Newsletter dla Królowej [PREMIUM]

-19-

To opowiadanie przeczytały tylko trzy osoby. Wysłuchało jednak więcej, bo powstało ono na zaliczenie przedmiotu w ramach studiów. Choć konwencja fantasy, to zawiera w sobie ważną informację. Miłego czytania 🙂

FORMUŁA

Asi, która nauczyła mnie czarować

– Mistrzu, Mistrzu! – zawołała, biegnąc przez plac zamkowy. Jasne włosy falowały na wietrze, a zielona suknia szeleściła. Zdyszana, dopadła maga. Był stary, posiwiały i zakryty płaszczem i kapeluszem. – Nie rozumiem, dlaczego ludzie muszą cierpieć! Dlaczego nie mogą przeżywać dobrych rzeczy, tylko wciąż im się przytrafia coś złego! Ja nie chcę! – potrząsnęła głową, a w oczach miała łzy.

– Dziecko – westchnął ciężko, kładąc dłoń na jej małej twarzy. – Ludzie po prostu nie znają prostych zasad, których cię uczę.

* * *

    Znad urwiska widać było wszystko: wysokie, ciemne lasy skrywające demony; opuszczone wioski; a przede wszystkim, biało-szafirowy zamek, rozciągający się wzdłuż tak, aby ludzkie oko szukało jego zakończenia, i nie znajdowało. Iluzja? Nie, tym razem była to budowla z kamieni, stworzona przez orków, przejęta przez elfów, i znowu zdobyta przez orków, ale Nailleen to nie interesowało.

    Stała nad przepaścią i patrzyła w górę. Duże, ciemne chmury nie napawały optymizmem. Zaciskała pięści.

    Uda się, prawda? – chciała sobie odpowiedzieć: TAK, ale zamiast tego poczuła gulę w gardle. Może się uda…

* * *

– Nailleen – powiedział mag, kucając – kupię ci ciasteczka, a ty mnie posłuchaj. To jest ważna lekcja, i zawsze o niej pamiętaj… nawet jak w to nie wierzysz, dobrze?

    Pokiwała głową. Już się nie mogła doczekać ciasteczek posypanych kandyzowanymi brzoskwiniami!

* * *

    Z orkowego zamku wystrzeliło światło. Kobieta się skrzywiła i zaklęła, ale dla potomnych zostało to ocenzurowane w kronikach. Zamiast tego kronikarze przeszli do kolejnej sceny, w której wyciągała rękę i prosiła swojego wielkiego, białego smoka o przybycie.

    Musi się udać.

    Mistrzu, uda mi się!

    Jaka jest pozytywna cecha tego starcia? To, że mogę się sprawdzić! Tak! Moje moce i Ejliven jesteśmy sprawdzani!

    Na niebie pojawił się wielki, biały kształt. Miał gruby tułów, ale szyja i ogon były cienkie, niemal niknące w ciemności. Smok warknął i runął na zamek.

    Nie zdążył.

    Z orkowego zamku wystrzeliła istota, ale trudno było to coś nazwać smokiem. A jeśli już, to mocno zniekształconym, zniszczonym i pełnym ran. Z boków lała się bliżej niezidentyfikowana ciecz, a z tego, co miało być gardłem wydobywał się przeszywający, ostry ryk.

    Nailleen zacisnęła pięści. Teraz pozostało jej tylko czekać.

    Wzmagał się wiatr, a ciemnych chmur przybywało.

    Na niebie tańczyły dwa kształty: jeden biały, drugi czarny.

    Huk. Jęk. Trzask.

    Coś spadło, a ona jedyne co, to mogła zakryć głowę i się skulić, by i jej nie dopadło.

    Cisza.

    Odwróciła się. Serce biło jak dzwon i z rozszerzonymi źrenicami spojrzała za siebie, na ziemię.

– Nie! – szepnęła i pobiegła prosto w stronę białego kształtu, który wił się, próbując zepchnąć z siebie atakującą istotę. Smok kobiety był cały w ciemnoczerwonej posoce, a jedna z nóg wyglądała na złamaną.

* * *

– Mistrzu, a co, jeśli nie zdążę się ustrzec przed katastrofą? – zapytała, zajadając się ulubionym smakołykiem i oglądając jarmark.

    Mag westchnął ciężko:

– Weź głęboki oddech. Wdech, wydech. Poobserwuj. A potem, w takim stanie, powiedz Formułę. Aż do skutku, z tym, co czujesz. Pamiętaj, by było w tym jak najmniej przerażenia, a jak najwięcej spokoju. I nawet jeśli się nie uda…

* * *

Ale się uda!, pomyślała zrozpaczona Nailleen i zamknęła oczy. Obserwowała przez chwilę oddech, to, jak jama brzuszna pracuje.

    A potem wypowiedziała formułę.

    Wszystko jest iluzją.

    Dziękuję sobie, że potrafiłam stworzyć tak doskonałą iluzję śmierci Ejlivena, że prawie w to uwierzyłam.

    Dziękuję swojemu wewnętrznemu Stwórcy, że potrafił stworzyć tak doskonałą iluzję śmierci Ejlivena, że prawie w to uwierzyłam.

    Dziękuję iluzji śmierci Ejlivena, że jest tak doskonała, że prawie w to uwierzyłam.

    Otworzyła oczy.

    Czuła spokój.

    Biały smok ryknął, a czarna istota poleciała w górę. Trzęsła się i ryczała.

    Ejliven warknął i stanął na nogi. Racja, ból w mojej nodze to tylko iluzja, dzięki.

    Kobieta pokiwała głową.

    Ejliven otworzył paszczę i wyleciał z niej duży strumień czerwonego światła. Prosto na ciemną istotę, która wrzasnęła i zafalowała.

    A potem cisza i spadający popiół.

– Jest! – krzyknęła z radością Nailleen i podbiegła do smoka, wtulając się w niego.


-18-

Kiedy zrozumiesz, kim jesteś zmieni się wszystko

Jakaś grupa dla fanów fantastyki i pisarzy tejże w internetach. Członków sporo, sporo także opinii, komentarzy i zapytań „jak lepiej”. Pada sztandarowe wręcz pytanie o self publishing, vanity i redakcję powieści. Jak się można było domyślić, większość odpowiedzi brzmiała w tonie „vanity?! nigdy! Redakcja obowiązkowa!”. Ale w tym tłumie wybrzmiała też pewna nietypowa reakcja – pisarki, której nie kojarzę, ale która miała pipkę, by się przyznać do tego, w jaki sposób traktuje swoje historie.

– Redakcją sama się zajmuję – napisała.

I nie wiedziała chyba kobieta, że NA TEJ GRUPIE, W TEJ SPOŁECZNOŚCI popełniła samobójstwo. Oczywiście, niemal 99% reakcji na jej komentarz to „śmieszne”. Czy rzeczywiście powinnam się z tego śmiać, skoro nie czytałam jej powieści? Ani jednej, nawet okładki nie widziałam. Ale komentarz był napisany w sposób ABSOLUTNIE poprawny, więc do czego można by było się przyczepić? A i owszem, w tekście na kilkadziesiąt stron możliwe są błędy. Inna rzecz, że nawet sam autor jest w stanie je poprawić, jeśli jest perfekcjonistą i jeśli da czas na odleżenie się powieści. Niemożliwe? A jednak, w Twoim tekście tak naprawdę nie było czysto redakcyjnej roboty, co najwyżej – a i też dyskusyjnie – można by było wziąć w obroty pana korektora. Oczywiście, jeśli weźmiesz delikwenta, który robi fachową robotę, to ten może się ze mną nie zgodzić i powiedzieć „a to i to i to do zmiany”. No, wedle życzenia… czy też raczej pozwolenia. Jednakże w tym momencie chciałam tylko zauważyć, że ludzie ją masowo skrytykowali za to tylko, że przyznała, że nie korzysta z redakcji. A jednak, na dzień dzisiejszy doskonale to rozumiem. Mało tego, ona wyraźnie napisała o REDAKCJI, a to jest zupełnie inna praca, niż KOREKTA. Ale o tym za chwilę… o ile nie zapomnę.

Bo zanim przejdę – zapewne jeszcze raz, ale dobrze, by w tym tekście to wybrzmiało – do różnic między tymi dwoma fuchami, to chciałam Ci opowiedzieć o pewnym wydarzeniu, które mnie wkurwiło. Tak, wprost i dosadnie wkurwiło. Najgorzej, że sama sobie to zrobiłam, ale po kolei.

Pierwsza narracja

Jak zapewne wiesz, współpracowałam z księgarnią samowydawcy.pl, gdzie wystawiłam swoją książkę na sprzedaż. Powieść tam się kompletnie nie sprzedaje, ale nie mogę się doprosić o to, by zdjęto „Agafe”. Wiem, że współpraca z nimi nie ma sensu ze względu na zbyt duże różnice w energetyce i postawie do sprawy. No, ale to pewnie sprawa do przełknięcia i rozwiązania.

Gdy w zeszłym roku zaczęłam z nimi współpracę zrobiłam to na zasadzie mocnej, ostrej niepewności siebie. Naprawdę, nie wierzyłam ani w siebie, ani w to, że jestem twórcą, ani w powieść. Można by powiedzieć, że nastawienie godne porażki. Powiedzmy sobie wprost: mój umysł zaczął wymyślać, że redakcja, że współpraca z osobą od składu i tak dalej. Tysiące powodów, dla których „Agafe” nie byłaby doskonała. Ale z jakiegoś powodu tylko ja miałam taki problem. No dobrze, problem mieli także recenzenci, którzy mam wrażenie nie zrozumieli powieści. Bo widzisz, to nie jest przypadek, że „Agafe” podoba się tym osobom, które kupiły ją „za ile czujesz” i tym, którzy ją dostali. Ona tak ma. I co więcej, to są osoby dojrzałe, to są osoby oczytane i to są osoby, które potrafią wyjrzeć poza sam czubek własnego palca.

– Ego ci wjechało, kochanie – powie randomowy czytelnik, uśmiechając się złośliwie i wskazując wprost na powieść Katarzyny Michalak. Ha, ta to ma pipkę. Pisze i ma wywalone na krytykę, ale pisze i ma odbiorców, fanów. Czyżby ze światem coś poszło nie tak?

Kiedy zrozumiesz, kim jesteś, wszystko się zmieni

No więc powtórzę to jeszcze raz: dałam książki na sprzedaż w momencie, kiedy nie czułam się władczynią swego życia. Ba, czułam się zjechana i miałam na karku licencjat. Oddech tego egzaminu czułam na sobie jako parzący dotyk i chciałam, by to wszystko zakończyło się jak najszybciej. Nie miałam więc czasu roztkliwiać się nad sobą. Całe szczęście, chociaż w głębi siebie czułam się jak siedem nieszczęść. Czasem po prostu człowiek ma w sobie zbitego psa, a wychodzi on właśnie przy okazji, kiedy pokazujesz coś światu i… co? I wszystkie strachy, lęki wychodzą na wierzch, jakby chciały się skonfrontować. A wiadomo, że działanie ze strachu nigdy nie kończy się dobrze. Mało tego, nie można oczekiwać sukcesu, gdy uważasz siebie za debila i inną życiową ofiarę.

Wielu chciałoby, bym siebie niszczyła, krzywdziła, wyzywała i miała za totalnego idiotę, nieporadnego życiowo. Ego – moje własne – także by pewnie tak chciało, wszak uwielbia sado maso. A jednak, nie chcę powtarzać tej samej historii. Bo właśnie, jestem po latach jej ciągłego używania i co mi to dało? Absolutnie nic, nic oprócz cierpienia.

– Wstań rano, spojrzyj w lustro i odpieprz się – brzmi znana internetowa maksyma autorstwa kogoś, kogo nie pamiętam, ale zapisała się w pamięci. I tak właśnie należy postępować na każdym poziomie wobec siebie. Co na zewnątrz, to i wewnątrz.

Wewnętrznie jesteśmy doskonali tacy, jacy jesteśmy.

Więc zaczęłam sprzedawać „Agafe” z pozycji ofiary, z pozycji siedmiu nieszczęść. Jak więc mogłam się spodziewać, że to będzie się w tej księgarni sprzedawało? Już pal licho, że mało co zajmowałam się promocją i mało co jeździłam na tzw. Targi Książki. To tak czy siak nie mogło się udać.

– Zaczynam czytać „Agafe” – powiedział mi właściciel księgarni.
I zareagowałam tak „meh” na to. Ale po prostu dlatego, że nie miałam sił. Po prostu dlatego, że czerwiec, a w lipcu egzamin. I jeszcze dlatego, że ten zbity pies we mnie się odzywał. Z jakiegoś powodu czułam się bardzo, bardzo nieszczęśliwa.

Zmiana narracji

Już po egzaminie. Uff, mogę zająć się promocją książki. Oczywiście, w księgarni nie szło. Rzecz jasna, zajęłam się tworzeniem życia na nowo, bo przecież pewien jego etap miałam za sobą. Więc może by tak pójść do pracy? Założyć firmę? Tik toka?

A, czas wreszcie wrócić do rozwoju duchowego, mojego ulubionego tematu. No bo przecież warto rozwijać wnętrze, wszak to co wewnątrz, to na zewnątrz. Jeśli się więc człowieczyna martwi o pieniądze, to raczej za bogaty nie będzie.

Ale ja tu nie o pieniądzach miałam przecież. No, może troszkę. Wszak „Agafe” do dnia dzisiejszego jest w tamtejszej księgarni, wisi na stronie i jeszcze mam za sobą live’a na ten temat. Super.

Tylko w tym temacie wciąż był jakiś taki… zbity pies. No, przyczepiłam się do tego sformułowania, ale ono najlepiej oddaje stan mojego ducha wobec sprawy. Może to kwestia tego, że gdy miałam live’a i gdy była na powieść promocja, to nikt nie kupił? Tylko że nie do końca – wcześniej także wołałam o promocję do szefa księgarni i nic z tego nie wyszło. Hmm, no cóż, może jeszcze kilka razy do niego zagadam i postaram się coś zrobić w tej sprawie…

Aż przyszła konkretna informacja.

To nie zadziała, bo energetyka zupełnie inna.

Piszę więc do faceta, żeby mi odesłał książki. Po co mają u niego siedzieć, jak się tam nie sprzedają? Co prawda to tylko dziesięć egzemplarzy, ale widzimy po półkach, że nawet dziesięć książek zajmuje trochę miejsca.

Podeszłam do rozmowy delikatnie. Że się nie sprzedaje, że recenzja nie taka i proszę o odesłanie.

I nastąpił wybuch.

Najpierw z jego strony, bo że tak powiem – zapoczątkował reakcję.

– Sorry, ale to bardzo słabe wydanie książki, w przyszłym roku już takich książek nie będziemy przyjmować.

No ok, informacja poszła w eter, ale… co z tego, jeśli po tej informacji nadal nie mam u siebie tych dziesięciu egzemplarzy? Jest to bez sensu. I ja rozumiem, że facet może mieć milion spraw na głowie, ale skoro ta książka nie podoba mu się i uważa ją za słaby produkt, to po co ją trzyma w sklepie? No i jeszcze jedno – skoro proszę o odesłanie, a nie krytykę, to chyba mógłby to zrobić? Przecież każdy z nas widzi czarno na białym, jak sytuacja się ma.

Tylko że nagle, po jakimś miesiącu od rozmowy, mój wewnętrzny zbity pies postanowił wstać i warknąć. Wściekle, ostro i pokazując kły.

Jak on mógł tak powiedzieć?
A, no tak. Zgłosiłam się do niego z pozycji lęku i ofiary, więc mógł. Brawo Olu, czy mogłabyś zakończyć tę historię raz na zawsze? To kompletnie nie służy, a powoduje tylko niepotrzebne cierpienie.

