tu na myśli mitologie całego świata, a nie tylko Grecji. Co robią tamtejsi bogowie? Tak jest! Zachowują się jak ludzie w dziwnych, karykaturalnych przebraniach.

I tak samo dzieje się w fantasy. Na ogół jest tak, że bohaterowie, którzy są wybrańcami, posiadają jakieś moce czy inne dziwne sprawy, zachowują się dokładnie tak, jak człowiek. Z jednej strony to zrozumiałe – odbiorca chce się z kimś tam w historii utożsamiać. Z drugiej strony twórcy zapominają o tym, że przede wszystkim BOGOWIE w ich historiach nie powinni być ludzcy, bo to w końcu BOGOWIE! Istoty, które są długowieczne, mają inną energetykę od ludzkiej i tak dalej.

No i teraz tak: twórcy „Świata Dysku” podziękujemy, ponieważ nas bardziej interesuje Robert Jordan, ten mistrz Sandersona, który wymyślił „Koło czasu”. Mam wrażenie, że on zrobił, chciał zrobić coś bardzo ważnego dla gatunku: uświadomić odbiorcom, że boskie istoty, a takim przecież był Smok Odrodzony, główny bohater, który miał klasycznie zbawić świat – NIE JEST, NIE MOŻE BYĆ NORMALNY. I otóż właśnie: facet, znaczy Jordan, założył, że wszyscy mężczyźni, którzy posiadają krztynę magii wariują. To założenie wyszło co prawda z pewnego niefajnego wydarzenia dawno, dawno temu w historii, ale clue jest taki, że mamy do czynienia z bohaterami, którzy na pozór mają ludzką psychikę, ale też właśnie są odróżnialni od ludzi przez to, że ich dary NAPRAWDĘ wpływają na nich. Wow, boskość jest niezrozumiana.

No i teraz tak. Ja sobie piszę o Isere, Władczyni Smoków. Ta wiadomo, ma mieć nieograniczone używanie magii – w przeciwieństwie do całej reszty Kramu. To taka boginka. No i teraz pytanie… czy boginka może być zwykłą śmiertelniczką, tym bardziej, że ma świadomość już, kim tak naprawdę jest i co to znaczy? Czy jej psychika może być zwyczajnie ludzka?

Ja nie myślę o tym, jaka powinna być Isere. Ja myślę po prostu, że jej nie rozumiem. To znaczy rozumiem o tyle, że ona jest dojrzałą kobietą, bo no – w kij wiele przeżyła, dużo traum. A mimo wszystko… im dalej w historię tym widać nie tyle rozwój bohaterki na twardszą, co widać ten rozwój na taką osobowość… ja wiem, anielską? Niewinną, taką, czystą? Weźmy przykład. Normalność Kramu nakazuje zabić niewygodnego delikwenta, tymczasem Isere nie widzi potrzeby zabijania; wystarczy po prostu, by zrezygnował ze stanowiska. To oczywiście najlżejszy przykład, bo pewnie im dalej w historię, tym będzie się robić dziwniej, no i sama jestem ciekawa, do czego to wszystko doprowadzi, bo sęk w tym, że pani Isere postanowiła odtworzyć swój kraj, który obecnie jest w ruinie. Ale przecież polityka to brudna dziedzina…

PS.: Wydaje mi się, że po prostu warto mieć samą intencję, o kim się pisze, ale intencję taką konkretną… i wtedy to ma ręce i nogi.

56

Jeżeli opisałabym ten problem z perspektywy fizyki kwantowej, to prawdopodobnie niewiele osób by to zrozumiało, przetrawiło i jeszcze zaakceptowało. Ale… od pewnego czasu przestałam się kompletnie przejmować tym, co odbiorcy uważają, jak osądzają mój tekst i różne takie sprawy. Wyjaśnić to może pewien dialog:

Ja: wkurza mnie pewien bohater, bo mi wyszedł bardziej papierowy od Galadrieli z Amazonu
przyjaciółka: nie przejmowałabym się tym
przyjaciółka: boty będą czytały

Moim sposobem na to, by olewać wszelkie akcje w stylu „ale czy ja dobrze piszę? czy prawdopodobnie?” jest PRZEKONANIE, że świat zewnętrzny to odbicie mojego wewnętrznego świata. Hmmm, brzmi może dziwnie, ale generalnie nie chodzi mi o żadne symboliczne farmazony. Chodzi mi o dosłowność i to taką turbo. W tym momencie – wszelkie problemy „a czy docenią to?” przestają mieć znaczenie. Skoro jesteśmy w pewnego rodzaju matrixie i skoro przebywamy cały czas w swojej wyobraźni, tylko w bardzo zaawansowanymstadiumkrea

Mówiłam, że nikt tego wprost nie ogarnie?

Być może wszelkie problemy w stylu „ale czy ten tekst się innym spodoba” biorą się po prostu z tego, że zdanie innych jest dla nas najważniejsze. Czyli w tym momencie poniżamy się, stawiając swoje odczucia wobec tekstu jako mniej istotne.

Pytasz się mnie, czy możliwe jest napisanie o mężczyźnie będąc kobietą.
Tak, możliwe.
Czy będzie wiarygodne?
Nie wiem – ale wiem jedno: jeśli poddam się wątpliwościom, to tekst nie będzie pracował. Pozwolę sobie zachmurzyć swój nastrój, zepsuć wieczór i różne takie dramatyczne, epickie historie. Po co to? Po co cierpieć?

OK – sama do końca nie wiem, dlaczego torturuję się oglądając Rings of Power, bo chcę z tym skończyć, ale wątek krasnoludów jest tak dobry, że daję sobą emocjonalnie pomiatać, sprawiając, że umysł od głupot w tym serialu mnie dosłownie boli. Gdzie moja szczotka do mózgu?

Jeżeli jesteś w trakcie pisania powieści, to PODDAJ SIĘ TRANSOWI. Nie myśl o bzdetach typu „czy postać jest realistyczna”, ponieważ sprowadza się to do zbytniego przeintelektualizowania. Ba, powiedziałabym, że liczy się nie to, co czytelnik myśli o Twoim utworze, a to, co TY myślisz. Tak to właśnie działa, tak to właśnie widać. Tokarczukowa uważa, że nie pisze dla idiotów i efekt ma: dostała wielce arcyważną intelektualnom nagrodę Nobla, spotyka się w bibliotekach, gdzie chodzą osiemdziesięcioletni intelektualiści, a młodzi, którzy mają „siano we łbie” otwierają Twoją książkę i z frajdą się zaczytują. Dlaczego? Bo myślisz, że to powieść dla nich i chcesz sprawiać im frajdę.

