Kategorie
film recenzje

[RECENZJA] Sailor Moon Eternal

Prawdopodobnie nie jest to najbardziej obiektywna recenzja tego filmu. Prawdopodobnie też nie będzie to najbardziej polska recenzja. Wszystko dlatego, że w tym przypadku trudno o brak refleksji o czasie i mentalności człowieka.

Zacznijmy od dość prozaicznej rzeczy, jaką jest logika Netflixa. Potrafią wrzucić piąty sezon serialu, ale usunąć z niego dwa pierwsze. W przypadku „Sailor Moon Eternal” mamy do czynienia właśnie z podobną sytuacją. Mamy tu fabularnie przedfinałowego bossa, a ich było z kilka. I dlatego osoba, która nie zna serii może poczuć się z lekka zagubiona, chcąc ogarnąć Sailorkę. No bo co do licha stało się na księżycu i kim u diabła jest ten różowy pot… znaczy, Chibiusa?! Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie Polak ma dwie opcje. Pierwsza: sięgnąć po nielegalne źródła, bo innych nie ma. Druga: kupić (ewentualnie pożyczyć) mangę od JPF. I jedna i druga opcja będzie ok, bo „Eternal” to ekranizacja mangi. Podobnie jak cała seria wydawana od 2014 roku.

Zaraz, zaraz, a co z latami 90′?!

Ano, nic – to były złote czasy anime. Znaczy się… jakościowo. Choć teraz mamy efekty komputerowe i różne dobra rozwiniętej cywilizacji, stare pierniki mojego pokroju nie mogą się oprzeć, że „kiedyś było lepiej”. Tęsknimy do ręcznie rysowanej animacji. Tęskni się też do rzeczy znanych z dzieciństwa. Nie mówiąc już o tym, że tzw. seria Sailor Moon Classic, czyli to, co powstało w latach 90′, była tworzona z serca i nie bez powodu podbiła świat. Te openingi, dramaty, rozbudowane charaktery, muzyka, przy wielu scenach nic, tylko się wzruszać. I tak, wtedy była widoczna krew i przemoc bardziej, niż w obecnych produkcjach. Oraz wydawało mi się, że postacie NIE MAJĄ downa. Teraz mi pioruńsko ciężko oglądać anime właśnie przez to, że mi się wydaje, że z tymi wielkimi oczami jest coś nie tak.

Tyle że seria z lat 90′ to prawie jeden wielki filler. ALE ZA TO JAKI! „Bleach” do pięt pod tym względem nie dorównuje Sailorce. I może fabularnie „Sailor Moon” to nie „Gra o Tron”, a jednak, z przyjemnością oglądało się parodiowanie wszystkiego przez tzw. demony wysyłane przez bossów. Te wątki psychologiczne były ciekawe i prawdziwe.

Problem polega na tym, że takie potraktowanie serii nie spodobało się Naoko Takeuchi. Może to być zrozumiałe, bo pewnie dużo pracy i serca włożyła w Sailorkę. Dlatego, gdy buchnęła wieść, że Toei z okazji 25-lecia serii zrobi nową wersję, tym razem opartą tylko i wyłącznie na mandze, wszyscy najpierw się podniecili, a potem… po polsku zaczęło się narzekanie.

Sailor Moon Crystal

Miałam mieszane uczucie co do Crystala, ale najbardziej się wkurzyłam, kiedy okazało się, że każdy nowy boss to nowa koncepcja postaci. OK – w serii „Classic” też bohaterom się zmieniał design, jednak nie był on chaotyczny, raczej zmiany były kosmetyczne, po to, by animacja wyglądała dobrze w nowych technologiach. W „Crystalu” mamy jednak coś dziwnego – ma się wrażenie, że Toei kompletnie nie ma pomysłu na serię. „Kurde, fanom nie podoba się ten mrok, to może trochę pójdziemy w dziecięce twarze?”, „Ej, chyba dodaliśmy za dużo CGI”, a w ogóle to „ojej, ale błędy w sylwetkach, weźcie to poprawcie, by fani na DVD mieli coś dobrego, a nie chałturę”. I mogłabym tak dalej, ale myślę, że już wiecie, o co chodzi.

Sytuacji nie poprawiła wieść, że zamiast serialu będą filmy.

Bo skończyli na trzecim bossie, więc kontynuacja serii w postaci filmów… trochę ni z gruchy, ni z pietruchy, prawda? Okazało się jednak, że w kinie animacja musi wyglądać dobrze, przyzwoicie. To czego oczekiwali po Toei fani w końcu się ziściło.

A, nie, czekaj.

W Polsce: „ale po co odmłodzili bohaterki”, „przecież to czysta seksualizacja”, „wyglądają jak dzieci i teraz zboki będą fapać”.

Oczywiście, dla niektórych przemiany są zbyt powolne – choć niewiele poza jakością grafiki w stosunku do serii Classic z lat 90′ zostało zmienione – a poza tym jeszcze parę rzeczy do poprawy.

Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy to ja nie potrafię prawidłowo ocenić „Sailor Moon Eternal”, czy to po prostu naczelna cecha Polaka – narzekanie – objawiła się nagle w narodzie?

