Film HP i więzień Azkabanu jest przemiłą przygodówką. Co prawda prosiłam mózgownicę już na pierwszej minucie, by nie zadawała trudnych pytań… i operacja się udała.
Tak, mamy ciemniejsze kadry i więcej duchów. A początkowa scena, w której Harry jest w jakiejś poczekalni mnie zdezorientowała. Zapewne przez inny koloryt i poowoli zmieniający się oobraz rzeczywistości…
Co do zachowania się postaci, to o ile mogę mieć nadzieję, że w trójce książkowej Harrego zachowanie zostanie szerzej rozwinięte, o tyle w filmie miałam takie „eee… on jest wredny czy mi się wydaje”, bo to ni w ząb do niego nie pasowało.
Ogólnie to zaczynam popierać zdanie Snape’a na temat młodego, który robi się ewidentnie wkurzający xD. Cóż – tak działa kompletny brak pedagogiki w Hogwarcie.
I jestem w stanie zrozumieć Malfoya, który to no został mocno skrzywdzony w jedynce. Wyobraź to sobie: zapierdalacie z drużyną cały rok, wygrywacie… ale jednak nie, bo trójka debili znalazła się w tarapatach i musiała się z nich wykaraskać, za co dostaje miljon punktów i wygrywa xD.
Tak czy inaczej historia chce zmierzać w mroczniejszą stronę. Na razie trójka dobrze na tym wyszła.
PS.: Na fejsie napisałam, że pozostałych filmów nigdy wcześniej nie oglądałam. Jest to nieprawda, ale przypomniałam sobie o tym, gdy się zetknęłam z ostatnią częścią xD i chyba już wiem, dlaczego…
jest trochę wyciętych wątków, podobno ten z duchem to kwestia budżetowa; a poza tym – wiadomo, film to i tak musi pewne rzeczy upraszczać.
Nie czaję logiki wyzwalania Zgredka, ale to uniwersum raczej nie bardzo trzyma się w kupie, więc warto na logikę NIE PATRZEĆ W TRAKCIE SEANSÓW.
Columbus i reszta ekipy musiała mieć fenomenalną frajdę z tworzenia filmu, bo z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu film mnie po prostu jarał. I obejrzałam na jednym wdechu, a trwa trzy godziny.
Dlatego już żałuję, że Columbus zrezygnował z tej magicznej przygody, chociaż dla jego dzieci było lepiej. Nie da się ukryć, że nieobecny ojciec to szkodliwa rzecz, a bywanie na planie PRZEZ ROK od 6 do 22 wyczerpało twórcę. No, ale trudno. Praca pracą, a rodziny nikt nie zastąpi i prawdopodobnie podjął najlepszą decyzję, jaką mógł.
Rola Snape’a zaczęła być bardziej dookreślona i widać, że aktor potrafił doskonale się w niego wcielić.
Do dubbingu się przyzwyczaiłam i będę do końca na nim lecieć.
Ten plakat jest prawie tak zły, jak dubbing „Harrego Pottera i kamienia filozoficznego” made in Poland. Oczywiście mogę być nieobiektywna, bo jestem stara baba wychowana na lektorze, ale ej – jak ja żałowałam, że nie słyszę tej magii oryginału w głosach. Rzecz jasna, na własne życzenie, bo mi się po prostu nie chciało czytać.
Pierwszy film HP to specyficzne dla mnie przeżycie. Podczas gdy większość z Was mówi o magicznym świecie czarodziejów, ja doznałam magii serca tworzących to dzieło. Znakomita muzyka Johna Williamsa potrafiła mnie albo zauroczyć (żeby nie powiedzieć zachwycić), albo wkręcić w akcję.
Do tego to niesamowite uczucie „patrz, oni kręcą w realnych lokacjach, bez greenscreenu!”. Tzn. Nie wiem, czy tak było, bo mój wewnętrzny leń storpedował sprawdzanie tematu, ale…
Film Columbusa ma trzy nominacje do Oskarów 2002. Za dekoracje, stroje i muzykę. Podejrzewam, że jedną z przyczyn braku nagrody była naprawdę mocna konkurencja.
Bo tu naprawdę czuć serce. I produkcja płynie niesłychanie szybko, choć trwa 2,5 h. To jak na film dla dzieci jest bardzo długo, ale te przygody są tak nakręcone, że szybko lecą.