Wprawdzie krytycy wszelkiego rodzaju mogą się dopieprzyć do Twojego tekstu, ale oni do każdego tekstu mogą się dopieprzyć.

Ja ostatnio przekonuję się, że ważne jest to, co mamy w głowie. Tak dosłownie. Serio, chodzi tylko o przekonania i dotyczy to każdego tematu, jaki sobie tylko wymyślisz.

W momencie, gdy zdałam sobie sprawę – ale tak jobczo, a nie umysłowo – że absolutnie wszystko jest iluzją i w momencie, gdy zdałam sobie sprawę, że jesteśmy we własnej kreacji, własnym umyśle, nagle poczułam się wolna.

Czyż to nie wspaniale być w Lunaparku i uczyć się właśnie kreować?

Dlaczego Ci o tym piszę?

Bo chcę, żebyś zrozumiała, że Twoje wątpliwości można wyłączyć, gdy sobie wyjaśnisz, że wszystko, co Ciebie otacza to fikcja literacka. Oczywiście, nie musisz, możesz zastosować trzy inne kroki, które niestety – jak się do nich zbliżam w tym tekście – ciągle uciekają ze sceny. Dlaczego?

Może dlatego, że ważne jest podejście do tekstu. Ale… nie w taki sposób, o jakim zwykle się mówi. Jeśli teraz stwierdzisz, że za przeproszeniem pierdolisz farmazony o tym, że jakiś bohater ma 20 lat i zachowuje się jak pięciolatek, i po prostu włączysz muzykę i zatopisz się w trans pisania, to jest to wszystko, czego potrzebuje przestrzeń. Twoja przestrzeń.

Natomiast wątpliwości są czymś naturalnym, ale warto sobie w takim punkcie powiedzieć: „pierdolę”.

Właściwie, jest coś takiego jak transfering. Ten twierdzi, że wszystko jest energią, a gdy ktoś nas słownie atakuje, czy coś się dzieje, a nie jest to jakoś wybitnie skomplikowane, to

UWAGA

dajesz odpowiedź, która wytrąca delikwenta z tematu. Tak dosłownie.
Lub po prostu nie zwracasz na niego uwagi.

Natomiast chcę Ci powiedzieć, że od Nowego Roku będę bardzo poważnie zastanawiać się, co zrobić ze swoimi przekonaniami o pisaniu. Bo widzisz, kochana, mam wrażenie, że studia i współpraca z pewną księgarnią wcale nie pomogły, one tylko sprawiły… no dobra, pomogły, ale nie w ten sposób, w który chciałam. A chciałam, żeby książka się sprzedawała i chciałam nauczyć się pięknie pisać. Ojej, ileż razy pomstuję na te studia i w ogóle. Ale widzisz, tam było w rzeczywistości dużo wartościowej wiedzy, która daje mi w tej chwili profity. A jednak mam wrażenie, że doszło do PRZEINTELEKTUALIZOWANIA.

Ty jedyne, czego potrzebujesz w swoim pisaniu to wprowadzenia się w trans pisarski. Najlepiej przez muzykę, bo – jak powiedziała wyżej wspomniana przyjaciółka – „muzyka jest ze Źródła”.

I chociaż nie zawsze jest ona przy pisaniu potrzebna, to zawsze pomaga, wspiera.

I dlatego nie wiem, czy Ci pomogłam tym tekstem? Czy to nie jest zbyt bzde…

[TRZASK].

55 (F6)

– Czy robimy przerwę od Tolkiena?
– I tak, i nie!

Nie, ponieważ wyjdziemy od Tolkiena. Jego świat uważany jest za czarno-biały. Bohaterowie są albo dobrzy, albo źli, lub – o czym się, mam wrażenie, zapomina – podatni na tzw. kuszenie. Kuszenie to nie jest jakoś bardzo ultrareligijne, po prostu facet miał takie, a nie inne spojrzenie na świat i tak to się w Śródziemiu rozwinęło. Dobrym przykładem jest Numenor, który znany jest głównie z tego, że zatonął, bo tam się odjewapniło nieco pychy. Numerojczycy dostali te ziemie z jednego prostego powodu: pomogli w walce ze złem. Niestety, później – już w trakcie, gdy się osiedlili – zaczęli dostrzegać… no, że jednak nie są szczęśliwi. Elfy żyją wiecznie (mogą umrzeć albo ze smutku, albo po ścięciu głowy), a ludzie nie. I można to określić jako zazdrość, ale to przecież jest ludzkie. Poza tym po drodze jeszcze pewnie było parę niesnasek sprawiających, że Numerojczycy tak średnio mieli ochotę się spikać z elfami. Ale przyjrzyjmy się samej ich postawie. Czy to obraz w pełni czarno-biały? Moim zdaniem, w pełni nie; raczej taki „ludzki”. Ludzka słabość. Czy współczesna fantastyka potrafiłaby to przedstawić jednocześnie i prosto, i bardzo ciekawie? A jakże – bez problemu. Tylko widzisz, Droga Królowo… postanowiono nic nie robić. W całym serialu „Rings of Power” tylko na początku mamy jakiś mocny przeskok czasowy, w dodatku większość tolkienowców uważa go za mocno bezsensowny (to ta Galadriela męczona przez inne elfy). A potem – powiedzmy szczerze – w całych 4 odcinkach, ponad 4 godzinach, nic się nie dzieje. A można w ten czas przedstawić nie tylko sporo wydarzeń, ale także zaprezentować pięknie zbudowany charakter.

Mało kto dziś chyba lubi Mary Sue, czyli postacie idealne. Idealnie dobre. Jednak, doświadczając pisania mam wrażenie, że to nie jest kwestia tego, czy ktoś jest idealny, czy ktoś jest całkiem dobry, tylko kwestia tego, jak go się przedstawia.

Przyjrzyjmy się „Tajemnicom Smalville”, serial co prawda z 2002 i raczej już się takich historii nie kręci, natomiast jest dziwnie angażujący pomimo tego, że narracja jest pełna fakapów, a bohaterowie są bardziej idealni, niż prawdziwi. A mimo wszystko jakoś przyjemnie się ogląda tych dwudziestokilkulatków udających nastolatków. W jakiś sposób nie przeszkadza pouczający ton, żeby na przykład nie dać się zastraszyć i być szczerym wobec innych. A przecież jestem osobą, która swoje lata ma na karku. Co tu więc zadziałało? Moim zdaniem dwie BARDZO PROSTE rzeczy.

