[ŚWIADOMOŚĆ] Światowy Dzień Walki z Depresją

Dobra, jak co roku, nadszedł TEN DZIEŃ. Dzień w którym wmawia się ludziom, że depresja jest nieuleczalna i zostanie z tobą na zawsze. A wszyscy ci, którzy mówią „weź się w garść” czy „zjedz czekoladę” to źli, nierozumni ludzie.

KOCHANI

Polecę banałem – masz moc, by sobie pomóc. Nie ktoś, ale TY. SOBIE. DECYZJĄ. Tak, wystarczy JEDNA DECYZJA, by zacząć zmieniać swoje życie. Nie mówię, że będzie łatwo. Nie twierdzę, że światełka i inne dziwne rzeczy, i cuda na kiju i wierzbie to ratunek. Wszystko zależy od Twojej i tylko Twojej świadomości.

Jesteś gotowy na zmiany? To one nastąpią. Tak po prostu, bez filozofii.

TWÓJ STAN ZALEŻY OD CIEBIE.
Oczywiście, jest kilka rzeczy, które bardzo Ci w tym pomogą. Po pierwsze – dieta. Po drugie – miejsce (choć to temat na kiedy indziej). Po trzecie – ŚWIADOMOŚĆ, ŻE Z TEGO MOŻNA WYJŚĆ. Po czwarte – zadbanie o energię. Po piąte i bardzo ważne – zdrowie fizyczne.

Nie powiem Ci, że po dzisiejszej nocy jutro już będziesz w pełni zdrowym, pełnym życia człowiekiem. Takich czarów nigdzie nie ma i nie będzie. No, chyba że wypowiesz rozkaz „WYP….” do swoich demonów z całą swoją mocą, to wtedy może.

Kiedyś miałam stany depresyjne. Ktoś mi poradził, bym poszła zobaczyć na cierpiących ludzi w szpitalu. Ta porada była bez sensu.Co z tego, że zobaczysz innych cierpiących, jak sam jesteś w czarnej dupie? Poza tym mroczne stany naszego umysłu nie pójdą sobie ot, tak, bo zobaczyłeś w szpitalu coś bardzo smutnego. Dobra, zobrazuję to trochę.Jest taki film – „Grobowiec świetlików”. Opowiada o ogromnej tragedii i chyba nie ma normalnego człowieka, który by się na tym filmie nie popłakał. A teraz weź człowieka ze stanami depresyjnymi i powiedz mu, by dla pocieszenia obejrzał ten dramat.

Będzie jeszcze większy dramat, bo jeśli jesteś normalną osobą, to na 100% będziesz na końcu ryczał jak bóbr.To może jednak sztuczka z czekoladą? Nie, to prowadzi do tego, co ja miałam – kompulsywnego zajadania się cukrem (no wiecie, słodyczami).

Czy to znaczy, że jesteś w czarnej dupie, bo masz stany depresyjne, a porada „weź się w garść” nie działa, a lekarze mówią „ta choroba zostanie z tobą na zawsze”?

NIE.

Wychodzenie z grajdołka może zająć mnóstwo czasu – nawet kilka lat. Ale, jeśli powiesz sobie dwie rzeczy: TA CHOROBA JEST ULECZALNA oraz, JA TO POTRAFIĘ, to już wygrałeś życie. Na początku drogi wystarczą nawet afirmacje „ja to potrafię” i nakierowanie myślenia na pozytywy.

BA, na sali mamy człowieka, który amatorsko co prawda para się astrologią, ale się para. Ma do tego jakiś program i potrafi odczytywać skomplikowane wykresy. Zawsze są przynajmniej dwa: negatywy i pozytywy. Poprosiłam, by robił dla mnie co miesiąc wykresik TYLKO z pozytywnymi wpływami. Ta drobnostka zmuszała umysł do lepszego myślenia.

Nawet, jeśli pozytywny wykres był maleńki, to chwytałam się tego jak deski ratunku i w miesiącu się pocieszałam, że jest coś dobrego. Pracowaliśmy tak kilka miesięcy, umysł przestawił się w końcu na lepsze tory, ale to jeszcze nie był koniec imprezy.

A koniec imprezy…

NASTĄPIŁ W TYM ROKU.

Prawdopodobnie żaden psycholog czy psychiatra nie wystawiłby mi łatki osoby z zaburzeniami od co najmniej kilku lat. Ufff, chwała Bogu, że porwałam ten papierek ze szpitala, jestę wolna od diagnozy.