Względem powieści, jest to naprawdę wierna adaptacja. Jasne, twórcy leciutko posiłkowali się skrótami myślowymi, ale chyba nie ma tragedii, skoro zgarnęli kupę hajsu (a przynajmniej producent) jako najbardziej dochodowa historia z 2001.
Nie wiem, czy jest do czego się czepiać. Chyba trzeba by bardzo chcieć i znać na pamięć powieść, żeby wbić w ten film sztylet.
Bo niezależnie od znajomości oryginału, ta historia jest i prosta i przyjemna.
Nie ma idealnych ludzi. To znaczy – duchowość pierdoli farmazony o doskonałościach, ale to są tylko farmazony. Ale na końcu i tak sobie zdajesz sprawę, że zawsze Ci towarzyszy Cień.
Łatwogang miał dobre intencje – i sprawdzałam to w kartach. Akcja się udała przypadkiem, ale nie byłoby sukcesu, gdyby nie Doda i Litewka. Ten ostatni realnie wspierał akcję. I może zza grobu również, w końcu zebranie ok. 300 milionów złotych to rzecz niebanalna.
I właśnie ta rzecz mnie wkurwiała. Nie, żebym była jakoś specjalnie zazdrosna.
Wkurwiało mnie to, że Cancer Fighters właściwie zaspamował mi socjale. Socjale zwyczajne, o filmach. Gdzie się nie obróciłam, tam Łatwogang.
Rozumiem, że to wielkie wydarzenie, ale mam parę pytań.
Przede wszystkim – czy my przypadkiem nie powinniśmy mieć służby zdrowia na takim poziomie, że zbieramy sobie na pierdoły, a nie na walkę z chorobą?
Poza tym – czy dotacja fundacji będzie dotyczyła głównie CHEMIOTERAPII, która w większości przypadków dobija organizm, a nie leczy? A gdzie inne formy leczenia?
Gdzie są dorośli, bo ponoć Cancer Fighters wspiera również i dorosłych.
I dobra, akcja Łatwoganga była wyrzutem światła, który pokazuje tylko tyle, że każdy z nas jest iskrą światła i każdy z nas może dokonać niesamowitych rzeczy. Tyle że byliśmy w dupie na tyle, że właściwie w to nie wierzymy.
No dobra, ja nie wierzę.
Nie podoba mi się, że „na co wydamy pieniądze” będzie wiadome później. Ale jeszcze mniej się nie podoba to, co się zadziało po zakończeniu akcji. I wciąż się – niestety – dzieje.
Na pytanie „czy wszystkie pieniądze pójdą do dzieci”, odpowiedź brzmiała zazwyczaj „spierdalaj, jesteś głupia, idź się walnij”.
Aha.
Tylko nieliczni odpowiedzieli – „tak”, „nie płacą podatków, bo ustawa” i najważniejsze „chciałem napisać coś bardzo złego, ale życzę ci po prostu, byś uwierzyła w dobro”.
U reszty pokazał się cień nad cieniami. Taki wewnętrzny.
Bo gdy zadajesz pytania „a dlaczego tylko chemioterapia? czy to ma być wsparcie big pharmy???”, to nagle jesteś oblewany najgorszego rodzaju błotem. Ale to jeszcze nie koniec.
Bo na koniec system postanowił – że to nieładnie ujmę – WYRUCHAĆ – darczyńców.
Pieniądze z każdego tatuaża z niewinnym krabem pójdą na Cancer Fighters. Brzmi ok? Możesz powiedzieć tak: wspaniała inicjatywa, nie musisz mieć tatuaży, ale doceń gest innych.
Chwila, czy nie przypomina Wam to… no nie wiem, zbiorowe noszenie maseczek albo chodzenie na marcheweczki w wiadomych latach?
Bo czymże jest tatuaż?
Symbolem.
A ściślej mówiąc: PIECZĘCIĄ.
System w tej chwili znakuje Polaków, a ci durnie cieszą się, że pieniądze idą na Cancer Fighters, czyli chemioterapię. I nieważne, że istnieją lepsze terapie.
PS.: Ale cień jest długi. I właściwie smutno mi, gdy z pozoru śmieszne filmiki tak naprawdę przedstawiają CANCELOWANIE osób, które nie miały czasu, siły czy czegokolwiek na to, by zająć się nikomu nieznanym tik tokerem Łatwogangiem. Tak, pomyślcie, co przedstawia obraz, w którym podpis jest „gdy przespałeś akcję Łatwoganga” i nikt się do ciebie nie odzywa. Właśnie to. Plus do tego zbierasz hejt, gdy powiesz „nie miałem na to czasu”. Wspaniałe, czyste serce pełne dobroci…
„Good Fortune”, czyli „Anioł Stróż” nie zarobił wielkiej fortuny w kinach. Wcale się nie dziwię, bo chciano go lansować jako komedię. Problem w tym, że to komedia kijowa.