Pierwsza – w każdym odcinku dzieje się bardzo dużo. Zaczyna się od jakiegoś powiedzmy wroga, przeszkody, potem jest rozwiązywanie tego czegoś i na końcu puenta. I niejednokrotnie nie jest to jedyne, co się dzieje na ekranie, widzimy relacje między bohaterami, na przykład.

Druga – i o tym mówi się na wszystkich podstawowych kursach scenopisarstwa – KONFLIKT. Musi być jakiś konflikt, żeby widz się wciągnął. Czy w „Tajemnicach Smalville” jest? No, powiedziałabym, że nie do końca, ale jednak Lex Luthor nie znosi swojego ojca, a poza tym interesuje nas też to, jak do jasnej ciasnej dwóch przyjaciół mogło się bardzo znielubić. A widzimy, że to jest bardzo silna relacja, która tylko się rozwija. No i trzecia sprawa – o, to już jest ten mityczny konflikt. Konflikt, w który jesteśmy w stanie uwierzyć, bo widać, że Lex drąży, stara się odpowiedzieć na pytanie, jakim cudem przeżył, skoro miał nie przeżyć, kim jest tak naprawdę Clark i tego typu rzeczy. I to już jest angażujące, z odcinka na odcinek robi się coraz bardziej.

Z kolei w nieszczęsnym „Rings of Power” mamy konflikty. A to rasowe: ludzie-elfy, a to tajemnice krasnoludów, a to walka z orkami, tyle że… coś poszło nie tak. Właściwie, widz z jakiegoś powodu nie jest w stanie zaangażować się w te problemy. No, może poza wątkiem w siedzibie krasnoludów, ale i tu w pewnym momencie mózg widza rozboli, niestety. Zastanówmy się, co jest tego przyczyną, hmmm…

Papierowi bohaterowie? TAK! Zdecydowanie na to bym stawiała.

Czy oni posiadają jedną cechę? No… Dobra, weźmy taką Galadrielę. Po osobie, która liczy sobie te trzy tysiące lat spodziewamy się pewnego typu idealnej osobowości. W końcu tyle doświadczenia, dojrzałości, ja myślę, że gdybyśmy byli w stanie tyle żyć, to byśmy byli już bardzo inni, niż jesteśmy teraz. Of course, mówię o świadomym życiu, z pamięcią. Na obecny moment nasza świadomość nie byłaby w stanie ogarnąć naszej osobowości za te trzy tysiące lat. No ale… można było to pokazać w pewien ciekawy sposób. Na przykład, że Galadriela próbuje w jakiś sposób – INTELIGENTNY SPOSÓB – zjednać sobie sojuszników.

I ja myślę, że tak naprawdę wystarczyłoby się skupić na pokazaniu inteligencji. W końcu w serialu „Doktor House” co prawda mieliśmy bohatera-buca, nie mniej jego inteligencja, nieprzeciętna wiedza medyczna była tak idealna, że… że my to z przyjemnością zaakceptowaliśmy, bo taka konwencja jest akceptowalna. Dlaczego? Bo my, widzowie nie mamy nic przeciw idealizacji pewnych rzeczy, takiej archetypizacji postaci. Cała sztuka w tym właśnie, by CIEKAWIE PRZEDSTAWIĆ BOHATERA.

Jak to zrobić?

Cóż – pisarze mają to ułatwienie, że wystarczy im po prostu pisać i samo powinno wyjść. To znaczy, myślę, że wyjątki typu „50 twarzy Greya” potwierdzają tylko regułę.

Z filmami może być nieco gorzej, nie mniej jednak dobry autor scenariuszy zna pewne sztuczki, które mu na to pozwalają, by zrealizować to dobrze. W zamian za rozpisywanie się ma po prostu do dyspozycji i muzykę, i sprawy wizualne.

Wszystkiego dobrego, dobrze przedstawionych bohaterów życzę, Droga Królowo w Twoich tekstach <3.

54 (F5)

Dlaczego ktoś wymyślił sobie, że w jego świecie fantasy jednym z języków będzie polski? Albo – dlaczego nie kojarzymy nazwiska, które by stworzyło w pełni usystematyzowany język świata z fantazji? Lub też – dlaczego idziemy na skróty?!

Jest jeszcze lepiej. Wchodzę sobie w grafikę podpisaną jako „języki elfów”, ale pismo jest bardzo podejrzane. Olśnienie: to przecież słowiańskie runy! Czekaj, a czy przypadkiem język turbosłowian nie był fikcyjny…

Skoro od tego zaczynam, to przejdźmy się do oficjalnej z deczka historii świata czy też tam Polski, tyle że w tamtejszym okresie historycznym naszego pięknego kraju nie było na mapach. Było za to coś innego – marzenia, romantyzm i tego typu sprawy. A także rozwijająca się w tle dziedzina, jaką jest historia. I pewnego dnia znaleziono tajemnicze pismo Słowian, jak się wtedy zdawało. Szybko się jednak okazało, że manuskrypt był fikcją literacką, a ludzie, którzy uwierzyli w naszą wersję Wed to foliarze i jakieś typki, które dały się podpuścić.

Spuścizna ta – jak się jednak okazuje – nie poszła całkowicie na marne. W okolicach XXI wieku ludzie, którzy poszukują prawdy znowu natknęli się na legendy o Wielkiej Lechii, wyłowili skądś alfabety słowiańskie, które nie są uznawane przez oficjalne wersje historyczne. I tak oto, mamy powoli w używaniu osoby posługujące się głagolicą na przykład.

Ale jeszcze lepiej jest w przypadku run słowiańskich. Wydaje się, że nikt poza turbosłowianami i dziwnymi kobietami praktykującymi gimnastykę słowiańską nie uznaje ich. Ba, z samą gimnastyką też są akcje, ale to nie ten temat. Tak czy inaczej, runy owe choć wyklęte z oficjalnej historii i wśród rodzimowierców także niemile widziane, w jakiś sposób się przyjęły. Tak, przyjęły się w środowisku ezo.

Co to ma wspólnego z fantastyką?

Prosta sprawa – można wykorzystać dorobek turbosłowian w pisaniu książek fantasy. Będzie to uproszczenie, ale dla odbiorcy zapewne będzie magicznie. W końcu temu nie zależy na poznawaniu nowego języka, jemu zależy na tym, by odczuwać tą obcość, magiczność, inność. To też jest bardzo ważny aspekt, ale porozmawiamy sobie o nim kiedy indziej.