Sailor Moon Eternal

„Sailor Moon Eternal” jest na podstawie mangi. W związku z tym dla mnie kompletnie niezrozumiałe jest narzekanie na fabułę. Bo, moi drodzy,

TAKA JEST MANGA.

Film (podzielony na 2 części po 81 minut) zawiera oczywiście drobne zmiany kosmetyczne, jednak w 99% to jest kadr w kadr z mangi. Może przesadziłam, ale zadbano np. o to, by Rei miała fryzurę jak z komiksu, by dziewczyny miały stroje jak z komiksu, by wreszcie było dobrze widoczne to, że Chibiusa to dorastająca już dziewczyna, a nie głupi różof… znaczy, no, pyskata małolata. W sumie w mandze mamy jedno stwierdzenie „ale mam wrażenie, że Chibiusa stoi między nami” i tam trochę pogadali ze 2-3 okienka, a w filmie jednak jest to znacznie bardziej rozbudowane. I dobrze, że zostało to pokazane od strony różowej Sailorki, bo jest to ciekawsze może, a przynajmniej – hehe – mniej mroczniejsze.

No i powiedzmy sobie szczerze – ten epizod, podobnie jak każdy inny (z wyjątkiem jednotomówki o kotach) to ok. trzech tomów. A manga ma to do siebie, że akcja musi być błyskawiczna, tam nie ma prawie czasu na pogaduszki i rozkminy w stylu „czy książę na białym koniu się zjawi?”. Tu trzeba się przemienić, rozwalić wroga i iść dalej, ale Polacy oczywiście narzekają, że akcja za szybko, że mogliby zwolnić tempa, a w ogóle to „ja muszę czytać dzieciom napisy, bo mają siedem lat, a Netflix nie dał lektora”. I gównoburza gotowa – ale jak to chcesz lektora, ale przecież dubbing to zuo, a w ogóle powinni dawać tylko napisy do animców, ale ci otaku są źli, bo chcą tylko napisy, co za…

I ja mogłabym sobie ponarzekać. Wszak zawsze można lepiej. Tylko nie wiem, czy jest sens. Po pierwsze dlatego, że dzisiejsze anime OGÓLNIE mają tę nieszczęsną cechę, że są przegadane. Po drugie dlatego, że jestem starym piernikiem, a ta produkcja jest przeznaczona dla dzieci. I można napisać, że przecież Classic też było dla dzieci i wszyscy się dobrze na tym bawili. No można, tylko wiecie – TEN epizod jest trochę inny od reszty. Jest taki… pro-dziecięcy. Zresztą, dali radę tak naprawdę, a to że nie było humoru, to ekhem… ja się przyzwyczaiłam do tego w Crystalu, a wciąż nie można zapominać, że tak – w mandze mało było humorystycznych gagów. Więc w zasadzie, pokolenie się zmieniło, odbiór jest inny, czego innego wymaga.

I po trzecie wreszcie – TAK, JA CHCĘ MIEĆ WSZYSTKO SAILORKOWE NA NETFLIXIE. Classic, Crystal, filmy, wszystko. Bo już w tej chwili mam syndrom fana Sailorek i po prostu lubię sobie wracać do scen z „Eternala”. A jako że Netflix patrzy, co się sprzedaje, co jest popularne i tak dalej – chciałabym, żeby dalej ładował w tę serię pieniądze. By finał był taki, na jaki Sailorka zasługuje, a nie to coś, co było w Classicu (kto widział, ten wie), i co dziwnie wychodziło w Crystalu. Szczególnie, że pod względem duchowym zawarto tam wiele mądrości.

W związku z tym nie wiem, czy narzekanie na coś, co i tak się dobrze wizualnie oglądało, ma sens. Może i ma, ale mam takie dziwne wrażenie, że naprawdę włączył się fanom tryb „a to złe, a to nie dobre, a w ogóle to rozpacz”. Nie umiem tego do końca określić, bo ja szczerze mówiąc po seansie… byłam zadowolona. Ale tak NAPRAWDĘ zadowolona.

A czy Wy chcecie oglądać „Eternal”? A może już widzieliście? Dajcie znać!

Kategorie
recenzje

[RECENZJA] Towarzyszka Kim w przestworzach

Od razu informacja: to nie jest recenzja propagandowa. W ogóle niewiele zwracałam uwagi na politykę, zresztą – trudno to robić w filmie, który nie skupia się specjalnie na Kimach, a bardziej na przeciętnej mieszkance Korei Północnej.

https://fwcdn.pl/fpo/22/91/672291/7861714.3.jpg

Choć oczywiście, sekwencje widoczków na Pjongjang mogą sugerować, że bohaterka przyjeżdża do raju. W końcu jest taka szczęśliwa i zachwycona. Z drugiej strony – jakby Kowalska z kompletnej dziury pierwszy raz wyrwała się do Gorzowa czy innego Poznania, to też mogłaby wpaść w zachwyt. I to tylko dlatego, że widzi świat.

Wszyscy bohaterowie wydają się słodcy – bo robią takie rzeczy. Wspierają Young Mię i te ich reakcje bardzo mi się spodobały, bo to było takie… no, słodkie.