Za to jako film z kategorii ładnych, uduchowionych, głębokich, o życiu po prostu – jest sztosem.
Zacznijmy od tego, że to jedna z wielu historii o zamianie ról. Anioł Stróż – Gabriel (Keanu Reeves) – marzy o dokonaniu czegoś wielkiego i jak przystało na komedię, robi to. Otóż, dokonuje wielkiego burdelu w życiu Jeffa (Seth Rogen). Z bogatego kolesia wpada w prozę życia wielu Amerykanów, żeby nie powiedzieć ludzi po prostu. Cieszy się z tego Arj (Aziz Ansari), który wskakuje na jego miejsce.
Powyższy opis niezbyt dokładnie oddaje to, co się naprawdę zadziewa w tym zaledwie półtoragodzinnym (!) filmie. Serio – sporo się dzieje, ale chodzi o to, jak głębokie to jest. I że film WIE, czym gra, jakie schematy chce ogrywać i rezultat jest taki, że na końcu czułam się zaskoczona.
CO JEST NIE TAK Z HUMOREM?
Powiem tak: przez pierwsze pół godziny widzimy życie Arja w krzywym zwierciadle. Jest śmiesznie, ale ten humor… no właśnie. Mnie nie rozbawił. Początkowo myślałam, że za bardzo skupiam się na jedzeniu i jest ono ważniejsze od tego, co się dzieje na ekranie, ale ej – to nadal oznacza, że jest dennie.
I dopiero wtedy, kiedy olałam kwestię humoru, gatunku do którego przypisany został ten film, zaczęłam się naprawdę dobrze bawić. Jasne, były ze trzy sceny, które rozwaliły mnie śmiechem, ale takim słodko-gorzkim śmiechem.
Bo „Good Fortune” to jest właśnie taki piękny, słodko-gorzki film. O prawdziwym życiu. Z jednej strony chce on mówić, że niezależnie, jak gówniane masz życie, warto się z niego cieszyć, a z drugiej Ci mówi: „kurwa, stary, tak mi przykro, jak bardzo Cię rozumiem, że czujesz się jak gówno”. I to jest na swój sposób piękne.
Piękny też – o czym wszystkie panie z… dobra, bo jeszcze napiszecie, że to rasistowskie 🤣🙃🙄. Generalnie nie brakowało opinii „ale ciacho” o Gabrielu i powiem tak. Jeżeli uważacie go za przeciętnego aktora, to może i macie rację. Jednak Aziz, pisząc scenariusz, to chyba miał w głowie jedno: „tekst ten dedykuję Reevesowi”. Uważam, że ta rola nie tylko jest napisana pod niego, to jest rola, w której tylko Reeves się sprawdza. Nie wiem, czy to wynika z jego charyzmy, czy z głębokiego rozumienia tego, co się właściwie dzieje na ekranie.
I jeśli mam tu fanów duchowości – to tak. To jest film dla Was. Gwarantuję Wam, że znajdziecie tu sporo wartościowych treści, które być może nawet Was wzruszą. Mnie wzruszyły.
Tytuł: Good Fortune Główne role: Seth Rogen, Aziz Ansari, Keanu Reeves Scenariusz, reżyseria: Aziz Ansari Ocena: 7/10
Polska społeczność na rumble.com o godzinie 16:58 mogła oglądać nowy film “Bezkresu miłości” – podcastu o duchowości.
Aleksandra była niezwykle dumna z tego odcinka.
Typ, z którym przeprowadziła wywiad wzbudzał w niej tęsknotę do uzdrowienia całej ludzkości. Miała nadzieję, że ktoś kiedyś, obarczony ADHD czy innym paskudztwem włączy właśnie ten odcinek i powie: “to jest to, tego szukałem całe życie!”.
Ale póki co, obserwowała, jak ilość wyświetleń “ADHD JEST TYLKO W TWOJEJ GŁOWIE… I W GŁOWIE TWOICH RODZICÓW” wzrasta.