Teoretycznie można by się wysilić i popchnąć swoje szare komórki do tego, by podpowiedziały jakieś języki z obcych, fantastycznych światów. A, i ważna uwaga: czy mówimy o fantasy czy science fiction, nie ma to znaczenia. I na jednym, i na drugim froncie obcość brzmienia pewnych nazw jest bardzo przydatna.

*myśli: szkoda, że na studiach nie kazali nam czytać Tolk…*

Wydaje się, że to, co odróżnia Tolkiena od reszty współczesnych twórców to nie tylko to, że był pionierem w swej dziedzinie. Był również językoznawcą, który badał właśnie… strukturę języka? Ktoś to opisał w ten sposób: „on był wewnątrz języka”. Zdaje się, że nikomu potem się to nie udało. I jasne: mogą sobie ludzie wynajmować speców, którzy będą wymyślali języki do historii. Zaznaczmy jeszcze raz: do historii, ponieważ i Tolkien ma na ten temat zdanie podyktowane doświadczeniem.

Cała zabawa z językiem elfickim zaczęła się w momencie, gdy postanowił nieco rozwinąć historię hobbita, oraz w momencie, gdy natknął się na fiński. To właśnie kontakt z nim kazał mu drążyć, bo poczuł w pewnym momencie TO COŚ. Czytając jego biografię odczułam to jako „świetlisty moment”, taki punkt zaczepienia. I dobrze, a że Tolkien był profesorem i właściwie od dziecka wykazywał chęć poznawania, czy też tworzenia języków – to naturalną rzeczą było dla niego to, że zabrał się za stworzenie języka.

Hobbit mu w tym bardzo pomógł, ponieważ okazało się, że żeby język zaistniał, zaczął być żywy, to musi mieć historię.

Ja teraz przypominam sobie, jak tworzyłam pewną opowieść, która traktuje mężczyzn jak niewolników, ale nas interesuje tamtejszy język. Otóż, był, istniał. Takie „nhwaaa” wciąż mi siedzi w głowie i właściwie czuję pociąg, by to dalej pociągnąć, ale niestety tylko „nhwaa” pozostało, a zapisków już oczywiście nie mam. Nie mniej, właśnie wtedy tak było. Tworzyłam sytuacje, a język tak jakby sam wchodził czy też raczej wychodził z ust bohaterów. Ich wyrażenia stawały się bardzo naturalne.

Jest w tym coś fascynującego, muszę przyznać, i nic dziwnego, że Tolkien wpadł w sidła takiej pasji. Można by powiedzieć, że połączył i pasję, i pracę, a więc upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Ale – no niezupełnie. Dziedzina dziedziną, a jednak wykłady o staroangielskim czy legendach, a nawet egzaminowanie ludzi to trochę jednak inna bajka. Tak więc, znaczna część pracy nad językiem elfickim (i pokrewnymi, gwoli ścisłości) musiała się siłą rzeczy odbywać poza uczelnią. Co i tak spowodowało problemy w stylu „ej, ale czemu opóźniasz wykład”, bo Tolkien nie miał czasu, musiał się zająć hobbitami i elfami. Tak to już jest.

Tolkien nie szedł na skróty. Tu masz pismo, gramatykę, masz wszystko. Żyć i używać języka można, tylko tyle. Natomiast trudno powiedzieć to samo o innych twórcach fantasy – być może podobnie genialnych, ale jednak nie parających się budowaniem języka tak, jak Tolkien.

Moje doświadczenie z czytania fantasy jest dwojakie.

Albo ktoś wymyślił różne słowa-wytrychy, dzięki którym czytelnik odczuwa, że ma do czynienia z obcym językiem, albo… no właśnie, do tego później. W każdym razie ta praktyka nie zawsze zdaje egzamin. Odpowiedź jest prosta jak budowa cepa: TO JEST PUSTE. I wtedy czytelnik stwierdza, że te nazwy są bez sensu, bo niczego nie wprowadzają, absolutnie w żaden sposób nie umagiczniają, a fabuła sama w sobie jest średniawa. To że średniawa to inna para kaloszy, ale to, że takie podanie obcych słów czytelnikowi nie działa, to już większy kłopot. Jak bowiem sprawić, żeby czytelnik odczuł tę magię, obcość? Otóż – zacząć wymyślać język.

Albo przynajmniej mapy. Tolkien uważał, że konieczna jest praca z mapami i tekstem jednocześnie, nigdy jedno nie może być po drugim. Tak czy inaczej, możliwe, że to działa, ale w trochę ograniczonym zakresie, bo nadal są to tylko nazwy, miejsca niestworzone. To jest po prostu coś, co nie da pełnego poczucia, że „ci bohaterowie żyją, posługują się innym, niż nasz język”. Cóż zatem można zrobić?

Można… wynająć językoznawców, by wymyślili języki. To znacznie skraca czas i znacznie ułatwia zadanie pisarzowi. Pytanie jednak, czy warto. Jak się nad tym zastanawiam, to może jednak nie? Owszem, łatwo się zasłaniać „brakiem czasu”, bo większość ludzi jednak czasu nie ma na tworzenie dodatkowych materiałów do powieści. Ale… właśnie. Jakoś nie widziałam, by fani serialu „Gry o tron” czy inszego z podobną ponoć praktyką siedli sobie i gadali w ichnim języku. Wszyscy zapominają o tej sprawie, liczą się głównie smoki i seks, i tortury. To się liczy. Natomiast jak znajdziesz się wśród Tolkienowców, to widać jak na dłoni, że nie tylko uprawiają LARP’a, ale również i stosują język na piśmie, jak i w słowie mówionym. Generalnie, oni mają się czym bawić. Właściwie mam tu trochę wrażenie, że Tolkien włożył w projekt duszę, dużą część siebie, co zaowocowało tym, że język stał się bardzo ważną częścią uniwersum.

Być może znajdą się podobne wynalazki – w sensie wymyślone języki na rzecz światów fantasy – ale u Tolkiena po prostu to CZUĆ. Czuć, że tam siedział ktoś, kto chciał stworzyć coś dokładnie, coś dobrego i ogólnie rzecz mówiąc, nie olewał. W innych przypadkach nie jest to oczywiste.