Jednocześnie prawda jest taka, że większość mieszkańców Północy nie może sobie pozwolić na tak obfite posiłki, jakie zaserwowano w filmie. A oczywiście stwierdzenie „wykonałaś 120% normy!” to też jest pewnego rodzaju wytrych w ramach jakiegoś normalnego funkcjonowania w nienormalnym państwie.

Więcej szczegółów w poniższej recenzji :).

Jeśli Ci się spodobał ten materiał, możesz go wesprzeć w tym miejscu. Z góry bardzo dziękuję!

PS.: Dziękuję za wpłatę Kat Skulik, dzięki czemu mogę obejrzeć filmy w ramach Pięciu Smaków. 🙂

Kategorie
recenzje

[RECENZJA] Truciciel, Bruno Siak

To chyba pierwsza recenzja powieści na stronie. Wprawdzie „Truciciel” ma formę audiobooka, ale słucha się to to wspaniale. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że autor – Bruno Siak i od razu mówię, że to pseudonim – czyta bardzo dobrze, lekko od czasu do czasu wchodząc w aktorstwo. Chodzi o szepty czy modulację głosu, by słuchacz mógł odróżniać, kto mówi.

Truciciel opowiada o pewnym Tomaszu, który truje. Proste? Proste, sytuacja, w której poznajemy głównego bohatera również taka jest. Tylko że to się zmienia, gdy poznaje Ewę. I wtedy ich życie diametralnie się zmienia, ale nie będę Wam spojlerowała.

Minusy: prawie nie ma. Znaczy, ciężko coś rozwalać, gdy jest dobre. Może w jednym przypadku byłoby zdanie tuż przed kulminacyjnym zwrotem akcji, ale tak? Tak zdarzają się zdania wręcz perełki.

Akcja sunie szybko, zresztą jak przystało na kryminał. W połowie może słuchacz się nieco rozleniwia, ale z drugiej strony ma to całkiem poważny cel, który zresztą autor osiągnął. I od razu przejdę do kwestii zakończenia: moim zdaniem pasuje doskonale. Właśnie takie, a nie inne.

Wydaje się również, że imiona głównych bohaterów są celowe, szczególnie Ewy. Zresztą, w utworze znajdzie się kilka nawiązań religijnych.

Całość jest przyjemna i polecam na spacerach.

No dobrze, gdzie możecie posłuchać „Truciciela”? A tu, na YT:

Kategorie
recenzje

[RE…fleksja] Bogowie

Grudzień 2014. Wśród kinomaniaków gruchnęła informacja: Tomasz Kot zagrał oscarową rolę w „Bogach”. Wszyscy jak jeden wąż powtarzali: na takie filmy czekamy! Chcemy więcej! Czy to może być zapowiedź nowej, znakomitej fali w polskiej kinematografii?

Marzec 2021. Ostatni dzień „Bogów” w Netflixie, to sobie wreszcie włączam. I co? I ja nie wiem, co powiedzieć. Nie dlatego, że taki dobry, ale dlatego, że czegoś mi w tym wszystkim brakowało. Zaraz, zaraz, przecież „Bogowie” trwają dwie godziny! No, tak, ale widocznie to za mało, by pokazać dobitnie, co się działo, gdy Religa postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i nie tylko Polakom, ale także i światu pokazać, że można skutecznie przeprowadzać transplantacje serca. Wszyscy znamy tę historię i nie wiem, czy ona może w jakikolwiek sposób zaskoczyć. Szczególnie, że film nie wychyla się, nie zagłębia się w charaktery, a ściślej – w relacje międzyludzkie. Widać, że każdy aktor, nawet pielęgniarka Ania, gra na bardzo wysokim poziomie. Ale zabrało mi EMOCJI. To wszystko było pokazane tak sucho, tak… no jest pomysł, jest problem, jedziemy dalej, rozwiązujemy go, upijamy się do cna, żona nieszczęśliwa, ale co z tego. Jasne, że widać, iż Religa niezbyt dbał o związki, ale właśnie: gdyby dodali obraz cierpiącej kobiety, tęskniącej za mężem, to by moje serduszko coś więcej poczuło. A i wielu krytyków powtarzało, że ten film jest mało odważny, choć okazji nie brakowało. Nie brakowało okazji do tego, by wgłębić się w problem alkoholizmu, nie brakowało… no, widz widzi, że politycy nie są zbyt chętni do działania w temacie. Tylko że ja nadal nie czuję tego napięcia. No facet chce trzy miliony dolarów. No i co? Nie zrobi? Zrobi, wiemy to z historii.

„Bogów” warto zobaczyć dla Kota i gry aktorskiej, ale niekoniecznie dla historii. Nie w 2021. Dziś możemy potwierdzić, że tak, od kilku lat obserwujemy w polskim kinie nową, młodą falę. Rodzime produkcje stają się nie tylko ciekawsze, ale także odważniejsze. I nawet jeśli komuś się nie spodobały slashery w stylu „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”, to jest to prawdopodobnie kwestia tego, że nie gustuje w tym gatunku. Jasne, że porażek nie brakuje, ale stwierdzenie „eee tam, polskie kino jest do dupy” jest z dupy. Nie dzisiaj. Dziś polskie kino zaczyna sobie radzić na światowym gruncie. Ba, nasi aktorzy coraz częściej są widoczni w zagranicznych produkcjach i nie mam tu na myśli kina rosyjskiego.