ADHD JEST TYLKO W TWOJEJ GŁOWIE… I W GŁOWIE TWOICH RODZICÓW
“Bezkres miłości” był profesjonalnym podcastem i oglądał już paręnaście odcinków tegoż z niesamowitą przyjemnością. To było jak zderzenie się z wolnością, a energia prowadzącej była znakomita. Świeciła, ale nie jak księżyc – raczej blask.. no… kobiecości roztaczała wokół siebie, cokolwiek to znaczy. Cieszył się, że wybrał czarne spodnie, ładne buty i białą koszulę. Miał wrażenie, że jego piękno pasowało do zestawu, w jakim się znalazł. “Zestaw” może nie brzmiał zbyt dobrze – przynajmniej w jego uszach, więc na tę myśl się skrzywił – ale za to jest idealnym słowem do zobrazowania tego, co czekało gościa podcastu.
Ola – tak zdrobniale siebie kazała nazywać – siedziała obok niego w pięknej, srebrzysto-białej sukience. A wnętrze pokoju było obfite w ściany-wyciszacze i rośliny. Mnóstwo roślin, które pasowały do bladożółtego koloru przestrzeni. Jedynie biurko było ciemniejsze, ale już fioletowe, jakby intymne.
To było niezwykłe spotkać się w takim środowisku i z tak piękną duszą.
Oboje się do siebie uśmiechali.
– Dzisiejszym moim gościem jest Amadeusz “Amor” Filipczuk! – obwieściła radośnie i wskazała na gościa. – Proszę, powiedz nam, co cię do nas sprowadza oprócz mojego zaproszenia.
– Chciałem powiedzieć wszystkim – zaczął niby to z nieśmiałością – że wyleczenie się z ADHD czy z jakiejkolwiek innej choroby jest możliwe. Tylko że ja wiem, większość z was zapewne powie “jasne, że chcę być zdrowy i co? I gówno!”. Tyle że to nie tak, zupełnie nie tak.
– To może od początku, od, no…
– Początku? – udał zdziwienie. – Moja matka zaszła ze mną w ciążę, oto początek Amadeusza. W tym czasie studiowała filologię, a jej brat medycynę. Więc po jakimś czasie gadu gadu, i się okazało, że mam ADHD. A jak ADHD, to zamiast odstawić mi telefony, to zaczęła mnie faszerować różnymi bzdurnymi lekami.
– Dobra, dobra, ale po tobie nie widać, żebyś… widzisz, teoretycznie osoby na ADHD są żywiołowe, przerywają, no i mają masę problemów, nie mogąc się skupić na jednej czynności…
– Nic nie wiesz o tej – tu machnął palcami “na niby” – chorobie, prawda? A ja całe dzieciństwo i nastoletni wiek męczyłem się z tą pierdoloną diagnozą, by na końcu stwierdzić, że chcę uciec w Bieszczady i mieć wyjebane na leki.
– Męczyło cię to, dlaczego?
– Wiesz, teoretycznie w mojej klasie było mnóstwo osób z ADHD czy z dysleksją, czy innymi podobnymi mózgami. Ale… nie rozumiałem dlaczego. Moja ciotka, która zawsze przedstawiała się o sobie jako debil, pewnego dnia powiedziała mi, że wyleczyła niedosłuch. Na boga, chciałem jej uwierzyć i ku mojemu zdumieniu… nie miałem innego wyjścia. Nie miałem, bo faktycznie to zrobiła.
Cisza.
– Ale trochę wyprzedzam fakty – powiedział. – I mój mózg myśli jakby do przodu, z szybkością, ale… to nie jest ADHD. Każdy z nas jest inny, indywidualny, a ja z tym nie walczę. Poza tym… tak się nauczyłem myśleć i co, komu to przeszkadza? No, przecież nie mnie.
– Ale był taki moment, w którym przeszkadzało?
– Oczywiście, dobrze, że wracasz do początku. Widzisz, za nastolatka miałem depresję, bo nie dość, że wszyscy mieli to samo, co ja, czyli NIE WYRÓŻNIAŁEM SIĘ, to jeszcze, o zgrozo, nie wiedziałem, dlaczego mam mieć to cholerstwo całe życie! Przecież to była ewidentna przeszkadzajka i nie, nie obchodziło mnie to, że ludzie uważają mnie za osobę z supermocą. W ogóle nie widziałem, nie dostrzegałem i nie chciałem widzieć ŻADNYCH plusów ADHD. Tak jakbym wsiąkł w bycie ofiarą.
– Byłeś ofiarą?