Bo przecież nie jestem psem do bicia.
Bo przecież widzę po ludziach, że książka im się podoba. Ale to ludzie, którzy są wewnętrznie dojrzali, bogaci i dostrzegą w historii coś więcej, niż błędne przestawienie zdania.
Innymi słowy, zaczęłam się skupiać na tych odbiorcach, którzy biorą sobie tę historię do serca, a przecież jest ich wielu. I wiem, mam w sobie ogromne przekonanie, że ci, którzy ją kupią „za ile czujesz” lub dostaną w prezencie, to im się zawsze powieść spodoba. Z jakiegoś powodu tak to działa, ta historia chce tak mieć. I mi się to podoba, bo przecież nie jest opowieść łatwa i przyjemna, choć z pozoru może taka być.

To jedno.
Ale jest jeszcze drugie, o wiele ważniejsze.

Mój pies wstaje z miejsca, w którym padł. Ten pies prostuje się godnie i przybiera postawę wojownika, psa dumnego i takiego, który potrafi stanąć na wysokości zadania, gdy zajdzie taka potrzeba, gdy zajdzie taka przeszkoda.

Dlaczego ten wkurw akurat mi przyszedł tyle czasu po jego wypowiedzi? Wszak wypowiadał się z miesiąc, półtora temu.

Ja wiem.

Wewnętrzna narracja mi się zmieniła.

Wciąż jest w fazie budowania, wciąż jest w fazie uświadamiania sobie. I może to jest łatwe zadanie, a może nieco trudniejsze – lecz w kontekście „Agafe” jest chyba tym, co wpierw zacznie się realizować.

Człowiek posiada w sobie cząstkę Boga, czy też raczej Światła. Światło, Źródło – to jest w każdej istocie, to jest może szczególnie w człowieku. W każdym razie, Boże Dzieci, Dzieci Światła, nazywamy siebie tak nie dlatego, że mamy ego jak stąd do Marsa, tylko dlatego, by pamiętać, kim jesteśmy.

Cząstką Światła, cząstką Źródła, dzięki któremu, przez które to Źródło, Światło, Bóg – jak zwał, tak zwał i nie chodzi o jahwe – przeżywa, doświadcza. Świadomość bawi się w swoim wielkim, złożonym umyśle, świadomość przeżywa, uczy się, jest ciekawa. W ten sposób żyje. Oczywiście dla naszego umysłu jest to zbyt skomplikowane.

Ale jeśli Źródło potrafi tworzyć, to i człowiek potrafi.

Człowiek jest twórcą.
Swojego świata.
I jest to bardzo, bardzo dosłowne.
Nie chodzi tylko o to, że jak zdasz egzamin licencjacki i zaczniesz robić karierę w korpo, założysz rodzinę i będziesz szczęśliwym człowiekiem z dziećmi, to ustabilizowane życie, jakie sobie stworzyłaś, to po prostu coś, nad czym dzielnie pracowałaś.

Opowiem Ci o 1997 roku. Nie, nie tym związanym z wodą i Wrocławiem. Przenosimy się do USA, Kolorado, gdzie naukowcy spojrzeli na wyniki odnoszące się do struktury Ziemi i zrobili wielkie, potężne oczy.
– Ziemia się spłaszcza! – obwieścili. Głupi Amerykanie, wykryli, że Ziemia się zapada i przyjmuje płaską strukturę. No, jak oni tak… a nie, czekaj, mamy 2022 i zaczyna się robić coraz dziwniej.
Tym razem Polska, rządowy portal. Pewna naukowczyni z państwowej uczelni dostała grant na zbadanie… płaskości Ziemi. Głupia ta władza, takie bzdury chce badać? No, tyle że nie ona pierwsza.
Tyle że Matka Ziemia ma zupełnie gdzieś, jak ją widzimy. Ona jest dla siebie bardziej takim duchem. Natomiast ta rzeczywistość z punktu widzenia fizyki kwantowej jest holograficzna. A każdy z nas tworzy swój świat. W dosłowny sposób. W o wiele bardziej skomplikowany, niż pójście na studia i rozpoczęcie kariery zawodowej.
– Odkryli Amerykę – skomentowała przyjaciółka. – Przecież wiadomo, że jak dużo ludzi uwierzy, że Ziemia jest płaska, to tak będzie.

Mamy w sobie historie, które chcemy przenieść na papier, na zewnątrz. I bardzo dobrze, czemu nie dzielić się nimi z innymi? To przecież coś pięknego, sprawiać uśmiech na twarzy innych. Ale jeśli nasza taka prosta kreacja objawia się na zewnątrz, to można ją uznać za symbol dla umysłu.

Symbol oznaczający: JESTEŚ TWÓRCĄ SWOJEGO ŚWIATA.

Oznacza to, że świat będzie odbijał wszelkie Twoje przekonania. Coś w stylu lustrzanego odbicia. Oznacza to także, że możesz wszystko. I jeżeli ja bym chciała mieć dużo odbiorców, ja bym chciała mieć dużo wspaniałych opinii w internetach o „Agafe” to mogłabym je wykreować. Ale tylko wtedy, gdy będę miała w sobie przekonanie, że ta historia zasługuje na to, że jest piękna i że warto, by świat ją bliżej poznał, bo jest taka dobra. Czyli z perspektywy psa szczęśliwego, który sobie hasa po ogródkach.

Kiedy zrozumiesz, że jesteś twórcą swojego świata, to wszystko się zmieni.

-17-

Nie pamiętam, czy już pisałam o rodzajach wydawnictw. Jednak jest to istotne, bo nadal – mimo że na rynku wszystkie formy są od dłuższego czasu, czyli kilkudziesięciu lat – niektórzy popełniają szkolne błędy. Ha, nawet nie szkolne, bo w żadnej szkole nie opowiadają o tym, ale do rzeczy.

VANITY – wydawnictwo-krzak. Znaczy, powinno się kojarzyć z krzakiem, bo bierze pieniądze i co prawda, robi to, co zwykle zawiera umowa, ale nie do końca. Dobrym przykładem jest Novae Res, które przez lata było królem sceny. Żądało 10 tys. od autora, a ten na końcu otrzymywał druk i… no właśnie, czy otrzymywał to, co powinien? Kwestia bardzo dyskusyjna, ale im później, tym lepiej. Na początku było fatalnie wręcz, bo jeśli redakcja istniała, to w opłakanym stanie. Za to bez wątpienia istniała jakaś forma reklamy i bez wątpienia druk bywał dobry. Blogerzy dobrze wspominają współpracę z Novae Res, bo dawało książki do recenzji każdemu, bez wchodzenia w kwestie statystyk strony. Obecnie zapewne się to zmieniło, bo wydawnictwo to zmieniło trochę koncepcję działania. „Najlepsi” otrzymują wydanie swojej książki za darmo, czyli można powiedzieć: prawie. Prawie funkcjonuje tak, jak tradycyjne. Ale mimo to większość autorów nadal nie jest znana szerokiemu gronu, udaje się to nielicznym. No właśnie, bo powiedzmy sobie szczerze: nie wszyscy osiągają sukces, a większość traci pieniądze i się frustruje, bo ich czytelnicy znajdują w książkach brutalne błędy, które są brakiem poprawiania błędów w tekście. A co do reklamy… cóż, no i właśnie, moim zdaniem nie jest łatwo ją zrobić, gdy chce się zainwestować w vanity, bo widzisz, właśnie to jest spadek po Novae Res: blogerzy współpracowali z tym tylko dlatego, że nie było wymagań, czytelnicy już się skapnęli, że jakość książek często fatalna, a opinia idzie w świat. W związku z tym nie ma co się spodziewać, że odbiorcy nagle się rzucą na książki wydawane przez Novae Res, a tym bardziej przez vanity. Smrodek zostaje na zawsze, bo w internetach nic nie ginie. No chyba, że robisz dramę na jutubie, to wtedy jest jakaś szansa, ale to inny temat.

Generalnie, moja opinia jest taka, że jeśli ma się coś zyskać przez publikację, to najprędzej będzie to w wydawnictwie tradycyjnym lub przez self publishing.

WYDAWNICTWO TRADYCYJNE, czyli takie, u którego żebrzesz o wydanie powieści. I w dodatku niewiele z tego masz, jak to się wydarzy. Za to tu nie ma smrodku, bo takie firmy wypracowały sobie miano świętych i bardzo rzetelnych. Innymi słowy, jeśli chcesz mieć na starcie dobrą opinię, to wal właśnie tu. Inna sprawa, że często musisz długo czekać w kolejce, a jak już się trafi, to umowa może nie być świetna. Trzeba uważać z tym fantem, ale… widzisz, przez lata uważałam, że ja bym chciała w takim wydawnictwie, ale mnie na to nie stać, bo samoocena. Dziś uważam, że nie chcę być w wydawnictwie tradycyjnym, bo umowa plus -ja tam nie pasuję. Uważam, że moje historie to historie, które wydawnictwa najchętniej by ocenzurowały, a sama opinia świętego to taki trochę stereotyp. A i czytelnicy sami zauważają, że jakość redakcji spada na łeb na szyję, mniej się szanuje słowo pisane, ale to nieważne. Problem jest też taki, że bywają przypadki – i to zapewne sporo takowych jest – że wydawnictwo tradycyjne wcale nie oferuje jakiejś jobczej reklamy autora. Bo tak, żeby być znanym, to trzeba zapłacić za promocję. Tak zresztą zrobiła Bonda, może wzięła pożyczkę, ale na pewno wydała gruby hajs na agencję marketingową. Wow, pomimo tradycyjnego wydawnictwa zdecydowała się na dodatkowy ruch. I to był bardzo dobry ruch strategiczny, bo teraz jej łatwo i jej nazwisko jest znane. Ogólnie, trzeba albo się znać na promocji, albo mieć całkowicie na nią wyjebane i robić drobne ruchy w tej sprawie, albo… mieć zajebistą książkę, która będzie jak „Zmierzch”, ewentualnie produkcje Katarzyny Michalak. Dobra, dobra, koniec tego dobrego, zmierzamy do mojego ulubionego konceptu wydawniczego, który to koncept wymaga najwięcej, ale też daje najwięcej frajdy.

SELF PUBLISHING – czyli publikujesz samodzielnie. Zajmujesz się sama załatwieniem korekty, redakcji, składu i druku, i reklamy. Oczywiście do wszystkich tych cudów możesz wynająć speców, a właściwie do redakcji czy korekty wypadałoby, by ktoś inny przejrzał sprawę. Ale poznałam przypadek, gdy dziewczyna całkowicie to zlała, ale… czy to źle? Może jej teksty były bardzo dobre po prostu, a ona ma znakomitą pewność siebie. Uch, może zostawię to na inny wpis. W każdym razie, w self publishingu musisz mieć twardą jak stalagmit dupę, ale też masz z tego powodu mega frajdę, bo otaczasz się przygodą. Przygodą, bo poznajesz ludzi, bo zarabiasz, bo pracujesz nad projektem, a w ogóle to nie masz żadnych ograniczeń. Oprócz wyobraźni. I na początku self publishing w Polsce nie był odbierany zbyt dobrze, ponieważ mylił się z vanity, a też nie było takiego środowiska, które by się wymieniało między sobą doświadczeniem. Niestety, środowisko to… nawet po złożeniu się w kupę jest środowiskiem wzajemnej adoracji. Dlatego też zdecydowałam się na out, ale to nie znaczy, że zrezygnuję z self publishingu. Popełniłam błędy? Z mojego punktu widzenia wydaje mi się, że nie. Ale to opowieść o czym innym.

Ważne jest, byś zrozumiała, że każda z tych form jest dobra, jednak nie każda. Tzn. jeśli chodzi o samo doświadczanie, to nawet jeśli wybierze się vanity, to to będzie dobre. Jednak vanity zwykle nic nie robi, a twórca ma w większości poczucie zmarnowanych pieniędzy. Dlatego, jeśli już się chce wydawać pieniądze, to albo jak zrobiła Bonda – czyli na jobczą promocję w mediach – albo… no właśnie, w self publishingu także wydaje się pieniądze na promocję. Wniosek? Miej wyrąbane, a będzie ci dane :).

-16-

NIEOPUBLIKOWANE #1INTYMNOŚĆ

Wymyślamy najróżniejsze argumenty, by nie podzielić się z innymi swoimi tekstami. Jednym z nich jest intymność. Treść zbyt osobista, treść mocna, a w ogóle kto to zrozumie, to w końcu historia tylko dla mnie, prawda?

Nieprawda, ludzi żyjących za 100 lat nie będzie obchodziło, czy pisałaś dla siebie, czy też nie. Jeśli coś jest spisane – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – to jego szansa na ukazanie się w druku wzrasta zwłaszcza po tym, jak autor umiera. Daleko szukać nie trzeba, choćby taki Tolkien. Z kolei Prattchet doskonale o tym wiedział, gdyż kazał wszystkie notatki i spadki po sobie spalić. A kontynuować Świat Dysku mogła jego wnuczka, ale najwyraźniej czuli, że to już nie do końca to. Tak czy inaczej, kogo obchodzi, dla kogo została spisana historia?

Czyżby emocje w niej zawarte zbyt bolały?
Czyżby zbyt dużo siebie wrzuciłaś do tekstu?
Czyżby to taki prawie pamiętnik, a nie zwykły tekst?

Jeśli odpowiedziałaś trzy razy tak, to nadal jest to nieistotne dla przyszłych pokoleń. Emocje znikną wraz z kolejnymi zdarzeniami, a Ty się zmienisz, z kolei tekst – jeśli dobrze to rozumiem – tekst zawsze będzie swój, zawsze specyficzny, niezwykły, inny od reszty. Nie ma takich samych tekstów, chyba że ktoś ewidentnie robi plagiat, ale to inna rzecz, rzecz zresztą, która nie powinna się zdarzać.

Historie są różne, tak na zewnątrz – czyli na kartkach Twojej powieści – tak jak i wewnątrz. Pytanie tylko, czy wolisz słuchać swego umysłu. No, nie ma w tym nic złego, absolutnie. Ale ten czasem potrafi się nami bawić i wymyślać. Ach, przepraszam, to nie umysł, lecz ego. Ego, które weszło do umysłu i teraz rządzi.

Filozoficznie?

Ale pomyśl racjonalnie: jeśli ktoś weźmie za 100 lat Twoje pisanie, to czy to, co teraz przeżywasz będzie miało jakiekolwiek znaczenie?

Nie.

Więcej nawet, z reguły jest tak, że godzina – kolejna – nie ma znaczenia dla kolejnej godziny. No dobrze, może przesadziłam, ale przyznaj sama, że z reguły wczorajszego dnia nie ma co zapisywać w umyśle, postawić na piedestale. Dla ludzi z przyszłości to, co teraz przeżywamy będzie jedynie historią, o ile w ogóle ktoś o nas będzie jeszcze pamiętał.

Tak czy inaczej teraz chcesz się zatrzymać i powiedzieć: „ale jest teraz”. Teraz, znaczy tu: emocje, umysł, ty, ciało.

Zgadza się.

Ale czy nie dzielenie się z kimś tekstem tylko dlatego, że ten tekst jest DLA CIEBIE zbyt intymny to nie jest przypadkiem jakaś wymówka?

Wymówka, która ma Cię ochronić przed czym… bo ja nie wiem?

Powiedzmy sobie szczerze, teksty bywają takie, jacy ludzie go napisali. Szczere, fałszywe i piękne, i brutalne, i każde. Ilu ludzi, tyle tekstów, ile emocji, tyle pieśni, w każdym razie: teksty chcą się pokazać. Ich największym bólem jest to, że nie dochodzą do czytelnika.

Ale jak mają dotrzeć do czytelnika, skoro nawet nic nie robisz w sprawie?

Och, robisz… wiele, niewiele, to już inna sprawa. Jeśli coś robisz, to gratulacje. Jeśli nic nie robisz, to może tekst zaczyna Cię dręczyć? Ale dlaczegóż to miałby Cię dręczyć, skoro to intymność, Twoje wielkie emocje są w nim zawarte? Zbyt osobiste przesłanie, by można się było z nim podzielić z kimś innym.