– Niemożliwe, ty zawsze coś robisz – usłyszałam kiedyś wypowiedź koleżanki, która się zdziwiła na to, że nic mi się nie chce i niczego nie robię. Koleżanka pamiętała mnie jeszcze z gimnazjum.

Stany depresyjne są apatyczne. I jak tak posiedzi z nimi człowiek kilka lat, to potem nie potrafi normalnie funkcjonować. Trzeba wyrobić sobie nowe nawyki.

W zeszłym roku podjęłam jedną z najlepszych decyzji w życiu.To znaczy – wzięłam udział w procesie harmonizacji czakr. I od samego początku wywalało z tą apatią.

Ale teraz koniec.

KONIEC, BO KUŹWA MAM TYLE ŻYCIA W SOBIE I CHCĘ, BY SIĘ TO WOKÓŁ PRZEJAWIAŁO.

Wiem, że wprowadzenie nowych nawyków wymaga pewnego rodzaju wysiłku. Wiem, że nie o to chodzi, by się narobić bez sensu, ale siedzenie cały dzień w piwnicy to też nie jest wyjście.

Koniec z muleniem, bo ja tak zdecydowałam. TY też możesz podjąć tą jedną decyzję. Nie, nie obiecuję gruszek na wierzbie. Nie, nie wiem, jaki będzie dla Ciebie najlepszy sposób, bo wszystko zależy od Twojej świadomości. Ale najważniejsze, byś wiedział, żeTAK, Z TEGO MOŻNA WYJŚĆ.

Mało tego, niektórzy twierdzą, że stany depresyjne to początek przebudzenia, I wiem, że powiedzenie „wstań” do osoby, która absolutnie nie ma sił do wstania jest bez sensu, tak wiem, że jeśli ta osoba będzie chciała wyjść z pościeli, to wyjdzie.

BO TAK ZADECYDOWAŁA.

Życzę, by wszystkim nam w tym roku dopisywało zdrowie psychiczne i fizyczne. Życzę, byśmy w tym roku mieli bardzo dobrze, by zmiany w nas dawały kopa do cieszenia się życiem. I tradycyjnie, życzę nam wszystkim

WSZYSTKIEGO DOBREGO!

PS.: Napisz pod tym postem jak się czujesz, czy czegoś potrzebujesz, co czułeś jak czytałeś ten tekst… dziękuję. Kocham Cię ❤

[ŚWIADOMOŚĆ] Kreatorka

Nie wiem, czy jestem gotowa na ten wpis. Zobaczę jednak, co z tego wyjdzie.

Tak wygląda człowiek po harmonizacji czakr. Tak wygląda człowiek, który zaczyna wreszcie rozumieć, kto tu rządzi. Tak wyglądam ja, próbując ogarnąć, co się właśnie wydarzyło.

A właściwie wydarza.

Wiecie, mogłabym Was czarować frazesami: TY RZĄDZISZ. TO TWÓJ ŚWIAT. BLA BLA BLA. Tylko że to będzie 458342983489 tekst w Internecie o tym samym. Jak stara taśma, nieprzerwanie nawijająca o tym samym.

A to nie jest sztuka.

Sztuką jest SOBIE UŚWIADOMIĆ, ŻE TAK JEST.

Czy mam tego świadomość?

Nie wiem, to się raczej zadziewa we mnie.

Wiecie, ile razy było tak: ja: w problemie; guru: ok, pomogę; ja: supeer, po sesji jest wyrąbiście; guru: cieszę się; ja: eee… kuźwa.

(ze specjalną dedykacją dla Kamila Kotowicza).

Wiecie, korzystanie z usług przewodnika nie jest złe, kiedy jest on naprawdę przewodnikiem. Bo w pewnym momencie puszcza rękę i idzie w swoją stronę, zostawiając cię na środku ulicy. A ty co? Właściwie to, co zawsze – musisz podjąć decyzję. Dla siebie.

Kiedyś kompletnie nie rozumiałam transferingu. Czytałam pierwszy tom Zelanda i co? I pstro – ciężko było. Moja świadomość po prostu nie była na takie rewelacje gotowa. Jednak w tym roku wróciłam do tej sprawy i odkryłam, że właściwie rozumiem, że wiem, o co chodzi i mogę to praktykować.

Bo to moje życie i ja chcę być główną jego realizatorką.

Tylko czy mam tego świadomość?

Oto jest pytanie.

[CIEKAWE] Serial za milion

Kto jeszcze pamięta czasy, kiedy serial miał śmieszne efekty specjalne, a epizody można było oglądać losowo?