Jasne, język to tylko jeden ze sposobów na to, by świat fantasy stał się żywy. I chyba jeden z najlepszych, ale pod warunkiem, że projekt będzie miał w sobie serce twórcy.

53 (F4)

– Dlaczego fani nie wspominają o alegorii do chrześcijaństwa we „Władcy Pierścieni”? – męczyło mnie pytanie. Odpowiedź mogła być tylko jedna: bo przeczytali biografię J. R. R. Tolkiena.

Tak, tak – wszystkie kwestie chrześcijańskie, które niby są zawarte w powyższym dziele to zwykła nadinterpretacja. Owszem, Tolkien był zdaje się głęboko wierzącą osobą. Koniec końców zmusił żonę do przejścia z anglikanizmu do katolicyzmu, a swego przyjaciela Lewisa także najchętniej by widział w swojej wierze. Nie mniej jednak, nie ma mowy o tym, by „Władca Pierścieni” przedstawiał jakąkolwiek alegorię chrześcijaństwa. I o ile można powiedzieć: „a walka dobra ze zła?”, o tyle trzeba mieć na uwadze zdanie autora i jego sposób pracy.

Tak, tak – ta notka będzie w takim rozwlekłym, niemalże XIX-wiecznym styl… a, nie czekaj, przecież nie stylizuję tekstu na tamtejsze normy. To jednak nie będzie.

Trzeba tu powiedzieć sobie jasno, czym jest interpretacja. Obecnie większość ludzi nie będących polonistami uznaje, że interpretacja to odbiór dzieła wg własnego widzimisię. No, nauczyciel z liceum na to: „pała, siadaj”. Bo on chciałby szukać jakiejś myśli przewodniej autora, co autor chciał pokazać. I to jest słuszne założenie, jednak dla samego Tolkiena interpretacja to gra umysłowa, może być indywidualna, według świadomości. Oznacza to, że jeśli ktoś ma skojarzenia z chrześcijaństwem lub z judaizmem czytając jego „Władcę Pierścieni” – to w porządku, widocznie takie, a nie inne zasoby umysłowe ma delikwent. Lub delikwentka, ale o tym w kolejnych tekstach. Natomiast, jeśli ktoś robi filozofię chrześcijańską w Śródziemiu, o to to już jest nadinterpretacja. Przynajmniej według mnie, bo w tym przypadku ten ktoś mówi: „Władca Pierścieni to alegoria chrześcijańskiego spojrzenia na świat”.

I jasne, chrześcijański punkt widzenia w Śródziemiu nie musi być niczym dziwnym, ani zaskakującym, bo autor tego świata był chrześcijaninem. Jeśli więc przyjmiemy, że dzieło posiada coś, jakąś cząstkę autora, to nic dziwnego, że o skojarzenie z wiarą Chrystusową bardzo łatwo. A, i jest jeszcze pewna rzecz, która może wskazywać na – ło ho ho ho – niesamowicie chrześcijański aspekt całej historii. Otóż: bóg jest wszędzie. I to wszystko. Istota, która stworzyła Śródziemie, świat i tak dalej jest w każdym zakątku Śródziemia. Nic więcej, nic mniej. Nie ma tu żadnych dodatkowych doktryn. I o ile zrozumiałam, to takie poczucie, że Bóg jest wszędzie towarzyszyło Tolkienowi, gdy pracował nad swoim dziełem. I to była w jakimś stopniu prawda, o której opowiadał. Ale prawda nie ograniczała się do aspektu chrześcijańskiego czy tam duchowego – prawda dotyczyła tego, że świat, jakim jest Śródziemie ma być odczuwalny jako prawdziwy, rzeczywisty.

Choć Bóg jest wszechobecny we wszechświecie Tolkiena, to pozostaje on niewidzialny – pisał jeden z jego najbliższych czytelników, prawdopodobnie C.S. Lewis, bo zapomniałam spisać autors… dobra, Tolkien po prostu nie chciał hamować wyobrażeń czytelników.

Właściwie, to chyba alegorie jako takie w twórczości Tolkiena występują w liczbie pojedynczej, ale żeby to stwierdzić, trzeba także stwierdzić, CO TO JEST ALEGORIA. Więc PWN z internetów rzecze nam takoż:

alegoria «w literaturze i sztuce: postać, motyw lub fabuła mające poza znaczeniem dosłownym stały umowny sens przenośny»

No i wracając do alegorii w utworze Tolkiena, to jest ona obecna w ostatnim jego opowiadaniu „Drzewo i liść”. Ironia polega na tym, że żaden z ówczesnych krytyków tekstu – a Tolkien był już wtedy pisarzem światowej sławy – nie ogarnął osobistych motywów wątków autora w utworze. Może dlatego, że ów wyraźnie zaznaczał, że ALEGORIA TO ZUO?

Z całego serca nie cierpię alegorii we wszystkich formach i zawsze jej unikałem – pisał Tolkien. – (…) Wolę historię prawdziwą, fikcyjną, dającą czytelnikowi możliwość różnych skojarzeń na miarę jego umysłowych zdolności i doświadczeń. Sądzę, że wiele osób myli skojarzenia z alegorią. Istotą tych pierwszych jest wolność czytelnika, podczas gdy ta druga oznacza całkowitą dominację autora.

No, pozamiatał, prawda? Jednak nie skończyliśmy jeszcze wątku chrześcijaństwo-Tolkien, choć tu już powoli będziemy wkraczać w „w jaki sposób Tolkien pisał <<Władcę>>”.

Wróćmy do wspaniałego stwierdzenia, że Bóg jest wszędzie.

Zacznijmy od tego, że dla Tolkiena tworzenie Śródziemia było tworzeniem wtórnym – coś w stylu „my tworzymy na podobieństwo boga”, a dalej poleciało w stylu „możemy się przez to poczuć częścią twórcy, odczuć to, jak on tworzy”. Niestety, wykład w tym zakresie był trochę skomplikowany, więc głowię się od kilku godzin, jak to właściwie sformułować. Za to znacznie prościej podsumować temat alegorii, bo czemu nie.