Ale znowu zapytam: dlaczego? Dlaczego chcesz zostawić coś tylko dla siebie, skoro dzieląc się możesz sprawić nie tylko frajdę, ale również i lekcję innym osobom?

Och.

Zapomniałam, co miałam dalej napisać, wybacz, przeleciało sobie, może coś ważnego, ale czy ja do tego przywiązuję wagę? Absolutnie nie. Ale rozumiem – także absolutnie – Twoją wymówkę, wymówkę intymności. Tyle bólu, radości i różnych innych cząstek umieściłaś w tym tekście. Więc co Cię zatrzymuje… bo skoro już je tam wstawiłaś, to może by tak zrobić z tego jakiś pożytek? Zaraz powiesz, że mi się włączył tryb ratowania świata.

Ha ha – być może.

Ale jak mogę pozwolić, by dobra historia, szczera i emocjonalna została tylko dla mnie? Szczególnie, że chcę opowiadać historie, szczególnie, że każda z nich będzie dla mnie w jakiś przejmujący sposób ważna? No jak? Taką rozrywkę przegapić, pozwolić innym, by odeszli się smakiem? Toż to chyba swego rodzaju tortury, prawda? Zbyt mocne słowo? No może, szczególnie w kontekście, kiedy inni nie znają treści. Oni nawet nie wiedzą, że coś takiego, co Ty stworzyłaś istnieje. Więc dla nich nie ma tego problemu intymności. Tylko dla Ciebie on istnieje.

Że co? Że emocje? Że to brutalne, co teraz ode mnie czytasz? Och, że tak sobie stęknę i pozwól, że się zastanowię. Każdy tekst musi swoje przeleżeć. Po prostu. Wtedy emocje w nim zawarte może nie usychają, ale za to nasz mózg, umysł, ego w tym czasie znajduje sobie inne historie, inne narracje i dzięki temu może po jakimś czasie spojrzeć na tę jedną – podobno intymną – historię z dystansem. Tak zresztą jest najlepiej.

Ach, a Ty mówisz, że zawarłaś w tekście historię swojej traumy?

No i co, napisz to tak… ach, przecież już napisałaś, a zmiana imienia głównego bohatera nie wchodzi w rachubę, prawda?

To powiem Ci, co. Gdy umrzesz, ktoś weźmie wszystkie Twoje teksty i je opublikuje. I ludzie powiedzą, że to były wspaniałe, piękne i niezwykle prawdziwe historie, bo poruszające Serce i Duszę. Jeśli jest w tekstach zawarta prawda, to tym lepiej się z innymi podzielić tą treścią. A Twoje ego? Cóż, życzę, by nie robiło z tego tytułu problemów, co zresztą zapewne nastąpi, bo ego lubi wyszukiwać nowe i nowe opowieści dla naszego wnętrza.

-15-

Dlaczego złe książki są popularne, a dobre nie?

Jest sobie anegdotka z internetu, a brzmi ona tak: jakaś kobieta podeszła do biblioteki i trafiła na książkę, o której nigdy w życiu nie słyszała. Tzn. w czasach, gdy mało popularna była Sieć to raczej by nie zaskakiwało, w końcu obrót informacjami był słabszy. Ale pi razy oko od dziesięciu lat to raczej z internetów dowiadujemy się, że taka a taka powieść w ogóle istnieje, że tak powiem okrutnie: nie ma Twojej książki w internetach, Twoja książka nie istnieje. Ale wracając do anegdotki, pani się zdziwiła i pożyczyła powieść, bo skoro ją ruszyło, to trzeba sprawdzić. No i sprawdziła czytając. Była zakochana, zachwycona, to było dzieło może nie wybitne, ale bardzo dobre. I co zrobiła? Zwyczajowo sprawdziła w internetach i… niespecjalnie znalazła o niej informacje. W głowie narodziło się pytanie: dlaczego dobre książki nie są znane?

O czym Ci powiedzą internety

Zapewne mogłabym się pokusić o jakieś dane statystyczne czy inne cuda wianki z internetów. Problem polega na tym, że nie bardzo mam na to ochotę, a poza tym, wnioski, jakie są wyciągane z takiej, a nie z innej sytuacji ZAWSZE są takie same. Wśród najczęstszych wymienia się:

  • grupa docelowa dobrze zdiagnozowana, czyli odbiorcy mogą się identyfikować z bohaterami,
  • marketing, czyli reklama dźwignią handlu,
  • szczęście, bo nie każdy autor urodził się Rowling,
  • media, czyli niby mowa o marketingu, ale jednak nie do końca, bo chodzi o inne formy opowiadania. Już przecież nie raz i nie dwa bywało, że jakaś powieść stała się ikoną w popkulturze, bo została zekranizowana. Najlepszym przykładem jest proza Andrzeja Sapkowskiego. W latach 90′ przecież historie o Wiedźminie nie były jakoś turbo znane, fantastyka wtedy należała do niszowego tematu. Obecnie jednak każdy wie – nawet za granicą – co to jest Wiedźmin. A jego popularność zaczęła się od gry, czyli medium dość popularne, znane i lubiane. A „Diuna” Franka Herberta? Gdy do kin weszła jej ekranizacja, to wtedy nagle wszyscy zaczęli czytać to arcydzieło literatury światowej. Wcześniej książka ta była popularna, ale głównie wśród fanów fantastyki. Ja również zauważyłam, że przekładając „Agafe” (o niej na końcu) na komiks to ma jakieś… większe wzięcie.
  • masowy odbiorca nie ma wyrugowanego gustu – o czym wskazuje popularność różnych raczej mało intelektualnych rzeczy i mówię tu zarówno o Tik Toku, telewizji, jak i całym internecie, niezależnie od formy treści. Masowy odbiorca się nie zna na krytyce literackiej i ma wyrąbane na wady czy zalety powieści. On czyta bardziej „bo czuje” i „chce się odprężyć”. A perełki, jak wiemy, często zmuszają do takich, czy innych refleksji.
  • Lubimy seksy i przemoc, czyli sprzedaje się to, co najbardziej brutalne i pełne orgazmów. Widać, przykładów nie trzeba szukać w dalekiej krainie zwaną Italią, wystarczy spojrzeć na Netflixa, gdzie masz „365 dni: ten dzień” jako hit. Co prawda włosy się jeżą na głowie, a prawdziwi krytycy filmowi robią sobie z tego bekę na swoich kanałach głównie po to, by inni nie musieli cierpieć.
  • jeśli o czymś jest głośno, to znaczy, że ktoś albo zrobił mega skandal, albo… wydał mamonę, dużo mamony na promocję. Ba, czy wiedziałaś, kochana Królowo, że listy empikowe są ustawiane? Tak, tak, kupuje się miejsca na ich listach, żeby nie tyle książki się pięły w górę, ile właśnie – żeby było o nich głośno, by była reklama. Ale o marketingu już robię kolejny punkt, ach. No nic dziwnego, to naprawdę ważny temat. Aha, skandal pomaga w promocji. I można go właściwie zrealizować bez większych kosztów na nią, na przykład rwąc Biblię na koncercie, czy gdzie tam można.

Podsumowując tę sprawę – to jedynie kilka czynników, o których wszyscy wiedzą. I to działa, ale… jest jeszcze parę kwestii, o których internety raczej milczą.

O czym nie powiedzą Ci w internetach

Wprost mogę powiedzieć: o tym, jak to wszystko wygląda z punktu widzenia energetycznego. Niby sprawa błaha, ale z jakiegoś powodu to działa. Wydaje mi się, że poniższe wnioski są szczególnie istotne dla kobiet, bo w końcu chodzi o sprawy finansowe. Ale od początku.

  • Energia kobieca i męska

Każdy z nas ma dwa typy energii: kobieca i męska. Pierwsza odpowiada za transformację, za to, by cieszyć się życiem i ogólnie, jest istotna bardzo dla kobiet, bo kobiety w żeńskiej energii na przykład nie mają bolesnego okresu. Męska to energia prowadząca, ruch, kierunkuje, bardzo się przydaje, gdy chcemy prowadzić biznesy. Dlatego czasami widać, że bizneswomen to niestety ale stety kobiety, które mają w sumie, w sobie więcej z męskości, niż z kobiecości. To pozwala im osiągać sukcesy. Oczywiście, nie mówię tu o tym, że jeśli jesteś kobietą, to nie możesz zarabiać. Zwykle jest tak, że zarabiasz wtedy, gdy umiesz dobrze harmonizować energetykę, albo… właśnie – jestem na sto procent pewna, że mężczyzna u boku daje 1000+ do potęgi kobiecej, bo w jakiś sposób wspiera działanie, zarabianie swojej partnerki. Tylko widzisz, jeśli ja przebywam głównie w żeńskiej energii, to czasem bardzo ciężko coś mi zrobić, co pozwoli poprawić stan finansów. To nie wiem, czy można nazwać blokadą (raczej szukałabym innego opisu, ale to na kiedy indziej), ale sytuacja nie jest prosta, zerojedynkowa. Dlaczego skupiam się na energetyce żeńsko-męskiej, a nie opowiadam Ci o czakrach? Cóż, wykorzystuję do tego prawo uniwersalne: „wszystko jest iluzją. Plejadianie jednocześnie istnieją i nie istnieją, taka jest fizyka kwantowa”. Dopowiem jeszcze tylko, że choć harmonizacja czakr dała mi wiele, to ostatecznie i tak jestem w tej samej rozkminie, w jakiej byłam, czyli w fatalnych finansach. I czuję, że mężczyzna u boku wiele spraw by rozwiązał. A poza tym „jest tak jak myślisz”… ja myślę, że ja nie mam czakr, ja mam serce :). Ale dobra, bo wyszłam z tematu, a Ty pewnie chciałabyś wiedzieć, co dalej.

  • Wnętrze

Nie bez przyczyny powtarzam, że wiara w historię jest bardzo ważna. Gdy wydałam „Agafe” popełniłam jeden fatalny błąd. Jeszcze w nią nie wierzyłam. Ale dziś już mi przeszło i szczerze, potrzebowałam roku na to, by sobie uświadomić, że ta historia jest inna, jest niezwykła, jest wartościowa i nie dla każdego. I widzę, że gdy ktoś ją dostaje lub kupuje za tyle, ile czuje, TO JEST ZADOWOLONY. Więc powiem tak: jeśli negujesz swoją opowieść, to z miejsca jesteś przegrana. Powód prozaiczny: zakładając, że coś jest złe z góry zakładasz przegraną, z góry nastawiasz się na to, że nie pójdzie. Ale właśnie takie poglądy hamują w sukcesie. A potem jest coraz trudniej, bo powieść najlepiej sprzedaje się w dniu premiery i do trzech miesięcy. I trzeba ładować pieniądze w marketing, bo ten świat zbudowano na pieniądzach. Powalone, ale takie są fakty. Więc, jeśli Ty chcesz wydać własną powieść – w tej chwili nie ma znaczenia w jakim modelu wydawniczym – pamiętaj o tym, że warto siebie wspierać, a nie dokopywać sobie. Bo tylko wtedy możesz powiedzieć „moje nastawienie pozwoliło mi osiągnąć sukces”.

  • dobrze wybierz miejsce, w którym chcesz sprzedawać

Tutaj bez zbędnych filozofii, po prostu opowiem anegdotkę. Otóż, zdarzyło się to wtedy, kiedy zastanawiałam się, jak uruchomić sprzedaż „Agafe”, co było nie tak dawno temu. Współpracuję ze sklepem samowydawcy.pl, ale tam nie idzie sprzedaż. Rozmawiałam z właścicielem i on ma całkowicie męskie podejście. Podejście, przez które nie jesteśmy w stanie się dogadać. Dlatego myślę o wycofaniu powieści stamtąd, bo książka i tak się nie sprzedaje. Ale Źródło zadbało o to, bym znała informację, znała przyczynę tego stanu rzeczy.

I uwaga.

Energetycznie ja i on nie jesteśmy ze sobą kompatybilni, dlatego to nie idzie i nie może iść. To jak z pracą, dostajesz taką, z którą Twoja energetyka jest spójna. Proste? Zabójczo proste i co więcej, taka informacja nikogo nie krzywdzi, nie buduje narracji w stylu „a bo ja taka kiepska, to nie idzie”. I tego się trzymam. Wniosek więc jest taki, że powinnam powieść sprzedawać albo u siebie, albo u kobiety. Tak właśnie, w żeńskiej księgarni.

  • historia z Duszy

Jest dokument o niemieckim uzdrowicielu Brunie. On sam dawał wiele wskazówek, jak działa energetyka. Jedną z nich była odpowiedź na pytanie, dlaczego za uzdrawianie nie bierze pieniędzy, ani nawet o nie nie prosi.

Za coś, co jest ze Źródła nie można wymagać pieniędzy. Podejście romantyczne? Że co, że twórca nie robi z czegoś od serca i nie ma prawa zarabiać na tym?

Dusza to coś więcej, niż Serce, które także jest ważne, a ostatecznie wszystko jest jednością. Jednak przemawia do mnie teza, że historie ze Źródła nie zarabiają, bo są ze Źródła, z Serca, z najgłębszego JA. Co najciekawsze, ja mam argumenty przez „Agafe”. Ona się doskonale sprzedaje, jeśli jest narracja „jeśli czujesz, możesz coś przekazać”. Może mało to ekonomiczne, ale z drugiej strony jest to jakieś wytłumaczenie, dlaczego piękne historie są nawet nieznane szerszej publiczności. Poza tym, jeśli zadbasz o swoje wnętrze, to obfitość zawsze będzie Ci towarzyszyła. Ona będzie sama pukała do drzwi. Bo świat odpowiada na nasze wibracje, zatem świat odpowie Ci dostatkiem wtedy, kiedy… nie będziesz myślał o pieniądzach. Naprawdę. To działa.

  • kobiece wyzwania, czyli wyznanie dodatkowe

Widzę po kobietach, że prowadzą własne biznesy. I osiągają sukcesy. Ale ja chyba nie jestem typem bizneswomenki, ja jestem typem artysty. A to się ze sobą niestety gryzie i prawda jest taka, że czuję się jakaś taka… jakby wszystkie moje projekty nie idą, bo brakuje tego męskiego czynnika, prowadzenia. Mam wrażenie, że wtedy byłoby dużo łatwiej. Oczywiście, tylko prawdziwy mężczyzna sprawiłby, że bym rozkwitała w ten, czy inny sposób. No ale to takie myśli na boku….

-14-

Cóż, nie mogę brać pieniędzy za coś, co przychodzi ze Źródła – postanowiła dusza artysty widząc, że i tak z bajzlu życiowego wychodzi ta zasada. Wpierw była umoczona w brudnej, zamulonej rzece, ale teraz jakieś światełko wypłynęło na wierzch. Ręka wszechświata wzięła…

*

Dostała obuchem w głowę. Nie dość, że niedawno wyrwała się z rąk PTSD, to jeszcze teraz przygięło, przygniotło wszystko. To takie uczucie, bardziej jak dostanie kamieniem. Jakoś tak, jakkolwiek to zostanie opisane, będzie uderzeniem. W ciało? Nie. Umysł.

Zatrzymuję się, by zrozumieć, co zaszło.

Tu, przed szybką siedziały dwie panie i swobodnie rozmawiały. Nie wyglądały na szczęśliwe, ale wyglądały na rozgadane i kobiece. W sukienkach, z kawką przy dłoniach na brązowym, okrągłym stole. Nagle jedna zamilkła, a usłyszała tylko:

– Jesteś artystką, czuję to.

Westchnęłam ciężko. Dobrze, że rozmowa nie zeszła na pampersy albo podpaski. Z jednego, dość ważnego dla świata problemu zeszły na inny – zdaje się dość poważnej sprawy dla jednostki.

No i co?

Wzruszam ramionami i widzę, jak ta zatrzymana wstaje i wychodzi chwiejnym krokiem. Faktycznie, jakby dostała obuchem.