O tym, że seriale kiedyś były prostsze, a efekty komputerowe mniej ważne przypomniały mi „Przygody Merlina”. Recenzja będzie później, teraz zaś chciałam opowiedzieć, jak to drzewiej bywało, bo hobbici nie pamiętają.

Jak to drzewiej bywało

Jeszcze w latach 90′ XX wieku sytuacja była prosta. Mamy bohaterów. Mamy jakiś konflikt – prosty, niech będzie na przykładzie „Merlina” właśnie. Oto Nimue ma postanowienie, by zniszczyć Camelot. No i teraz przysyła wrogów, którzy są różni, ale zwykle ich żywot ogranicza się do jednego odcinka. Poza tym wątki, które łączy wszystkie 13 epizodów pierwszego sezonu to głównie relacje bohaterów. I na tym oś komplikacji w zasadzie się kończy. Który teraz serial ma takie podejście? No nie licząc kreskówek, bo te pewnie rządzą się innymi prawami. Ale wygląda na to, że prostota fabularna przestała być passe.

Od czego się zaczęło?

Trudno powiedzieć, ale chyba chodzi o końcówkę lat 90′. A wtedy miliony oglądały „Przyjaciół”. Twórcy startowali od niskiego poziomu, bo przecież to był sitcom. Z czasem serial podbijał kolejne serca, aż dorobił się 10 sezonów, a aktorzy w nim biorący czterocyfrowych sum za odcinek. Ba, w ostatnim sezonie twórcy na jeden musieli wykładać po 9 milionów dolarów, bo gaże aktorów ich do tego zmuszały.

A potem nastąpiło coś ciekawego – stacje zaczęły walczyć o widza niekoniecznie jakością, a wysokością budżetu serialu. Najstarszy artykuł z tej kategorii znalazłam z roku 2010. Był to „Transporter” i była to francuska produkcja i opierała się właśnie na tych filmach Luca Bessona. Koszt całkowity 13-odcinkowej serii miał liczyć 48 milionów dolarów. Jednak Stary Kontynent na tym nie skończył, w 2011 roku widzowie mieli doświadczyć „Artura i Muminków”, która to produkcja miała kosztować 13 milionów. Śmieszne kwoty?

Wszystko przez Netflixa

Netflix to taka trochę historia Kopciuszka streamingów. Zaczęli od wypożyczalni kaset, a skończyli na… no, każdy widzi, jak. Po drodze byli wyśmiewani i ignorowani, bo przecież KTO OGLĄDA SERIALE W INTERNETACH PRZECIEŻ MODEM NIE WYTRZYMA ONEOENEONENE!!!!111

Dziś wszyscy chcą mieć VOD. Nie dość, że namnożyło się tego jak grzybów po deszczu, to jeszcze zaczyna się ostra konkurencja w kwestii jakości. A to HBO przywalił ostatnio N, bo przecież premiery kinowe będą teraz dostępne w ich VOD, a to Disney dał prawego sierpowego, zapowiadając pindyliony produkcji StarWarsowych itd. Ale teraz ich by nie było, ba – nie byłoby obecnego konceptu serialu – gdyby nie Netflix. Gdyby nie oglądanie seriali w Sieci i to w sposób ciągły. Takie zjawisko przecież obserwowane jest przynajmniej od dwudziestu lat, a najsilniej: od dekady. Więc seriale musiały się zmienić. Jak?

Jak to teraz bywa

Chyba najlepiej porównać to na produkcji Sabriny. Lata 90′ – takie proste, jak wyżej. No i mniej mroczniej! Ha, to też jest pewna zmiana, zmiana targetu nawet. Bo przecież „Sabrina, nastoletnia czarownica”, która leciała w Polsacie była produkcją młodzieżową, zabawną i przede wszystkim lekką. Pamiętam, jak się siadało o 12 i….

Dobra, bo zaczynam gadać jak stary piernik.

Współczesna, netflixowa produkcja o Sabrinie wygląda tak: nadal mamy czarownicę, ale wkładamy 3-4 wątki naraz. A to kwestia szkoły, a to ktoś coś zrobił zaskakującego, a to wróg jeszcze przyjdzie, a to jakiś wewnętrzny wątek bohaterów i też długość odcinka nie wynosi z pół godziny (bo pewnie kolejne pół godziny w Polsacie to były reklamy), ale około godziny. Więc w zasadzie, mamy tu intrygę, która jest budowana na…

SPOSÓB KSIĄŻKOWY.