Otóż, „Władca Pierścieni” wylądował u pewnego czytelnika – jednego z pierwszych krytyków, beta readera właściwie – który co prawda żarliwie przeczytał historię, ale w równie żarliwym liście do swego ojca i Tolkiena użył zakazanego słowa na „a”. Otóż, ten beta reader uważał, że w tych książkach jest jakaś alegoria chrześcijańskiej walki dobra ze złem. Co zrobił nasz koffany tatuś fantasy? Ano, tak odpisał do ojca beta readera:

Proszę Raynerowi [pisownia imienia losowa] nie pozwolić podejrzewać, że to alegoria. Sądzę, że w każdej opowieści wartej opowiedzenia tkwi jakiś morał, nie jest to jednak tym samym. Nawet zmagania między ciemnością i światłem – jak ON to nazywa, NIE JA – stanowi dla mnie tylko etap w historii, może przykład jej wzorca, lecz nie wzorzec.

Szach-mat.

52 (F3)

(Ale tak bez wstępu? To tak można?)

  1. Jeźdźcy smoków z Pern, Anne Mccffrey (1968 r.)

To powieść, która rozpoczyna wielką sagę (ponad 21 tomów) o Pernie. I choć ta jest uznawana za science fiction, to jej początki nie do końca takie były.

Otóż, czytelnik wpada na Lessę – zwykłą mieszkankę Pern – która ma w sobie turbo moc kobiecości i zajebistości i ona spotyka gościa i razem rozpętują wojnę z tzw. Nićmi, które spadają z nieba, choć nie zdziwisz się zapewne, jak Ci powiem, że nikt im nie chciał uwierzyć. Czy jest tu romans? Tak, ale scenki miłości, w ogóle ten romans jest sucho bardzo napisany, więc nie powinno być narzekania. Tak czy inaczej, także i narracja jest prosta jak budowa cepa, taka na miarę właśnie science fiction. Mnie się spodobało, to może i Tobie również?

2. Opiekun snu / strażnik snu / wąż snu, Vonda McIntyre (1978)

Och, to była moja pierwsza książka fantasy(?). Opowiadała o pewnej babeczce, która miała takiego fajnego węża, co uzdrawiał, jednak przez wypadek go straciła i laska postanowiła zawalczyć o siebie, i mnie to tak zrajcowało, że w mig przeleciałam powieść. To jest fantasy, ale z podtekstami post-apokalipsy, widać, że są jakieś elementy science fiction. Przeczytałabym to kolejny raz…

„Wąż snu” miał najwyraźniej niedawno wznowienie, także nowe tłumaczenie – obok najnowsza okładka. Myślę jednak, że osoba tłumacza jakoś bardzo nie wpłynie na czytanie powieści, raczej znajdziesz ją w bibliotece jako „Opiekun snu”, bo dość dawno ją wydali (na początku lat 90′).

3. Kolor magii, Terry Pratchett (1983)

To jest uniwersum składające się z kilku cykli. Zaczyna się od Rincewinda, który magiem jest, no ale jego szczęście spowodowało, że tak nie za bardzo. Kolejny przypadek szczęścia spowodował, że wplątał się w intrygę, która miała przynieść frajdę turyście, ale ostatecznie przyniosła duże kłopoty. Naprawdę duże kłopoty.

Jeśli pierwsza część Ci się spodoba – a raczej tak, gdyż jest jedną z najlepszych ze „Świata Dysku” (o czym będzie dalej), to na pewno sięgniesz po kolejną, która ostatecznie rozwiąże tę początkową sprawę.

Widać, że powieść była pisana z natchnienia – samo poszło. Świat Dysku to fantasy przez duże F, ale okraszone humorem, nawet czarnym powiedziałabym. Generalnie to jest coś w sam raz dla młodzieży, ale łatwo w tych historiach Pratchetta znaleźć coś więcej.

A co po „Blasku fantastycznym”, czyli drugiej części? Serdecznie polecam „Morta”, a resztę… Jednak problem w tym, że im dalej, tym tak jakby… przeciętniej? Może nie przeciętniej, ale człowiek przyzwyczaja się do pewnego poziomu, a humor staje się miejscami bardzo średniawy/słaby/czarny. Im bliżej końca, tym bliżej śmierci autora. Widać to z jednego powodu: teksty zaczynają być depresyjne. Ostatnie książki cyklu są już pisane z jego wnuczką i ma to ogromny sens, ponieważ Terry zapadł na niezwykle rzadki przypadek Alheizmera. Tak. A mimo to do końca starał się pisać. I dlaczego pisząc o tym niesamowicie płodnym pisarzu, zagorzałym feminiście zrobiło mi się smutno?

Ach – dodam, że starał się nie ograniczać tylko do Świata Dysku, miał również swoje trzy grosze w science fiction (stąd współpraca z Baxterem, o ile dobrze pamiętam), ale zdecydowanie lepiej mu wychodziło fantasy.

3. Roger Zelazny

Powiadają, że powyższe dzieła są zajebiste, dlatego dopiero planuję je przeczytać. Jednak samego Rogera Zelaznego znam i napisał on bardzo znany cykl o książętach z Amberu. Chociaż fabuły niespecjal… a, czekaj, skoro już mi patronujesz, to może chociaż wstawię opis „Odmieńca” (1992), żebyś nie musiała latać po randomowych stronach.

Odmieniec: Wydziedziczony w niemowlęctwie syn zamordowanego Władcy Smoków zostaje zesłany do naszego świata. W końcu nadchodzi jednak chwila, gdy siły, które już raz zadecydowały o jego przeznaczeniu, muszą błagać wygnańca o powrót. Ma on spełnić rolę zbawcy świata czarów, któremu grozi los, jaki spotkał naszą Ziemię…

Wracając do Amberu, to sytuacja jest taka, że to świat, który zapada w pamięć przede wszystkim na jego budowę. Jest w tym jakaś międzywymiarowa zabawa i ciekawa magia. Dobra, pierwszy tom taki jest:

Tak, dobrze widzisz: to zbiorcze wydanie wszystkich tomów serii. Cykl składa się z „Dziewięciu książąt Amberu” (1970), „Karabiny Avalonu” (1972), „Znak jednorożca” (1975), „Ręka Oberona” (1976) i „Dworce Chaosu” (1978). Znaczy, nie cały – ten tom, który tu akurat prezentuję i chyba do tego momentu zdążyłam przeczytać. Przyznam szczerze, że na starość zaczynam rozumieć, dlaczego niektórzy czytelnicy robią sobie zeszyciki ze streszczeniami i tytułami powieści. Choć z drugiej strony, jak słabo się pamięta, to co zmieni streszczenie? Do świetnych powieści warto wrócić, a ja mam wrażenie, że zanik pamięci obecnie to jedno, że wtedy był dziwny moment, a dwa, że teraz jest dziwny moment. Yyy, dobra, bo my tu gadu gadu, a Ty chcesz przejść do kolejnej propozycji fantasy.