– Systemu, rodziców. Ale ostatecznie dzięki temu wszystkiemu teraz wiem, jak pomóc milionom innych ludzi, którzy mają ADHD. To proste. Ale muszą zrozumieć, że jeśli są przyszpileni przez leki, przez psychiatrię, to trochę im zajmie, zanim zejdą z systemu i zaczną naprawdę się rozwijać.
– To znaczy? Możesz rozszerzyć?
– Każdy z nas jest projektem swoich rodziców. Otoczenia. Jest i zarazem nie jest, ale przede wszystkim zaczyna się od byciem idei w głowie rodzica. Więc kiedy mamy te pięć lat, to jeszcze NIE MANIFESTUJEMY, wciąż jesteśmy w rękach boga, czyli rodzica. Ale mając już dziesięć lat jesteśmy w stanie wymanifestować cokolwiek, co nam się żywnie podoba. Tymczasem szkoła: nie, siedź w klasie i się ucz pierdół. Tymczasem psychiatra: to normalne, bierz leki, które cię ogłupiają, nieważne, że dla psychiki to jest jakaś totalna paranoja. A co więcej, wszystko zaprzecza temu, że dzieci mają nieskończoną, niesamowitą energię, w której chcą działać, w której po prostu żyją. Ale ponieważ dzieci są cudzym projektem, to muszą się dostosować i potem mamy całe społeczeństwo ogłupiałe przez leki, zdębiałe przez system i może powinienem to powiedzieć na odwrót, ale to nie ma znaczenia. Tak czy siak efekt będzie ten sam.
– Wow, a możesz to na ludzki przetłumaczyć? Podać jakiś przykład z życia?
– Zobacz – odchrząknął, rumieniąc się. – Mam nadzieję, że ciotka, o której wspomniałem mi wybaczy, ale powiedzmy, że wybaczy. W pewnym momencie była zmuszona zamieszkać u nas, a to oznaczało lekkie zmiany w naszym życiu. Ona tam w ogóle nie była jakąś zawracajmidupę, ale i tak moi rodzice się z nią pożarli. Nie wiem do końca, o co chodziło, ale usłyszałem tylko, jak matka się na nią drze… nie, to nie było darcie się, to był raczej zimny ton w stylu “obwiniasz nas o wszystko, powinnaś iść na terapię”. Nie wiem, o co chodziło, ale słowo daję, nie zauważyłem, by ciotka to robiła, ale z drugiej strony nie zawracała mi dupy. Poprosiłem matkę o wyjaśnienie, ta mi powiedziała, że ciotka uważa, że to wina całego środowiska, że ona nie ma pracy. I że to się leczy. I wiecie, że ciotka nie ma pracy to wina systemu i takie pierdolenie, co też było częściowo prawdą, bo kto by się chciał napierdolić przy sprzątaniu? Ciotka tego nie rozumiała kompletnie, ale potem, po tym rodzicielskim jazgocie, poszliśmy na spacer pogadać. Jakoś tak wyszło, że mieliśmy dobre relacje i sobie filozofowaliśmy albo opowiadaliśmy pierdy o teoriach spiskowych. No i ja jej się pytam, o co chodzi, o co się pożarły, a ta przystanęła i zaczęła myśleć. I wtedy dosłownie, miałem wrażenie, jakby z miejsca ją olśniło. Powiedziała mi tak: twoja matka ma rację. Ale nie tak, jak myśli, że ma.
Amadeusz parsknął śmiechem, jakby go to rzeczywiście bawiło i wypił długiego łyka wody w fioletowej szklance z napisem “Jestem zajebisty”.
– Bo widzisz, ciotka była projektem rodziców. Oznaczało to, że mieli na nią jakąś wizję, i niestety, tu było całkiem konkretnie. Miała zostać… eee, dobra, powiedzmy, że miała być artystką, ale to się nie udało. Natomiast, kiedy wreszcie pozbyła się artyzmu ze swego życia, to stwierdziła, że ten artyzm to była wizja jej mamy, a nie jej. Prawie całe życie zmarnowała na niego, ale widzisz. Ciotka mi opowiadała, że ona wcale nie obwinia wszystkich o wszystko, tylko oddaje swoją moc. Wiecie, stara już była, więc była wolna, już mogła manifestować w dowolny sposób, a ona była jakby przetrzymywana przez chore wizje jej bliskich. Brrr — aż się wzdrygnął. — I pewnego dnia postanowiła, że będzie tylko swoją wizją. A ja jej zapytałem, jak do cholery chce to zrobić. Powiedziała, że jeszcze nie wie, ale zrobi. Wróciła bez niedosłuchu, z milionami na koncie, z narzeczonym i dzieckiem. Na szczęście nie na stałe, ale tylko po to, by nas zaprosić na jej ślub. Czy coś, to był dziwny pomysł, dziwny wypad, ale to już kompletnie nie na temat, trochę się zgubiłem, co nie?