To ja teraz, tak się czuję. Wszyscy nie chcą kupować książki, bieda z kretesem, gaz zakręcili panowie z Federacji Rosyjskiej, a na dodatek złego pogoda nie taka ładna, jak mogłaby być w kwietniu. Problemy. Wyzwania. Głupoty.

Przeszłam do porządku dziennego.

Ale kilka lat później, które naprawdę były miesiącami, nie dniami, a jednak godzinami – kurde, nie mogę się zdecydować! – przypomniałam sobie ten obuch. Było jak było, fakt zaistniał, ale… Uśmiecham się pod nosem.

– Proces zaaktualizowany – wyskoczyło jakieś dziwne okienko na monitorze w laptopie. A, to żartobliwy memik o NWO i innych duperelach.

A jednak, czuję się odmieniona.

Dziękuję. Jestem wdzięczna za te słowa. W końcu nie ma to jak odblokowywanie. A, i jeszcze jedno. Dziękuję, że mnie wspierasz. Ty wiesz, że ja wiem, że Ty wiesz :).

-12-

Męczy i dręczy mnie przedmiot. Jego zastosowanie w opowieściach, opowieści o nich. I studenckim zwyczajem mogłabym zaproponować analizę treści wynikającą z historii. Tak na przykład:

Władca Pierścieni – mamy tu pierścień, który rozrabia i który jest zły, i który trzeba zniszczyć. Absolutny dualizm, ale takie było w swych początkach fantasy.

Randomowa opowieść ze science fiction – powiedzmy sobie, statek kosmiczny. Rzecz, która prowadzi do celu. Nawet narzędzie, któremu nie poświęca się wiele uwagi. Wiem, że chciałaś znaczniejszej analizy, ale… jakoś miałam opory, wybacz.

Pierścionek zaręczynowy – pokazywany we wszelkich romansach jako symbol ważnego wydarzenia w życiu. Tyle że ja jako foliarz, płaskoziemca i ruski troll mogłabym napisać o zaręczynach jako satanistycznym rytuale. Ale o masonach jeszcze będzie, w innym tekście, teraz są ważniejsze elementy.

Otóż, do opisywania rzeczy możesz podejść na trzy sposoby.

1

Jak pies do jeża, czyli zacząć od pytania: „po co, na co, czy ma znaczenie dla fabuły”. Otóż, filiżanka trzymana w dłoni przez panią Grodzkawą (bez skojarzeń) może nie mieć żadnego konkretnego powodu wystąpienia w tekście. Po prostu, pani G. trzyma filiżankę, pustą może, bo akurat w takiej scenie zastał ją i autor i czytelnik. Ale jako autor możemy przydać znaczenie tej samej filiżance, bo jeśli jest pusta, to znaczy, że pani Grodzkawa czuje pustkę? A może nie, może po prostu jest tak jak w

NEON GENESIS EVANGELION

O Boże, co to było i jest za anime! Ludzie wymyślili wokół historii – prostej – martyrologię wręcz. Szczególnie ci w Ełropie. Ale znawcy tematu wiedzą, że Japończycy uwielbiają zabawę symboliką. Więc, to jest tak jak na tych przysłowiowych memach z analizy powieści na języku polskim: autor miał na myśli ptaki sikające, a nie, że wszystko jest popaprane jak stąd do Odessy. Tu natomiast, we wspomnianym anime mamy do czynienia z mega dużym natężeniem symboliki, zwłaszcza w dwóch ostatnich odcinkach. Widzowie pod ich koniec stwierdzili: „czekaj, ja teraz nie rozumiem, WTF? O co chodziło?”. A…. przyczyna była tak prozaiczna, że aż nie do wiary. Otóż, twórcy animacji mieli problem pod tytułem „budżet”. Mieli plany na pokazanie PROSTEJ jak budowa cepa walki robotów z kosmitami. Ale im nie wyszło, bo budżet by tego nie wytrzymał. Musieli uciekać się do sztuczek i dziwactwa fabularnego. Zaowocowało to tym, że ludzie zaczęli doszukiwać się ukrytych treści, nie wiadomo czego i ogólnie, chcieli zrozumieć. Studio, które nad tym pracowało bardzo się z tego powodu ucieszyło, bo widząc reakcję fanów przez kolejne lata – aż do 2021, czyli ogólnie wyszło tych lat 20+ – poiło fanów wizjami kontynuacji serii. I na każdy film trzeba było czekać jakieś 10 lat. I z każdego filmu (najnowszego jeszcze nie oglądałam) wychodziło się tak samo zrytym, tyle że te historie i tak już były znane, bo twórcy postanowili finał historii przedstawić jeszcze raz, inaczej i tak trzy razy… czekaj, o czym to ja miałam? A, no tak. Eee… wracając do tematu…

3

Najpierw przypomnę, o czym miałam pisać. Więc, o tym jak zbudować narrację wobec rzeczy. Pierwszym sposobem jest zadanie pytania: „czy ta rzecz ma jakieś znaczenie”. Iść za tym. Drugim sposobem jest pójście w stronę symboliki, ale to są elementy połączone, natomiast jeszcze to nie to, do czego dążę.

Historia. Wchodzisz do niej i widzisz rzecz. Ona się pojawia. Ja bym to przyrównała do jasnowidzenia – to, co się pojawia, to takie jest. To jest właściwe. I w tym momencie, będąc w roli autora, daję pełne pole do popisu i tej rzeczy, i tej historii. Co się z tego rozwinie – autor nie wie. Po prostu, jest to trochę jak świadomość tego, że weszło się do innego świata, gdzie dopiero poznajesz zasady i historię. Ta żyje sama, więc możesz nią kierować, ale nie musisz.

Tylko czasem są opory.

Jeśli nie widzisz czegoś, to masz znowu trzy możliwości (lub więcej, jak się uprzesz). Po pierwsze, potraktować historię jako zbiór rzeczy. Ale to chyba wynika z wcześniejszych akapitów. Mnie jednak chodzi o to, by te rzeczy przestały być rzeczami, a stały się objawem świadomości. Są obrazem świata, w którym jesteś gościem. Z tej perspektywy Twój bohater jest bytem. I może nie chce powiedzieć imienia? Możesz mu nadać na siłę, ale to nie będzie coś, co on przyjmie z radością i będzie robił awantury. Ech, ciężkie życie autora. Więc masz możliwość albo przemilczenia tego imienia, przeczekania, aż ten bohater Ci odpowie na pytania. Tylko wiesz… to też trochę mało.

To znaczy – zależy, czy masz termin na pisanie i jak bardzo Ci zależy na napisaniu. Jeśli zbyt mocno ściskasz uda, to może być słabo. Wracając do sprawy.

Im częściej przebywasz z tym bohaterem, tym bardziej jest skory do współpracy. Ja na przykład mam tak, że bohater nie chce opowiadać o przeszłości. Nie dziwię się, to są zazwyczaj ciężkie traumy, zwłaszcza w Kramie. Ale to może być też po prostu typ charakteru „było, minęło, po co to rozważać?”. Ano właśnie, a jednak, dla porządku historii, dla potencjału jej znajomość historii może się przydać bardzo. Więc po prostu czekam na moment, w którym bohater mi opowie o swojej historii. Samo przychodzi, bez dodatkowych tortur.

Jeśli tak potraktujesz rzecz – weźmy tę pałkę – to myślę, że pałka dostarczy Ci cennych informacji, w jaki sposób wygląda, jak chce budować o sobie opowieść. To można też przyrównać do medytacji. Masz taką buddyjską, gdzie siedzisz z oddechem oczywiście, ale gdzie wizualizujesz sobie rzecz i oglądasz ją z każdej strony. Ale to temat na inną historię.

-11-

Aby zrobić dwa kroki do przodu czasem trzeba zrobić trzy do tyłu. Myślę, że tak jest w przypadku narracji. Pamiętasz zapewne, jak się żaliłam na blokady wyniesione ze studiów? Opiszę sytuację dokładniej, bo ma to związek z dalszym, warsztatowym rozwojem i treściami, jakie chcę Ci dostarczać.

Dawno, dawno temu za murami uczelnianymi

Profesor zadał nam pracę na jakiś temat. Opowiadanie o muchomorach w kontekście czegośtam. Niby wszystko wydawało się proste, bo no co to jest: hasło, ilość znaków, to się robi. A jednak, większość ze studentek odkładała pisanie, wręcz wymawiała się pracą. Czy słusznie? Och, mogłabym napisać: nie mnie oceniać. Problem jednak w tym, że wcześniej czy później one musiały to stworzyć. Sęk w tym, że mnie się udawało napisać, na czas, bez zbędnych ceregieli.

Ja to widzę tak.

Dziewczyny nie miały problemu z napisaniem pracy, bo były zmęczone. Jeśli coś naprawdę kochasz, to to robisz! Dlatego ludzie po pracy siadają i grzebią w tematach, dlatego pewien człowiek – obecnie milioner – może sprzedawać kursy „jak zarabiać na Amazonie”, pomimo że pracował na początku jako kelner. Dlatego mamy wysyp przeróżnej maści vlogerów i blogerów, którzy rozmawiają o grach, grają w nie, rysują, tworzą bardzo ciekawe i wartościowe rzeczy. Nierzadko po godzinach i nierzadko sami twórcy to przypominają. Jakim więc cudem, skoro praca jest tak wyczerpująca?

Normalnie: bo to kochają. Kochają to, w co się wgłębiają, co tworzą. Wyrażają się. To jest piękne.

Czyżby dziewczyny z mojego kierunku nie kochały pisania? Cóż, było kilka osób, które odpadło – głównie na pierwszym roku, jednak system jest tak zbudowany, że trudno, by to była właściwa diagnoza. Bo do tworzenia nie musisz mieć żadnego wykształcenia. Ludzie tworzyli historie od zawsze. I nie, pismo nie było wymogiem, by to robić.

Jest taka ezoteryczka, która zwie się Nulina. To ona tworzyła teksty w pierwszym momencie kojarzące się z wodolejstwem, ale w drugim… niekoniecznie, szczególnie, że napisała niezwykle, niesamowicie ważną myśl w kontekście narracji.

Umysł opowiada historie. To cytat niedosłowny, ale clue zostało zachowane. I oczywiście, mnie na początku było trudno zrozumieć, o co jej chodzi.

Ale to proste.

Wróćmy więc na uczelnię… Mogłabym Ci powiedzieć, że dziewczyny się zablokowały, bo wzięły za dużo na siebie. Mogłabym stworzyć historię pełną żalu, że poszły na studia, które nie są dla nich i były tylko dla papieru. Mogłabym pokazać trudne, studenckie życie, w którym trudność polegałaby na godzeniu ze sobą różnych obowiązków. I zapewne wiele, wiele innych historii można by stworzyć. Zupełnie tak, jak było na zajęciach: jedno hasło, a kilkanaście różnych interpretacji tematu. I to nawet nie to, że ktoś napisał w formie pamiętnika, inny w formie listu. Nawet w kontekście tego, co w ich, naszych, utworach zostało zawarte na poziomie słów, na poziomie symboliki i innych spraw. Opowieści jednej treści, a takie różne.

No dobrze, ale co ja tak naprawdę chciałam Ci powiedzieć? Ach, no tak, szczerze: powiedzieć o blokadzie, jej przyczynach i skutkach. Jest to niezwykle ważne, jeśli chce się rozwijać technicznie.

Technik czy artysta?

Dla mnie technik to ten, który patrzy na tekst prawie wyłącznie w kontekście zbudowania fabuły, stworzenia formy tekstu… wiesz, że to a to będzie tak szło, ale przybierze formę eseju na przykład. I on będzie analizował budowę eseju, podczas gdy artysta mruknie: „esej? jak się kurna pisze esej? Ach, tak?”. I on rzeczywiście go stworzy, nie będzie miał żadnego problemu.

W sumie technik to taki reportażysta. Widzi doskonale, co trzeba opisać, co zaznaczyć, bo przecież – jako człowiek – ma uczucia. I myśli. Wybiera z chaosu wojennego na przykład te elementy, które są najbardziej jego zdaniem charakterystyczne dla danego zdarzenia. O tym opowie każdy wielki umysł. Fallacci, niesamowicie piękna kobieta w sensie człowieczeństwa, dużo pisała o muzułmanach. Była na miejscu, gdy w rejonie Azji działy się straszne rzeczy. I napisała jedno – to jedno, jedyne zdanie, nie będące ani początkiem, ani końcem – tylko afgańskie kobiety potrafią tak płakać nad synami. Oczywiście, to znowu nie jest konkretny cytat, ale tym bardziej zachęcam do zapoznania się z Fallacci, bo była wielkim umysłem XX wieku. Ale widzisz. Nie zapamiętałam ani dokładnej formy tego fragmentu, ani nawet tytułu książki, w którym go zamieściła. Zapamiętałam za to sens, który wbił się w umysł, obraz, który przekazała. Wynika z tego, że nie jest ważne, czy zdanie jest na początku, czy na końcu. Ważne jest po prostu zdanie niosące coś naprawdę istotnego. Szczegół, emocję – a tu było bardzo jej dużo przecież – obraz, znaczenie.

Wydaje mi się, że może i kategoria ta sama, bo Kapuściński również pisał reportaże i również był wielkim umysłem XX wieku. Ale wydaje mi się – kończąc już to nieszczęsne zdanie podzielone razy milion – że on inaczej podchodził do swoich tematów. Bardziej jak artysta, niż reportażysta. To znaczy, stworzył swoją wielką legendę, nie przeczę. Przecież jeszcze w latach 90′ był bardzo cenionym wykładowcą i stąd też się wzięła „polska szkoła reportażu”. Ona jest inna od reszty świata – właśnie taka… literacka. Właśnie taka artystyczna. Powieściowa. I oczywiście, gdy Kapuściński zmarł, to nagle brudy zaczęły się pojawiać. Bo wymyślał. Bo coś przeinaczał w swych wielkich dziełach. Awantura się działa dlatego, że Kapuściński interpretował pewne rzeczy po swojemu, po polskiemu i zarazem po artystycznemu. Łączyło go to z Fallacci, że oboje chcieli dać odbiorcy nie tyle konkret, ile SEDNO SPRAWY. Meritum, dzięki któremu odbiorca zrozumie, dlaczego ta nieszczęsna matka afgańska ryczy wniebogłosy, a nie płacze po cichu. Zrozumienie, że czarnoskóry przewodnik ślini się na dolara nie dlatego, że jest głupi, ale dlatego, że dostęp do dolarów jest smaczny, czyniący go kimś ważnym.

Czekaj, gdzie opowieść o blokadach twórczych?!

No właśnie, zabrałam się za tekst i ten tekst płynie. Swobodnie. Pozwalam sobie na to, bo wiem, że architektoniczne podejście mi nie służy. Mam jednak nadzieję, że i tak wyniesiesz coś z tego mojego gadania – właśnie, gadania, paplaniny, wodolejstwa, jak to widzisz – ciekawego.

Wracając do wymówek koleżanek.

Wymówki to często obrona wobec czegoś, czego nie kochamy. Ja na przykład potrafię wymyślać 54943498753 wymówek, by nie sprzątać. Bo nienawidzę. Bo tata jeszcze nie przyjechał. Bo woda zielona w kranie, a u sąsiada trawa niebieska. To co, one nie kochały pisać? Przecież przyszły na studia pisarskie z intencją „chcę się nauczyć pisać”.

Właśnie.

Po pierwsze, przyszły – chyba wszystkie, bo ja też – na te studia w założeniu, że pisać nie umieją. A przecież umiałyśmy to. 99% osób umie pisać, dlatego powstają podręczniki mało techniczne, które jednak irytują ten 1%, bo oni potrzebują instrukcji obsługi jak budowa cepa. Założenie, że się czegoś nie potrafi, choć robiło się to latami wręcz jest błędem.

Przynajmniej z mojej perspektywy, bo mogłabym zamiast „błąd” użyć: „niezrozumieniem sprawy” czy „niewiarą w siebie”. I już miałabyś inną historię.