Oczywiście, inaczej się buduje seriale fantasy/fantastyczne, a inaczej seriale obyczajowe. Podejrzewam, że w tych drugich od bardzo dawna wątki są budowane mniej więcej tak właśnie, jak teraz wszędzie jest to modne. To też zresztą cecha charakterystyczna telenoweli, ale to zupełnie inny temat XD.

A celem tego tekstu jest?

Cóż, nie chcę małpować innych tekstów „dlaczego seriale podbijają świat”, ani też robić kolejnego zestawu seriali, których zresztą w większości nie widziałam. Myślę więc, że najlepiej, jeśli zostawię Was z powyższymi refleksjami i… poczekam na Wasze.

Dlaczego tak chętnie się ogląda seriale? Podyskutujmy!

[RECENZJA] Capitani, co mam robić?

Na Netflix wszedł kolejny serial. Tym razem z Luksemburga. Dziś ma drugie miejsce w najpopularniejszych serwisu. Ale czy „Capitani” rzeczywiście na to zasługuje?

Więcej screenów tu

Moim zdaniem – nie. Co nie znaczy, że jest on kiepski; po prostu fani kryminału nie dostaną tu jakiejś wyjątkowo wartkiej akcji czy zaskakujących momentów. Ba – koneserzy gatunku będą mogli przewidzieć scenariuszowe „niespodzianki”. Co zatem skłoniło mnie do obejrzenia wszystkich 12 odcinków?

Tysiąc i jedno pytanie

Odpowiadając, to są następujące rzeczy:

  • język. Luksemburski mnie odrobinę zaciekawił, bo to jednak ani nie niemiecki, ani nie francuski, ani nawet nie włoski czy skandynawski. Sprawiał wrażenie, jakby wszystkie cechy z tych języków były wrzucone do jednego wora i tak to się toczy właśnie. Pogrzebałam i okazało się, że luksemburski przez dłuższy czas był uznawany za dialekt niemiecki, ale w 1984 się to zmieniło. Wtedy wpisano go do języków urzędowych kraju. Mimo to wieści głoszą, że francuski – drugi urzędowy – go wypiera.
  • Ale wróćmy do serialu. Jest tu wszystko przyzwoite, od montażu, oświetlenie, po grę aktorską. Ba, główny bohater – Luc Capitani – wyróżnia się na tle mieszkańców nie tylko tym, że przychodzi od zewnątrz. Także aktor się postarał i postawa tego policjanta jest taka kamienna, lekko gburowata czy lekceważąca. Zauważyłam to dopiero w ostatnim odcinku, ale tak – wszyscy pozostali bohaterowie byli grani tak bardziej miękko, co nie dziwi, skoro mieszkają w małej wioseczce, nieopodal stolicy. Wobec tego wszyscy się tu znają i są w jakiś sposób ze sobą zżyci.
Więcej screenów tu
  • Muzyka… powiedzmy sobie szczerze – nie zauważyłam, by wyróżniała się czymś nadzwyczajnym, ale spełnia swoje zadanie.
  • Intryga. Mamy morderstwo. Sprawa wydaje się dość prosta, ale właśnie nie. Oczywiście, mieszkańcy miasteczka zdają się wiedzieć doskonale, co zaszło, ale zdają się nie chcieć mówić. Typowe? Tak. Dobrym rozegraniem scenariuszowym było to, że Luc w hotelu poznaje… no właśnie raczej rozpoznaje starą znajomą, z którą łączy pewną tajemnicę. I szczerze mówiąc, wałki, jakie się wokół niej tworzą zdają się być odrobinę ciekawsze, niż rozwiązywanie śmierci nastolatki, jednej z bliźniąt (spod znaku bliźniąt).
  • Wątki poważne. Jest tam sprawa pewnego pana, który ma niepełnosprawność umysłową i najprawdopodobniej coś widział. Mieszkańcy starają się go kryć, bo jest łatwym celem. Zbyt wielkie obawy? No, niekoniecznie, bo przypomina się taka sprawa Tomka Komendy…
  • …a propos polskiego wątku. To jest tam nawiązanie, tyle że dość niejasne. No bo mamy takiego delikwenta, który nazywa się Jerry Kowalska. Nazwisko znajome, prawda? No to – niezaprzeczalnie Polak! Tyle że nie. W serialu stwierdzono, że gościu pochodzi z Białorusi i musiał stamtąd spadać, bo reżim. Dajcie znać, czy są jacyś Kowalscy na Białorusi, kto wie, widział :).
Więcej screenów tu
  • Długość odcinków. Słowo daję, to była jedna z przyczyn, dla której łatwiej było mi oglądać ten serial. Mamy do czynienia z 25 minutami, a więc niecałe pół godziny. Znaczy, dla odcinka. Gdyby to było godzinne, to raczej trudniej byłoby mi się skupić na historii, wydawałaby się rozwleczona. A tak, mamy cięcie. To także zmusza scenarzystę/reżysera do cięć końcowych scen, które wymuszają „ej, ale co się tu stało? Chcę dalej!”.