– Trochę, ale jak wróciła, to ci powiedziała, jak to zrobiła?
– Nie – parsknął śmiechem. – Po prostu mi wysłała smsa z dwoma nazwiskami i kazała poszukać ich w internecie. Wspaniała ciotunia nic więcej nie skomentowała, ale skoro ona mogła się pozbyć swojego gówna z życia, to ja też, prawda? No i wpisałem do wyszukiwarki Neville Goddard i dr Joe Dispenza… i oto jestem, dzień dobry! Dobry człowiek bez ADHD.
Gdy się ogląda dramaty sądowe, a potem czyta komentarze, to często jest przytaczany „Kramer vs Kramer” (1979) jako bardzo dobry film. Zdobywca pięciu Oskarów (Meryl Streep, Dustin Hoffman, reżyseria, scenariusz, scenariusz adaptowany) ma jednak swoje problemy, wynikające głównie z dwóch rzeczy.
Po pierwsze – forma. Z jednej strony, film to takie narzędzie, które wymaga sporych uproszczeń, zwłaszcza nie będąc serialem. Podejrzewam, że w kontrze do powieści Averego Cormana nie wytrzymuje próby, gdyż książkowi bohaterowie są znacznie bardziej rozbudowani.
Druga sprawa to czas. Mamy 2023 i obecnie ta produkcja byłaby… uważana za słabe dzieło, nie wnoszące nic do kina. Innymi słowy, Kramer vs. Kramer nie jest ponadczasową opowieścią, ale za to jest dość życiową historią, o czym dalej. Trzeba jednak przyznać, że w 1979 ta opowieść mogła być kulturowym kamieniem milowym, zwłaszcza dla ojców.
Ted Kramer (Dustin Hoffman) pewnego dnia przychodzi do domu i widzi, że jego żona, Joanna (Meryl Streep) go opuszcza, zostawiając również siedmioletniego syna, Billego (Justin Henry – do dziś najmłodszy aktor, który uzyskał nominację do Oskara). Przez pierwszą połowę filmu widzimy, jak Ted zaprzyjaźnia się z synem, opiekuje się nim i ogólnie jest cudownym ojcem, ale nie pozbawionym wad. To było bardzo dobre – by urealnić tę postać pokazując, że także popełnia błędy.
Film trwa 1:40 minut, więc na dramat sądowy nie zostaje wiele miejsca, ale on jest, tyle że zupełnie z boku. Rozprawa sądowa trwa jakieś 20 minut i powiem szczerze, całkiem inteligentnie to scenariusz rozegrał. Miałam wrażenie, że twórcy nie próbują stanąć po jednej, konkretnej stronie. Po prostu, oboje rodziców jest ważnych i oboje mają swoje grzeszki, a także zalety.
I pozwól, że wrócę na chwilę do „I am Sam”, ponieważ na końcu obu filmów pojawił się podobny zabieg. Nie widzimy tego, co powiedział sędzia, jaką konkretną decyzję podejmuje. Jednakże – „Kramer vs Kramer” rozgrywa sytuację w o wiele lepszy sposób, bo informacja, której widz nie może się doczekać jest przekazana przez usta adwokata. Ale to wszystko jest okraszone pewnego rodzaju symboliką.
Nie czujemy więc złości na twórców, że pominęli ważny krok w opowieści – bo Ted w pewnym momencie schodzi ze schodów w dół, ze spuszczoną głową. Kadr jest ciemny. Doskonale widać, że gościu sprawę przegrał i nie trzeba tu słów, by to rozumieć.
Ogólnie film nie stroni od symboliki – na przykład, z windą. Ta symbolizuje separację, a Dustin i Streep nigdy nie są w niej razem.
Jednakże samo zakończenie wywołał we mnie pewien niedosyt, takie dziwne odczucie, że film został niedokończony, ucięto coś ważnego. Teoretycznie – nie miałam powodu. Streep bowiem przychodzi odebrać Billego i nagle mówi Tedowi, że jednak nie, że jednak pomimo wyroku sądu go nie zabierze. Następnie jedzie pogadać z synem na górę. I widzimy napisy końcowe.