Po drugie, system. W jaki sposób ćwiczyło się pisanie? Brało się jeden temat i debatowało nad tym. Tylko właśnie. Artyści to ci, którzy uwielbiają swobodę. I jasne, można się kłócić o wenę, że jest, że nie ma, bla bla bla. Ale to zabawa w przedszkolu. Nie o to chodzi. Nawet jeśli jesteś architektem, tak naprawdę nikt nie zabrania artystycznego podejścia do sprawy. Bo artyzm to ta wewnętrzna energia, ta swoboda, wolność, artyzm to po prostu

PRZEPŁYW
FLOW
OŚWIETLENIE

TYLKO TYLE I AŻ TYLE. Przepływu nie trzeba analizować, przepływ się po prostu REALIZUJE. Dlatego, jeśli ktoś chce wziąć w ramy przepływ, to go blokuje. Bo cóż to za przepływ, skoro tak naprawdę bierzemy jego część i wsadzamy do fiolki? To żadna wolność, a przynajmniej niepełna. Swoboda zostaje zablokowana, dlatego swoboda nie chce współpracować. Temu zaczynają się pojawiać wymówki, temu nie chce się zabierać za zlecenia, temu nie mam siły na realizację zamówień w stylu „a weź napisz mi pracę licencjacką”.

Napisałam już to clue tego przekazu, ale przecież miałam poruszyć jeszcze jedną sprawę. Sprawę dotyczącą tego newslettera i… i wciąż nad nią myślę, więc po prostu przedyskutujmy to na messie.

-10-

Tyle narracji, ilu ludzi na świecie

Albo inaczej. Masz przedmiot, niech to będzie kijek. W powieści z tego kijka możesz zrobić berło, możesz zrobić zwykłą gałąź do smagania, a możesz po prostu opisać w stylu „przeszedł przez kijek” i tyle go widzieli. Żadna z tych narracji nie posiada pewnej cechy*: osądu i oceny. Ona opisuje, czytaj: przedstawia fakty. To, co dziś wyróżnia teksty przede wszystkim w mediach – czyli prasie, telewizji, wszelkiego tego typu tworach – to właśnie osąd. Opinia. Bo nawet nie jest to ocena. OK, inaczej, jest ocena, która wygląda jak albo osobiste zdanie dziennikarza, albo zdanie właściciela, w której owy dziennikarz pracuje.

Opiszę dwie sytuacje polityczne, jedna z Polski, druga z Włoch. Obie właściwie charakteryzują się tym samym, jednak inaczej zostały opowiedziane przez narratora. 🙂

POLSKA

Za nami dwa lata opowiadania o straszliwej chorobie, w którą wielu uwierzyło. W tym czasie banowano wielu – w tym Grzegorza Brauna. Czy oddam głos na tego posła? Oczywiście. Czy to czyni mnie obiektywną w tej opowieści? Chciałabym, ale w dziennikarstwie mówi się, że obiektywizm nie istnieje. Jestem jednak przekonana, że osoby, które są mistrzami w swym fachu (niestety, nie bardzo widzę takich na polskim podwórku) dążą do niego. Postaram się tu być takim mistrzem i po prostu opowiedzieć o Braunie z tego poziomu. Otóż, jest to poseł, który ogromnie optował za logiką, za inteligencją i krytykował wszelkiego rodzaju facepalmy ze strony nierz… znaczy, miałam być obiektywna, więc napiszę, ze strony ministrów wyznaczonych przez Prawo i Sprawiedliwość. Teraz masz zero emocji w tym, same suche fakty. Ale, do rzeczy. Przez to swoje zachowanie każda jedna mainstreamowa (nawet napisałam poprawnie to wyrażenie! Widzisz, jaka jestę obiektywną xD) stacja czy gazeta lała na niego falę krytyki. Że foliarz, że nie ma racji, bo zdrowie i Prawo i Sprawiedliwość działa dla dobra Polaków i teraz nagle, tak zupełnie bez żadnych fajerwerków, z dnia na dzień czterdziestu paru milionom Polaków oświadcza się, że traktujemy C19 jako grypę. OK, wyrażenie „fajerwerki” może być pewnym symptomem, że moja wypowiedź jest jednak nacechowana emocjonalnie, a ja w tej chwili kłamię. Dobra, ale to ciągle nie to, do czego zmierzam. Gdy pojawił się problem z Ukrainą, wojna na Ukrainie, specjalna operacja wojskowa prowadzona w celu… no dobra, wiesz, o co mi chodzi. Teraz tak, nagle miejsce C19 zajęły sprawy Wschodu. Jednak wałki, jakie przeprowadzało PiS w tym czasie nie mogą zostać zapomniane i niezależni dziennikarze troją się i czworą, byle by ludzie o tym nie zapomnieli. Narracja głównych gazet wobec pana Brauna się nie zmieniła. Teraz plecie on trzy po trzy w temacie Ukrainy. Tyle że nie, bo w ciągu 48 godzin okazuje się, że pan Braun – tak oficjalnie, najbardziej widocznie na świecie – ma rację. I co mainstream myśli sobie? Kurde, ludzie już nie tak łatwo dają się na nasze wytrychy nabierać, bo gdy ostatnio zbanowaliśmy pana Brauna, to zrobiło się w społeczeństwie oburzenie, że cenzura. Wiem! Pani Olejnik, mogłaby pani zaprosić do swojego programu pana Brauna? „Ależ oczywiście, dziękuję, że w końcu mogę to zrobić”. OK – nie posiadam żadnych dowodów na to, że tak brzmiała rozmowa między szefostwem stacji a p. Olejnik, ALE oficjalnie powiedziała – na pytanie dlaczego w końcu zaprosiła Brauna do programu – że jest on wybrany przez Polaków, więc warto z nim porozmawiać. Ufff, czy byłam w tym przekazie do końca obiektywna? Nie, bo nie dało się zachować w pełni powagi przy tym burdelu, jaki mamy w kraju, ale o tym kiedy indziej. Przejdźmy do słonecznej Italii…

WŁOCHY

Na Wschodzie wybuchła sprawa Ukrainy, a że szczególnie USA jest umoczone w sprawę, to nie da się o tym nie mówić. Azja i Afryka mogą mieć na to wyrąbane, bo Europa się tym doskonale odwzajemnia wobec nich. Ale, ale, ale! Ja tu o Włoszech miałam mówić, a więc to była też sprawa z mainstreamem, a konkretnie ze stacjami TV. Otóż, okazuje się, że oni są tacy yyy, no chcieliby, ale nie chcieliby, bo sentymenty, więc no w sumie pokazujemy obiektywizm przede wszystkim w reportażach, a przynajmniej pan opowiadający o tym, że właściciel stacji zdecydował „w ten deseń mamy o tym opowiadać!” tak to przedstawił. Zdecydował. Koniec, kropka. A, ale bym zapomniała, jednak w głosie Włoch przebija się prorosyjskość, choć ze wprowadzeniem sankcji wobec rosyjskiej ropy nie mieli problemu, ale to wynika z tego, że przypomnieli sobie o swoich powiązaniach z Afryką.

STRESZCZAJ SIĘ PANI, NAPISZ, DO CZEGO ZMIERZASZ

No właśnie, w pełni obiektywne podawanie faktów może być nudne. Słyszałam, że jakiś nurt reportażu – ale za rubla nie pamiętam, który to był – jest suchy, punktowy wręcz. Jednak kiedy stawiasz przed czytelnikiem rzecz- laskę albo historię o lasce – to dobrze by było, gdybyś to zrobiła dobrze. Dla twórcy historia jest właśnie rzeczą, w którą może coś wnieść. Tylko właśnie: w jaki sposób się z nią pobawi? Poważny? Nudny? Emocjonalny? Laska może przybierać różne formy i narracja również takie przybiera. Ba, na studiach z językoznawstwa nauczą Cię najprostszej jego definicji „to sposób prezentowania historii”, czy jakoś tak. W każdym razie zawsze tak odpowiadałam, jak pytali, czym jest narracja. A pytali często, bo jak widać powyżej, narracja ma znaczenie. Niezdecydowana narracja, czyli wersja włoska powoduje, że ktoś musi podjąć męską decyzję, by ludzie przypadgiem nie zaczęli samodzielnie myśleć. No właśnie, uważam, że media nie opowiadają nam o tym, JAK JEST, tylko jak KTOŚ WIDZI. Kto? W przypadku TVN – właściciel stacji (USA), w przypadku TVP – strzelam, że Kaczyński, ale głowy uciąć sobie za to nie dam. W przypadku randomowego kanału na YT masz zwykle opinię jego twórcy. Ba, nawet nie można powiedzieć, że wrealu24 to stacja obiektywna, bo z grubsza to opinie pana Roli i pana Szlachtowicza. Czy to jednak oznacza, że te treści będą pozbawione sensu, treści? Otóż, nie. Ponieważ nie oglądam mainstreamowych stacji, to niestety albo stety, nie będę się tym posługiwała. JEDNAK przykład Chińskiej Republiki Ludowej wchodzi teraz cały na biało!

W skrócie: Szanghaj, największy port na świecie został zablokowany. Podawana nam jest historyjka o straszliwym wirusiku zwanym koronką. Ekhem, no dobra, ale mamy kwiecień 2022 roku i świat przestał koronkę traktować jako naprawdę coś straceńczego, a zaczął jak… grypę. Poza Chińską Republiką Ludową. I teraz tak. Abstrahując od powodów tej decyzji (do której i tak przejdziemy) na polskiej scenie narratorów o Chinach pojawiło się kilka osób. Jedne mniej znane, drugie bardziej, dwie niby są obiektywne, bo tam w końcu mieszkają. No i człowiek, którego nazwę tu F. (To od foliarza. On nim jest, ale spoko, ja też nim jestem i jestem z tego dumna).

Dobra, osoba pierwsza w postaci ładnej pani mówi, że sytuacja jest spowodowana mentalnością Chińczyków. Ale nie jest ona tak tragiczna jak w polskich mediach to prezentują. Ludzie nie wyskakują z okien, nie popełniają samobójstwa i nie ma problemu z głodem.

Druga osoba w postaci ładnego pana mówi, że sytuacja nie jest różowa, on porozmawia o niej, ALE z zachowaniem pewnych zasad bezpieczeństwa. Mimo wszystko on sam przebywa na terenie Chińskiej Republiki Ludowej i będzie miał za rozmówcę mieszkańca tego, w dodatku obcokrajowca, bo Chińczyk się nie zgodził na rozmowę. Właśnie – wyżej wspomniana pani też rozmawiała o sytuacji w Chinach, ale żaden z jej rozmówców nie był Chińczykiem. WSZYSCY to obcokrajowcy. I wracając do ładnego pana on mówi, że sytuacja nie jest dobra, ale zgadza się z panią, że nie jest tragiczna. Po czym zamieszcza kompilację osób wyskakujących z okien. Żeby nie było – pan jest tłumaczem języka chińskiego, a napisy na filmiku były w tymże języku.

Teraz do akcji wkracza F. i twierdzi, że coś mu nie gra, że ci ludzie prezentowani jako ludzie popełniający samobójstwo to jakiś pic na wodę. Tylko tu pojawił się pewien problem. Problem w postaci researchu. I uczuć odbiorcy. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z bardzo słabym researchem, zrobionym na podstawie kilku właściwie memicznych rzeczy wstawionych zapewne do randomowej foliarskiej grupy z takim, a takim podpisem. W drugim przypadku, czyli w przypadku emocji mamy poczucie, że facet KOMPLETNIE NIE WIE co to jest depresja i co to jest głód. A tak się składa, że ja te tematy obadałam, więc z miejsca wyczułam, że pan F. komentując sprawę nie wie, o czym mówi.

Tu coś poszło nie tak z narracją, ponieważ ludzie dają się nabierać na narrację ładnej pani z Chin, dają się nabierać na narrację ładnego pana z Chin. No dobra, w każdej z nich jest ziarnko prawdy. W momencie jednak, gdy widzimy, że facet wstawia na bardziej niezależny portal z filmami materiał, to możemy się spodziewać treści bardziej ostrych, niż te, które znamy z YT. Poza tym to podkreślanie, że „to niebezpieczne”. Czy to mogą być triki narracyjne? Owszem, tyle, że ładny pan z Chin ma za sobą poważne argumenty. Naprawdę mu skasowali film z YT i widząc, że Szanghaj – uważany za coś nietykalnego – jest jednak tykalny, to przebywając na terenie Chin naprawdę byłabym bardzo ostrożna. W dodatku ma konkretną narrację, taką jaką ja. Przedstawia przykłady. Rozmawia z człowiekiem, który również mieszka tam, gdzie on. Co natomiast ma do zaoferowania pan F.? Rumble. I na tym sprawa się kończy, bo jego wypowiedzi są bardzo, bardzo osobiste i to widać, i słychać i taki on styl przyjął. To burzy w odbiorcy poczucie obiektywizmu. Chiny teraz stały się laską, która ma jakieś opakowanie, jakiś konkretny wygląd, tylko ten wygląd jest nieco rozmyty, jest tak jakby w wodzie, poza opinią niewiele ten kijek sobą przedstawia. W tym konkretnym temacie akurat. Bo widzicie, gdyby pan F. używał konkretniejszych wyrażeń, to być może dałoby się nabrać na jego narrację, bo terminologia, nie mówienie całej prawdy, ale jednak jakiegoś kawałka uszczknięcie, to wszystko plusuje na rzecz narracji. A mimo to emocje, że „ale on nic nie wie o głodówce, o depresji” mi się jakoś tak bardziej pojawiły nie patrząc na technikalia.

Jako autor dajemy czytelnikowi kijek. Nam może się wydawać, że jest on idealnie opakowany, ale… czytelnik tego nie czuje. Dlaczego? Czy możemy na to wpłynąć narracją? Możemy, ale niekoniecznie to osiągniemy. Być może liczy się pierwsze zdanie, a być może energia przekazu. Jestem głęboko przekonana, że każdy, kto ma dobry kontakt ze swoim sercem, z sobą, potrafi z miejsca wyczuć ściemę. Tego sobie i Tobie życzę.

* jak ja kocham język polski, podwójne zaprzeczenie xD

Źródła:

  • podcast pana F.: https://rumble.com/v11puth-red-pill-news-wiadomoci-w-czerwonej-piguce-20.04.2022.html
  • MAO powiedziane, o obecnym lockdawnie: https://www.youtube.com/watch?v=MECczDmuokM&t=2s
  • Truszczyńska o Chinach (to ta ładna pani z Chin): https://www.youtube.com/c/WeronikaTruszczy%C5%84ska
  • Włochy wobec Ukrainy: https://www.youtube.com/watch?v=EMkrc76r6aI
  • Damian Chen (to ten ładny pan z Chin): https://www.youtube.com/watch?v=zIvfBPNQ9m8&t=1s
  • Dodatkowy materiał o weryfikacji informacji: https://www.youtube.com/watch?v=KNJM0ygyqx4

-9-

Zawsze uważałem, że pisania uczą ci, którzy nie umieją pisać – Richard z serialu „Mare z Easttown

Więc jak to szło? Pójdę na studia i nauczę się pisać? No, mniej więcej. Tylko wielka niespodzianka polegała na tym, że figa z makiem. Co prawda na pierwszym roku pewna pani próbowała nauczyć mnie opisu, a ten jak na złość wychodził grafomański. Za to zadanie z reportażu poszło mi najlepiej z całej grupy. To w końcu jak to jest z tym pisaniem?

Osoby, które mają talenty wyrobiły je sobie we wcześniejszych życiach – Elżbieta Starko, jasnowidzka

I to jest właśnie to. Większość z nas nie potrzebuje uczyć się rodzajów narracji czy klecenia opisów, bo już to umie. Zdążyła sobie wyrobić te talenty wcześniej, w innych życiach. Jednak… żyjemy w Polsce. To kraj, w którym wyjątkowo trudno utrzymać się ze sztuki, przez co trzeba kombinować. A co się robi, jak się na czymś zna? Tak! Naucza się! Stąd też te wszystkie szkółki, w których ćwiczy się pisanie. A przynajmniej, z pozoru.