Kotlet odgrzewany, ale dobrze przyprawiony

Więcej screenów tu

Szczerze, wciągnęłam się dopiero od czwartego odcinka. Chciałam zobaczyć, co się naprawdę stało, bo wyglądało na to, że z każdym kolejnym faktem dostajemy nie rozwiązanie, a pytanie.

Mimo wszystko, nie żałuję, że obejrzałam „Capitaniego”. To serial, który może zadowolić przede wszystkim świeżo upieczonych fanów gatunku. No i zawsze jest to historia, która… eee, no może odprężyć. W sensie, wiecie o co chodzi xD.

[OST’y] Ścigając marzenie

Już po lunarnej, noworocznej edycji Pięciu Smaków. Czas na zaprezentowanie paru najciekawszych utworów z dostępnych filmów. Na pierwszy rzut idzie „Ścigając marzenie”.

Wow, w trailerze dali muzę – tę rockową z filmu:

Ogólnie to jest para bohaterów, którzy się spotykają i zakochują, WIĘCEJ TU. A teraz trochę więcej o kolejnej, będącej głównym motywem muzycznym filmu.

Okazuje się, że chiński da się słuchać, jeśli jest śpiewany od serca. Serio, jak nigdy, utwory z tego filmu chwyciły mnie za serce! Czuło się to „coś”, jak z ekranu buchała ta piosenka.

  • w Chinach -podobnie do reszty świata – popularne są programy muzyczne a’la „Idol”. Tylko tu właśnie mamy horrendalną konkurencję, zapewne nieprzypadkowo wynikającą z liczby ludności w Kraju Środka.
  • Bardziej, niż standardowa papka popowa, Chińczycy lubią ballady. Spokojne utwory święcą u nich triumf, ale jak widać – wpływ Zachodu nie pozostaje obojętny.
  • Chiny wciąż się zmieniają, co widać po „Ścigając marzenie”. Ten obraz wyreżyserował Johnnie To, który kiedyś nie chciał z nimi współpracować, a teraz jakby machnął na to ręką… no wiecie, jakoś trzeba żyć, a problem Hong Kongu szybko się nie rozwiąże.

Piosenka wyrąbista. Jest o bohaterze, a ona bez niego nie może żyć, bo cośtam, cośtam i że oni razem przeżywali i tak dalej. Taka ballada o miłości właśnie, która była po kawałku prezentowana w filmie i dopiero na końcu wybuchła, w kulminacyjnej scenie, kiedy ON walczył na MMA (ponoć bardziej pokazowo zrobili, niż w realu), a ona… no cóż, ona postanowiła dla niego zrezygnować z konkursu, w którym bierze udział . Jakbyśmy tego nie oceniali przez feministyczne oko, tak i tak było to wzruszające.

[PODSUMOWANIE] Lunarny Nowy Rok

I po seansach. Do dyspozycji miałam 5 filmów. Który z nich najmniej, a który najbardziej sprawił mi frajdę? Zaczynam od najgorszego.

Tańcz, tańcz…

5. Żona dla Rip Van Winkle

Najgorszy film edycji. To znaczy ja rozumiem metaforę i nawet ładne zdjęcia, ale to za mało, by mnie zadowolić. Długość – trzy godziny – też nie pomaga, bo seans nuży. Generalnie bardzo wkurza mnie ta mentalność patriarchalnej Japonii. Film ponoć uznany za „film dekady”, ale jakoś nie uważam, że trzeba go koniecznie obejrzeć. -> WIĘCEJ TU

4. Ścigając marzenie

Najbardziej przeciętny i najbardziej komercyjny film. W zasadzie to nie mogę powiedzieć, by w toku romansów jakoś wybitnie się wyróżniał. To jednak, na co należy zwrócić uwagę, to muzyka. Moim zdaniem jest najlepsza (nie licząc „Song lang”) i w dodatku chińska.
-> WIĘCEJ TU

3. Wilgotna kobieta na wietrze

Miałam problem, czy dać miejsce 2 czy 3. Wygrała ostatnia opcja, ponieważ nie jest to jakiś super hiper duper rozbudowana historia. To najkrótszy film, ale zarazem najśmieszniejszy. Wszystko tu jest odwrócone do góry nogami, co mi osobiście sprawiło frajdę. I ochotkę… -> WIĘCEJ TU

2. Miłość obnażona

Najdłuższy i przez to najbardziej rozbudowany film. Pozytywne wrażenie sprawiła diagnoza japońskiego społeczeństwa. -> WIĘCEJ TU

ZWYCIĘZCA MOŻE BYĆ TYLKO JEDEN I JEST NIM

SONG LANG

Zaraz wyjdzie, że im mniej słów, tym lepszy film. Może i tak jest, bo po co opisywać piękno, jak lepiej je zobaczyć i poczuć?