Cieszę się, że obejrzałam „Bogów”, bo dowiedziałam się, że nie musiałabym aż tak bardzo żałować, że ich nie obejrzałam właśnie. Również mi miło, że po latach mogę potwierdzić: tak, polskie kino radzi sobie coraz lepiej!

Obecnie film można obejrzeć na mojeekino.pl, co jest o tyle ważne, że wspieramy przy okazji polskie kina.

Jeśli spodobała Ci się ta recenzja, to możesz mnie wesprzeć tutaj. Dziękuję :).

Kategorie
recenzje

[RECENZJA] Dear Zindagi

Czasem wystarczy jedno spojrzenie na propozycję i już wiesz, że ci się spodoba. „Dear Zindagi” jest dokładnie takim filmem, jakiego potrzebowałam – lekki, mądry i ciepły.

Kaira pracuje jako operatorka kamery. Marzy o nakręceniu własnego filmu, ale też jest piękna, co przyciąga do niej różnego rodzaju amatorów. Sielanka niestety się kończy. Mężczyzna, którego wybrała niespodziewanie dla wszystkich ją porzuca, a właściciel mieszkania ją wyrzuca z powodu tego, że jest singielką. Zdesperowana Kaira wraca więc do rodzinnej miejscowości, gdzie sprawdza się autoprzepowiednia: „kto wie, może to będzie kluczowy moment dla mojej kariery”.

Dziewczyna trafia do terapeuty. Od tej pory widz obserwuje jej przemianę. Niby nic nadzwyczajnego, ale z racji tego, że

a) film trwa 2,5 h i
b) jest to bardzo realistycznie pokazana terapia, to widz będzie miał okazję się wzruszyć.

Co prawda, nie brakowało momentów… hm, z lekka uproszczonych, ale przecież to film i musi się skupić na najważniejszych kwestiach. A im dalej w proces, tym lepiej. Szczerze, jeśli się wahasz, czy iść do terapeuty, to „Dear Zindagi” będzie właśnie dla Ciebie. Pokaże Ci po prostu, że to nie jest straszne, a wręcz potrafi postawić człowieka na nogi. Oczywiście pod warunkiem, że trafisz na tego właściwego terapeutę, więc powodzenia, a ja wracam do filmu.

Ponieważ poruszamy się na terenie Indii, wydaje mi się, że dość ważnym aspektem jest feministyczne, wręcz europejskie spojrzenie na niektóre sprawy. [SPOJLER ->] Przykładowo, rodzice nalegają by ona wyszła za mąż jak najszybciej, bo ładna i młoda, i w ogóle. Kaira rzecz jasna nie chce tego robić z pierwszym lepszym, ale ilość ex nie budzi wielkiego respektu wobec dziewczyny. I w tym momencie na terapii słyszy, że nie jest dziwką, tylko osobą, która przed podjęciem najważniejszej decyzji w życiu sprawdza fotele. Piękny moment. [<- SPOJLER]

A teraz, żeby nie było tak słodko, to wymienię wady filmu. Są trochę subiektywne, ale jedna rzecz na początku mnie zmęczyła. Kiedy bohaterka jest na imprezie, widzimy miganie świateł. Może ono nie zawsze wywołuje epilepsję (ja nie mam), nie mniej jednak dla moich oczu był to uciążliwy moment.

Film skupia się na psychice, więc nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie te 2,5 h minęło jak jedna chwila, ale zrozumiem, jeśli komuś „Dear Zindagi” będzie się dłużyło, szczególnie przy końcu. Ten uważam za zbyt wydłużony, choć z drugiej strony domknęli WSZYSTKIE wątki, więc jest porządna klamra finału.

Mnie osobiście rozwalał jeszcze język – nie mogłam się zorientować, czy mówią w hindi czy w angielskim, bo to była niezwykle międzynarodowa mieszanka i się w tym gubiłam. Z początku trochę wytrącało z uwagi, ale wreszcie się przyzwyczaiłam :).

Większość postaci jest dobrze rozegrana, ale zdziwiła mnie jedna. Pani, która miała właściwie miała na imię „siostra”. Pełniła funkcję dekoracyjną, ale była i nie posiadała imienia. Może to kwestia kultury czy czegośtam :). Nieważne.

Wróćmy do słodzenia. Mnie muzyka bardzo przypadła, ale chyba w filmach bollywoodzkich to raczej mocny element. Już się linkiem chwaliłam, ale jako że nie chce mi się osobnego posta o hinduskich muzykach tworzyć, wstawię i tu OST z filmu. 🙂

I na koniec powiem, że niektóre kadry / zdjęcia są znakomite. A choćby i ten:

Myślę, że ten film najlepiej samemu odkryć. Polecam szczególnie osobom, które szukają ciepłych, wspierających historii. Ponadto porusza ważny aspekt zdrowia psychicznego i może zachęcać do tego, by wreszcie siebie ogarnąć. „Dear Zindagi” można obejrzeć na Netflixie.