Nie jestem pewna, ale chyba warsztaty – z tego, co zdążyłam obczaić – są o wiele lepsze, niż studia. Z jednej strony to zrozumiałe, w końcu jeśli się pisze, to także dużo się czyta.

Z drugiej jednak dla osoby kompletnie zielonej w temacie takie studiowanie niewiele pomoże.

A co pomoże?

Pisanie i czytanie.

I o ile pisanie ma się w sobie, o tyle od czegoś trzeba zacząć. Feliks W. Kres prowadził kiedyś w „Nowej Fantastyce” Kącik Złamanych Piór i szczerze powiedziawszy, myślę, że to jest chyba najlepszy poradnik, jeśli chodzi o względy techniczne. Wszystko tam jest, wyłożone czarno na białym. Ale wiadomo, bez napisania 1000+ stron nie zacznie się układać pięknych, barokowych zdań.

No, tyle że nie trzeba.

Czytelnik ma w czterech literach to, czy pisarz wg krytyków jest dobry, czy nie. Dla niego liczy się to, czy książka mu coś daje. To może być czysta rozrywka, a może coś więcej. To nieważne, bo po prostu przyjemny czas to clue obczajania historii. Powiem więcej, ocena autorów zmienia się z biegiem czasu. Tak jak Sienkiewicz bodajże był uznawany za grafomana, tak dziś nomen omen gości wciąż jako wieszcz w lekturach szkolnych. I uwaga: być może jego powieści dobrze się czytało w dwudziestoleciu międzywojennym, ale dziś to dla mózgownicy katastrofa do potęgi. No więc czy był w końcu tym grafomanem czy też nie?

A samo słowo „grafoman” oznacza osobę, która kocha pisać. W definicji nie zawiera się jasne wskazanie jakości tekstu, choć w języku potocznym jest to określenie pejoratywne. Ale znowu, gdyby Michalak czy inne autorki „Zmierzchu” by się tym przejmowały, to czy by wydały bestseller?

A wspomniany Richard z serialu „Mare z Easttown” napisał jedną powieść za którą otrzymał jakąś nagrodę. Brzmi nieźle? Być może, ale on sam bardzo krytycznie odnosi się do swojego pisania i chyba siebie samego. Może przestał pisać, może uważa, że kolejne jego twory są beznadziejne – tego w serialu nie pokazali – ale czy to może oznaczać, że jest grafomanem? Bo równie dobrze można założyć, że żadne wydawnictwo nie chciało wydać jego kolejnych powieści.

Jednym się spodoba akcyjniak, drugim mocno filozoficzna powieść. Kwestia gustu. I chyba dlatego nie ma ani przepisu na bestseller, ani jednoznacznej oceny, co to znaczy „dobra książka”. Bo można się przyczepiać do Michalakowej, że wali gniota za gniotem, ona zresztą od dawien dawna uznawana jest za pisarkę, która nie pisze jakiś ambitnych rzeczy. Za to nasza niesamowita noblistka Tokarczuk! Ta to pisze, że narody klękają! Prawda? No właśnie nieprawda, bo oprócz tego, że złamała mi serce „Księgami Jakubowymi”, to jeszcze w pewnych książkach zżynała co poniektóre zdania z innych rzeczy. No, ale noblistki się nie tyka. Przed noblistką się klęka. Szkoda tylko, że jej naprawdę dobre powieści to te pierwsze, a potem równia pochyła. I chętnie bym ją określiła jako grafomankę, ale przecież jest uwielbiana przez Polaków.

No dobrze, pora to sobie jasno powiedzieć.

Większość z nas ma już wyrobione pisanie. I nie musimy się zastanawiać nad narracjami, tworzeniem dialogów czy innymi cudami. Jednak spośród 7 mld ludzi na pewno znajdą się ci, którzy tej zdolności jeszcze nie wyrobili. To dla nich tworzy się liczne kursy i podręczniki, bo od czegoś trzeba zacząć.

Jak rozpoznać czy pisanie masz w sobie?

No cóż – bierzesz kartkę i długopis i….

Jeśli nigdy pisanie czegokolwiek nie sprawiało Ci horrendalnych problemów, nie siedziałaś z pustą kartką kilka godzin, to znaczy, że pisanie może być w Tobie. I o ile barokowych tekstów od razu nie należy oczekiwać, o tyle należy pamiętać, że na talent zwykle składa się dziewięćdziesiąt procent pracy. Reszta to talent.

Myślę, że pytanie „czy pisania można się nauczyć” jest pytaniem-pułapką. Bo może i można, ale czy w takim wyuczonym pisaniu będzie serce? Artyzm? Oto jest ważna kwestia, ale jest to kwestia najważniejsza dla pisarza.

Bo odbiorca może wyczuć zajebistą energię powieści. Jednak… energia energią, a przecież w wielu przypadkach wystarczy sama historia. I serio, to naprawdę starcza do dostarczenia treści rozrywkowych czy wiedzy. To może się zmieniać, ale my nie jesteśmy jeszcze na tym etapie.

Ale artysta – czy też raczej twórca – musi zdecydować, jakim twórcą chce być. Bo może zapindalać jak Philip K. Dick, pisać co trzy miesiące nową powieść i lecieć do wydawnictwa z tym fantem. Serio, on tak szastał historiami i to głównie dlatego, że miał bardzo jasny plan wydarzeń. Jakieś korpo, jakaś aferka, jakiś związek, no intryga pełną parą i w każdej powieści to samo, ale z innym tłem. Kto się skapnął? Właściwie bardzo ciężko się skapnąć czytelnikowi, który nie czyta ciągiem danego autora. I dlatego powieści Philipa K. Dicka przyjemnie się obczaja, a mało tego, dziś ten niegdyś niedoceniany pisarz jest uważany za mistrza. A wcale nie pisze jakoś turbo super. Powiem więcej, Frank Herbert również pisał prosto jak budowa cepa, a i tak jest uważany za mistrza, twórcę arcydzieła. Tylko różnica między tymi dwoma panami jest taka, że jeden szastał książkami, bo musiał za coś żyć, a drugi dziesięć lat uważnie zbierał i studiował materiały, by stworzyć coś takiego.

No, ale wracając do schematów fabularnych. Każdy autor ma jakiś schemat. Tylko pytanie jak bardzo chce być Philipem K. Dickiem, bo w drodze wewnętrznego rozwoju ten schemat może się zmieniać. I to jest właśnie clue: chcesz być rzemieślnikiem czy artystą? Ani jedno, ani drugie nie jest złe. Wymaga po prostu innego podejścia do sprawy.

-8-

Już chyba nikt nie pamięta o pani profesor Ogórek, która była członkiem Samoobrony i pełniła jakąś zacną funkcję w rzondzie. Ale co to ma wspólnego z pisaniem? Ano, z technicznego punktu widzenia niewiele. Za to z mentalnością – szowinistyczną – naszego społeczeństwa może mieć znaczny związek. Otóż, Ogórek to ładna babeczka, blondynka. I próbowała coś zaprezentować, jakoś się wypowiedzieć, ale niewiele z tego wyszło, bo wszystkie media – czy z prawej, czy z lewej – zaczęły ją wyśmiewać. A bo cycki, a bo włosy, a w ogóle nie ta fryzura. Szowinizm jak stąd do RPA, niestety. To było lata temu, więc może się coś zmieniło?

Otóż – nie.

To znaczy, słucham sobie kanałów commentary na jutubie. Zazwyczaj prowadzą je mężczyźni, ale przecież wybór roli, tworzenie wizerunku to indywidualna decyzja jednostki. No i dobra, jest problem: scamy, czyli oszustwa. Jak internety długie i szerokie, tak teraz do mnie dotarło, że panowie wzięli się przede wszystkim za scamy robione przez kobiety. Ten obraz jakoś najbardziej pozostawał w głowie. I można mi zarzucić, że przecież to nieprawda, zajechali całkiem jakiegoś randoma, ale ilość materiałów o nim, a o np. Wersow jest znacznie mniejsza. Ponadto, ze stałego, ustalonego – czytaj: męskiego – porządku świata wyrwała chłopaków jedna influencerka, która oburzyła się, że panowie rozmawiają we własnym gronie, bez kobiet. I okej, o ile kobiety znacznie rzadziej robią typowe commentary, zwłaszcza w Polsce, o tyle tu się nagle okazało, że miejsce dla nich jest. Zmusiła chłopaków do tego, by zapraszali dziewczyny do dyskusji i tak było przynajmniej kilka miesięcy. Uważam, że ten ruch był świetny z jej strony.

Nie trzeba być jasnowidzem, żeby wiedzieć, iż mentalność przekłada się na kształt sztuki. Weźmy sobie pisanie, bo akurat ten newsletter jest bardziej o pisaniu, niż o influencerach. Wybierzmy sobie wydawnictwo, najlepiej takie, które wydaje fantastykę. Okej, pada na Fabrykę Słów.

Mężczyzn – 35. Kobiet – 8.

W tym momencie zabrakło mi słów. Serio, nie spodziewałam się, że różnica będzie AŻ TAKA. Tym bardziej, że statystycznie to kobiety piszą i czytają znacznie częściej. Oczywiście, zapewne zależy od wydawnictwa…. bo na przykład, Wydawnictwo YA ma w swojej ofercie powieści od kobiet dla względnie młodych odbiorczyń. No dobrze, ale Fabryka Słów niekoniecznie ma jakiś bardzo konkretny profil, bo jest to po prostu fantastyka. Możliwe też, że panie wyczuwając męskie grono jajek wolą albo szukać innej oferty, albo zostać samowydawczyniami.

Ponieważ to był dość długi wstęp, przejdźmy może do konkretniejszych danych.

[Przegląd – zmęczenie feminazi narracją].

Okej, zacznijmy od chyba najbardziej znanego przykładu, bo jest znany na całym świecie. Joanne K. Rowling, autorka przecież znana i lubiana (teraz mniej, bo jest niepoprawna politycznie) miała problem z wydaniem powieści kryminalnej. Zniecierpliwiona, postanowiła spróbować sztuczki: pseudonim faceta i wysyłamy. Co się okazało? Niemal od razu odpowiedź, i to w tonie hurra.

Na polskim poletku najbardziej znanym przykładem jest Wisłocka. Przez trzydzieści lat odmawiano jej wydania „Sztuki kochania” z różnych, niezbyt tolerancyjnych powodów.

Za to jeden z portali pokazał mi brutalną prawdę.

DOMINIKA STEC NIE ISTNIEJE, bo jest Zbigniewem Wojnarowskim.

Wygląda więc na to, że kwestia tego, czy powieść jest pod pseudonimem zależy także od jej gatunku. W fantastyce może i łatwiej być facetem, ale za to w romansach znacznie prościej być kobietą.

Z własnych życiowych anegdotek: rozmawiałam kiedyś z kobietą, która była wściekła na wydawcę, bo ten kazał jej ocenzurować scenę, która cenzurowana nie powinna być. Dlaczego? Wzbudziłaby śmieszność. Mowa bowiem o piracie, który miał akurat na głowie bajzel, katastrofę. Wściekły przeklął. A wydawca do autorki zdarzenia: „ale weź to zmień”. Jak zapytała, to usłyszała, że „kobieta tak nie pisze”.

Osobiście odnoszę wrażenie, że często jest tak, jak z Ogórek. Coś jest, jakaś zmiana, ale oczywiście ta jedna osoba, która do czegoś dąży, coś robi musi być wyśmiewana. Głównie za płeć, czyli bycie kobietą. Oczywiście, że trzeba to odróżnić od narracji feministycznej, która obecnie jest niezbyt zdrową narracją i która mnie po prostu bardzo, bardzo męczy. Ale pewnie to czujesz. Pozdrawiam serdecznie i idę wysyłać mejle do wydawców.

-7-

Ile dialogów powinna mieć książka? Jest to pytanie niepotrzebne, bo to zależy od historii, klimatu tekstu. W tekście o intymności na przykład mniej będzie potrzeba rozmów, a więc metafor czy innych środków stylistycznych. Choć wydaje mi się, że dialogi mają dwie zalety dla utworu.

1 – więcej stron XD. W dobrej umowie wydawniczej dba się o objętość utworu, liczonych zwykle w znakach. A że zapis dialogu mamy jaki mamy, to czasem rozmowy między bohaterami mogą być takim sprytnym zabiegiem. Jednak wątpię, czy którykolwiek z dobrych twórców stosuje tę sztuczkę.

2 – dynamizują, wyrywają z nudów czytelnika.

Przepływ. Gdy tekst sam płynie, to z zasady wszystko jest właściwe. Słowa, dialogi, opisy – ma się pojawić to, co konieczne dla historii, bez zbędnego filozofowania. Wiadomo, że później siądziemy nad stronami i zaczniemy się bawić formą, ale to etap końcowy.

Gatunek – klasyczny kryminał nie istnieje bez dialogów. To dzięki nim dowiadujemy się o reakcjach podejrzanych, sposobie myślenia detektywa czy nawet dostajemy ważne informacje. Wystarczy poczytać królową tego gatunku, czyli Agathę Christie. I naprawdę, nawet sięgając do współcześniejszych powieści zorientujemy się, że w tym gatunku to są całe strony wręcz spisane dialogami. Trochę inaczej jest w przypadku fantastyki, gdzie owszem, rozmów może być wiele, mogą być wartościowe, ale akcenty można rozłożyć na co innego. Na przykład, na opisy.

Sposób bycia postaci – też ma wpływ, bo jeśli głównym bohaterem jest osoba gadatliwa, no to jak wtedy stworzyć historię bez dialogów? W sumie to byłby ciekawy pomysł w konstrukcji…

Nasz styl pisania – to, że jakiś autor uważa coś na temat tworzenia dialogów to jedno. Jednak we własnym stylu chodzi o to, by go akceptować, nie zmieniać na siłę. On sam się przetransformuje, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dlatego jeśli czujesz, że Piersa może mieć rację, to warto za tym iść. Ale może czujesz, że jednak Saramonowicz wie lepiej? To wszystko prowadzi do stworzenia niepowtarzalnych cech własnego pisania. I zwykle się nad nim nie filozofuje, jednak jak się coś specyficznego zauważy, to warto może się tym zaopiekować, by to lepiej zabrzmiało.

I choć Saramonowicz zajmuje się pisaniem scenariuszy, a więc już i z tego powodu uważa, że im mniej dialogów, tym lepiej, to w jego wypowiedzi w temacie znalazłam czyste złoto. Po prostu. Zresztą jest bardzo wspólna rzecz dla chyba wszystkich form przekazu: język w dialogu nie do końca ma być prawdziwy. I o ile film w tym zakresie jest ograniczony, to z kolei pisanie, czyli opowieści, książki, język pozwala na niesamowitą zabawę z tym aspektem.

Przykład. Wykonujesz ćwiczenie polegające na spisaniu zasłyszanych rozmów. Co widzisz? Że wyrażanie się osób nie jest adekwatne do opowiadania, które chcesz stworzyć. JEDNAK wpadasz na genialny w swojej prostocie pomysł. A co, jeśli nasz bohater jest oderwany od rzeczywistości? W tym momencie jego język może zostać taki właśnie, jak go usłyszałaś – bo mimo że będzie on turbo realistyczny, to dla jego ziomków nie będzie zrozumiały, bo oni będą wchodzić w język literacki, odpowiedni dla opowiadania. Prawda, że piękna sprawa?