[RECENZJA] Song lang

Zastanawiam się, co tu napisać. Szczerze? Piękna prostota – tyle wystarczy. Ale ten film zasługuje na kilka jeszcze słów jak żaden inny z lunarnej wersji Pięciu Smaków.

Niby nic się nie działo, a jednak zleciał najszybciej. Jakoś tak proza życia Sajgonu lat 80′ XX wieku po prostu wciągnęła, mimo że historia jest dość prosta. On – ściąga długi. On – gra w operze i to nie byle jakiej, bo tradycyjnej, wietnamskiej. Spotykają się i… popłakałam się. Nie wiem, kim trzeba by było być, żeby się nie wzruszyć. Jest to tak subtelnie, artystycznie ukazane, że chyba nie w sposób. Co więcej, to nie jest wymuszone, jak w „Żonie”, tylko jakoś tak wypływa naturalnie, z ciepła.

Chyba nie ma sensu opisywać gry świateł, bo to widać na powyższym screenie. Dodajmy do tego stylizację otoczenia retro. Upływ czasu, starzenie się i tak dalej.

Muzyka to jeden z największych atutów filmu, jest spokojna, operowa, nostalgiczna. Nic więcej nie umiem na ten temat powiedzieć, ale doskonale zgrywa się z tym, co widać na ekranie.

Żałuję, że w najbliższym czasie nie będę miała jak sobie odświeżyć tego filmu. To dzieło na przynajmniej dwa seansy.

[RECENZJA] 3w1, czyli „Żona dla Rip Van Winkle”

Shunji Iwai stwierdził, że nie zastanawiał się nad sensem tytułu. Ucieszył mnie ten policzek w krytyczne analizowanie, ale…

Biedne rybki ;(. Pamiętajcie, by trzymać je w dużym akwarium i broń Boże okrągłym!

„Żona dla Rip Van Winkle” ma kilka wersji długości – my dostaliśmy tę, co trwa 179 minut. I powiem Wam, że bardzo mnie one wymęczyły. Zastanawiałam się nawet, czy dać sobie spokój, bo ta japońska mentalność mnie po prostu wk…. Jednak po przeczytaniu „jest to film dekady” (z 2016) uznałam, że „Żona” to must have.

Ojej, jaka ta Japonia wyzwolona i w ogóleeee oeneonenene!!1111

Nie? Cơm Tàu, vợ Nhật, nhà Tây – wietnamskie przysłowie, które tłumaczy się tak: „jedzenie – chińskie, żona – Japonka, mieszkanie – po europejsku”*. I tak, Japonki jako żony są uległe, wręcz do przesady. Być może młode pokolenie już się nieco inaczej zachowuje, ale widząc „Żonę” i datę powstania, można mieć spore wątpliwości. I nie jest niczym nadzwyczajnym, że Nanami zaraz po wyjściu za mąż godzi się z byciem gospodynią domową. Oczywiście, wykorzystuje do tego pretekst zwolnienia z pracy, ale mimo wszystko, nikogo ta decyzja nie dziwi. I jasne, że coraz więcej małżeństw wspólnie pracuje (w sensie, ona i on), jednak chyba nie jest to jeszcze tak społecznie usankcjonowane, jak w Polsce. Ta ciapowatość, niezdarność i uległość bohaterki mnie wkurzała, ale jeszcze bardziej wkurzało mnie podejście facetów do niej. Miałam ochotę w pewnym momencie wywalić ten ekran za okno.

A tymczasem w fabule

Nanami ma pracę, poznaje w internetach swego jedynego jak się zdaje, po czym wszystko kończy się wielką jedną katastrofą. Jest zagubiona, więc pomaga jej jakiś kolega i przypadkowa kobieta, którą zagrała piosenkarka Cocco. Przyjaźń między kobietami się zacieśnia…

Każda godzina to tak jakby inny film – inny etap w życiu bohaterki. Niektórzy twierdzą, że Nanami doznaje przemiany, ale czy ja wiem? I na początku ma tajemnice przed mężem, i na końcu bierze trochę więcej inicjatywy w swoje ręce.