Spodobała się recenzja? Możesz mnie wesprzeć tutaj. Dziękuję!

Kategorie
recenzje

[RECENZJA] Nowy wspaniały świat

87 lat po premierze „Nowy wspaniały świat” wydaje się bliższy, niż kiedykolwiek. Tak technologicznie, jak i społecznie. To już nie jest odjechana wizja Huxley’a, to jest całkiem dobre spojrzenie na współczesne społeczeństwo. Zaraz, powiedziałam współczesne?

Nie czytałam powieści, więc oceniać będę sam serial made in Netflix. Być może doszło do uwspółcześnienia jakiejś-tam technologii, ale trzeba pamiętać, że mówimy o science fiction. A ono bardzo specyficznie się starzeje. W przypadku „Nowego wspaniałego świata” nie widać jakiejś niesamowitej turbo-technologii, jest to jednak perspektywa człowieka XXI wieku. Kto bowiem w 1934 roku słyszał o soczewkach podłączonych do sieci, hologramach i sztucznej inteligencji jako takiej? No dobra, miał być sam serial, w którym technologia nie zaskakuje. Ale ona też jest tylko pretekstem do opowiedzenia o społeczeństwie, które niby jest szczęśliwe, ale nie jest szczęśliwe.

Zaczyna się od trupa. Czekaj, a miało być o szczęśliwym świecie. No, jednak w Nowym Londynie jakiś koleś spadł z wysokości i no, zmarł na miejscu. Przez chwilę jest zaskoczenie i zdziwienie, ale po chwili wszyscy o tym zapominają. No przecież, mają być szczęśliwi. Dwójka głównych bohaterów, Lenina i psycholog (tak, ma imię), wybiera się do rezerwatu, by odpocząć, odprężyć się. Ale to nie jest taki zwykły rezerwat – są tam umieszczeni ludzie zwani „dzikusami” i okazuje się, że „dzikusy” nie są szczęśliwe, bo w dzień w dzień muszą odgrywać te same bzdety. Ku uciesze przybyszów z Nowego Londynu. Tym razem impreza zamienia się w coś, co oficjalnie nie było planowane – w jatkę. Z jatki tej udaje się uciec dwóm „dzikusom”, przy okazji ratując nowolondyńczyków. W takiej sytuacji władze miasta muszą się zgodzić, by nieplanowany przybysz się zadomowił. Ale czy socjalizacja przebiegnie pomyślnie? I czy wszystko skończy się dobrze?

Huxley napisał antyutopię, wobec czego logiczne, że w dalszych odcinkach widz zobaczy wszystkie wady i patologie „szczęśliwego” społeczeństwa. Na dodatek jest tylko jeden krytyk – „dzikus”, który w pewnym momencie przestaje wybitnie odstawać od reszty społeczeństwa. Ale czy na pewno?

Na pewno Netflix zrobił to dobrze.

Może po kolei i może zaczniemy od najtrudniejszego tematu – seksu. Tu twórcy nie mieli większego wyjścia, bo książka również pełna jest jego, pokazując, że to świat, w którym wszyscy mają być szczęśliwi, a orgie są doskonałym sposobem na to. Tyle że aktorzy, a szczególnie ta odgrywająca Leninę, musiała się często rozbierać i przynajmniej udawać seks. To mogło być trudne, ale nagich scen ze współżyciem jest całkiem sporo. A co na to widz? Widz początkowo akceptuje, a potem nieustanne współżycie na ekranie zaczyna go nudzić. Być może, taką intencję mieli twórcy. A być może nie, bo poza współżyciem dzieje się całkiem sporo.

Kolejna kwestia to muzyka. Nie jestem znawcą, ale przede wszystkim to napisy końcowe mają inne utwory, ale pewnie mało kto zwrócił na to uwagę. Jeśli jednak zwrócił, to zapewne miał wrażenie, że te wszystkie piosenki są może nie tyle stare, co raczej w stylu retro, lata 50-60 może. Jeśli się więc wsłuchaliście lepiej niż przeciętny Kowalski, dajcie znać, co tam dokładniej się dzieje, z góry dzięki :).

Wyraźne retro widać już w reklamach, jakie serwuje się nowolondyńczykom. Wiadomo, że nie będzie to sponsoring pasty do butów, tylko będzie to reklama przyjemności, gdzie seks i uciecha ogólnie. Jednak sposób tworzenia reklamy jest znowu w stylu lat 50-60, może wcześniejszych. Dla mnie to takie puszczenie oczka do bardziej świadomych widzów, którzy mają już za sobą powieść. Spodobała mi się ta stylistyka.

A i jeszcze jedna sprawa – intro. Jest naprawdę krótkie, trwa ledwie kilka sekund, a czasem w ogóle go nie ma. Ładne, stylistyczne. Cóż mogę więcej dodać :).