Ładnie to wygląda na papierze, ale zabrakło czegoś w tej scenie.
A może nie, może film po prostu – zwyczajnie – nie wytrzymał próby czasu?
Wiesz, to się miło ogląda, seans płynie, ale… no, to nie jest film roku. I nie jest to też dramat sądowy – bo nawet nie wzbudza takich mocnych emocji, jak to było w „Zapachu kobiety”. On po prostu jest przyjemną opowiastką o ojcostwie i myślę, że to było najważniejsze jak na tamte czasy. Prawa ojców.
„Flow” to piękny film, można iść do kina. A właściwie trzeba, bo zgadzam się z twórcą animacji, że na streamingu doznanie będzie niepełne. No chyba że macie domowe kino z wszystkimi jego zaletami. Ale oglądanie tak wysoko immersyjnego filmu na małym ekranie może być ze szkodą dla niego.
Samotnemu kotu przydarzyła się powódź. I towarzystwo w postaci innych – różnej maści – zwierząt.
To nie jest film, o którym się opowiada. Owszem, mają przygody. Ale każde zdanie o nich będzie wyprane z ich waloru.
Obraz i dźwięk to clue tego przeżycia.
Tak – ten film JEST przeżyciem. Wysoko immersyjnym.
Zacznijmy od tego, że wszystko tu jest naturalne. Nie ma dialogów w języku ludzi. Są za to języki zwierząt. I to są autentyczne nagrania ich głosów. Kot miauczy, pies szczeka, pozostali robią swoje. Przyroda szumi, a do tego dochodzi muzyka instrumentalna.
Czujecie to, ten klimat?
Spoglądamy oczami kota i bardzo szybko się z nim utożsamiamy. To jest przeżycie i trudne – bo chcemy dla kota jak najlepiej, a tu powódź i wiemy, że on jest sam, i musi sobie poradzić jako zwierzę. Nikt tu niczego nie udaje, wszystko jest autentyczne. I piękne. Bo ta naturalność wchodzi w może nie oniryczność, ale w poezję na sto procent. I ta poezja jest piękna. I trochę to jest świat przyrody za którym się tęskni zwłaszcza w mieście.
A po spektaklu jesteśmy bardziej wrażliwi na zwierzęta. A tak w ogóle, po seansie jedno było pewne: nie chcę iść na inny film (a mogłam, bo bilety tańsze od barszczu). Ja chcę iść na „flow”, ale nie było już seansów. Szkoda, bo na stówkę bym kupiła drugi bilet.
Zastanawiałam się, czy ten film jest wybitny. Na pewno głęboki, bo pokazuje jakąś warstwę przyrody z pełną szczerością. I na pewno piękny. Zawiera jedną z najpiękniejszych scen, jakie widziałam w tym roku.
Aha – możecie potrzebować chusteczek, ale tu dużo zależy od Waszej wrażliwości.
Idźcie na ten film, bo później może nie być tak głębokiego doznania.
Dzień dobereł, to będzie przedostatni tekst z cyklu o „Top Gunie”, przynajmniej na tę chwilę.
„Top Gun: Maverick” stał się hitem i niewątpliwie tym hitem zostaje, bo wciąż czytam ochy i achy nad nim. Czy słusznie? Cóż, powiem tak: jeśli idzie o widowiskowość, to owszem, jest bardzo dobrze, choć znajdą się mankamenty. A teraz słowy klasyka: po kolei.
Maverick (Tom Cruise) zostaje przydzielony do wyszkolenia elitarnej jednostki wyłonionej z absolwentów elitarnej szkółki lotnictwa, zwanej Top Gun. Tym razem ekipa musi rozwalić towar będący uranem. Czy im się to uda?
Na całe szczęście dla widza, jest tu znacznie więcej akcji, niż w jedynce. Coś naprawdę się dzieje i widać to na ekranie. Mamy samoloty, samoloty i jeszcze raz samoloty. Choć przyznaję, w pewnym momencie pogubiłam się, co wykonuje właśnie Maverick, ale trwało to krótko i wystarczyło pomyśleć logicznie. Dobrze, że krótko, bo koncepcja czy niektóre wydarzenia są właśnie alogiczne, takie trochę dziwadło scenariuszowe, ale może przyczyna leży w traktowaniu samego Mavericka?