Jeżeli zajrzymy do starszych powieści – a choćby z XVIII czy XIX wieku, zauważymy jedną, zadziwiającą rzecz w dialogach. Bohaterowie nie mają dynamicznych dialogów, a jeśli już to będzie to i tak nieco inna konstrukcja od tej, którą kojarzymy dziś. Myślę, że przyczyna jest bardzo prosta. Pisząc, chcemy opowiadać. Oddajemy głos bohaterom, którzy także pragną opowiadać o sobie. Jest to taka niekończąca się opowieść. I nie ma w tym absolutnie nic złego, bo dialog zależeć będzie i od typu opowieści, i od stylu autora. Tu jednak na horyzoncie pojawia się wielka czerwona linia w postaci pytania: kto jest odbiorcą? Bo współczesnemu czytelnikowi opowieści bohatera nie zawsze przypadną do gustu. Na szczęście istnieje coś takiego jak kompromis, więc tak: Kamilowi pozwalamy, by opowiedział pobyt u babci, ale Martyna będzie wtrącała pytania w stylu „a z mlekiem czy z cukrem?”. Współczesny odbiorca lubi dynamizm, a nasz język ma kilka sposobów na to, by rozmowa taka się wydawała.

Co robi bohater w trakcie rozmowy? Nie musi stać jak kołek, może parzyć herbatę i rozmawiać z Danusią.

Przykład.
– I co ja mam ci powiedzieć? – spytał, wlewając wodę do czajnika.

Może się coś dziać wokół niego, akurat tu dobrze sprawę przedstawiono w filmie „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”, gdzie dwóch czy trzech kolesi siedziało na ławce i obserwowało pobliski dom, przed którym albo stał koleś z pizzą, albo ktoś wybiegał, albo inne sensacje.

Jak się czuje to trochę grubsza historia, bo tu chodzi o to, by emocje poczuć. Mogą one wypłynąć z dialogu, na przykład przez krzyk. Ale mogą również wypłynąć z nerwowego ruchu dłoni w trakcie rozmowy. Tu bardziej chodzi o obserwację, w jaki sposób historia zechce nam pokazać stan bohatera.

Interesujące jest to, że w naszym – rozbudowanym języku – sprawdza się proste „powiedział”. Niektórzy twierdzą, że jest one niewidzialne, ale w jakiś sposób dla naszego mózgu jest to porządkowanie informacji, jakie czytamy. Ale skoro w dialogu chodzi o dynamizm, to czasem warto posłużyć się innymi wyrażeniami, na przykład „szepnął”, „stwierdził” i tak dalej. Oczywiście, że ma być to dostosowane do sceny, warto też się zastanowić, czy z czymś nie przesadziliśmy. Ale… czy z czymś nie przesadziliśmy może podpowiedzieć nam druga osoba.

Tu wstępujemy na grząski grunt pisarz-odbiorca. Dlaczego grząski? Ponieważ zawsze musimy pamiętać o szacunku wobec siebie i swojej historii. Jednak w przypadku pytania o dialog, odbiorca doskonale spełnia swoje zadanie. Dlaczego? My zżyliśmy się już z historią, z tekstem, tyle razy go wałkowaliśmy, że potrzebujemy kogoś z zewnątrz. To właśnie osoba z zewnątrz – i tu nieważne będzie, czy to Twoja matka, czy kolega ze szkoły ostatni raz widziany dwadzieścia lat temu, czy pani ze spożywczaka – jest w stanie w jakiś sposób zareagować na przekaz. To już nam bardzo wiele powie o dialogu, bo dialog choć w tworzeniu może zdawać się wyzwaniem, tak w konstrukcji jest często prosty jak budowa cepa. Dlatego niezrozumienie jego przekazu czy wzbudzenie emocji u odbiorcy będzie zwykle tym, czego potrzebujemy.

-6-

Czy pisarz może opublikować książkę bez zrealizowanej korekty i redakcji? Istnieje taka możliwość i jest kilka co najmniej przypadków, gdy tak się wydarzyło. Jednak w każdym z nich autor był pewny siebie. Przykładem na piedestale jest Katarzyna Michalak. I choć wydawała powieści we współpracy z wydawnictwem, to plotkarskie ucho tu i tam wychwyciło, że autorka nie zgadza się na zmiany w tekście, nierzadko dotyczące nie treści, a sposobu pisania.

Generalnie – można olać ten proces, bo czemu nie? Jednak trzeba być bardzo pewnym swojego pisania, zwłaszcza w przypadku drogi self publishingu. Dzieje się tak dlatego, że czytelnicy – zwłaszcza w Polsce – uwielbiają wytykać sobie błędy i to wszelkiej maści, nawet głupią literówkę. Ale uważam, że jeśli pisarz jest absolutnie pewny swej mocy, to niewiele ryzykuje rezygnując z tego procesu.

Koniec tekstu – początek mozołu

Kończysz pisać tekst. Ale tak absolutnie kończysz. Tylko że to nie jest koniec pracy nad nim, a można powiedzieć: prawdziwa praca jest dopiero przed pisarzem.

Przede wszystkim odkłada go na jakiś czas.

Zwykle jest to czas tożsamy z czasem, jaki autor poświęcił na pisanie tekstu. Ale załóżmy, że tworzył go 3 miesiące, więc zapomina o nim na 3 miesiące. Co dalej?

Musi się poważnie zastanowić nad testowymi czytelnikami. Oczywiście, system może wmówić, że rodzina czy przyjaciele nie są warci, szukaj kogoś z zewnątrz. Uważam, że to jest zbyt czarno-białe podejście, ale przyjrzyjmy się dwóm drogom w nieco uproszczonym wymiarze, bo to będzie istotne dla pracy redaktorskiej.

W przypadku testowych czytelników, autor może liczyć na wykrycie niedogodności fabularnych. Tym samym ta zacna część pracy redaktorskiej odejdzie do lamusa, choć dobry redaktor i tak będzie miał to na uwadze.

I teraz niezależnie od tego, którą opcję pisarz wybierze, powinien on jeszcze raz przeczytać tekst. I go zredagować. Mówiąc redakcję mam na myśli:

  • poprawianie błędów językowych,
  • wywalanie zbędnych wątków w fabule (np. poszedł do kibla, zrobił co miał i… i co dało to czytelnikowi? Ano, stracony czas, bo autor nie pomyślał nad tym, by zrobić z bohatera zamyślonego),
  • pisanie od nowa lub skupienie się na błędach. To jest już wyborem pisarza i zwykle zależy od tego, jak długi jest tekst. Bo sorry, nikt normalny nie będzie od nowa pisał 1000 stron :).

Sposoby ustawiania tekstu są różne, nie mniej jednak taka redakcja autorska przydaje się, bo tworzy w głowie jasny obraz historii plus do tego oszczędza wiele pracy redaktorowi.

Ale gdy już mamy tak ułożoną sprawę, możemy zacząć współpracować z redaktorem.

Współpraca redaktorska – etapy

Po pierwsze: redaktor wszelkie poważniejsze sprawy powinien dyskutować z autorem. Ja dyskutuję czasem nawet bzdety, ale chodzi o to, by autor dostał usługę w pełni profesjonalną, w pełni wykonaną i bardzo cenioną. I tak: profesjonalista ma gdzieś, czy jest to robota dla korekty, czy nie, bo mu zależy na tym, by tekst dobrze wyglądał.

Po drugie: fabuła powieści. Tu przed redaktorem pojawia się cienka czerwona linia i przekleństwa, ponieważ redaktor może zasugerować jakieś rozwiązania, czy nawet usuwanie treści, ale powinien mieć przed sobą pytanie: kto pisze tę powieść? On czy autor? Przykazanie jest jedno: nie pisać za autora, bo to jego wizja i jest to święta zasada tycząca się zarówno technicznej, jak i fabularnej strony tekstu. O tym często zapominają beta readerzy, o czym na końcu, w podsumowaniu.

Po trzecie: czas. Załóżmy, że redaktor dostaje 400 stron do zredagowania. I choć wydaje się on mało pracochłonny, to tak nie jest. A to dlatego, że profesjonalny redaktor czyta powieść przynajmniej trzykrotnie!

  • 1 czytanie to zabawa. Czysta rozrywka. W Twoim przypadku ten etap mam już za sobą, więc wiem, jak wygląda tekst, jak fabuła przebiega.
  • 2 czytanie to poprawki w stylu: ta rzecz wg encyklopedii jest taka owaka siaka, tutaj trzeba zmienić zdanie, ten wątek niepotrzebny, ale TO TYLKO SUGESTIA, zawsze posługuję się „moim zdaniem”, gdyż to pisarz ma pisać, a nie redaktor,
  • 3 czytanie: gdy już z grubsza sprawa jest przedyskutowana, następuje czytanie podsumowujące. Resztki błędów wywalamy, no i… przekazuje się tekst do korekty.

Ile takie coś zajmuje? Przy tekście 400 stron dałabym sobie 4 miesiące, ponieważ również trzeba odczekać trochę czasu, by na świeżo zobaczyło się pewne elementy, błędy.

Korekta już nie będzie mogła się rozwodzić nad fabułą, za to usunie wszelkie wałki, jakich nie udało się wychwycić redaktorowi. W zamian może on łatwo wyłapać, kiedy redaktor dał ciała: na przykład, pięknie zredagował do połowy powieści, a potem jej jakość jest właściwie niewidoczna. Dzieje się tak, gdy redaktor ma zbyt dużo terminów na głowie i wielkie zmęczenie materiału. Ale wtedy byłoby etycznie, gdyby na ten temat porozmawiał z klientem, prawda? To też jasno pokazuje, że sami pisarze nie dostrzegają tak łatwo błędów, które i oni sami zrobili, i które redaktorzy pozmieniali.

Co po korekcie? Jak to, co? Sprawdzamy, czy tekst dobrze wygląda i dajemy do składu. 🙂

Problematyka beta readerów

W skrócie chciałam zwrócić uwagę na pewien problem. Gdy dajesz tekst do sprawdzenia dziesięciu randomowym osobom, to może się okazać, że każda z nich ma inny gust i co innego by chciała. Poza tym ich sugestie mogą tak zmienić historię, że zamiast tego, co pisarz chciał przedstawić, powstała jakaś plątanina cudzych pomysłów. Jest to spore niebezpieczeństwo, zwłaszcza dla mało doświadczonego pisarza.

I raz jeszcze należy sobie postawić pytanie, które dla wszystkich redaktorów jest święte:

KTO PISZE TĘ POWIEŚĆ?

-5-

Pisząc, często marzy nam się publikacja tej historii. Ale właśnie: mamy skończyć tylko na tym, czy podejmiemy działania? To jest trudne w dzisiejszej, polskiej rzeczywistości, bo rynek jest nie tyle wymagający, ile zastały.

Śledząc od lat branżę wydawniczą dowiedziałam się, że:

  • jeśli masz znajomości w Fabryce Słów, to droga do publikacji jest w zasadzie otwarta. Dzwonisz do kolesia i mówisz, że masz tekst. A ponieważ jakościowo ich powieści są średnie, to więcej niż pewne, że zostanie ona opublikowana.
  • jeśli Twój tekst ocieka krwią, seksem, BDSM i ciul wie, czym jeszcze – pewnie! Wpisz się w nurt powieści a’la 365 dni, na pewno wydadzą i na pewno to-to osiągnie sukces!
  • Jeśli masz znane nazwisko, to… no właśnie, tu niekoniecznie wydawnictwo zechce z Tobą współpracować. Swego czasu słyszałam, że i oni mieli z tym problem. Najlepiej to oczywiście zrobić wał: albo podać się za mężczyznę, albo podać się za osobę z zagranicy. Dlaczego tak? Ano, Rowling sprawdziła po sobie, że większa szansa na publikację tekstu jest wtedy, gdy jesteś facetem, a przynajmniej w kategorii kryminałów. A zagramanica… no cóż, tego chyba nie muszę rozwijać.

Oczywiście, że morze krytyków literackich powie: wpisz się w nurt, pomyśl nad grupą docelową, i tak dalej. Ale przecież nie o to chodzi w pisaniu, prawda? W pisaniu zawsze chodzi o wyrażenie siebie. I owszem, możesz pisać jak Philip K. Dick na zamówienie, jedną książkę na trzy miesiące, ale prawda jest taka, że tylko kilka z jego dorobku wpisało się do historii. Za to „Diuna” pisana przez kilkanaście lat (ok. 10) przeszła do historii jako arcydzieło. I oczywiście to może o czymś świadczyć, ale ten temat zostawię na kiedy indziej.

A, i byłabym zapomniała. W Polsce nie ma tradycji tzw. agenta literackiego, z różnych przyczyn. Jedną z nich jest… człowiek. Za coś takiego zabierali się pisarze, którzy chcieli być bardziej celebrytami, niż rzeczywiście działającymi jednostkami. To trochę utrudnia życie pisarzowi, bo ten musi się zająć pirdylionem rzeczy, zamiast skupić się na tworzeniu.

Oczywiście, na rynku są różne profile wydawnictw, a tak naprawdę – szczerze powiedziawszy – dla chcącego nic trudnego. Dlatego wskazane jest zachować dużą dozę cierpliwości. Ja jej nie miałam i wydałam przez selfpublishing, ale to jest jedna z dróg.

Przypomnę tylko, że obecnie rynek polski ma dodatkowe problemy, takie jak niedostatek papieru, przy czym moim zdaniem nie jest on na tyle istotny, by się tym zamartwiać. Skoro są ebooki i audiobooki, to cóż, kwestia otwartego umysłu.

Natomiast nic dziwnego, że przy całym tym chlewie – za przeproszeniem – autora często biorą wątpliwości. I ta świadomość, że cierpliwość się liczy, bo zwykle terminarz wydawnictwa jest wolny po dwóch latach oczekiwania. Uch, warto było?

Ano, warto będzie!

Ale zanim do tego przejdę, napiszę Ci parę metod na wątpliwości, które – naturalnym biegiem rzeczy – pojawiają się w głowie każdego pisarza. Czyli, czy warto mimo wszystko tworzyć, skoro nikt tego nie czyta… że nic z tego nie będzie… Co można z tym fantem zrobić? Moim zdaniem to:

Nas interesuje medytacja i grzebanie w energii. Właściwie, można powiedzieć, że to są synonimy. Pozwolę sobie przypomnieć mój sposób medytacji, gdy przechodzę do pisania:

biorę trzy głębokie wdechy i wydechy, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że wchodzę do serca. A właściwie nie wyobrażam sobie, ja wchodzę do niego. Tak wprost.

W tym momencie, jak już jesteś na miejscu, możesz zastosować dwie rzeczy. Po pierwsze: znaleźć Wewnętrzne Dziecko i mu powiedzieć, że wszystko będzie spoko, że ten problem minie i tak dalej. To ważne, bo uspokojenie Dziecka daje poczucie stabilizacji.
Następnie możesz zapytać wprost – skąd te wątpliwości, dlaczego. Być może serce podpowie Ci, czy to głębokie intuicyjne wrażenie, czy też może brak pewności siebie, albo – jakieś myśli z zewnątrz. Z tym ostatnim nie ma co się martwić. Grubsza część myśli nie jest nasza, po prostu warto dać im lecieć dalej, nie zajmując się tym.

Natomiast grzebanie w energii może być bardziej skomplikowaną sprawą. Na przykład, będziemy chcieli usunąć pewne niekorzystne przekonania, jakąś emocję z ciała. To jest proces bardziej wydłużony i zależny od przypadku.

A teraz dwie sprawy. Już ostatnie na dziś, obiecuję xD.

Chciałam Ci opowiedzieć, jak to było z Agafe, bo może się wydawać, że łatwo i szybko. Wręcz przeciwnie, to były kamienie, wręcz belki, które stały na mojej drodze. ZAWSZE coś się pierdoliło. ZAWSZE.

Powieść pisałam w latach 2010-2013 i był to jeden z najgorszych okresów w moim życiu, już nie mówiąc o tym, jak rozpoczął się 2014 rok. Ale to nic, książkę odłożyłam na dwa lata, bo tyle musiała ona energetycznie przeczekać. W 2015 zastosowałam redakcję autorską i dążyłam do wydania.