Czy produkcja ma jakieś wady? No oczywiście – ja zauważyłam dwie. Pierwsza to wynik tego, że przeniesiono książkę na ekran. I o ile „Gambit królowej” dość łatwo było zrealizować, o tyle w przypadku science fiction jest to większe wyzwanie. A to wszystko dlatego, że tu potrzeba było jakiś cięć, skrótów czy może po prostu zrealizowania fabuły tak, by widz nie odpadł po pierwszych odcinkach. Wszystko jest ściśnięte i to trochę widać, bo przyznam, że brakowało mi tu głębszego spojrzenia na to społeczeństwo, ale częściej się gubiłam w niektórych wątkach. Znaczy, nie wstawili wszystkiego na raz, na chama, do jednego worka. Chodzi o to, że miałam wrażenie, jakby pewne tematy padły ofiarą „ciach!”. I już, nie ma ich, zapominamy i jesteśmy szczęśliwi. Przypuszczam, że w książce niektóre elementy są bardziej rozbudowane.

Drugą trudnością, z jaką widz się zmaga jest znudzenie się tematyką seksu. No, że sam seks występuje w nadmiernej ilości to już nie wina Netflixa, tak po prostu jest w książkowym pierwowzorze i pokazuje pewną patologię nowolondyńczyków. Chodzi jednak o to, że w pewnym momencie się zacięłam i ciągła golizna buchająca z ekranu wydała mi się nudna i ciężkostrawna. Zastanawiam się, czy oni nie zrobili za dużo odcinków (9), czy też takie zatrzymanie ma uwydatnić to, jakie niezbyt ciekawe życie prowadzi tamtejsze społeczeństwo. W końcu „dzikus” sam pyta „nie masz dość tego samego?”.

I wreszcie dochodzimy do orgazmu, znaczy odpowiedzi, czy warto się za to zabrać. Odpowiedź może być tylko jedna: TAK. To jest świetna analiza społeczeństwa nastawionego tylko na przyjemności i nicnierobienie. To jest dobre spojrzenie na to, co może z nami robić Internet, i zaraz ostrzeżenie, by uważać na sztuczną inteligencję, bo może poważnie zaskoczyć. Ale jest to też doskonała opowieść o człowieczeństwie. O tym, jak to nim być, co się z tym wiąże. Dlatego uważam, że niezależnie od tego, czy obczailiście powieść, czy też nie, warto wziąć się za „Nowy wspaniały świat”.

Jeśli lubisz czytać moje recenzje, możesz wesprzeć bloga tu. Dziękuję serdecznie!

Kategorie
recenzje świadomość

[RECENZJA] body/ciało

Nie trzeba dwóch, trzech godzin, by historia nabrała wielowymiarowości. Szumowskiej starczyło ledwie półtorej godziny, a mam wrażenie, że głębia tego obrazu jest większa od niektórych znacznie dłuższych hitów.

To jest zdecydowanie film dla dojrzałego widza. Mamy tu prostą historię: ona, córka prokuratora cierpi na bulimię. Niby jest leczona, ale wiadomo jak to jest z tego typu chorobami. Ojciec zaś nie jest ciepłym typem, wręcz przeciwnie, ale to nie dziwi zważywszy na rodzaj jego pracy. Trupy w niej ścielą się gęsto, a tymczasem jego relacja z córką jest fatalna, co zauważa terapeutka. Ta natomiast nie stosuje klasycznych metod w psychiatrii, pozwala sobie na korzystanie ze swoich paranormalnych umiejętności. Co z tego wyniknie, warto po prostu zobaczyć.

Ciała

Film jest naturalny. Obserwujemy ludzi, którzy noszą normalne ciuchy, a nie gwiazdorskie, za miliony. Widzimy kobiety, które mają różne ciała – bardzo nieidealne. Zresztą, to dotyczy również i Gajosa. Oglądając „body/ciało” miałam wrażenie, jakbym weszła nie do filmu, a do rzeczywistości, tyle że w Warszawie. To mi się bardzo podobało, bo czułam się prawdziwie.

Jest jeszcze jeden aspekt, na który na pewno zwracają uwagę osoby w anoreksji/bulimii: przedstawienie ich świata. To są gesty, momenty, a jednak widać, że tu bohaterka opisuje, jak widzi ciało terapeutki, tu coś innego się wydarza. Takie subtelności budują intymność.

I chyba ten film jest intymny.

Osobisty

A przynajmniej osobisty. Ba, to nie jest tylko film o walce z chorobą, a można wręcz powiedzieć, że choroba to tylko pretekst i film nie ma na celu opowiedzieć nam o zwyciężaniu a’la Hollywood. Ba, „body/ciało” w ogóle sprawia wrażenie, jakby chciało tylko pokazywać, co się dzieje, ale nie robić z tego jakiejś opowieści. Trochę to tak właśnie, jakbyśmy na chwilę weszli do cudzego życia i byli najzwyczajniej w świecie obserwatorami. Brak oceny jest tu ważny jeszcze z jednego powodu.

Wątek paranormalny, czy też raczej spirytualistyczny, czy też… no, terapeutka ma zdolności, twierdzi, że może porozumiewać się z duchami. Tyle że film nie ocenia tej metody, tylko pokazuje życie tej pani. Tak po prostu. Gajos – ojciec pacjentki – jest bardzo sceptyczny wobec takich rzeczy, ale tu znowu nie ocenia się, tylko obserwuje się poczynania.