Właśnie, trochę więcej

Ale nie aż tak bardzo, by ta przemiana w filmie została ostro zaznaczona. I raczej nie o to tu w tym chodzi.

Myślę, że twórca przedstawił jedną wielką metaforę statusu kobiet w japońskim społeczeństwie. Począwszy od patriarchatu, a skończywszy na wyzwoleniu się spod niego. No bo nie czarujmy się, w pewnym momencie zarówno Nanami, jak i Cocco stają się partnerkami, żeby nie powiedzieć lesbijkami. Hmm, a może to jest też film o samotności…

.

.

.

Im więcej się myśli o tym filmie, tym więcej się rodzi interpretacji. Podejrzewam, że najlepszą recenzję napisałabym jutro, ale jutro będzie futro i będę zajęta czym innym.

Tak czy siak, „Żona dla Rip Van Winkle” to jedna wielka metafora czegośtam. I aż boję się uściślać, bo mogę od Shunjiego usłyszeć „a nie wiem, tak sobie napisałem”. Ogólnie, film raczej dla cierpliwych i chyba średnio przypadł mi do gustu.

* – informacje wzięte z grupy Pięciu Smaków. „Żonę” można obejrzeć w ramach festiwalu.

[RECENZJA] Obnażone, ale co? – „Miłość obnażona”

Opis nie nastrajał optymistycznie. No dobra, z niego nie wynika jeszcze, że będzie o zboczeństwach. A przynajmniej nie wprost.

Przeczucie mi mówiło jednak, że można się spodziewać występowania pewnych zbereństw, na przykład: podglądanie majteczek dziewczynom. Ma to oczywiście swoją japońską nazwę, ale na tapetę Sion Sono bierze i inne przywary tamtejszego społeczeństwa.

Zastaw się, a postaw się

Chrześcijaństwo w Kraju Kwitnącej Wiśni nie jest dominujące, ale jest. Ktoś mi zresztą kiedyś wyjaśnił, że w Japonii religie funkcjonują trochę na zasadzie „zastaw się, a postaw się”, czyli – jak jest jakaś fajna, duża ceremonia, jak chrzest czy coś innego, to wtedy bierzemy taką religię. Dochodzi do tego, że Japończyk potrafi w ciągu życia zmieniać wyznanie 2-3 razy. Czy to prawda, nie wiem, ale faktem jest, że Japończyków jara zabawa symboliką. Głównie chrześcijańską, co łatwo zauważyć w anime. A kolejnym faktem jest, że nasz bohater – Yu – jest chrześcijaninem. Jego matka była bardzo kochająca i widz tak sobie ogląda normalne kino, aż… do drugiej godziny. Takie wprowadzenie widza do sytuacji młodego, bo przecież mowa o licealiście, ma sens. Nie jakiś głęboki i filozoficzny, ale powoduje łyknięcie bakcyla, pozwalającego na przebrnięcie przez DWIEŚCIE TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ MINUT. Cztery godziny.

Majteczki w kropeczki, ohoho

Aż dziwne, że żadna japońska gwiazda pop nie postanowiła zrealizować utworu Akcentu z majteczkami. No dobra – może przesadzam, ale akurat to zboczeństwo (podglądanie ich) jest bardzo silnie zaznaczone. Na szczęście nie jest to zrobione w głupi sposób, bo Sion Sono po pierwsze, stawia tezę, dlaczego ludzie zaczynają się zniżać do takich rzeczy, a po drugie, to tylko początek. Z niego przechodzi do innych problemów, już nie tylko zbereństw, bo mamy tu sektę i mamy tu zaznaczenie homoseksualizmu. Jak myślicie, LGBT jest tam mile widziane? :>

Sam Siono sporo bierze inspiracji z własnego życia, zresztą, pierwsze napisy seansu to: „na podstawie prawdziwych wydarzeń”. No, w to, że ksiądz, ojciec Yu, znęca się nad chłopakiem jestem w stanie uwierzyć, bo młodzież w Japonii ma przerąbane i to często. Zresztą, młody nie jest jedynym przypadkiem tego stanu rzeczy, bo tu zaraz na scenę wchodzi Yoko i druga panna, które to obie w jakiś sposób były udręczone.