4. Andre Norton

Zdecydowanie była wybitną pisarką gatunku. Raz, że trochę wyprzedzała czasy – na przykład „Klucz Keplianów” (1995) dziś byłby przeciętną historią, ale wtedy to był sztos. Właściwie, przy jej uniwersum „Świat Czarownic” spędziłam dzieciństwo (tak od 10 roku ż.), zaczytywałam się i co prawda były to mocno losowe tomy, jednak… miały to coś. Mimo wszystko, uważam, że pierwszy tom mógł się bardzo zestarzeć, ale podobny problem ma inna autorka, o czym za chwilę. Generalnie, obecnie ta seria jest dostępna na Storytel i chyba nawet zacznę, tym bardziej, że czytany jest przez mężczyznę. Nie jestem w tej chwili pewna, czy język budowała, jednak na pewno slang był. Magia była. Miłość też, ale jakoś… no nie wiem, kurde, chyba coś innego mnie wciągało. Barwa jakaś, czy coś. W każdym razie, polecam zajrzeć do pierwszego tomu, który jest po prostu nazwany „Świat czarownic” (1963).

Ale od Andre Norton nie odchodzimy. Otóż, napisała wspólnie z pewną mi nieznaną pisarką coś, co chociaż jest o Chinach, to skradło moje serce na zawsze. „Cesarska córka” (1995) opowiada o dziewczynie, która z pewnych względów zostaje wysłana na dworzec cesarza – żeby ewentualnie być jego konkubiną. Rzecz się nie udaje, więc ląduje w jakimś plemieniu, ale… Powiem tak, na końcu płakałam jak bóbr.

5. Kossakowska, póki o niej pamiętam

Nie minęło pół roku od śmierci Mai Lidii Kossakowskiej. Co prawda śmierci trochę dziwnej, ale nie chce mi się w temacie uprawiać foliarstwa. Zresztą, trochę o to trudno, gdyż jej mężem był również znany pisarz (tu: szeroki i złośliwy uśmiech randomowej policjantki, która by to zdanie-kocopoł czytała) Jarosław Grzędowicz. To jest nawet ciekawe, oboje tworzyli ten sam gatunek, no ale skupmy się na Kossakowskiej, bo i tak Grzędowicza Ci nie polecę xD.

Chcę zaznaczyć, że polecam Ci tę autorkę, bo wiem, że dla wielu czytelników jej styl jest po prostu spoko. Odprężający. Dla mnie był przeciętny, taki… ja nie wiem, nic nowego, ale może jeszcze dam jej szansę. Chyba najbardziej znana jest z cyklu anielskiego, a zwłaszcza z drugiego jego tomu – „Siewca wiatru” (2004).

6. Ursula K. Le Guin

Fenomenalna pisarka, zarówno w fantasy, jak i w science fiction. Znana jest przede wszystkim z „Czarnoksiężnika z Archipelagu” (1968) i mogę powiedzieć, że fabularnie ta powieść się zestarzała, bo nie przedstawia nic nadzwyczajnego. Ale wtedy, w latach 60′ XX wieku to musiało być ostre walnięcie, gdyż – jak dobrze pamiętam – tytułowy czarnoksiężnik to murzyn. Znaczy, no, czarnoskóry xD. Nie oznacza to jednak, że Ursula wprowadzała jakąś dziwnie lewicową poprawność, raczej przeciwnie: wszystko, dosłownie wszystko chciała wywracać do góry nogami. To właśnie zostało zrobione w „Lewej ręce ciemności” (1969). I choć nam się wydaje, że to jest taka książka „och, czytelnik nie odróżnia już dobra od zła, och”, to jednak jest to coś znacznie, znacznie więcej. Sądzę, że skoro ja zaczęłam cykl Hain/Ekumen od tomu 4 i wszystko zrozumiałam, to Ty tym bardziej nie będziesz miała problemu.

*myśli* Czekaj, a to nie było przypadkiem science fiction?

No dobrze, było, ale skoro i tak pałasz miłością do SF, a ja nie mogłam się oprzeć, to mamy dwie pieczenie na jednym ogniu. Życzę miłego czytania!

51 (F2)

Nie lubiłam oglądać fantasy. Czytać owszem, ale oglądać? Nie – za bardzo to średniowieczne i takie szare, ponure, nieładne, brzydkie, mhroczne. Jednak to już nie jest problem. Brudny ekran w fantasy przestał istnieć, a przynajmniej w produkcjach od największych VOD’ów. A przynajmniej… taka krąży po internetach opinia. Pozwól, Droga Królowo, że będzie w tym sezonie bardziej filmowo, bo mi tak łatwiej analizować sprawki światów przez nas wymyślanych. Daj znać, co o tym sądzisz :).

Wiedźmin, sezon 1

No, więc w „Wiedźminie” od Netflixa mamy przede wszystkim zabawę ze światłem. Właściwie, jakby się przyjrzeć oknom, to argument „jest sterylnie” pada, bo na moje to one są zakurzone. Poza tym kadr sam w sobie jest ładny, ale taki zapewne ma być: sporo widzów nie zna oryginału, ani nawet specyfiki fantasy. A nie oszukujmy się, wielkie koncerny raczej myślą ogółem, niż szczegółem. No, ale teraz polećmy do świata Tolkiena.

„Drużyna Pierścienia”, reż. Peter Jackson

Pozwolę sobie przypomnieć, że na ostateczny obraz filmu pracuje nie tylko reżyser, ale także montażysta, scenograf, i inni, których nawet nazw nie pamiętamy, bo są dopiero na omijanych przez nas napisach końcowych. Nie mniej, przyjęło się, że Peter Jackson zrealizował film wybitnie, i choć jest w tym wiele racji, to… dobra, o czym to ja miałam? A, tak. Sterylność. No więc tu bohaterowie są w knajpie, miejsce miało wyglądać jak knajpa, więc tak wygląda. Czy sterylnie? Czy nie? Powiem szczerze – znowu główną rolę odgrywa gra światła. Choć nie da się ukryć, że starano się, by rzeczy używane wyglądały jak używane, a nie wyprane w proszku Ariel.