I teraz tak. To stary film, sprzed kilku lat. Abstrahując już od tego, że rodzime kino rozwija się w bardzo szybkim tempie i w dobrym kierunku, to w „body/ciało” można zobaczyć jedną, niezwykle ważną rzecz. Osoba będąca medium nie jest przedstawiana jako oszust, co jest niezwykle rzadko praktykowane w Polsce. Żeby się o tym przekonać, wystarczy włączyć pierwsze lepsze „Trudne sprawy” z odcinkiem o wróżce. Powiecie, przecież to nie są ambitne tytuły. Niby nie, tyle że właśnie one częściowo budują mentalność społeczeństwa.

Ale wróćmy do filmu, w którym nie ma żadnych jumperów czy nawet zjawisk nadprzyrodzonych jako takich.

Aktorzy

Właściwie nie ma do czego się przyczepić, ale niewątpliwie trzeba wspomnieć o Gajosie. Ta rola chwyta za serce, choć bohater nie jest sympatyczny. Jest w nim tyle emocji, że w pewnym momencie zaczyna mu się kibicować.

Uwolnić emocje

Głębia tego filmu zmusiła mnie do zostania z nim na dłużej. Mało tego, w trakcie seansu wzruszyłam się, a na sam koniec po prostu się popłakałam. Uważam, że końcówka jest jedną z najpiękniejszych scen w kinie, jakie widziałam. Mało tego, jak już poszły łzy, to zasiedziane emocje się uwolniły, a przecież o tym jest „body/ciało”.

Jeśli czujesz, że chciałbyś/łabyś wesprzeć bloga, możesz zrobić to tu – dziękuję!

Kategorie
recenzje

[RECENZJA] Saturday Night Fever

Bardzo długo zabierałam się do tego filmu. Tak długo, że „Saturday Night Fever” wylądował na moim ekranie dopiero wczoraj, czyli w ostatnim dniu jego pobytu na Netflixie. I jak?

Zaczynamy od przyjemnego tonu, lekko zepsutego przez rodziców. Normalka, starzy zawsze narzekają, co? Wciągamy się w taneczne popisy, muzykę i BANG. To nie jest lekki film. To jest poważne kino społeczne, poruszające wiele problemów: rasizm, seksizm i wszystko to, co w 1977 mogło się napatoczyć autorom jako problem społeczny. Na szczęście nie zabrakło czarnego humoru, który był zarazem pokazem niesamowitej wręcz durnoty.

„Gorączka sobotniej nocy” mi się nie spodobała. Więcej, niż fabuła robi muzyka, zresztą i w okresie premiery filmu była popularniejsza od niego. Bee Gees. Tak czy inaczej, dlaczego film nie przypadł mi do gustu?

Zanim krytycy i historycy filmu wyleją na mnie wiadro pomyj, powiem, że oglądałam go bez większej wiedzy na temat lat 70′, bez większej wiedzy o samym „Saturday” i po prostu, najbardziej łyknęłam obraz jako widz. Czy też raczej widzka, co w kontekście „Saturday” jest ważną uwagą. W końcu porusza on tematykę seksizmu i tak – mamy tu przemocowość i gwałt.

Z jednej strony film zaznacza, że takie sceny się dzieją. Że trudno oczekiwać, by bad boy nie był bad boyem, a jednak John Travolta rozegrał tę postać na dwa sposoby. Jako tego złego i jako tego miłego, z lekka zagubionego faceta, który ma szansę pracować przez następne piętnaście lat w sklepie z farbami. Świetlana przyszłość, co?

No dobrze, film pokazuje, ale nie ocenia. Moim zdaniem, gdyby „Gorączka sobotniej nocy” zadebiutowała dopiero w 2021, zostałaby okrzyknięta jednym z najbardziej szowinistycznych obrazów. Bo niby twórcy chcą pokazać, że jednak w społeczeństwie jest coś nie tak, ale nie do końca to robią. Znaczy, nikogo tak naprawdę nie osądzają. Zamiast tego stosują co innego – w jakiś sposób przesadnie naznaczają seksualność i brzydkość, choć na ekranie wcale nie jest brzydko. A nie, przepraszam, jest brzydko, tylko brzydko jest w głowach bohaterów, którzy odrzucają jakąś laskę, która chce z nim – Travoltem, bo to w końcu ciacho – tańczyć, no ale ona nie jest Sharon Stone.

Z takim podejściem jednak otrzymaliśmy coś, co chce poruszać ciężkie tematy, ale… nie bardzo to idzie? Jasne, można powiedzieć: „artystyczna wizja bycia obiektywnym”, tyle że widz najbardziej zapamiętał tańce Travolty i muzykę. I chyba do dziś pokutuje przekonanie o tym, że „Saturday” to właśnie film o tańcu. Jasne, Tommy chce wygrać konkurs w jakiejś dyskotece. Lecz więcej obserwujemy relacji między postaciami, niż swingów na parkiecie.