Samoświadomość to jedno, drugie to mentalność

Eh, jak napisałam na grupie Pięciu Smaków, że mam problem, by zaczynać „Miłość obnażoną”, to większość zaczęła mnie do seansu zachęcać. Wygrali i nie żałuję. Pojawiły się jednak uwagi, że to niedobrze, że film nie krytykuje wprost zamachów bombowych czy pedofilii. Mnie się jednak wydaje, że twórca stara się nie osądzać bohaterów – żadnych. Z drugiej jednak strony, mamy mocne zaznaczenie „przecież podglądanie majtek to zboczeństwo! To złe!”. I młodzi bohaterowie zastanawiają się też, czy homoseksualizm i transwestytyzm także się zaliczają pod tę kategorię. Bo to, że w anime widzimy lesbijki, to jedno, a życie drugie. Mam wrażenie, że odpowiedź na pytanie, co autor miał na myśli, może być trudniejsza, niż się wydaje.

Ktoś też skrytykował uwięzienie Yoko, by się zmieniła. Powiem tak: było to uzasadnione fabularnie, ale jeśli wziąć stronę tego, że pokazano pozytywnie aspekt przemocowy, to mnie to wcale nie dziwi. Bo z jednej strony mamy silny patriarchat, gdzie kobiety mają przerąbane, a z drugiej strony mamy Azję. A w Azji przemoc nie dziwi, występuje nawet w bajkach dla dzieci.

Jeszcze się zastanawiam, co tu obnażył Sion Sono. Tytuł to chyba gra z widzem, bo o ile miłość w filmie występuje, tak nie do końca wiem, czy pełni główną rolę. Biorąc pod uwagę te wszystkie przygody, jakie mieli bohaterowie, to chyba reżyser obnażył co innego. Obnażył przywary, a nie miłość.

Aha – kto wrażliwy na krytykę Kościoła Katolickiego, ten może niech lepiej sobie daruje ten film, bo tu ostro po nim jadą. Dlatego tym bardziej cieszy mnie, że mogłam sobie pozwolić na seans „Miłości obnażonej”, bo pewnie cenzura Watykanu nie pozwoliłaby ujrzeć filmu na wielkich ekranach. Inna rzecz, że o ile jestem zadowolona z tego, że to obejrzałam, to nie mam pojęcia, jak wprost odpowiedzieć na pytanie „oglądać czy nie”. Wydaje mi się, że dla każdego coś się znajdzie, ale też wydaje mi się, że akcja jest na tyle rozbudowana, że film trochę się wymyka tej ocenie.

Film obejrzany w ramach mini-festiwalu Pięciu Smaków. Polecam serdecznie! I pozdrawiam także serdecznie uczestników wydarzenia, szczególnie rozmówców z wczoraj 😉 – dzięki!

[RECENZJA] Ścigając marzenie

Nie mam sił na intelektualne potyczki, dlatego ta recenzja będzie prosta. A może to po prostu prosta historia z bardzo dobrymi akcentami muzycznymi?

On – bokser, ona – czirladerka na MMA. Połączy ich przypadek: w trakcie jednej z gal bokserskich ekipa gangsterów orientuje się, że dziewczyna ma długi do spłacenia. Kukułka więc zwiewa, ale daleko nie ucieka i wpada w jego ręce – Tygrysa. Ten widać, że lubi się bawić w życiu i… no właśnie, czy pomoże jej zrealizować największe marzenie życia, czyli zostania wokalistką? A on, czy spełni swoje?

Właściwie ten film nie jest niczym nadzwyczajnym, ale pewnie nie wychwyciłam wszystkich akcentów nawiązań do innych dzieł. Więcej nawet, nie wychwyciłam żadnych XD. Więc pozostało mi tylko samo delektowanie się obrazem Johnniego To, który stwierdził, że idzie na współpracę z Chinami. Niby wydaje się to naturalne, że Hong Kong współpracuje z nimi, ale w kontekście politycznym już tak kolorowe nie jest.

Zresztą, i w samym „Ścigając marzenie” są mroczniejsze chwile. Jakby na boku, ale jednak coś tam się pojawia. Jak poprosicie w komentarzach, to może rozwinę kwestię ;p.

Ogólnie to przyjemny seans, taki – no – na piątkowy/sobotni i relaksujący seans. Aha, i warto zwrócić uwagę na ścieżkę dźwiękową, bo ta jest świetna. Problem w tym, że po angielskim tytule w ogóle nie idzie znaleźć tych utworów, ale może grupa Pięciu Smaków pomoże.

Dobra, a teraz idę się szykować na czterogodzinny rollecoaster w postaci „Miłości obnażonej”.

Filmy można oglądać w ramach mini-festiwalu Pięciu Smaków. Karnety i bilety cały czas do wzięcia. Warto!