Widzicie, miałam wrażenie, że na naszego bohatera czyhają wszelkie nieszczęścia. A to ktoś umiera, a to ktoś go nienawidzi, a to coś jeszcze innego i w rezultacie mamy bohatera-ofiarę, przybitego wszystkim. Wprawdzie tam nie ma czasu na stany depresyjne, ale parę momentów, kiedy Maverick zastanawia się nad swoim losem jest, no, trochę mało szczęśliwych.
Szczęśliwie za to dla moich uszu i oczu okazał się wątek romantyczny. Wprawdzie zminimalizowany, ale jednak w łóżeczku bohaterowie dość sensownie ze sobą rozmawiają.
Oprócz efektów wizualnych należy zwrócić uwagę na początek, który jest uszanowaniem jedynki; czuć to w skórze. W trakcie filmu są do pierwowzoru nawiązania, no i ładnie się to spina w całość, jeśli w ogóle alogiczny film może się ładnie spinać w całość. Cóż – nie będę tu fabuły rozwalać na części pierwsze, ponieważ jest to film, który można obejrzeć i no, nie jest to paździerz.
Muzycznie również bywa dobrze, ale niestety nie aż tak dobrze… chociaż, dźwięki chyba też nawiązują do pierwowzoru, a romantyczną piosenkę robi tym razem Lady Gaga, o ile się nie mylę.
Być może można się pogubić w akcji, kto gdzie i jak, być może fabuła to tylko pretekst do pokazania pięknych, lśniących samolotów, a być może…
Wzywam Szanownych Panów, aby mi wyjaśnili, w czym leży dobro pierwszego „Top Guna”. Bo serio – ni cholery nie rozumiem. No dobra, trochę widać tę szczeniacką rywalizację, a to obraz dla mężczyzn.
– To film propagandowy, by zachęcić młodych Amerykanów do wstąpienia do wojska, bo oni najlepsi, a Ruscy to debile – powiedziała Asia. Jak zawsze przypominam, że Asia to moja przyjaciółka, ale wróćmy do nieprzyjaciela, znaczy paździerza. No, prawie.
Maverick (Tom Cruise) zostaje wysłany do elitarnej szkoły zwanej Top Gun. Już w pierwszej sekundzie filmu pojawia się tablica informacyjna, że są najlepsi, niezwyciężeni i tak dalej. No więc przez prawie dwie godziny widz obserwuje…. no właśnie, drapię się w głowę, bo właściwie nie wiem, co to było.
Akcji mało – zwłaszcza w porównaniu do dwójeczki – a fabuła jest bez sensu. Znaczy, no ma ona sens, ale są tam sceny a’la szczeniackie i że w elitarnej szkółce pozwalają na różne łamania regulaminu, WTF? Dobra, ale moje oczy i uszy naprawdę cierpiały, gdy widziały ten tu tak zwany romans. Przecież to było bardziej drewniane od drewna. A potem skupiamy się na pewnej tragedii i nagle dowiadujemy się, że on jednak ukończył szkolenie i ja się bardzo, bardzo nudziłam i mi nie żal spojlerów, bo ponieważ albowiem dla mnie „Top Gun” z 1986 roku to zwyczajna strata czasu. Aż żałowałam, że nie ma tego na Netflixie i nie mogę dać 1,5x. No, ale swoje wycierpiałam.
Jury Oskarowe z 1987 roku przyznało temu „dziełu” Oskara za najlepszą piosenkę. Muzykę opracował Giorgio Moroder, a tekst napisał Tom Whitlock, a śpiewa… yyy, właśnie, kto śpiewa? Bo z pewnością nie Giorgio, który jest facetem. Ale wg youtuba rzecz wykonała grupa Berlin, istniejąca od 1978 roku, a wykonująca hity w nurcie wave/synth pop. Ich oskarowy numer- „Take My Breath Away” jest taki sentymentalny, no i trochę kiczowaty. Być może to wpływ gatunku, być może lat 80′, ale w zasadzie utwór nie przypadł mi do gustu. Link w komentarzu, oczywiście.
Akademia zauważyła jeszcze, że wygibasy wykonane samolotem są całkiem niezłe, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę efekty dźwiękowe i edycję. Na szczęście dla świata, „Top Gun” przegrał pozostałe bitwy.
Nie polecam, ale jeśli chcesz się zabrać za „Top Gun Maverick”, to niestety – musisz obejrzeć jedyneczkę.