„Drużyna Pierścienia”, reż. Peter Jackson

Na przykład na powyższym kadrze widać używane kolumny. Znaczy no, nie używane, tylko skostniałe… E, no, takie, na których widać upływ czasu. Wszystko inne wygląda sterylnie, ładnie… a zatem, pytanie jest takie: dlaczego nikt się nie przyczepił do Jacksona o proszek Ariel? Gdyby panowie byli w podróży, to naprawdę mieliby zasyfione ubrania. Dobra, dobra, to był argument na siłę, a do Jacksona było parę przytyków. Jednak na wszystkich powyższych kadrach wciąż najważniejsza jest gra światła. I jedna rzecz. Obraz dla oka powinien być przyjemny – ładny. Fantasy jest ładne. To nie horror, chociaż można te dwa gatunki ze sobą połączyć, ale „Wiedźmin” ma więcej wspólnego ze zbereźnymi żartami, a „Drużyna Pierścienia” to Drużyna Pierścienia.

A teraz na chwilę przejdźmy do innego mistrza fantasy, jakim był Robert Jordan. „Koło Czasu”. Ta saga naprawdę wpisała się w historię chociażby tym, że późniejsi autorzy jako żywo inspirowali się tą historią. Widać to szczególnie po Brandonie Sandersonie, z którym facet się przyjaźnił i dla którego był mistrzem. Ale… co to ma wspólnego z Tolkienem?

„Koło czasu”, Amazon Prime

Ależ to wszystko jest czyste, sterylne… I ktoś mógłby powiedzieć, że to źle, bo to jest FANTASY, ŚWIAT QUASI ŚREDNIOWIECZNY. A ja mu odpowiem tak: nie znasz Jordana, nie wypowiadaj się. Bo po pierwsze, jego świat jest NAPRAWDĘ PIĘKNY i mam wrażenie, że twórcom serialu zależało na oddaniu tego. Po drugie, tu masz do czynienia z magią, więc można by wyczyścić magicznie wszystko, co trzeba. To już argument, który mógłby dać laik i także osoba nie znająca Jordana, ale ten argument brzmi logicznie, jakby nie patrzeć. Bo zupełnie inną kwestią jest to, w jaki sposób magia u Jordana się przejawiała, co robiła i do czego rzeczywiście była wykorzystywana. Tak czy siak, dla nas najważniejszy jest jeden fakt: uniwersum „Koła czasu” to uniwersum PIĘKNE. Nie musi być więc zabrudzone, szarawe i takie pro-średniowieczne. A właściwie, jak na mój gust, to może nawet nie powinien. Jordan napisał naprawdę niesamowitą historię.

Tolkien od Amazona

Czy powyższy kadr jest sterylny? W sumie… nie wiem. Dobra, widać, że to pracownia, widać jednak też, że twórcy postanowili się pobawić bardziej światłem. Tak, by zbudować mroczniejszy klimat. Nic dziwnego: dotychczasowe odcinki reżyserowało dwóch panów od horrorów bodajże. No, ale przejdźmy w końcu do meritum, czyli… czy koncepcja takich kadrów w średniowiecznym świecie ma na przykład sens:

LOTR od Amazona

Pomijając aktora, to miejsce jest ładne, ale trzeba pamiętać, że jesteśmy u elfów. I tak, elfy mogły mieć potężne zamiłowanie do porządku. Oraz… mam wrażenie, że ktoś, kto mówi o sterylności nieco się zapędził. Ja ten serial oglądam dla przyjemności, a przyjemność to ładne kadry. Co w tym złego? Widać, że twórcy chcieli przede wszystkim bawić się światłem, poza tym znaczna większość obecnych seriali… czekaj, obecnych? To w latach 90′ XX wieku seriale, takie jak „Xena: wojownicza księżniczka” nie miały sterylnego tła, ubrań wypranych w Perwolu?

Serial może jest realizowany bez sensu – bo na przykład to, że aktorzy nie wiedzieli, kogo grają sensu nie miało – ale mam dziwne wrażenie, że mimo wszystko próbuje dyskutować ze światem Tolkiena. Przypomnę, że Amazon ma prawa do III Ery Śródziemia, a robi serial o II Erze. W pierwszej zło nie było aż tak namacalne, jak w kolejnej. Elfy były wtedy całkowicie niewinne i nie znające przemocy, na co zwraca uwagę wielu tolkienistów.

Tyle że zło – jak widać po historii – i tak w pewnym momencie się stało. A w którym?

Początek serialu, gdy Galadriela dostaje ochrzan od rówieśników może nie wydawać się prawdopodobny z perspektywy tolkienisty. Jednak, jakby sobie tak pomyśleć: jeśli jest to czas, w którym zło zaczyna wyłazić, Saruman zaraz powstanie, to… na początku było jajo czy kura? Od czego się zaczęło? Może elfy przejawiały już wtedy jakąś skazę, powiedzmy, grzech, ale nikt na to nie zwracał uwagi, bo przecież zło nie istnieje? I tak sobie myślę, że chyba twórcy chcieli to właśnie pokazać: zło istnieje, ale wszyscy go lekceważą. I to nawet nie chodzi o nieszczęsną Galadrielę, która rzeczywiście na ogół wygląda jak nastolatka emo albo jak kobieta chłop, tylko o ogólną narrację. Z takiej perspektywy, pokazanie początkowej sceny z tym ochrzanem młodocianych na Galadrielę, miałoby sens.

I jeszcze jedna rzecz.

Tolkieniści… no dobra, osoby wręcz toksyczne, zwracają uwagę, że dekoracje są inne, że zakonnice, że sterylność.

Ale jeśli II Era była w swej filozofii niewinna, niemalże nie znająca zła – to w jaki sposób twórcy mieliby pokazać ten świat? To przecież czystość wyłaniająca się z ekranu buduje klimat bajkowości, nierealności i piękna. A przecież to jest podstawa nie tyle fantasy, ile charakteru II Ery.

Dodatkowo, osoby, które nie są jakoś bardzo związane z fandomem Tolkiena zwracają uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, całkiem miło jest oglądać coś nowego, innego, z innymi dekoracjami. Po drugie: całkowicie inna stylistyka od filmów Jacksona powoduje, że mamy wrażenie, jakbyśmy byli w innej… Erze właśnie. Bo prawda jest taka, że III Era była znacznie mroczniejsza, niż dwie pierwsze.

Jako kontr-przykład do moich argumentów – że warto robić brudne, brzydkie fantasy na ekranie – ludzie by pewnie podawali „Grę o tron” Georga R. R. Martina. Ale wiesz, co, Królowo? Tak, może kadry tam są nieco zanieczyszczone i zaciemnione, ale idzie to z klimatem serii. Z klimatem, który jest obrzydliwy.