No właśnie, na szukanie wydawnictwa zabrakło mi cierpliwości, chociaż mogło tu być jeszcze parę spraw. Po pierwsze – nadal zaniżona samoocena. Po drugie – niewiara w to, że ktokolwiek to wydrukuje. Więc zaczęłam dążyć do selfpublishingu. I mimo że dużo o tym czytałam, to prawie nic nie poszło po mojej myśli.

Skład był chyba ze dwa razy robiony, a w jednym przypadku zadłużyłam się na 500 złotych. Wynikło to ze współpracy barterowej z pewnym wydawnictwem vanity (płać autorze za wydanie powieści). Oni mi wydadzą książkę, ja im zrobię redakcję innej, tyle że ta inna okazała się nie dość, że pisana przez dysortografika do entej potęgi, to jeszcze skopiowana z innej powieści. Dlatego rzuciłam to w cholerę. Ale dobra, dalej nie było lepiej, bo koleżanka stwierdziła, że zrobi mi skład, no i… i zrobiła, jednak problem był taki, że się na mnie obraziła. Yyy – a konkretnie nie na mnie, a na mojego wówczas wydawcę. Więc projekt znowu miał pod górkę. Wow. Teraz sobie uświadomiłam, że zamiast użalać się nad tą historią przeżyłam… historię biznesmena, w końcu na jego drodze jest wiele wyzwań :). Za to, piszę Ci to dlatego, żebyś sobie uświadomiła, że wszelkie wątpliwości nie mają sensu.

Zapytaj siebie: czy moim celem jest wydanie tej książki?

Tak, jestem pewna, że tak, kochana. A zatem, co Ci stoi na przeszkodzie? Absolutnie nic (poza oczywiście betonem).

Trzeba się po prostu przygotować na cierpliwość i cierpliwość. Mieć świadomość, że raz będzie lepiej, raz gorzej. Jak to w życiu bywa ;). Jednak jeśli Cię wezmą wątpliwości, zawsze możesz sobie przypomnieć historię Agafe, bo koniec końców udało się ją wydać :). I niech Cię to też w jakiś sposób wspiera, kochana.

Warto też pamiętać, co to oznacza zadebiutować. To jest najważniejsze wydarzenie w życiu autora, bo tu się rozwala pewne przekonania (np. nie dam rady), tu zachodzi symbol: udało mi się! Tak, jestę pisarzę, onenenene!!!!1111. Kamień milowy, po którym ZAWSZE BĘDZIE LEPIEJ.

* * *

A teraz napiszę Ci swoje plany dotyczące szukania wydawnictw. Do 10-go szoruję informacje o tym, jak za granicą działają agencje literackie. Rzecz jasna, czytam grupy angielskie. 11-go obdzwaniam wydawnictwa i je się wprost pytam: „BIERZECIE CZY NIE?”.

W razie pytań – zapraszam ;).

-4-

Dzień doberek nie wiem czy jestem osobą która powinna ci mówić o czasie gdyż ja nie narzekam na brak czasu ale wiem że dużo osób mówi że nie ma czasu na pisanie ja wiem że jak ja się teraz powtarzam tak jest totek to teksty mówiony realizowany za pomocą pewnego programu Jak widzisz dobrze sobie radź i może wymaga parę poprawek ale ale to działa to działa a w związku z tym co z tym zrobisz
* * *
Dzień dobereł, kochana Królowo! Dziś mam dla Ciebie niezwykły prezent. Tak, myślę, że można to nazwać prezentem, gdyż zaoszczędzi Ci czasu szczególnie wtedy, gdy masz małe dziecko. Ale zacznijmy od początku, czyli od pedagogiki ;).I mody.Bo widzisz, uważam, że zdrową modą jest czytanie dziecku na dobranoc. W związku z tym nietrudno się domyślić: skoro masz czas czytać, to masz czas na opowiadanie młodej istotce własnych treści. Tylko co z tego, jeśli nie jest to utrwalone?Właśnie – możesz zacząć to utrwalać. Chyba już wszystkie telefony posiadają dyktafon, więc ta czynność nie powinna stanowić najmniejszego problemu.Wyzwaniem jednak może się okazać zrobienie transkrypcji. Można polecić komuś to przepisać – ale wtedy poniesiesz drobne koszty, na przykład 10 złotych za pół godziny. Bo samemu to robić to trochę hardkorowa rzecz i coś o tym wiem, jak trzy lata temu samodzielnie przepisywałam nagrany wywiad, tego doświadczenia nie polecam nikomu.Na szczęście cała na biało wkracza technologia, a więc darmowe (ale i płatne, którymi tu nie będę się zajmowała) programy do transkrypcji. Powyżej masz przykład jednego z nich:
https://www.textfromtospeech.com/pl/voice-to-text/ – działa tylko na Chrome, ale za to działa! Jak możesz zauważyć, miał problem ze słowem “dobereł”, ale to moje słówko, więc wybaczam. Też nie do końca wyczaił “radź”, choć zważywszy na to, że większych problemów nie ma, a jest bezpłatny, to bym korzystała z jego dobrodziejstwa :).
Nie udało mi się znaleźć więcej darmowych narzędzi na tę chwilę, ale myślę, że to, które przedstawiłam może w jakiś sposób ułatwić Ci tworzenie. Naturalnie, że po wszystkim tekst będzie wymagał redakcji, ale który tekst tego nie wymaga?

–3-

Królowo, czy musisz wiedzieć, co chcesz napisać?Oczywiście, że nie. A przynajmniej na samym początku swojej przygody naprawdę nie jest to potrzebne. Tekst – by powstał – musi po prostu być przelewany na papier / ekran. Tyle wystarczy, by energia się poruszyła i by historia się rozpoczęła.

– A co z tym momentem, kiedy siedzę przed tekstem i nic nie idzie?! Kiedy po prostu nie mam pojęcia, co dalej?!
Widzisz, niedawno miałam taką sytuację, nie pierwszy zresztą raz. Opisywałam przygody dziewcząt w Kramie, ale nie bardzo wiedziałam, co dalej. Owszem, mogłabym ciągnąć na siłę, jednak po co? W głowie brak pomysłów, a historia czeka.A może właśnie odpoczywa?Nazywam to dawaniem przestrzeni historii. Ona sama wie, jak to zrobić, żeby było dobrze. Jednak ciągle ją eksplorując nie dajemy czasu na takie działanie energii, która jest w tym świecie przez nas tworzonym. Ale widząc, że nie mam takiego lekkiego przepływu, jak ostatnio, postanowiłam dać odpocząć dziewczynom.
W tym przypadku jeden dzień wystarczył.
I co?
I napłynęła do mnie bardzo logicznie, harmonijnie wręcz ułożona historia ciągu dalszego. Już wiem, co dziś wieczorem zapiszę w swym kajecie.
Dlatego, jeśli nie masz pomysłu, co dalej, to po prostu się tą sytuacją nie stresuj. Daj sobie i swoim ukochanym bohaterom czas. Gdy nadejdzie odpowiedni, wszystko znów będzie rozgrywać…


To nie jest tak, że mamy kompletnie zapomnieć o historii, którą piszemy, by ta nabrała kształtów. To znaczy możemy i to jest w porządku. Tak już miewałam wielokrotnie, dlatego na moim gmailowym dysku wciąż siedzi nieskończona historia i czeka na zbawienie… i chyba się nie doczeka, ale to temat na innego mejla.
Jednak są takie historie, które od razu kochamy. Na przykład moje opowieści z Kramu, które obecnie tworzę. Ten świat jest dziwaczny i chaotyczny, ale bardzo polubiłam tworzyć historie o dziewczynach, które muszą sobie radzić w tym bałaganie.
I jak wcześniej wspomniałam, ostatnio nie miałam pomysłu, co dalej. Mogłam zabrać się do tekstu na żywioł, ale czułam, że historia domaga się przestrzeni.Jednak wiedziałam, że w tej przestrzeni muszę zdecydować o momentach, punktach zwrotnych. Oczywiście, spodziewam się, że pisząc i tak pojawi się co innego, niż to, co sobie wyobrażałam, ale mam teraz jakieś zaczepienie. Otóż, to zaczepienie to po prostu wyobrażanie sobie różnych wersji historii przed zaśnięciem. Można to robić nawet jedna po drugiej i w ten sposób nie spać do rana :)). Ta historia, która będzie się pojawiała najczęściej ma największe szanse na to, że zostanie zapisana.Jest jeszcze jedna metoda na poruszenie energii… Pogadanie z drzewami. W świetle mojej wiedzy, najlepiej robić to bez przytulenia się, po prostu przez zwierzanie się przyrodzie. Zresztą opowiem Ci o tym, jak pisałam tragiczną historię Amalii. Akurat byłam w kropce, w ogóle nie wiedziałam, co ma być dalej. Taki kompletny blok. Ale pogadałam z drzewkiem, a potem, potem po prostu… przyszło. Rąbnęło w moją mózgownicę to, co ma być dalej. Pomysł był tak mocny, że ledwo stałam. Ale, jak widać, gadanie z przyrodą daje efekty. Oczywiście, można to zwalić “zrób coś, wyjdź na zewnątrz, to da inspirację”, ale trzeba rozróżnić przyjście informacji od inspiracji. Tu miało miejsce to pierwsze :).

-2-

Królowo, w jakim stanie jest Twoja intuicja? Pytam, bo specjalnie dla Ciebie przygotowałam trzy proste ćwiczenia. Dlaczego? Pamiętasz może, że w poprzednim mejlu stwierdziłam: intuicja to ważna rzecz. Tylko co z tego, jak coś ktoś powie, a nie przekaże informacji JAK to zrobić? Ano właśnie, zapraszam do praktyki.
Poczuj to
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Dlatego proponuję zacząć od wsłuchania się w siebie. Zamknij oczy. Jeden głęboki wdech, jeden głęboki wydech. Poczuj serce. Poczuj siebie, to jak oddychasz, to jak się czujesz. Jeśli są myśli, to postaraj się nie wchodzić w nie. Niech przepływają jak chmury.

Serce.Jak bije Twoje serce, kochana królowo? Czujesz to bum, bum, bum? Wejdź w serce. Tak po prostu. Wyobraź sobie, że wchodzisz do niego, że jesteś w nim. Cokolwiek się pojawi będzie właściwe.

Jeśli już jesteś w sercu, kochana, proponuję zawołać “intuicjo, chcę z Tobą porozmawiać!”. Ona stanie przed Tobą. Możecie pogadać o tym i owym, o czym tylko chcesz. Poproś też o to, by wskazała na uczucie, które ją reprezentuje. Zapamiętaj je.Gdy już odbędziesz pogawędkę, podziękuj jej i możesz wyjść ze swego serca.
Ciało pamięta
Królowo, jeśli udało Ci się zapamiętać tamto uczucie, które intuicja do Ciebie wysłała, to możesz je przywoływać w każdej chwili. Być może będzie się mieściło w konkretnym miejscu, a być może będzie czymś poza tym. To nieważne. Właśnie uchwyciłaś moment porozumiewania się z intuicją i umiesz ją przywołać w razie potrzeby.
Wieczna przyjaźń
Intuicję warto traktować nie tylko jako cząstkę siebie, ale również jako przyjaciółkę. Dokładnie tak ją traktuj. Dziękuj jej za jej porady i wrażenia. Po jakimś czasie, królowo, znacznie wzmocnisz kontakt z tym aspektem siebie.
Po co nam intuicja w pisaniu?
Po to, byśmy bardziej czuły to, co tworzymy, niż myślały. Dla mnie pisanie jest intuicyjne. Emocjonalne. Nie prowadzę notatek kto co i dlaczego w zachowaniu. To jest niepotrzebne, bo dzięki mocy intuicji dokładnie wiem, jak zachowa się Astaroth, gdy jego ukochana zwróci uwagę na innego mężczyznę. Astaroth? Tak, to bohater z mojej powieści. “Agafe”. Daj znać, czy przypadła Ci ona do gustu :).

– 1 –

Niewiele wysiłku wymaga stworzenie bohatera, jeśli jest się pisarką. Po prostu bierzesz papier, długopis i przystępujesz do akcji. Prawda?Ludziom się wydaje, że to jest cały zaawansowany proces. Weźmy taką akcję na przykład – prosto z życia, prosto z uczelni. Otóż, prowadząca zajęcia zadaje pytanie: kim jest bohater, a kim jest postać?
Postać wieje pustką, a bohater brzmi ładniej. Kwestia jednak dyskusyjna, czy słowa jako takie mają znaczenie. Owszem, to dźwięki o określonych wibracjach. Ale teraz sobie przypominam sytuację, kiedy ktoś do mnie mówi, a ja słyszę słowo, odbieram je, ale nie rozumiem. Jest puste. Nic ze sobą nie przynosi. Więc czy zamiana wyrazu z postaci na bohatera ma znaczenie? Można dyskutować, wszak ten ostatni kojarzy nam się z głębią. I mogłybyśmy tak siedzieć i się nad tym rozwodzić, ale jest narzędzie, które może nam skutecznie ukrócić czas rozkminy.

To intuicja!
Wspaniałe słowo, które opisuje nie tylko umiejętne działanie “nie wiadomo skąd”, “słuchanie się przeczuć”, ale również wyższą świadomość, do której wszyscy na pewnym etapie życia tęsknimy. Tak, tak, to stąd biorą się poradniki w stylu “idź za intuicją”. Zwykle pisane przez mężczyzn i prawdopodobnie dla mężczyzn, bo przecież kobiety tego nie potrzebują.

Jako kobieta posiadasz w sobie intuicję. Mnóstwo intuicji. Nie musisz myśleć, nie musisz pokładać wiary w papier i plan. Wystarczy, że posłużysz się czymś głębokim, uczuciem. Uczuciem z głębi Ciebie, kochana.
Dotknij intuicji.Zamknij oczy i weź głębsze wdechy, wydechy. Najlepiej po trzy. Poczuj to. “Intuicja” – pomyśl. Poczuj ją. Cokolwiek się pojawi, to ona będzie. Twoja część.

Więc po co pisać plany postaci, skoro masz intuicję? I bardzo rozbudowane emocje, jesteśmy mistrzyniami w odczuwaniu ich i wykorzystywaniu dla swoich celów. Nie, nie mówię o manipulacji.

A teraz przerwa na reklamę… żartuję. Ale chcę Ci opowiedzieć anegdotę.Wiąże się ona z “Agafe”. Kiedy pisałam to studiowałam pedagogikę, ale nie robiłam tak wymaganego przez wszystkie poradniki researchu. No, a sprawa była poważna, bo wiązała się z przeżywaniem traumy.I wiesz, co się okazało?Okazało się, że dobrze zrobiłam te sceny. Wszystko szło, nic nie musiało być robione na siłę. Za to potem – przy redakcji autorskiej – sprawa mnie zaskoczyła właśnie tym. Używając tylko i wyłącznie intuicji, stosując własne uczucia doskonale opisałam piekło przeżywane przez bohaterkę. Wszystkie objawy traumy się zgadzały. Wow.

Więc po co sobie tworzyć punkty na papierze? Ja tego nie potrzebuję…. pamiętam, jak zastosowałam się do porad pisarzy. Praktykujących, żeby nie było. Co z tego wynikło?

Było sobie tak, że bohater X na papierze miał opracowany charakter. A to, że wali ściemę, a to, że lubi się bać, a to inne wydziwy. I co się okazało? Z dwudziestu kilku cech najwyżej trzy przetrwały, a i co do tego można mieć wątpliwości. Dlaczego?
BOHATER CHCE ŻYĆ.
BYĆ SOBĄ.
To przeczy konstrukcji punktowej.
Jeśli jesteś kobietą, to potrafisz wejść w uczucie, w sytuację. To spowoduje, że charakter Twojego bohatera będzie świeży, a na pewno pełen emocji. Emocja jest żywa. Jeśli dotkniesz emocji, dotkniesz charakteru, a ten możesz przez teatralność pokazać.
Stop – teatralność scen to mój sposób. Choć… hm, nieważne.