Jest jeszcze jedna kwestia, na którą chyba niewielu zwróciło uwagę. Praca kamery. Po części jest to związane z tym, jak się robiło filmy w latach 70′, ale po części nie; dlatego, że gdy bohaterowie idą czy tańczą, czy w ogóle się ruszają, to praca kamery jest bardzo, bardzo dynamiczna. Ciągle coś się dzieje, ciągle coś jest w ruchu. I to jest tak ustawione, by widz miał wrażenie, że jest np. Travoltą, który trzyma partnerkę.

Obraz porusza tak wiele spraw, że po seansie chce się zatrzymać na chwilę, by odpocząć od tej ciężkostrawności. Chyba nawet do pewnego stopnia mnie ten film wkurzył. Może dlatego, że to, co się tam dzieje jest pokazywane bez osądu? A może właśnie takie emocje miał wywołać?

Jeśli masz ochotę, możesz wesprzeć tego bloga tutaj. Dziękuję <3

Kategorie
recenzje

[RECENZJA] Kajko i Kokosz [2021]

Na ten dzień czekali chyba wszyscy fani polskiego komiksu i animacji. Oto bowiem na Netflix wszedł Kajko i Kokosz, produkcja oparta na legendarnych komiksach Janusza Christy. Tylko właśnie: czy twórcy stanęli na wysokości zadania?

Fabuła

Produkt jest przeznaczony dla dzieci, więc nie powinno dziwić, że zamiast piwa mamy miód*.
Epizody są dość krótkie, bo 13 minut. To jest niby mało, ale okazuje się, że w tak niewielkim czasie antenowym da się stworzyć ciekawą, wartką przygodę, której niczego nie brakuje.

Animacja i muzyka

Czołówka wydaje mi się zbyt szybka, ale podobne wrażenie odniosłam przy „Hildzie”, więc nie wiem, czy jest ono słuszne. Za to muzyka! Bardzo mi się spodobała, bo jest dynamiczna, wpada do ucha. W każdym razie, wracając do animacji, to widać, że wykonano z pomocą komputera. To oczywiście nie psuje zabawy, bo choć kreska jest dość prosta, to wartka akcja, humor w stylu „lelum polelum, o ja biedny” i ogólnie przygody, wciągają. A nawet, rzekłabym, poprawiają humor.

Dużo. Dużo osób przy tym pracowało

Uważam, że Netflix, czy też raczej wykonawcy zlecenia, stanęli na wysokości zadania. I nic dziwnego, bo po pierwsze – czuwała nad tym Fundacja Janusza Christy. Po drugie, pracowało nad tym polskie studio EGoFILM, więc mamy w czymś polskim polskość :).

Polecam serdecznie!

PS.: A tu macie całkiem dobry artykuł o produkcji.

PS.2: Jeśli spodobała Ci się ta recenzja lub masz ochotę mnie wesprzeć, to tu możesz to zrobić. Bardzo dziękuję <3

* ale porozmawiajcie o tym z dziećmi, bo miód jest bardzo zdrowy przecież.

Kategorie
recenzje

[RECENZJA] Do wszystkich chłopaków, których kochałam

Mieliście ciężki dzień? Albo inaczej – jesteście po takim seansie filmowym/książkowym i chcecie odpocząć. Tak psychicznie, zupełnie. A przy tym nie oglądać totalnych głupot. No to macie – „Do wszystkich chłopaków, których kochałam”.

Film to ekranizacja jakiejś powieści młodzieżowej. Nie mam pojęcia, czy zadowolił fanów, ale „Do wszystkich chłopaków, których kochałam” to przyjemny seans. Dlaczego? No bo…

Bohaterka pisze listy do chłopaków, do których coś czuła. Właśnie – CZUŁA. Czyli PRZESZŁO. Pewnego jednak dnia okazuje się, że listy te dostają się w ręce adresatów. To – wiadomo – tworzy trochę problemów.

Nie wiem, czego to była wina, ale przez pierwszą godzinę tak oglądałam w sumie na zasadzie „aby coś leciało”. Raz się zaśmiałam, ale ogólnie to historia jakoś tak średnio mnie jarała. Tyle że gdyby nie jarała w ogóle, to bym ją wyłączyła na starcie. Tymczasem ta GIMBAZA leciała. Sobie. A ja oglądałam perypetie młodej pary, która dopiero się uczy życia. I im dłużej się im przyglądałam, tym mogłam wyciągnąć więcej nauki, że tak powiem. A to, że trzeba ze sobą rozmawiać, a to, że nie watro uciekać i tak dalej. Takie, no wiecie, sprawy szesnastolatków. I pewnie to im się film najbardziej spodoba.

Ostatecznie jestem dość zadowolona z obejrzenia tego filmu, dlatego przy okazji kolejnego zmęczenia ciężkimi tematami chętnie nadrobię dwie pozostałe części.

A – i chyba najważniejsze. TAK, WIDAĆ, ŻE BOHATEROWIE MAJĄ NAŚCIE LAT.

TUTAJ możesz mnie wesprzeć, jeśli podoba Ci się to, co wyprawiam na blogu / moje recenzje / chcesz, by były filmy spoza Netflixa. Dziękuję!